BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

piątek, 27 września 2013

Ponad 2,1 tys. zł, prawie 16 tys. nabieganych kilometrów i spalony milion kalorii z duuużą górką – Wielki Wyścig dla Bartka wkracza w ostateczną fazę, mam jednak ogromną nadzieję, że przytoczone wartości jeszcze powiększymy. Nadal można biegać, nadal można wpłacać, nadal można zbierać losy, ale to już ostatnie chwile. Potem zapuścimy kalkulatory, makra w Excelu, Bo przyniesie swoje rzeszowskie liczydło i porachujemy kto ma ile losów. Później już tylko losowanie i wielka radość w kilku domach, a smutek i łzy w pozostałych. Choć bardzo byśmy chcieli, to wszyscy wygrać nie możecie...;)

Ale chwila, chwiluńka. A może Ty jesteś tu całkowicie nowa lub nowy i nie wiesz, czym jest Wielki Wyścig dla Bartka? To dla wszystkich nowicjuszy małe przypomnienie o co kaman.



Wielki Wyścig był spektakularnym wydarzeniem. Bo udowodniła mi, że kobieta w przekrzywionym kasku rowerowym może jak równy z równym ścigać się z facetem w różowych skarpetach i z fioletowym kucykiem na kierownicy. Fajnie było, ale się skończyło, Wielki Wyścig przeszedł do historii polskiego triathlonu, szybko jednak zaczęliśmy pisać kolejną część. Nim opadły emocje, poszliśmy za ciosem. Dołączył się do nas Wybiegany, a z tych dwóch ojców i jednej matki narodził się Wielki Wyścig dla Bartka. Bartek to pełen energii czterolatek, który boryka się z paskudztwem zwanym guzem pnia mózgu i potrzebuje wsparcia, finansowa pomoc osób trzecich może przywrócić mu zdrowie. Próbujemy mu pomóc i namawiamy Was do udziału.

W Wielkim Wyścigu dla Bartka chodzi o to, by pomagając Bartkowi zbierać losy, które mogą zamienić się w nietuzinkowe nagrody. Losy kupujemy wpłacając pieniądze na konto Fundacji, a każde 19,99 zł wpłacone dla Bartka to jeden los. Dodatkowe losy można sobie wybiegać, jedna sztuka za każde 19,99 km zgromadzone w odpowiedniej rywalizacji na platformie Endomondo.

Nagrody, czy ja wspomniałem o nagrodach? O matkoicórko, to nie są zwykłe nagrody! Jak w przypadku Wielkiego Wyścigu, są one: nieszablonowe, fantastyczne, rewelacyjne, magiczne, boskie, niesamowite, wyjątkowe, świetne, śmieszne, fajne, zaj...ste, unikalne, z jajem i odjechane w kosmos! Jest to jedyny konkurs (choć w tym przypadku odpowiednie wydaje się raczej słowo „kąkórs”), w którym do wygrania są biegowy bidon na makaron, fioletowy kucyk-trąbka rowerowa o magicznych właściwościach oraz niepowtarzalna patelnia.

Powiedzmy sobie jasno. Okazja do tego, by zrobić jajówkę na patelni, którą w swych dłoniach trzymała Bo może się nie powtórzyć. Że o posiadaniu bidonu na makaron nie wspomnę, bo że Pimpuś jest unikatem to każdy wie.



Takich nagród w polskim internecie jeszcze nie było!

A to nie koniec nagród!! WWdB zyskał kilku sponsorów i do powyższego dorzucono: wizytę w rowerowym spa (Profesjonalny Serwis Rowerowy), spersonalizowaną koszulkę techniczną (od portalu Xtri.pl) oraz audiobook Łukasza Grassa, redaktora naczelnego Akademii Triathlonu z osobistą dedykacją (audiobook od jednego z czytelników blogów, dedykacja od samego autora). Więcej o WWdB, jego zasadach i nagrodach tutaj (kliku-kliku).

Przypominam najważniejsze: aby wziąć udział w Wielkim Wyścigu dla Bartka należy przyłączyć się do rywalizacji na Endomondo, a przede wszystkim na konto Fundacji (dane poniżej) wpłacić „wpisowe” w wysokości minimum 19,99 zł i wysłać nam potwierdzenie wpłaty. Każde kolejne 19,99 zł to następny los, a im więcej biegania, tym szanse na wygraną większe.

Pieniądze wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

Pamiętajcie, że warunkiem koniecznym do wzięcia udziału w losowaniu jest choć jedno 19,99 zł wpłacone dla Bartka. Pieniądze trafiają prosto na konto Bartka, do którego oczywiście nie mamy wglądu, uprzejmie prosimy więc o przesyłanie potwierdzeń wpłaty na adresy: run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com. Zapewniona jest pełna dyskrecja danych osobowych oraz wysokości kwot wpłaconych na konto Fundacji.

Tak więc rach-ciach, Wy wpłacacie i wysyłacie potwierdzenia (czekamy na nie do 4 października do końca dnia), a potem jak już wszystko się skończy, to my te wpłaty i kilometry przeliczymy, zrobimy losowanie nagród i może nawet je Wam wyślemy!

Jakieś pytania? Nie? No to BIEGAĆ!

wtorek, 24 września 2013

Niedziela, 22 września, szukam
Przez osiem miesięcy 2013 roku żyłem w niesamowitym sportowym gazie. Jeden po drugim zrealizowałem kolejne cele, na endorfinowym haju płynęły mi kolejne dni, tygodnie, miesiące. Przebiegłem maraton w 3:19, złamałem 40 min. na dychę i zostałem triathlonistą. Spełniłem swoje ogromne marzenie o bieganiu wysokogórskim, jednym słowem było świetnie. Nie udało mi się jedynie wystartować w biegach na orientację tyle razy, ile bym chciał. Nie można mieć wszystkiego

Po zakończeniu tri-sezonu chciałem odpocząć. Na basenie nie byłem od prawie miesiąca, a Zuzkę widywałem sięgając po piwo do skrytki. Szybkiego biegania przez prawie trzy tygodnie nie było praktycznie w ogóle, udało mi się wyhodować głód. Taki stan, w którym budzisz się rano i myślisz o podbiegach, po południu chcesz robić 400-tki w tempie poniżej 3 min/km, a wieczorem masz ochotę na godzinę w tempie progowym. Zaprzyjaźniliśmy się, pielęgnowałem go i dbałem o niego, a gdy dojrzałem do chwili, by spuścić ze smyczy... skurczybyk zniknął.

Miałem rzucić się na szybkie bieganie, na tempo progowe, na kilometrówki, interwały, podbiegi, rytmy i powtórzenia. Połykać kolejne cele treningowe, krok po kroku zbliżać się do wyznaczonego celu: po trzech tygodniach takich treningów miało pęknąć 1:29 podczas Półmaratonu Kampinoskiego.

Tymczasem w głowie mej zapanowało wielkie niechcemisiejstwo. Akumulowanych sił też jakby brakuje. Dziś po raz pierwszy odkąd świadomie trenuję bieganie, nie wykonałem wyznaczonego przez trenera zadania. Po 15-kilometrowej rozgrzewce 4km po 4:10 powinny wejść jak w masło, a mimo osiągnięcia 94 proc. maksymalnego tętna, nie dałem rady utrzymać zadanego tempa. Ze łzami w oczach zwalniałem i próbowałem po raz kolejny wejść w rytm. Bez skutku. Po treningu zamiast buzować endorfinami, rzucałem przekleństwami. Poznałem obce mi dotąd uczucie: ból mięśni nie sprawiał mi przyjemności.

Do słabości treningowej swoje trzy grosze dołożyła ostatnio słabość mentalna. Wypadłem z rytmu zdrowego trybu życia i źle mi z tym, oj potwornie źle! Piwko tu, piwko tam, za zdrowie Asi, za zdrowie Wasze i nasze. Pizza, ciasteczko i w porównaniu do wagi startowej z wiosny mamy 3 kg Krasusa więcej. Hohooo, dobrą linię ma nasza władza! Podoba mi się Bormanowa teoria o tym, że warto zimą mieć balast i z nim trenować. A potem go zrzucić i na lekko przefrunąć wiosnę. Rzecz w tym, że do zimy jeszcze szmat czasu, a ja za trzy tygodnie chcę bardzo szybko pobiec półmaraton.

Poniedziałek, 23 września, znajduję
W treningu jest chyba tak, że potrzeba nowych bodźców. Dla Hani jest nim nowy trener, ja swój odnalazłem dziś wieczorem na Polu Mokotowskim. Trening funkcjonalny z elementami CrossFit prowadzony przez ObozyBiegowe.pl wycisnął ze mnie siódme poty i nafaszerował endorfinami po koniuszki palców. Znów chce mi się trenować i czuć ból w mięśniach. Dziś mam w planie truchting ze swoim dream teamem (Biegnij Warszawo zbliża się wielkimi krokami, a dziewczyny robią kolosalne postępy, coś wspaniałego tak obserwować jak z każdym dniem jest lepiej), a wcześniej, w drodze na Kabatki, spróbuję zrobić 8x1km w okolicy 4:00. Uda się?

Ps. A wiecie co? Cieszę się, że niedługo będzie za oknem brzydko i pluchawo. Odstawię wtedy piździka do garażu, przesiądę się na zbiorkom i wreszcie nadrobię zaległości książkowe. Brakuje mi czytania.

piątek, 20 września 2013

Owszem, można robić życiówki na kacu (grunt by mieć świadomość, że mogłoby być lepiej), ale prędzej czy później każdy dochodzi do wniosku, że nawet amatorskie uprawianie sportu idzie w parze z dbaniem o siebie i zdrowym odżywianiem. Odkąd bardziej świadomie trenuję, jadam rzeczy, o których istnieniu wcześniej nawet nie wiedziałem;) Najnowszy wymysł to pesto z pietruszki podpowiedziane przez Piotrunia.

Po co w ogóle jeść pietruszkę? Hoho, każda babcia Wam powie, że warto! Bo zdrowa, bo zawiera to (dużo żelaza) i tamto (od diabła witamin, w tym witaminę C, która umożliwia wchłanianie w/w żelaza) i jeszcze dużo więcej.

Żelazo pozwala utrzymać odpowiedni poziom czerwonych krwinek (erytrocytów), które są odpowiedzialne za transport tlenu do komórek. Im czerwonych krwinek będzie więcej, tym więcej tlenu dostarczą do mięśni, a tlen to dla nich paliwo, dzięki któremu mogą działać wydajniej. Dlatego dla sportowców żelazo jest tak ważne.


Oczywiście są alternatywne sposoby na podniesienie hemoglobiny i hematokrytu – doskonale wiedzą o tym m.in. kolarze, ale to zwykle nie kończy się dobrze, ja od erytropoetyny (EPO) wolę pietruszkę i stejka;)

Pietrucha nie każdemu smakuje, na dodatek by wchłonąć sensowną ilość żelaza z niej trzeba by jeść np. natkę dziennie, a w standardowej formie jest to dość trudne. Dlatego warto kombinować (kilka pomysłów podrzuciła już kiedyś Hania) jak by tu pietruszkę przemycić w innej formie. Poniżej przepis jak zjeść dwie natki i nie zostać od tej zieleniny krową;)


Pesto z pietruszki:
  • dwie natki pietruszki (łodygi odciąć i wyrzucić),
  • pięć łyżek dobrej jakościowo oliwy z oliwek,
  • mała garść obranych migdałów (ja dałem w płatkach, mogą być też słupki),
  • mała garść orzechów nerkowca (lepsze byłyby piniowe, ale nam się skończyły;)),
  • mała garść pistacji solonych,
  • czosnek dla zdrowia i smaku (jak ktoś za smakiem nie przepada to dwa małe ząbki będą praktycznie niewyczuwalne),
  • łyżka soku z cytryny,
  • dwie łyżki parmezanu,
  • odrobina soli i pieprzu (nie przesadzić z solą, bo w pistacjach i parmezanie też przecież jest).


Wszystko to wrzucamy do blendera i blendujemy do czasu uzyskania jednolitej masy. W razie problemów z konsystencją można dolać oliwy.

Co z takim pesto zrobić? Doskonale nadaje się do kanapek (np. zamiast masła, ale może być też jako warstwa wierzchnia), do mięs, no i oczywiście do makaronu! Makaron z pietruszkowym pesto to idealny posiłek dla biegaczy, kolarzy czy triathlonistów – jeden z moich ulubionych posiłków w okresie ładowania węglowodanami. Dostarczy energii (makaron), zdrowych tłuszczy (orzechy, oliwa), a także witamin i żelaza (pietruszka).

Poszczególne składniki pesto można dodawać lub odejmować, obowiązkowe są tylko pietruszka i oliwa:)

=== === ===
A tymczasem przypominam, że do 30.09.2013 r. prowadzimy akcję charytatywną pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”, w którym zachęcamy do wpłacania pieniędzy na rzecz chrześniaka naszego kolegi, Bartka. 4-letni Bartek ma guza pnia mózgu i staramy się mu pomóc. Hola-hola, ale nie jest to taka o, zwykła zbiórka pieniędzy. Za każde wpłacone na konto Bartka 19,99 zł otrzymujecie los w loterii nad loteriami, a dodatkowe losy możecie sobie wybiegać (jedna sztuka za 19,99 km). Ludziska, ale co to jest za loteria! Można sobie wyloteriować m.in. innowacyjny bidon na makaron, magiczną trąbkę rowerową w kolorze fioletu i kształcie kucyka, wizytę w rowerowym spa, genialnego audiobooka o z dedykacją autora oraz... patelnię nad patelniami!

Szczegóły akcji są o tu, kliku-kliku, a kasiorę wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

=== === ===

wtorek, 10 września 2013

Tyle się ostatnio u mnie działo, że zaniedbałem działkę „Krasus testuje i recenzuje”. A jest co testować, opiniować i recenzować, a jak! Wracam więc do tego z największą przyjemnością:) Na pierwszy strzał jedne z butów (na drugie też przyjdzie pora), które latem tego roku otrzymałem od New Balance Polska, czyli New Balance M870BB2. Dokładną specyfikację technologiczną znajdziecie na stronie NB, ja tylko powiem krótko: NB M870BB2 to przeznaczone dla nadpronatorów i biegaczy neutralnych buty treningowe do twardej nawierzchni z niezła amortyzacją i stabilizacją. NB twierdzi, że dzięki wykorzystaniu lekkiej pianki REVlite podeszwa buta jest o 30 proc. lżejsza od konkurencji. Czy to prawda? Dżizusku, nie mam pojęcia! Nie jestem w stanie zważyć podeszwy, ale wiem, że porównując do innych butów treningowych 870-tki są dość lekkie.

Cośtam o butach biegowych wiem, ale tak naprawdę to największą styczność z nimi mają przecież moje stopale. No wiadomo, że to ja zakładam, wiążę, pilnuję Gremlina jak biegniemy itd, ale przecież to stópki bezpośrednio stykają się z obuwiem. No to co, zapytajmy!


Krasus: Yoł stopale! Podobają się Wam 870-tki New Balance’a? Jakie było Wasze pierwsze wrażenie?

Stopal Lewy: Bardzo sympatyczne buty! Już od pierwszego kontaktu z cholewką miałem pozytywne odczucia. Dobrze opinają, są solidnie wykonane i przyjemne dla skóry (można w nich biegać na bosaka).

Stopal Prawy: A ja się z przedmówcą nie zgodzę! Pierwsze wrażenie było akurat niezbyt pozytywne. Coś mi ten but nie leżał. Niby nie czuć konkretnych rzeczy, które mogą wadzić, ale coś nie pasowało. Co ciekawe, ów lekki dyskomfort odczuwam za każdym razem po założeniu buta i... za każdym razem znika on po kilku minutach.

Werdykt: Prawy stopal to maruda (w lewym dyskomfotu nie odczuwam). Skoro dyskomfort znika po kilku minutach, to nie ma on znaczenia. Pierwsze wrażenie jest git.



K:
No dobrze, a kolejne treningi? Przebiegliśmy w nich 300 kilometrów, co powiemy potencjalnym zainteresowanym?

LS: Jak na buty treningowe, to są dość lekkie, sztuka waży 320 gramów. To wprawdzie więcej od ukochanych Brooksów Pure Cadence, ale jednocześnie mniej od Adidasów Supernova Sequence 3, w których dotąd uklepywaliśmy asfalt. Do ultralekkich Minimusów im daleko, profesjonalnych startówek również, ale jak na buty treningowe, jest bardzo OK. Oczywiście po 300 km nie sposób powiedzieć nic na temat wytrzymałości butów, ale póki co wyglądają niemal jak nówki sztuki. Wsparcie dla pronatorów działa poprawnie, amortyzacja również. Po ponaddwugodzinnym biegu w nich, czułem się bardzo dobrze.

PS: Już po pierwszych treningach polubiliśmy się z 870-tkami i to bardzo, nie chcę już biegać w Adidasach, bo w porównaniu do NB są toporne i ciężkie. No i 870-tki są od Supernova Sequence 3 dużo ładniejsze. A co, wygląd też się liczy:) Buty wykonano w żywym niebieskim kolorze z białymi, srebrnymi i żółtymi wstawkami, brakuje jedynie większych elementów odblaskowych, które podnoszą bezpieczeństwo wieczornego biegania. Są uszyte całkiem solidnie, nic w nich nie ociera i nie doskwiera. W środku są na tyle przyjemne i nadają się do biegania bez skarpetek.

Werdykt: New Balance M870BB2 to obuwie wygodne i dość lekkie.


K: Komu polecamy 870-tki?

LS: Są to buty typowo uliczne. O ile na suchy dukt Lasu Kabackiego jeszcze się w nich można wybrać, to już w typowy teren się nie nadają. Lubię gdy biegamy w nich długie i spokojne treningi, do tego są najlepsze. Na najszybsze interwały na bieżni wolę Minimusy (też doczekają się recenzji, a co!), a na dłuższe interwały i zawody – Brooksy Pure Cadence.

PS: Poleciłbym je osobom biegającym dystanse od 5 km w górę, które szukają buta amortyzowanego, z podparciem dla nadpronatorów, ale jednocześnie dość lekkiego i wygodnego. Buty mają 8-milimetrowy spadek pięta-palce, są przeznaczone dla osób lądujących na pięcie, pasjonaci naturalnego biegania powinni spojrzeć na inną półkę (recenzja Minimusów też będzie).

Werdykt: New Balance M870BB2 to buty treningowe dla piętaszków neutralnych i nadpronatorów, służące do uklepywania asfaltu.


Czy warto je kupić? Katalogowa cena New Balance M870BB2 to 399,99 zł, w mojej ocenie to odrobinę za dużo jak na buty treningowe. Ja bym 400 zł za buty treningowe (są dobre, nawet bardzo dobre, ale jajecznicy nie robią, więc nie ma co szaleć), ale 300-330 na pewno. To oczywiście bardzo subiektywne spojrzenie, dla niektórych i 600 zł za buty nie będzie za dużo. 870-tki są wygodne, dość lekkie i solidnie wykonane, biega się w nich przyjemnie, szukając butów mających pomóc w przygotowaniu do (pół)maratonu czy dyszki, zdecydowanie warto wziąć je pod rozwagę.

=== === ===
Wszyscy przeczytali? No to przypominam, że do 30.09.2013 r. prowadzimy akcję charytatywną pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”, w którym zachęcamy do wpłacania pieniędzy na rzecz chrześniaka naszego kolegi, Bartka. 4-letni Bartek ma guza pnia mózgu i staramy się mu pomóc. Hola-hola, ale nie jest to taka o, zwykła zbiórka pieniędzy. Za każde wpłacone na konto Bartka 19,99 zł otrzymujecie los w loterii nad loteriami, a dodatkowe losy możecie sobie wybiegać (jedna sztuka za 19,99 km). Ludziska, ale co to jest za loteria! Można sobie wyloteriować m.in. innowacyjny bidon na makaron, magiczną trąbkę rowerową w kolorze fioletu i kształcie kucyka, wizytę w rowerowym spa, genialnego audiobooka o z dedykacją autora oraz... patelnię nad patelniami!

Szczegóły akcji są o tu, kliku-kliku, a kasiorę wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

=== === ===

środa, 4 września 2013

Jeden z zawodników też skręca na metę, ale jest za daleko, bym mógł go dogonić. Biegnę swoim tempem, jednak... jest ono dużo szybsze od jego. Powoli się zbliżam, do mety nie więcej niż 50 metrów. A, raz kozie śmierć, OGIEEEEEEEŃ! Niesiony dopingiem, rzucam się do szaleńczego sprintu w walce o (jak się potem okaże) 71. miejsce w The Panasonic Evolta 2013 Triathlon in Poland na dystansie 1/2 Iron Man. Nie zważając na ból i zmęczenie lecę w tempie ok 2:30/km. I na dwa metry przed metą wyprzedzam rywala, wygrywając z nim o sekundę.

Pływanie – za długie o 500 metrów, ale jest postęp
Na starcie pływania się nie pcham, przecież pływakiem nie jestem, trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Spokojnie wchodzę do jeziora i zaczynam płynąć. Po 150-200 metrach wchodzę w jako-taki rytm. Staram się pamiętać o technice: długie pociągnięcia, rytmiczna praca nóg, wysoki łokieć i mocne wydmuchy powietrza. Jakoś idzie, choć zalewająca co jakiś czas twarz fala nie ułatwia życia.. Co kilka oddechów podnoszę głowę by sprawdzić, gdzie jest bojka. Za którymś razem kończy się do kopem w twarz, na szczęście niezbyt mocnym. Po pierwszym kółku wybiegam z wody, macham ręką do swoich kibiców i lecę dalej. Rzut oka na zegarek, ponad 24 minuty – masakra jakaś. Ale oglądam się, a za mną też są ludzie, WTF?! Z takim czasem powinienem być pod koniec. No nic, płyniemy dalej.

Przed startem etapu pływackiego / fot. MO-K

Powoli, ale systematycznie wyprzedzam. Tu kogoś, tam kogoś. Doganiam płynącą dość równo dwójkę i mieszczę się między nimi, po chwili synchronicznie wymierzają mi ciosy łokciem i nogą. Bach, bach! Nie dam się, wyprzedzam. Dopływamy do przedostatniej bojki, podnoszę głowę a tam... jeszcze jedna boja, daleko, daleko! Hmmm, ale nikt do niej nie płynie?! Wygląda na to, że się urwała, no to do mety! Trochę przyśpieszam, wyprzedzam parę kolejnych osób i wyłażę z wody. NKŚ wystawia mi przygotowane buty biegowe (sobotni rekonesans wykazał, że z wody do T1 jest daleko i niewygodnie, skorzystanie z butów było dobrym pomysłem, bo dzięki temu bezproblemowo dotarłem do strefy zmian). Ale, mimo tego udogodnienia, droga do T1 nie jest łatwa, bo prowadzi pod górkę, a ja po pływaniu jestem mocno zasapany. W T1 wszystko się wyjaśnia jeśli chodzi o mój fatalny czas. Nie tylko mi Garmin pokazał ponad 2,4 km – narzekają wszyscy. Nie bez problemów pakuję piankę do worka, zmieniam czepek na kask, okulary na rowerowe i człapię po Zuzkę. Pimpuś gotowy do drogi, ruszamy!


PŁYWANIE: 1,9 km (zmierzone 2,44 km (!!) / czas 50:58 / m-ce 168 z 264 (63,6%)

W Poznaniu byłem w 80 proc. uczestników, więc postęp jest spory. Tu płynęło mi się dużo lepiej, złapałem rytm i wyprzedzałem, nawet nogi mi nie przeszkadzały! Wydłużenie trasy mi chyba wręcz pomogło, bo z wytrzymałością nie mam problemów, więc inni tracili, a ja nie.

Rower – a noga nie podaje...Ogień z d...!!! Krzyczę do Pimpusia i Zuzki na starcie etapu rowerowego. Tylko że zamiast ognia to ledwie jakiś płomyczek mi się pojawia. Wiatr dmie kosmicznie, ciężko mi utrzymać prędkość 30 km/h, zresztą nie tylko mi, każdy ma ten sam problem. Masakra. A jeszcze zaeksperymentowałem i jadę z Garminem na ręku i włączonym autoprzewijaniem ekranów. Motam się, bo nic nie widzę i w trakcie jazdy zmieniam ustawienia. Dopiero po nawrotce w Marcelewie łapię baranka i kręcę.

„Na głowie kwietny ma wianek
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek.”

Po trudnym początku, łapię rytm i jest lepiej. Może nie tak dobrze jak w Poznaniu, ale trzy kolejne pięciokilometrówki robię ze średnią ok. 33 km/h, przyzwoity poziom. Jak na warunki wietrzne i jakościowe (droga) nie ma co narzekać, w 2:45 chyba uda się zmieścić.

Ale po 20 km okazuje się, że moje możliwości trafiły na ścianę. Jest coraz słabiej, a ósme pięć kilometrów wchodzi w 10:41, z żenującą jak na mnie średnią 28,1 km/h. Trudne warunki dają się we znaki, ale ten problem mają wszyscy. Mi jednak po około godzinie do gry włączają się plecy i jazda w dolnym chwycie sprawia solidny ból. Chcąc uniknąć masakry na biegu, jadę już głównie w górnym chwycie, co dodatkowo utrudnia jazdę przy tym wietrze. W pewnym momencie, wyjeżdżając z lasu pomiędzy pola, dostaję taki boczny podmuch, że prawie mnie przewraca. Aż strach sięgnąć po bidon.

Próbuję się motywować. Po sobotniej kolacji wraz z NKŚ i naszymi gospodarzami (swoją drogą, wiecie, co oni robią? naprawdę fajne pościele dla dzieci w stylu „u babci Marysi”, polecam!:)) szukaliśmy motywacyjnych kawałków. No to lecimy (zwróćcie uwagę na teledyski):



oraz



I co? I nic. Nie działa. Takie kurde kawałki i zero efektu! Normalna muzyka też się w głowie nie zagnieżdża, noga nie chce współpracować i tyle, do tego ból pleców. Po 1,5 okrążenia, niedaleko stadionu, zauważam swoją ekipę kibicowską, ale się ich zjechało, super sprawa! Na to konto wciągam Ibuprom, w nadziei, że plecy trochę odpuszczą. Zupełnie nie czuję się jednak na szybką jazdę. O ile w Poznaniu czerpałem z roweru ogromną radość, tak teraz jest to wielka męczarnia.

W drugiej połowie dystansu tylko jedną piątkę robię ze średnią powyżej 32 km/h, niektóre poniżej 30 km/h – tak wolno to nawet na treningach nie jeżdżę:/ Po 75 km kolejna tabletka, a tymczasem wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy (i zawodniczki też, a dokładnie jedna) i frustracja rośnie. Każdą minutę mocniejszego kręcenia zwracam minutą bólu. I tak wek za wek sobie jedziemy.

Jedyne co dodaje mi sił to kibice. Oprócz moich bliskich, wymiata ekipa Garnka Mocy – są niesamowici. Stoją i kilka godzin walą w czerwony garnek drewnianą kulką do ucierania kartofli! Pozdrawiam ich Pimpusiem, odkrzykują radośnie i jadę dalej. Na szczycie podjazdu z kolei ulokowała się grupa z portalu Xtri.pl – oj miejsce sobie wybrali dobre! Podjazd daje w kość, więc ich doping na górze dodaje sił. W miejscowościach na trasie też stoi trochę ludzi, wielu bije brawo i zagrzewa nas do walki. Dzięki wszystkim! W końcu moja rowerowa męczarnia się kończy i docieram do drugiej strefy zmian.

ROWER: 90 km (zmierzone 90,7 km) / czas 2:55:41 / średnie: prędkość 31,0 km/h; kadencja 89/min; tętno 150 bpm / m-ce 124 z 264 (47,0 %)

Bieg – z pierdolnięciem na finiszu
Za bramką w T2 wolontariuszka chce zabrać mi rower, a ja skołowany nie wiem co się dzieje i rzucam: „Jak to? Mój rower!”. Dopiero odpowiedź: „odstawię” mnie uspokaja i ruszam do swojego worka na zmianę butów. Poświęcam kilka sekund na założenie różowych skarpetek, w końcu obiecałem kibicom, że będą mogli łatwo mnie wypatrzeć;) Wsuwam butki (mała łyżka do butów to bardzo dobry patent, polecam!) i ruszam. Moi czekają przy bramie, uśmiecham się, pokazuję kciuk i lecę. Słyszę jak mamuśka stwierdza „wygląda dobrze!”.

Cały czas oko na zegarku: „nie za szybko, nie za szybko, nie za szybko”. Czuję w pęcherzu spory zapas, postanawiam więc już na pierwszym kilometrze zrobić szybki sik-stop, a przy okazji odpocząć kilka sekund. Kawałek dalej ktoś inny też się opróżnia, ale górną stroną. Na pierwszym kilometrze widzę ze trzech takich pechowców.

Ruszam. Drugi kilometr w 4:41, na trzecim chcę przyśpieszyć, ale nic z tego. Żołądek zaczyna jeździć z dołu do góry i z lewa na prawo. Błagam go, by nie szalał, chcę ukończyć zawody bez drugiego postoju. Zwalniam poniżej 4:50, spinam mięśnie brzucha i próbuję biec. Po ok. dwóch kilometrach problemy mijają i nabieram prędkości. Pierwszą piątkę robię w 24:35. Na punkcie odżywczym zjadam mus owocowy i popijam wodą, żołądek wraca do żywych.

Ale że Ty już na mecie, a ja jeszcze jedno kółko?!  / fot. AS

Znów wspomagają kibice. Jest niezła pogoda, niedziela, a Myślęcinek to miejsce wypoczynku bydgoszczan. Nic dziwnego, że na większości ścieżek możemy liczyć na doping bardzo wielu ludzi. Biją brawo, częstują wodą (a niektórzy nawet piwem!;)), życzą powodzenia – świetna sprawa. W okolicy stadionu moje tłumy. Co chwilę ktoś znajomy, przybijam piątki, krzyczę do nich, a oni do mnie.

Poinformowałem trochę ludzi o tym, że startuję w triathlonie i zaprosiłem do kibicowania. Ale liczba obecnych przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Na każdym kółku zauważałem kogoś nowego, to było bardzo miłe przeżycie:) W sumie w okolicy stadionu Zawiszy, specjalnie dla mnie, pojawiły się 34 osoby, w tym siedmioro nieletnich! Stawiła się liczna rodzina, kumple z liceum i parę innych osób. Na mecie ze wzruszenia nie wiedziałem do kogo się odezwać i jak głupek kręciłem się w kółko;) Wsparcie otrzymywałem też od kibiców startujących w zawodach Michałów, szczególnie panie S. robiły dużo hałasu, ogromne dzięki, jesteście fantastyczne!



Dlaczego na bieżni stadionu nie biegłem równo jak tory wyznaczają?
Na szczycie wymalowanego przeze mnie stożka zbierał się główny komitet kibicowski,
z każdym kółkiem było ich tam więcej, więc przebiegając przez stadion
nadkładałem parę metrów, by przybić piątkę:)

Przez co najmniej jedną trzecią trasy byłem Andrzejem, bo biegłem w towarzystwie dwóch zawodników, z których jeden niemal za uszy go ciągnął rzeczonego Andrzeja, krzycząc co kilka chwil „dajesz Andrzej! nie ociągaj się!”. Ja odbierałem to jak krzyk do mnie i chwilami czekałem na kolejne „napierd… Andrzej!”. Panowie, ogromne dzięki. Raz biegłem kawałek za nimi, raz kawałek przed nimi, często napieraliśmy we trójkę. Od 5. do 18. kilometra biegło mi się bardzo dobrze. W miarę trzymałem tempo (od 4:30 do 4:50 pod wiatr lub pod górkę), a cały czas sił dodawała mi myśl, że już za chwilę dobiegnę w okolice stadionu, gdzie zobaczę swoich ludzi. Jeszcze półtora kilometra, jeszcze kilometr, o już widać stadion! O, panie S., za chwilę klasowa ekipa, Andżelika z Malwiną, a tam rodzinka, bosko jest. O, i mój chrześniak!:) Dla nich chce się biegać! I tak każde z trzech okrążeń – byle dotrzeć do swoich.

Druga i trzecia piątka weszły w 23:07 i 23:09, w średnim tempie 4:37. Trochę gorzej niż oczekiwałem, ale w granicach przyzwoitości. Nadzieję na złamanie 1:36 straciłem już po kilku kilometrach, bo zamiast średniego tempa w okolicy 4:30, robię tak tylko parę najszybszych kilometrów. Ale może uda się zrobić choć półmaratońską życiówkę (1:38:52 – pierwsza połowa maratonu w Barcelonie?

No i udałoby się. By, kurna jego mać. Ale jaki kryzys mnie złapał na 18. kilometrze, to po prostu kosmos. Jest pod wiatr, noga za cholerę nie chce podawać, każdy krok to wielki dramat, a mięśnie ud palą do żywego. Odliczam metry do punktu odżywczego i już nie mogę doczekać się kubka coli. Łapię go w biegu, piję, trochę wylewam na siebie, łapy mi się kleją. I... działa. Zastrzyk cukru stawia mnie na nogi! Do tego ciągnie mnie już meta, rozpędzam się!

Doganiam Andrzeja i jego motywatora, jak nowonarodzony biegnę coraz szybciej. Pół kilometra napieram z nimi, potem zostają z tyłu. Stadion jest coraz bliżej, jeszcze kilometr. Znów dorzucam do pieca, tempo poniżej 4:00/km, wyprzedzam zawodnika o ksywce „Mazda”, też ma głośnych kibiców. Nie planuję ostrego finiszu, nie lecę po żaden wynik, ot chcę dotrzeć do mety. Jeszcze ok. 250 metrów po bieżni stadionu. Wyprzedzam parę osób, które mają do pobiegnięcia jeszcze jedno lub więcej okrążeń, tylko ostatnia prosta. Jeden z zawodników też skręca na metę, ale jest za daleko, bym mógł go dogonić. Biegnę swoim tempem, jednak... jest ono dużo szybsze od jego. Powoli się zbliżam, do mety nie więcej niż 50 metrów. A, raz kozie śmierć, OGIEEEEEEEŃ! Niesiony dopingiem rzucam się do szaleńczego sprintu w walce o (jak się potem okaże) 71. miejsce w The Panasonic Evolta 2013 Triathlon in Poland na dystansie 1/2 Iron Man. Nie zważając na ból i zmęczenie lecę w tempie ok 2:30/km. I na dwa metry przed metą wyprzedzam rywala, wygrywając z nim o sekundę.

Normalnie fotofinisz! / fot. MO-K

Za metą strasznie ciasno, rozpędzony wpadam w ludzi, łapie mnie ktoś z moich kibiców, a mam siłę tylko na to, by osunąć się na ziemię i kilkanaście sekund się nie ruszać. Proszę o wodę i... okazuje się, że nie ma. Na mecie tak trudnych i wyczerpujących zawodów nie ma wody, dla mnie to niewyobrażalne! Na mecie nie ma właściwie nic. Przypomnę tylko, że w Poznaniu były owoce (banany, pomarańcze, arbuzy), lody, woda, izotonik, a nawet darmowe piwo. Jasne, że taki wypas nie musi być wszędzie, ale żeby nie było wody?! Dobrze, że mam swoich ludzi. Ktoś leci 200 metrów do punktu odżywczego i przynosi mi colę i wodę, a po chwili dostaję od ojczulka braciszka piwo, ufff:)

Rozglądam się wśród „swoich”, ale ich obrodziło! Głupieję i nie wiem komu uścisnąć dłoń, kogo wycałować, kręcę się w kółko jak potłuczony, cały czas mówiąc „dzięki, że wpadliście”;)

Końcówka była w takiego trupa, że głowa mała! / fot. Jamer

Tatku, ale czemu oni na mecie dali mi pusty kubek, a nie coś do picia...? / fot. AS


BIEGANIE: 21,1 km (zmierzone 21,2 km) / czas 1:38:55 / średnie: tempo 4:40 min/km; tętno 160 bpm / m-ce 29 z 264 (11,0 %)

Strefy zmian – jest postęp
T1: 00:04:09 / m-ce 84/264 (31,8%)
W stosunku do Poznania (64 proc.) różnica jest kosmiczna. Uszykowanie sobie butów na dobieg z wody było świetnym pomysłem, zdjęcie pianki też poszło mi dość sprawnie. Oczywiście można było urwać jeszcze sporo, ale z wody wyszedłem mocno zasapany i nie chciałem przeszarżować.

T2: 00:01:42 / m-ce 82/264 (31,1%)
Zainwestowałem czas w założenie skarpetek (rower zaliczyłem bez), przynajmniej nie mam żadnych otarć:) 30 proc. stawki mnie w miarę satysfakcjonuje.

Podsumowanie – „już za rok matura...”
Ostateczny wynik 5:31:15 / m-ce 71/264 sklasyfikowanych (26,9%)

Mam mocno mieszane uczucia jeśli chodzi o ocenę tego startu. W stosunku do ½ IM w Poznaniu znacznie lepiej popłynąłem i poprawiłem strefy zmian, zanotowałem też lepszy czas w biegu. Ale lepszy czas wcale nie przełożył się na miejsce, bo tu i tu znalazłem się w 11 proc. stawki. Do półmaratońskiej życiówki zabrakło zaś… 3 sekund. Szkoda, szkoda. No i ten rower. Czas czasem, różne trasy są nieporównywalne, ale średnia prędkość niższa o 3 km/h to bardzo kiepawo. Nawet po tętnie (średnia niższa o 4 bpm) widać, że źle mi się jechało.

Ostateczny czas 5:31:15 nie powala na kolana, jest regres w stosunku do Poznania. Tam zmieściłem się w pierwszej ćwiartce (24,3 proc.) sklasyfikowanych, w Borównie zaś byłem trochę poza nią (26,9 proc.). Dziwny sport ten triathlon, wyniki są kompletnie nieporównywalne ze względu na diametralnie różne warunki i niezbyt dokładne wymierzanie tras.

Zakończyłem swój pierwszy tri-sezon, ale z trzech startów w pełni zadowolony jestem tylko z debiutu w Mrągowie (swoją drogą, to chyba jedna z najlepszych relacji jakie ever napisałem, więc czytajcie jeśli nie czytaliście;)). W Poznaniu nie poszedł mi bieg, a w Borównie rower. No nic, zima to będzie czas ciężkiej pracy.

A sam Triathlon Borówno? Trudno mieć duże pretensje do organizatorów za pływające bojki, bo wiało okropecznie, ale prognozy pogody były znane i może warto było mocniej je umocować? Jakość dróg to też nie ich wina (chwilami myślałem, że Zuzka się rozpłacze, tak trzęsło), ale już brak wody i czegokolwiek innego na mecie to porażka ogromna. Na dodatek za metą był „salon masażu”, do którego wyczekałem pół godziny, a gdy już miałem być masowany, okazało się, że jest to usługa płatna. OK, nie mam żalu za to, że była to płatna zabawa (aczkolwiek zwykle jest darmowa), ale wystarczyłoby tam umieścić plakat „masaż płatny” i wszystko byłoby jasne, nie traciłbym czasu na czekanie (podobnie jak wiele innych osób, które zrezygnowały).

Wielkie brawa należą się za to kibicom i wolontariuszom. W pewnym momencie jeden z wolontariuszy nie zdążył podać mi wody to dogonił mnie po 50 metrach i dostarczył kubek z wodą. Ogromne zaangażowanie młodych ludzi na punktach odżywczych było fantastyczne. Świetnie spisali się też kibice, i to nie tylko ci moi. Wspominałem już o Garnku Mocy, o ekipie Xtri.pl, ale na brawa zasłużyli też mieszkańcy Bydgoszczy i okolic, którzy na trasie dawali zawodnikom dużo otuchy.


Tak wygląda Garnek Mocy w akcji / fot. https://www.facebook.com/GarnekMocy

No i mam trochę dylemat z tym Borównem… Bo obrodziło w tym roku w zawody triathlonowe. Co więcej, dużo jest zawodów świetnie zorganizowanych – by wspomnieć Poznań oraz cykle Garmina i Volvo. A to Borówno to tak organizacyjnie trochę kiepsko – nigdzie niczego nie wiadomo, totalny brak informacji w okolicy biura zawodów/mety, bardzo słabe mapki tras na stronie organizatorów, zupełny brak wizualizacji stref zmian (Volvo było pod tym względem genialne!), że o żenującej wpadce z brakiem czegokolwiek do picia/jedzenia na mecie nie wspomnę.

No ale z drugiej strony czydzieścikurdecztery osoby (że też ja zbiorowego zdjęcia nie zaordynowałem to gupi jestem jak but!) to absolutny rekord liczby moich kibiców i jak mógłbym ich zawieść za rok, no jak? No kurde, co zrobić, do zobaczenia w 2014 r. w Borównie i Bydgoszczy!:)

piątek, 30 sierpnia 2013

Co robicie w najbliższą niedzielę 1 września? Jesteście w Bydgoszczy lub okolicy i nie macie sprawy wagi co najmniej wojny lub wypłaty? No to widzimy się po południu w Myślęcinku i na Zawiszy! Stawiam piwko:)

W Borównie i Bydgoszczy wezmę udział w triathlonowych zawodach na dystansie 1/2 Ironman (Ironman 70.3). Składa się na to 1,9 km pływania, 90 km rowerem i 21,1 km biegu. Start będzie miał miejsce o 11:00.

Niedosyt po poznańskim 5:21:22 sprawia, że w Borównie/Bydgoszczy bardzo chcę skopać temu triathlonu tyłek. W Poznaniu było dobrze, ale nie idealnie, a ja lubię jak jest idealnie. Pogoda ma szansę być doskonała, a forma chyba jest niezła, czuję w nogach moc jak cholera! Do szczęścia potrzeba mi kibiców. Przybywajcie tłumnie. Zabierajcie szwagra, córkę, teściową, róbcie sobie piknik i kibicujcie. Każdy z Was jest na wagę złota, każde wsparcie może zadecydować o sukcesie lub porażce. Trzymajcie kciuki, dmuchajcie w dobrą stronę, a najlepiej to pokażcie się na miejscu! Im Was więcej, tym mi lepiej. Krzyczcie, dopingujcie, machajcie rękami, niech Was słyszę i widzę!

Żeby ułatwić sprawę i zachęcić, poniżej zamieszczam trochę informacji co i jak.

Pływanie zostanie rozegrane na jeziorze w Borównie, start odbędzie się na terenie byłego Wojskowego Ośrodka Wypoczynkowego „Żagiel”. Pływanie będzie o tyle widowiskowe, że składać się będzie z dwóch pętli, a po każdej trzeba będzie wybiec na brzeg, obiec beczkę, a potem wrócić do wody, co jest atrakcyjne dla kibiców, bo coś się dzieje. Minus jest taki, że w piance, czepku i oksach trudno swojego zawodnika rozpoznać;) Jakby co, to okularki mam białe z niebieskimi szybkami. Jak dobrze wiatry zawieją to wyjdę z wody po mniej niż 45 minutach, czyli o 11:45 (oby wcześniej!).

Pianka i okularki pozostają takie same,
mam za to nadzieję, że uda mi się wyjść z wody z mniej głupią miną;)

Po pływaniu, w strefie zmian zrzucę piankę i siądę na rower. Zuzka będzie mnie niosła 90 km, trasa składa się z dwóch i pół pętli, a kibice w tym czasie trasą Gdańską będą mogli przejechać z Borówna na Zawiszę. Pętle trasy rowerowej wyglądają następująco: zz ośrodka „Żagiel” wyjedziemy w lewo ul. Spacerową do miejscowości Nekla, tam w prawo do Kotomierza i nawrotka. Z Kotomierza do Niemcza i w prawo w ul. Jeździecką do Rynkowa i Myślęcinka. W Myślęcinku w ul. Hipiczną i wracamy do Nekli i Borówna. Takie dwa kółka, a potem jeszcze pół, czyli dojazd z Borówna do Stadionu Zawiszy, gdzie umiejscowiona będzie druga strefa zmian, w której mam nadzieję pojawić się po ok. 2:40 od rowerowego startu, czyli ok 14:30 (im wcześniej tym lepiej;)). Znakiem rozpoznawczym mojego (biało-czarnego) roweru jest fioletowy kucyk na kierownicy, o taki jak poniżej.

Pimpusia na kierownicy nie ma nikt poza mną:)


=== === ===
Przypominam, że wciąż prowadzimy akcję charytatywną pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”, w którym zachęcamy do wpłacania pieniędzy na rzecz chrześniaka naszego kolegi, Bartka. 4-letni Bartek ma guza pnia mózgu i staramy się mu pomóc. Hola-hola, ale nie jest to taka o, zwykła zbiórka pieniędzy. Za każde wpłacone na konto Bartka 19,99 zł otrzymujecie los w loterii nad loteriami, a dodatkowe losy możecie sobie wybiegać (jedna sztuka za 19,99 km). Ludziska, ale co to jest za loteria! Można sobie wyloteriować m.in. innowacyjny bidon na makaron, magiczną trąbkę rowerową w kolorze fioletu i kształcie kucyka, wizytę w rowerowym spa, genialnego audiobooka o z dedykacją autora oraz... patelnię nad patelniami!
Szczegóły akcji są o tu, kliku-kliku, a kasiorę wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

=== === ===

Trasa rowerowa zakończy się w okolicy stadionu Zawiszy, gdzie rach-ciach zmienię butki rowerowe na biegowe, kask na czapkę z daszkiem i strzałka – trzy siedmiokilometrowe pętle po Myślęcinku biegiem, mapka trasy jest poniżej. I tam właśnie, na trasie biegowej, Wasze wsparcie będzie najważniejsze, będę też najbardziej interaktywny, bo na rowerze trudno jest przybić piątkę, a na biegu można:) Ustawiajcie się w dowolnym miejscu trasy, a jak tylko mnie zobaczycie to krzyczcie ile sił w gardłach. Ale bijcie brawo i kibicujcie wszystkim zawodnikom, a nie tylko mi:)

O tak będziemy biegać – trzy pętle, po 7 km każda

Tak (plus biała czapeczka z daszkiem) wygląda mój strój startowy

Mam nadzieję, że bieganie zajmie mi około 1:35-1:37. Sumując wszystko oznacza to, że na mecie (stadion Zawiszy) chciałbym pojawić się w okolicach godziny 16:05, to wersja bardzo optymistyczna. 16:10-16:15 też będzie dobra:) Jako że meta znajduje się bardzo blisko pętli biegowej, można pokibicować na pętlach w Myślęcinku, a potem przejść na stadion by zobaczyć jak padam na ryj za metą. Główny komitet kibicowski zgromadzony będzie zapewne w okolicy słynnego już transparentu, który był największą niespodzianką półajronmenowego debiutu w Poznaniu:)

 
They're simply the best! Są nie do pomylenia z innymi kibicami:)

Nie wiem, jak będzie wyglądała strefa mety, ale na większości zawodów można kupić piwo. Jeśli podobnie będzie na Zawiszy, stawiam browarka wszystkim znajomym, którzy pojawią się w niedzielę kibicować!:)

W razie pytań lub wątpliwości pytajcie tu w komentarzach lub na Facebooku. Mam nadzieję, że do usłyszenia i zobaczenia!

A jak ktoś ma wojnę lub wypłatę w niedzielę, to jest duża szansa, że na FB będą jakieś informacje lajf na żywo z trasy, więc pozostańcie czujni:)

czwartek, 22 sierpnia 2013

Schodząc z pól od PK8 natrafiamy na problem w postaci ogrodzeń. Cóż, czasem trzeba przejść przez czyjeś podwórko. Przeprosimy, pozdrowimy i jakoś będzie. Kuba: „Ten dom wygląda na opuszczony, w niektórych oknach nie ma szyb i nie widać żywej duszy.” Siup przez siatkę i truchtamy po podwórku. „Hau, hau, hau!!!” z drzwi wylatuje czworonóg wielkości co najmniej owczarka! A my dzida do bramy, którą przeskakujemy w biegu! Po drugiej stronie lądujemy jakieś pół sekundy nim pies dopadł naszych łydek, ufff...

Organizatorzy IWW postanowili uniknąć zamieszania z rozdaniem map i te czekały na nas 1,5 km od startu, gdzie trzeba było dobiec pod górkę. Stawka się więc rozciągnęła i tłoku nie było. Głupi Krasus, zamiast sobie siąść i dokładnie zaplanować trasę, poleciał jak kuna rowem do PK2. Towarzyszem doli i niedoli znów Kuba Runowski, który staje się moim ulubionym współnapieraczem. Pierwsze 20km trzasnęliśmy w jakieś 2:40, rewelacja! W głowie myśli o tym, że czas poniżej 8h jest realny i może jakieś miejsce w okolicach pudła?






Lwówek Śląski to bardzo ładne miasteczko z awangardowym rozwiązaniem architektonicznym. Rynek z XVI-wiecznym ratuszem otoczono tam... blokami mieszkalnymi. Socrealizm, hej!

Szkoda tylko kurde, że zamiast po drodze do punktu odżywczego w miejscowości Wleń (wiecie, że to jedno z najstaszych miast w Polsce? Prawa miejskie ma od 1214 roku, a swego czasu mogło nawet bić złote i srebrne monety) zaliczyć umiejscowione na środku mapy PK8 i PK5, zostawiliśmy sobie je na później.
Ciała daliśmy też przy podejściu na szczyt Łopata, który zaatakowaliśmy od najbardziej stromej strony. Mając jako alternatywę łagodne podejście, włazimy pod jedną najbardziej stromych skarp pod jakie kiedykolwiek wchodziłem, brawo chłopaki, brawo! Patrzeć na poziomice, patrzeć na poziomice, patrzeć na poziomice – proste, nie?

Odcinek specjalny na dokładniejszej mapie do BnO idzie całkiem sprawnie, choć po wyjściu z niego, przed PK8 trafiamy na jednej z polnych dróg na przeszkodę nie do przejścia w postaci dość agresywnie nastawionego psiaka rasy mi nieznanej. Spotkanie kończy się wycofem (naszym, nie psim) i pocięciem na azymut, co w końcu na złe nam nie wychodzi, bo oszczędzamy kawałek dystansu. Aczkolwiek cięcie po niektórych polach było mało wygodne, bo pozostałe po żniwach grube badyle znacznie utrudniały bieg.

Schodząc z pól od PK8 natrafiamy na problem w postaci ogrodzeń. Cóż, czasem trzeba przejść przez czyjeś podwórko. Przeprosimy, pozdrowimy i jakoś będzie. Kuba: „Ten dom wygląda na opuszczony, w niektórych oknach nie ma szyb i nie widać żywej duszy.” Siup przez siatkę i truchtamy po podwórku. „Hau, hau, hau!!!” z drzwi wylatuje czworonóg wielkości co najmniej owczarka! A my dzida do bramy, którą przeskakujemy w biegu! Po drugiej stronie lądujemy jakieś pół sekundy nim pies dopadł naszych łydek, ufff...

Przed PK5 kolejna wtopa: źle wybieramy ścieżkę od miejscowości Pławna Dolna (na tej złej kolejny pies – tym razem mały jakiś, więc idziemy) i nad rzekę Kwilicę docieramy w złym miejscu. Zawiodło wyznaczanie odległości, ale jak patrzę na zdjęcie satelitarne, to na oko nie mieliśmy szans zobaczyć właściwej ścieżki, bo zaczynała się jakby za gospodarstwem. Trzeba było dokładnie zmierzyć dystans. Nad rzeczką miotamy się tam trochę w lewo i w prawo, bo nie wiemy, gdzie dokładnie jesteśmy. W końcu idziemy wodą (ulga dla zmęczonych stóp) w górę nurtu (czyli w lewo) i docieramy do PK, gdzie czekają znajomi Kuby. Tam chwila oddechu, kilka fotek i napieramy dalej.

==== ==== ====
Podoba się relacja? No to szybki przerywnik, bynajmniej nie reklamowy! Przypominam, że razem z Bo i Wybieganym robimy akcję pomocy 4-letniemu Bartkowi, który walczy z rakiem. Bartek to nie jakieś obce dziecko, tylko chrześniak Kuby, naszego kolegi blogera, więcej o Bartku tutaj (kliku-kliku), a o akcji tutaj (kliku-kliku). Przypomnę tylko, że pomagając Bartkowi nabywacie losy, a wylosować można nie byle co, bo duży przegląd rowerowy w najlepszym serwisie w Warszawie, bidon wypełniony makaronem, mającego właściwości magiczne kucyka na kierownicę oraz... Patelnię nad patelniami! Do dzieła Wyrypowicze, bo wiem, że wielu z Was pewnie to czyta:)
==== ==== ====

I następuje największa wtopa tego dnia. Nie łapiemy odpowiedniej dróżki i nadkładamy dobre 2-3 kilometry. Szczęście w nieszczęściu, że zupełnym przypadkiem trafiamy na punkt odżywczy trasy 20-kilometrowej, który w sumie ratuje nam tyłek, bo w bukłakach króluje pustka, a z samochodu łapiemy nie tylko wodę, ale i banany oraz pyszną drożdżówę. Docieramy w końcu do asfaltu i po raz kolejny spotykamy mijanego wcześniej kilka razy Michała Szczęsnego, z którym napieramy dalej. Przy PK6 znów chwila zawahania, ale w końcu udaje się odnaleźć właściwy strumień i, trochę dookoła, lecimy do PK4. Lampion znajdujemy bez problemów i podejmujemy decyzję o tym, że na PK3 wejdziemy na azymut. Kompas w łapę i jazda. Udaje się bez większych problemów, podobnie jak PK1, przed którym znów łączymy siły z Michałem. Tu już koncentracja była na najwyższym poziomie, szkoda, że zabrakło tego wcześniej.

Przed metą jeszcze tylko punkt XX, który organizatorzy wyznaczyli jako ostatni do zaliczenia. Chodziło o to, by bezpieczną drogą wrócić na metę. Wybieramy wariant asfaltem, bo jest pewniejszy nawigacyjnie i szybkościowo. Kuba opada z sił, parę minut później także Michał i zostaję sam na placu boju, biegnąc poniżej 5:30 na kilometr. Na XX znów włażę z kompasem przez las pod górkę i trochę szczęśliwie, ale w sumie bez problemów podbijam ostatni punkt. Potem już pędem do Lwówka i do mety, na której melduję się z oficjalnym czasem 10:07:10. O kilka sekund przegrałem z innym zawodnikiem, ale nie miał on wszystkich punktów i w sumie niepotrzebnie ostatnie kilkaset metrów grzałem po 4:30-4:40 goniąc go;)

Na ostatniej prostej nigdy nie wychodzę korzystnie;) 

Na mecie relaks. Żony to jednak potrafią załatwić wszystko.
W lodówce w bufecie czekało na nas zimne piwko...

...które tak mi zasmakowało, że do domu wróciłem z całą skrzynką,
starczy na co najmniej miesiąc!
(oby...)

W IV Ekstramlanym Rajdzie na Orientację Izerska Wielka Wyrypa zająłem siódme miejsce na 111 startujących. To mój najlepszy wynik odkąd dwa lata temu zadebiutowałem w pieszych maratonach na orientację (PMNO) na dystansie 50 km. Owszem, byłem już siódmy na Mazurskich Tropach i ósmy na Azymut Oriencie, ale tam startowało odpowiednio 46 i 16 osób. Mamy zatem niezły wynik, a ja... narzekam, marudzę i znów czuję niedosyt! Mam bowiem poczucie, że stać mnie na więcej, a kilka błędów nawigacyjnych kosztowało mnie dobre 45 minut, jeśli nie więcej.

A na pamiątkowej fotce trzy blogiery:
Michał Kołodziej (Dajcie mi wygrać!), Marcin Kargol (Don't stop me now!), no i ja.
Trzy? A nie dwa? No tak, Maniek jest z nami przez telefon, bo nim dotarliśmy do mety,
on wylądował już w domu;)

Tak, większość uczestników nie zdołało w ogóle zebrać wszystkich punktów, wielu naprawdę mocnych zawodników nawet nie ukończyło zawodów, bo odwodnili się na trasie i musieli zostać zwiezieni. A ja je ukończyłem i do końca miałem siłę biec, to powód do zadowolenia. Ale kolejne błędy nawigacyjne powodem do dumy już nie są i mam nadzieję w końcu je wyeliminować. Znów zabrakło mi głowy do tego, by przed startem siąść na pięć minut i dokładnie przeanalizować mapę, zaplanować kolejność zaliczania PK (nie była oczywista) i mniej-więcej trasy pomiędzy nimi. Następnym razem, obiecuję, obiecuję!

To była dla mnie trzecia edycja Izerskiej Wielkiej Wyrypy i znów się nie zawiodłem. To prawie doskonale zorganizowana impreza (choć była i niewybaczalna wtopa, o niej za chwilę), z ciekawymi trasami, przepiękna widokowo i z bardzo fajnym klimatem. Organizatorzy zadbali o wiele detali, na trasie rozstawiono punkty odżywcze (arbuzy, pomarańcze, banany, ciastka i woda), a na mecie czekał ciepły i bardzo smaczny posiłek. No właśnie, to ta wtopa. Okazuje się, że dla wielu osób posiłku nie starczyło. Nie potrafię zrozumieć jak to się stało, bo przecież wiadomo było, ilu uczestników się pojawi, a każdy w pakiecie dostał kupon na posiłek regeneracyjny, ale ci co na metę dotarli po 14-15 godzinach już ciepłego jedzenia nie dostali.

Mapa Izerskiej Wielkiej Wyrypy 2013 z naniesionym naszym przebiegiem.
Polecieliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zielony kolor tracka do bieg, czerwony marsz.

Stats&hints IV Ekstremalny Rajd na Orientację Izerska Wielka Wyrypa
Wynik: czas 10:07:10; 7/111 miejsce w klasyfikacji open;

Warunki pogodowe: rano 14-16 stopni, za dnia do ok. 30 st., patelnia

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R90 (nigdy więcej w krótkich spodenkach na PMNO!), koszulka techniczna z Lidla, czapeczka z daszkiem Nike; Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger

Jedzenie/picie: 2 żele + 2 batony + 2 chałwy + ciastka i owoce na punkcie odżywczym; 2 l izo w bukłaku +3 l dolane na punkcie.

Pod względem sprzętowo-żywieniowym spisałem się idealnie, niczego bym nie zmienił:)

wtorek, 20 sierpnia 2013

W trakcie Wielkiego Wyścigu najwięcej frajdy sprawiły wszystkim chyba rywalizacje na Endomondo. Zabawa była przednia, a emocje do samego końca, a Wasze zaangażowanie jakieś stodwadzieściasześćrazy przerosło nasze oczekiwania. I to, mimo że pierwotnie miało tam nie być nagród! I wiecie co? Bo ja już wiem, i Bo oczywiście też wie i jeszcze Wybiegany jest wtajemniczony. Znów będziemy rywalizować i znów będzie wesoło, a przy tym będziemy pomagać!


Zapraszamy Was do wspólnej zabawy pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”. O co chodzi? Bartek, chrześniak Kuby od bloga Formatownia.pl, ma cztery lata i walczy z paskudztwem zwanym guzem pnia mózgu. Jak to w takich przypadkach bywa, potrzeba pieniędzy, by mu pomóc. Pomożecie? Pomożemy! Nie będzie to jednak taka o, zwykła pomoc, bo zrobimy z niej rywalizację, w której wygrać będzie można nagrody. Nagrody za pomaganie? O ja, Bo i Krasus znów oszaleli. Jakie nagrody? Ano kurde nie byle jakie!

A no na przykład brat bliźniak Pimpusia (tak tak, oryginalny braciszek mojego Pimpulka)! Zwycięzca będzie mógł zamontować sobie na kierownicę roweru fioletowego kucyka, który chroni przed złymi urokami, dodaje pi przez dwa kilometrów na godzinę do średniej prędkości, że o +10 pkt do rowerowej stylówy nie wspomnę! Dokładne właściwości magiczne brata Pimpusia nie są jeszcze znane, zapewne nie bez wpływu pozostanie imię, jakim określi go nowy właściciel.

Tak wygląda oryginalny bliźniak Pimpusia...
...a tak mój Pimpuś w akcji

I wygrać będzie można jeszcze na przykład Makaronowy Bidon. Makaronowy Bidon zapytacie? To taki pas biegowy z bidonem, który idealnie nadaje się na wybiegania w trakcie maratońskich przygotowań. Ale uwaga, uwaga! To nie jest zwykły pas z bidonem, w który sobie wlejecie zimne piwko. O nie! Bo przecież jak ładuje energię biegacz? Ano je makaron! I dlatego właśnie w Wielkim Wyścigu dla Bartka wygrać będzie można bidon pełen najwyższej jakości makaronu! To pierwszy i jedyny taki bidon dostępny na polskim rynku.

Woda lub izo w bidonie to trzepactwo. Prawdziwy biegacz w bidonie ma makaron!

Ach, no i nagroda główna. No dobra, usiądźcie jeśli stoicie, bo to będzie nagroda jakiej w polskiej blogosferze jeszcze nie było! I aż sam sobie w brodę pluje, że jako współorganizator nie mogę o nią powalczyć. Do rzeczy: główną nagrodą w Wielkim Wyścigu dla Bartka będzie PATELNIA, którą Bo wygrała w trakcie wielkowyścigowego Lotto Poznań Triathlon! Szok! Usmażyć sobie jajecznicę na patelni, którą trzymała w swoich dłoniach Bo! Szklista cebulka, a może stek z wołowinki lub naleśniki? Wszystko da się zrobić, bo to nie jest zwykła patelnia tylko hiper-turbo-indukcja, czyli Patelnia nad patelniami (szczegóły techniczne jakby co: kliku-kliku!

Na Patelni nad patelniami przyrządzić można nawet krasnala!

Kto, gdzie, za ile i kiedy?!
Wszystkie trzy (już nie trzy, ale o tym na końcu:D)  nagrody zostaną ROZLOSOWANE wśród osób, które zdecydują się wspomóc Bartka kwotą co najmniej 19,99 zł. „Losów” można wykupić więcej, każdy za 19,99 zł. Jak ktoś wpłaci na bartkowe konto 99,95 zł, to otrzyma pięć losów i jego szansa na jajówkę a’la Bo wzrośnie pięciokrotnie. Oczywiście nie ma ułamków, za wpłacone 105 zł też jest pięć losów. Sky is the limit, wpłacajcie ile tylko chcecie, bo nagrody są warte wszystkiego.

Ale, ale, ale! Dodatkowe losy będzie można sobie wybiegać:) Każde 19,99 km zrobione do końca września w tej rywalizacji to kolejny los. Do końca września biegamy, a na początku października zrobimy losowanie, do którego podobnie jak przy WW użyjemy serwisu Losowe.pl. Wpisowe do rywalizacji wynosi 19,99 zł, za które otrzymujecie pierwszy los. Oczywiście im więcej wpłacicie tym lepiej dla Bartka i tym więcej losów dla Was, a w końcowym losowaniu liczy się suma losów kupionych i nabieganych.

Jeszcze raz: każde 19,99 zł wpłacone dla Bartka to jeden los (można kupić dowolną liczbę losów), a dodatkowe losy można sobie wybiegać na Endomondo. Każde 19,99 km (nieważne, czy w jednym biegu czy w pięciu) to jeden los. Jak ktoś do końca września wybiega łącznie 200 km, to otrzyma za Endo 10 losów. A jak ktoś trzaśnie 300 km, to dostanie 15 dodatkowych losów. Na końcu sumujemy losy nabiegane i kupione i wygrywamy (tzn., wy wygrywacie) takie nagrody, że o boziuńku!

Jeszcze przykład, by było jasne na sto procent. Osoba X wpłaciła na konto Bartka 100 zł i łącznie nabiegała 195 km. Z wpłaty ma więc 5 losów, a z biegania 9 (liczymy każde pełne 19,99 km), czyli razem 14. Proste? Jasne? Jeśli nie to śmiało pytajcie w komciach, mailach, czy na FB. Bo, Wybiegany i ja w rywalizacjach będziemy dla towarzystwa i lansu, ale w losowaniu udziału oczywiście nie bierzemy.

Tak, wiemy, że zabawa preferuje użytkowników jednej aplikacji, ale nie mamy pod ręką innego narzędzia, które tak sprawnie umożliwiałoby zliczanie kilometrów. Przelewem można wykupić dowolną liczbę losów, więc szanse ma każdy, kto pomoże Bartkowi, a przede wszystkim o to chodzi. Gdy dopisze szczęście, wygrać można nawet mając w ręku jeden los, więc do dzieła! Kto się nie bawi ten trąba i do tego nie przyjdzie w tym roku Święty Mikołaj!

Losy kupuje się przelewem:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

A do rywalizacji dołączacie tutaj (kilku-kliku).

UWAGA, WAŻNY KOMUNIKAT
Jako że żadne z nas nie ma dostępu do bartkowego konta, jesteśmy zmuszeni do proszenia Was o przesłanie potwierdzenia przelewu mailem na run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com. Oczywiście zapewniamy pełną dyskrecję w kwestii tego, kto ile wpłacił na konto Bartka. Osoby, które w ciągu pięciu dni roboczych nie prześlą potwierdzenia przelewu będą usuwane z rywalizacji. Przepraszamy za tę niedogodność, ale mamy nadzieję, że zrozumiecie. Jakoś trzeba weryfikować to, czy Makaronowy Bidon, Pimpuś2 i Patelnia nad Patelniami trafią w godne ręce:)

Na potwierdzenia przelewów czekamy do 4 października (piątek) wieczorem. Potem z rywalizacji będziemy usuwać osoby, które potwierdzenia nie przesłały, zsumujemy losy każdego z Was i heja, losujemy nagrody!

UPDATE
I mamy kolejną nagrodę! Pamiętacie jak Zuzka odwiedziła rowerowe spa? Cóż tam się nie działo... No to wyobraźcie sobie, że nagrodą nr 4 jest „duży przegląd rowerowy” w Bikeservice.com.pl! Co tam będą przeglądać? Dżizaskrajst, czego on nie obejmuje! Czyszczenie, odtłuszczanie, konserwacja, smarowanie, kasowanie, kontrola, sprawdzanie, regulacja i co tylko jeszcze Wasz rower może sobie wymarzyć. Koszt takiego przeglądu to 150 zł, a pomagając Bartkowi nie tylko dostajecie go za friko, ale jeszcze w zestawie komplet smarów rowerowych gratis! Szaleństwo po prostu, szaleństwo...


UPDATE2
Sprawa zaczyna przybierać obrót, którego sami się nie spodziewaliśmy. Mamy kolejną nagrodę w puli! Jeden z uczestników przekazał nam audiobook Łukasza Grassa „Trzy mądre małpy”. O tym, że jest to książka warta przeczytania/wysłuchania niech świadczą opinie zamieszczone na portalu Lubimyczytać.pl. Zresztą, co ja Wam będę mówił, to obowiązkowa lektura dla każdego, nie tylko osoby zainteresowanej triathlonem, bo wbrew pozorom to książka właściwie wcale nie jest o triathlonie.

Ale uwaga, uwaga, bo to nie wszystko! Mało tego, że można dostać świetnego audiobooka. Mało tego, że autor obiecał mi wypisać specjalną dedykację dla zwycięzcy. Ale audiobook może zostać przekazany podczas wspólnego pobiegania w Lesie Kabackim lub okolicy! I co Wy na to?

Oczywiście jeśli nagrodę wylosuje ktoś, kto nie chce/nie lubi/nie może biegać lub po prostu mu miejsce nie pasuje, audiobook z dedykacją zostanie wysłany pocztą.

UPDATE3
O naszej akcji napisał triathlonowy portal xTRI.pl (kliku-kliku), ale to jeszcze nic. Xtri.pl dorzuca kolejną nagrodę! Będzie to spersonalizowana koszulka techniczna:) Kto ją wylosuje, będzie mógł sobie na niej nadrukować „Czytam blog Krasusa” lub ewentualnie imię Bo w serduszku (tylko trzepak robiłby sobie na koszulce swoją ksywkę...)! Czad, co?!



No to przypominam tylko, że losy kupuje się przelewem:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

A do rywalizacji dołączacie tutaj (kilku-kliku).

piątek, 9 sierpnia 2013

NAJWAŻNIEJSZY AKAPIT TEGO WPISU JEST NA KOŃCU. JAK SIĘ KOMUŚ NIE CHCE CZYTAĆ CAŁOŚCI, TO OD RAZU PRZECHODZI NA KONIEC:)


Krasus Krasus leć jak strzała
Twoich brać kibiców cała
dopinguje Cię i wspiera
abyś wygrał właśnie teraz!

Za te fantastyczną rymowankę MARYSIA zostaje zwycięzcą kąkórsu poetyckiego! Marysiu, otrzymujesz przepiękne okulary basenowe firmy Huub, gratulujemy i dziękujemy. Szczególnie ja, bo wierszyk jest mi bardzo miły:)

Muszę jednak przyznać, że rozwiązanie tego kąkórsu było diabelnie trudne. Ostatecznie zdecydowały Twoje umiejętności prorocze związane z bracią kibiców, dzięki którym ukończyłem Lotto Poznań Triathlon na dystansie 1/2 IM (relacja: kliku-kliku).

W ścisłym finale znalazł się też inny prorok – Mikołaj Studziński, który wyrymował tak:

Czy to słońce, czy to deszcz
Poznań dziś Krasusa jest!

Z tym słońcem i deszczem to zaszalałeś;) Trzecim finalistą był Łukasz Nowak z niezbyt dla mnie pozytywnym, ale jednak ujmującym okrzykiem:

Boska Bo! Boska Bo! Krasusowi łupnia do!

Proste i chwytliwe, takich właśnie rymowanej szukaliśmy:) Bardzo podobało nam się także kilka innych, że zacytuję:

Kipi woda aż na Malcie:
"Krasus wygra już na starcie!”
(autor: Monika Tynenska)

Woda, rower, but biegowy!
Krasus to jest Zuch Morowy!
(autor: Monter)

Biegnie Krasus, grymas srogi
Bo juz wie, ze nie dogoni
(autor: Maro)

Bo Krasusowi od początku ucieka,
lecz Kuba na Zuzkę cierpliwie czeka
Wielki Wyścig w najlepsze trwa
Kto wygra? ________, hip hip, hurra!

Krasus, Pimpuś oraz Zuza - cała trójca mknie jak burza!
(autor: Hankaskakanka)

Królowa rzeszowszczyzny, kleopatra podkarpacia
zostawi Krasusa przed metą w samych gaciach
(autor: Mateusz "IGTHORN" Kisiel)

Ten kąkórs sprawił nam ogromną radość, rymowanki były fantastycznie i naprawdę mieliśmy ogromny problem z wybraniem tych najlepszych. DZIĘ-KU-JE-MY!!!


Aha, jeszcze trzy oksy do rozdania. Drugie okulary basenowe od Huub Polska rozlosowaliśmy wśród wszystkich komentujących, którzy nie wygrali okularów w innym kąkórsie. No i okularki pojadą do internauty o nicku.... MARO, gratulacje! Tu problemu nie było, po prostu uroczyścieśmy z Bo Cię wylosowali. Bo w życiu to trzeba mieć szczęście! Bo.

Dwa ostatnie kąkórsy związane były z typowaniem naszych wyników.

Nikt nie wytypował żadnego z wyników dokładnie, co do sekundy. Ani naszego całego ajronmena, ani też różnicy pomiędzy nami, która wyniosła mniej niż minutę (a dokładnie 48 sekund). W tym drugim typie najbliżej byli Ava i Mauri Włodek, którzy wytypowali remis. Zgodnie z zasadami wygrała osoba, która jako pierwsza podała dany typ, a był to MAURI WŁODEK. Gratulacje!



Drugie oksy ołpenłoterowe powędrują do DarkTri, który był bardzo bliski wytypowania naszego wspólnego wyniku. Suma naszych połówkowych czasów wyniosła 10:43:32, a DarkTri typował 10:43:10, pomylił się zaledwie o 22 sekundy! Warto dodać, że był całkiem blisko w drugim typowaniu, bo pomylił się zaledwie o 2,5 minuty. Ma facet nosa!:)

No i jeszcze...

Słuchajcie, kto był na wielkowyścigowym mini-pikniku (naprawdę wielce dziękujemy za przybycie, to było przemiłe!) ten wie, że master of the day został Kgb, który napisał cały poemat na temat Wielkiego Wyścigu. Niestety, poemat nie spełnia podstawowego warunku: nie jest krótką rymowanką;)

Ale nie mogliśmy przejść obok niego obojętnie, szczególnie, że każde z nas dostało własną wersję poematu z podpisem autora. No szok, co nie? Że tak dla nas się ktoś postarał, no szok. Kgb ma wyjątkowy talent (pisze też niezłego bloga jakby co), więc aby go dalej rozwijał otrzymuje od nas.... podręcznik jak zostać pisarzem! A co, niech chłopak wspomni nasze skromne blogaski jak już dostanie tego Nobla albo inną Nike, czy Riboka!

Do rzeczy. Oto arcydzieło Kgb:

Wielki wyścig

Wyścig rozpoczął armatni strzał
By każdy z tysiąca Ajronem się stał
Lecz nam nie o tysiąc, my swoich mamy
Bo. i Krasusa – za nich trzymamy!
Pływa jak ryba ta nasza Bo.
Ale i Krasus idzie na sto
Gdy Boska Bo. z wody wyskakuje
To Krasus na bajku już pedałuje
Kręci miarowo, kadencja spora
Ale dla Bo. to nie-przeszkoda
Będzie wyprzedzać, światłami mruga
Treningów ciężkich jest to zasługa
Nawrót w Kostrzynie, połowa drogi
Przez Swarzędz powrót, upał już srogi
Krasus nie zwalnia, naciska, mocny
lecz Bo. i Cuba - duet wszechmocny!
Wpada na Maltę, Cuba zostaje
Krasus tuż za nią, nielichy grajek
Bo. buty zmienia, dwa łyki wody
Półmaraton przed nią, zaczną się schody
Krasus naciera, sapie i grozi:
"Zaraz ci wyrwę obie nogi!"
Minuty biegną, tętno szaleje
Okrążeń cztery, ależ się dzieje!
Bo. nie zwalnia, tłum wiwatuje
Wszak Wielki Wyścig się dokonuje
Sto kilometrów, jeszcze im mało
Oby sił w mięśniach im nie ustało
Ból przeogromny, że w nogach pali
Sami go z Bo. sobie utkali
Już widać metę, Krasus się zbliża
Ależ on biegnie, cóż to za chwila!
Bo. już niemalże mety dopada
Ale i Krasus - mocna obsada!
Płuca wypluwa, kona zarazem
Już są na kresce, wpadają razem
Po stu kilometrach, potrzebny fotofinisz
Bo gołym okiem nic nie rozkminisz
Centymetr lub mniej, takaż różnica
Na tym dystansie toż to drobnica
Któż pierwszy był, daremne pytanie
Chwała dla Niej, dla Niego wieczne uznanie

Powala, co nie?:)

Wszystkich laureatów prosimy o kontakt mailowy na run.bo.blog@gmail.com i/lub krasus.biecdalej@gmail.com - ustalimy kolory i rozmiary okularków oraz adresy przesyłek:)

Ech, a najtrudniejsze człowiek zawsze sobie zostawia na koniec... Najtrudniejsze, spytacie? Chodzi o to, że Wielki Wyścig się już skończył:( Kurka wodna, dzięki Wam była to fantastyczna zabawa i przygoda. Sam jego wynik nie ma żadnego znaczenia przy tym, jak świetnie bawiłem się w trakcie jego przygotowań! Pisały o nas tri-portale (Love2tri.pl, Tri-book.pl oraz TRI-fun.pl, a najwięcej radochy było chyba podczas rywalizacji na Endomondo.

Tu zaskoczyliście nas kompletnie. Udział w zabawie wzięło blisko 200 osób, a razem spaliliśmy ponad 2,5 mln kcal!!! Wygrała moje cudowna drużyna, która spaliła 1 292 158 kcal, choć team Bo również nie leniuchował (1 245 795 kcal). Dzięki Wam, przez cały lipiec Bo była królową podblokowych trzepaków, a jej ubiór już jest podobno klonowany przez kilka największych firm produkujących odzież sportową.

Walka musi być!;) / fot. TRI-fun.pl

Nie byłoby tak fajnie gdyby nie sponsorzy Wielkiego Wyścigu. To dla nas szok, ale aż cztery firmy zdecydowały się nas wspomóc. Dzięki Wydawnictwu Galaktyka (FANFARY!), od którego wszystko się zaczęło, przekazaliśmy Wam sześć świetnych książek o tematyce biegowo-triathlonowej. Potem zrobiliśmy artystyczny kąkórs z Natural-Born-Runners (FANFARY! kto nie korzystał jeszcze z tego sklepu to marsz na zakupy!) oraz szybkie wymyślenie roweru na nowo we współpracy z Bikeservice.com.pl (FANFARY!) i Galaktyką. Finałowy kąkórs został obsadzony przez Huub Polska (FANFARY!), od którego dostaliśmy cztery pary okularków.






Nie wiem, co ja teraz będę robił jak już WW nie ma. Mam nadzieję, że wkrótce pojawi się inny podobny pomysł i będzie jeszcze fajniej:) Może też nadrobię blogowe zaległości, bo w kolejce czekają m.in. test dwóch par butów od New Balance, opis fittingu rowerowego i kilka innych.

Raz jeszcze wielkie dzięki dla każdego, kto dołożył do niego choćby jednego komcia lub lajka!

A na sam koniec absolutnie najważniejsze. Słuchajcie, Wy pomogliście nam się świetnie bawić, my pomogliśmy Wam się świetnie bawić, a teraz zróbmy RAZEM coś, co sprawi, że ktoś inny będzie mógł się w ogóle bawić.

Bartek, bratanek zaprzyjaźnionego blogacza Kuby potrzebuje pomocy. W czerwcu 2013 roku rozpoznano u Bartka nieoperacyjnego guza pnia mózgu (szczegóły u Kuby). To bardzo złośliwy i oporny na leczenie paskud. Coś jak ściana maratońska. Ale przecież w takim momencie nie można się podłamywać, nie? Nie wolno zejść z trasy, nie wolno przegrać. Trzeba zacisnąć zęby i dobiec do mety. Pomóżmy Bartkowi ukończyć jego maraton!

Zrobimy tak: każdy kto kibicował Wielkiemu Wyścigowi, albo lubi Bo, albo śmiał się z Pimpusia, albo może podziwiał Boshkę na pudle, albo zainspirował się naszą zabawą, każdy kto wygrał i nie wygrał w naszych kąkórsach, dosłownie każdy kto czyta tego i tamtego blogaska, przeleje kilka złociszy na pomoc Bartkowi. Może to być 5 zł, może być dyszka, a może być 0,5 proc. tego, co zarobiliście w lipcu. Przecież to tylko ułamek, nie?:) Jedno piwo mniej? Da się. Do dzieła, pokażcie, że potraficie.

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski