BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

poniedziałek, 18 sierpnia 2014


Wybiegamy spomiędzy drzew i... „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Masakryczny burak zaliczony w okolicy 10-11 kilometra sprawił, że (prawdopodobnie jako jedyni) odwiedziliśmy imponujący kamieniołom ukryty w lesie. Wtopa jak stąd do Dubrownika, nadłożone 1,5 km i stracone co najmniej 20 minut. Czy to coś znaczy? Czy świat się skończy z tego powodu? Nie. Przecież w czwartek wjechaliśmy razem rowerami na Łącznik i na Stóg Izerski. Zdyszani jak miechy kowalskie, z palącym bólem w udach, z głośnym AAAAAARGH podczas najtrudniejszego kawałka, wjechaliśmy. A na szczycie, pijąc zimne piwo i kontemplując górski widok z żalem spoglądaliśmy na zegarki odmierzające czas do chwili, gdy powinniśmy już zjeżdżać. I potem pędząc ze Świeradowa do Mirska chciało mi się śpiewać i krzyczeć z radości.

Konkurs na głupie miny

Biegniemy leśną drogą. Po bokach głębokie na 30 cm koleiny z wodą/błotem. Napieramy więc środkiem. „Uwaga, ślisko!” dociera do mnie głos Jędrka niemal dokładnie w chwili, gdy prawa noga odjeżdża mi na błotku w prawo i w dół. Szukając ratunku składam się jak scyzoryk i robię piękny przewrót przez lewe ramię zakończony lądowaniem w wodzie i błocie. Oczyma wyobraźni widzę sędziów siedzących za stolikiem, którzy unoszą tabliczki z ocenami za styl: 10, 9, 10, 10, 9 – fikołek niemal idealny! Cały w błotnistej mazi podnoszę się i po paru chwilach lecę dalej. I choć rzucam „k...” i „ch...” na lewo i prawo, to nic się przecież nie stało. Bo wieczorem usiądziemy z ekipą na tarasie, wystawimy wielki gar martynowej pikantnej zupy z soczewicy (pychota!) i będziemy zastanawiać się, czy kozy-zombie nadejdą dziś w nocy z prawej, czy z lewej strony. Będziemy śmiać się z błędów i wtop i planować kolejne starty. Mówić, że było mokro jak diabli, padał deszcz, mapa zamokła, ufajdałem się w błocie jak nigdy, ale było fajnie. Było warto. Zmarzluchy zawiną nogi kocem, ale z zimnego cydru czy piwa nikt nie zrezygnuje. Fikołek w błocie traci znaczenie, bo przypominam sobie piątkowy wyjazd na dwie zapory i najlepszego pstrąga z czosnkiem jakiego jadłem w życiu. I wieczorne wspólne pakowanie plecaków, dyskusje o tym co ubrać, co zabrać i czy jest sens dźwigać czołówkę na sierpniowy rajd.

Jestem już 3 kg ponad wagę startową, dziwicie się?;)

Mimo braku treningów, mimo bolącego pasma, już od 10 czy 15 km (faktem jest, że w ogóle nie powinienem był startować, ale opuścić IWW...?), udało się przez całą trasę utrzymać sensowne tempo na przebiegach (okolice 5:30 min/km), a najszybsze pięć i najszybsze dziesięć kilometrów zrobiliśmy z Jędrkiem w końcówce. Niestety, po raz kolejny nawigacyjne buraki nie pozwoliły mi na zrealizowanie celu, którym było miejsce na pudle. Plasując się na mecie jako dziewiąty zawodnik z czasem 6:12, zawiodłem. Nie spełniłem własnych oczekiwań i nie zrealizowałem celu, który sam sobie wyznaczyłem. Co więcej, nie był to cel nierealny, bo on leżał w zasięgu ręki. Powinienem być wkurzony. Ale jak zobaczyłem siedzących przed drzwiami do bazy Radka z żoną, Bormana i mistrza Mańka, to...






Dla tych najbardziej zainteresowanych bieganiem,
mapy z przebiegami i dowód że, mimo bólu, noga nieźle podawała

Sport jest moją pasją i daje niewyobrażalnie wiele radości, satysfakcji i szczęścia, ale jednocześnie jest sposobem na poznawanie wspaniałych ludzi i spędzanie z nimi czasu w wyjątkowych okolicznościach. „Wszystko maaaaaam!” – przypomniały mi się kultowe już słowa Bo z KarkonoszMana.

Bo życie to suma emocji. To kolekcjonowanie chwil, które chowamy w głowie układając je na półce z takimi etykietami jak „do wspominania” czy „do wzruszania się”. Zbieranie uścisków dłoni osób, które coś znaczą w życiu. Które pojawiają się (czasem nieoczekiwanie) i zostają, na długo. Picie piwa na bujanym fotelu ze wzrokiem wlepionym w Góry Izerskie. Wspólne przesiadywanie na tarasie Magicznego Domku i wypatrywanie nadchodzących zombie (nie, niczego nie paliliśmy, po prostu nadmiar endorfin oraz reset umysłu rozluźniają zwoje mózgowe). Poranne śniadanie (jajecznica z woka jest pyszna!), które ciągnie się godzinę, bo rozmowom nie ma końca. Że zacytuję klasyka Bormana: „Takie dni jak ten są jak poezja, a reszta jak proza życia. Rysiek Riedel miał rację śpiewając, że w życiu piękne są tylko chwile.”

Tak, Izerska Wielka Wyrypa 2014 była kolejną imprezą sportową, w której rywalizacja, wyniki, wyścigi i wszystko inne zeszło na dalszy plan. Te wszystkie przyziemności schowały się za ludźmi. Za osobami, z którymi spędziłem kilka dób gdzieś na drugim końcu Polski. Za tymi, którzy zamiast siedzieć w domu z najbliższymi w sobotnie popołudnie przyjechali 100 kilometrów z Wałbrzycha do Lubania by się z nami zobaczyć. Za tymi, którzy po ukończeniu swojej IWW czekali aż dotrzemy do mety, a potem miast wracać do domów, pojechali z nami zobaczyć Magiczny Domek i kozy zombie na własne oczy. No i za tymi, którzy w ogóle pojechali tam tylko dlatego, że paru popaprańcom zachciało się taplać gdzieś w lesie w błocie. IWW ukryła się za inspirującą rozmową z Bormanem, schowała jak słońce za Magicznym Domkiem, którego czar oplótł kolejnych kilka osób.


poniedziałek, 11 sierpnia 2014


Jest parę rzeczy, których nie lubię jak cholera. Po pierwsze to kiszona kapusta. No kurde, nawet jak po prostu jest w lodówce, to aż mnie skręca. Na palcach jednej ręki policzyłbym sytuacje, w których jedzenie kiszonej kapusty sprawiło mi przyjemność. Druga rzecz to dziewczyny palące papierosy i jeszcze przy tym przeklinające, to masakra! Trzecią rzeczą są treningi kolarskie w złych warunkach – za nic nie sprawiają mi przyjemności, a jeszcze rower trzeba czyścić. No i po czwarte – być przeziębionym latem... I z tym właśnie mam teraz do czynienia. Gardło boli mnie tak, że wzdrygam się na przełykanie śliny. Tak, wiem, przejdzie za kilka dni. Ale na chwilę obecną wkurza mnie to niemożebnie.

Ale żeby się tak nie wpieniać, bo podobno najgorsze co może w domu być to chory facet, to zrobimy znów coś fajnego, dobra?:) Co ja się będę rozgadywał, czek-ir-ap!



O co więc chodzi? Chodzi o to, że chcemy Was z Mateuszem zachęcić do ćwiczenia. Bo ćwiczyć warto! Pamiętajcie, że mocne mięśnie korpusu (deska, deseczka, desunia!) mocno pomagają w trakcie biegu, a o przydatności dla triathlonistów to chyba nie muszę wspominać, co? Robicie deskę, trenujecie ją, ćwiczycie, napieracie jak się pacza! Ja na przykład deskę robię trzy razy z 90-sekundową przerwą. Doszedłem do dwóch minut w każdej serii.

Jak robić deskę? Pamiętajcie o tym, by trzymać ciało w prostej linii (przyda się duże lustro lub ktoś z boku, kto powie Wam „dupsko niżej!” albo „głowa prosto!”), a całość powinna być trzymana głównie mięśniami brzucha. Nie zapominajcie też o spiętych pośladach! Jeśli boli Was grzbiet to znaczy, że brzuch już nie trzyma i należy przerwać ćwiczenie. Można opierać się na łokciach, a można na dłoniach (jak my na powyższym filmiku). Deska ma też wersje boczne. Trudniejsze wersje to na przykład na piłce (jak na zdjęciu na samej górze). Generalnie im więcej rodzajów planka będziecie robić, tym lepiej!


Deska to poważna sprawa i zajmują się nią poważni ludzie!

Pochwalcie się więc jak robicie deskę! Zróbcie sobie zdjęcie jak robicie deskę w wyjątkowym miejscu, z wyjątkowymi ludźmi lub w wyjątkowych okolicznościach. Pokażcie swoją kreatywność! Jeśli do zdjęcia deski dorzucicie odpowiedź na pytanie konkursowe i odpowiedź ta będzie równie kreatywna, to do wyciągnięcia są buty biegowe New Balance z serii 890 To bardzo dynamiczne i lekkie neutralne buty. Ja mam pięknie pomarańczowe M890 GO4 i bardzo je sobie chwalę (recenzja na blogu za tydzień), Wy będziecie mogli wybrać z szerokiej palety 890-tek (kliku-kliku)

Pytanie konkursowe nie wymaga specjalistycznej wiedzy, wymaga kreatywności!:)

Jak wiecie (lub też nie), New Balance wyprodukował kilka edycji specjalnych butów biegowych NB 890 na poszczególne maratony (m.in. Boston, Londyn, Nowy Jork i Rzym). Nasze pytanie brzmi zatem: Jaki polski bieg i dlaczego powinien wg Ciebie otrzymać własną edycję NB 890?

Odpowiedzi na pytanie udzielajcie do 25 sierpnia włącznie wrzucając je na stronie wydarzenia na FB (kliku-kliku). Pamiętacie, by dołączać zdjęcie jak robicie deskę/planka. Najbardziej kreatywny pomysł (oceniamy zdjęcie i odpowiedź na pytanie) zostanie nagrodzony dowolną wybraną edycją NB 890. W skład jury wchodzą Mateusz Jasiński (New Balance, Trenerbiegania.pl) i Marcin Krasoń, Krasus (Biecdalej.pl).


niedziela, 10 sierpnia 2014


Przyzwyczaiłem się do tego, że to mi kibicują. Że mówię, o której godzinie będę przebiegał tu i tam, że słyszę „dawaj Krasuuuus!” albo „nakurwiaj!” i inne rzeczy, które sprawiają, że przebieram nogami szybciej. Że chce mi się bardziej. W recenzji książki „Biegać mądrze” zwracałem uwagę na kilka rzeczy, na które książka ta otworzyła mi oczy. Wśród nich było m.in. kibicowanie. Na PozTri pojawiłem się więc w tym roku nie jako zawodnik, a jako kibic. Znajomych startowało tam co nie miara, było więc kogo wspierać! Wymieniać nie będę, bo na bank zapomnę o kimś i będzie afera;) Nie ukrywam, że jednym z powodów, dla których chciałem pojechać do Poznania, była też możliwość zostania chwilowym asystentem Magdaleny, czyli bezapelacyjnej królowej polskich tri-kibiców, która swoim waleniem w Garnek Mocy dodaje siły w najtrudniejszych momentach prawie każdych zawodów.

No i pojechaliśmy. Muszę przyznać, że stojąc na brzegu Malty to nielekko Im zazdrościłem. Gdy wybrzmiała armata startowa to aż ciary mnie przeszły po plecach! Tak to cudnie wyglądało, te tysiąc osób w wodzie! Najbardziej niesamowity był dźwięk, do którego przyrównać da się jedynie tupot stóp podczas (Pół)Maratonu Warszawskiego, gdy ten przebiega tunelem. Dźwięk rąk i nóg intensywnie pracujących w wodzie był nie-do-o-pi-sa-nia. Nie umiem tego opisać, ale przeżywałem w trakcie ogromne emocje, odbierałem niemal mistycznie.

Popodniecawszy się startem, popędziliśmy z NKŚ na metę etapu pływackiego, by wyłapywać tam znajomych. I pojawiali się. Jeden po drugim, po drugim trzecia, kolejna i kolejny. Ależ ja Im zazdrościłem, ależ na nich spoglądałem! W miarę upływu czasu moja zazdrość niestety nie opadała. Jedna z najszybszych tras rowerowych w Polsce, płaska, prosta, szeroka i z pięknym asfaltem, jechałbym! Schowana w samochodzie Zuzka ze łzami w zatyczkach od lemondki spoglądała na śmigających ulicą Warszawską triathlonistów...

Widząc takie plakaty nie można było nie wcisnąć mocniej pedałów! / fot. Martyna & Paweł

Nie spodziewałem się, że kibicowanie może sprawić tyle frajdy. Wyliczanie kto za ile będzie przejeżdżał, przygotowywanie pĄplakatu i darcie ryja tam były jednymi z moich najfajniejszych sportowych przeżyć. Ostro się na tej trasie rowerowej zgrzałem, bo słońce operowało konkretnie, ale kilkudniowy ból karku to nic przy radości jaką dał nam ten czas. Strasznie fajne było to, że wiele osób mnie tam rozpoznawało. Wypatrzyłem kilku znajomych triathlonowych forumowiczów (pozdro!) i kilku stałych czytelników bloga (pozdro!). Najwięcej frajdy dało mi jednak te parę osób, które po/przed zawodami podeszło ze słowami: „Siema, czytam bloga, fajny jest!” Dla tych osób to pozdro-pozdro-pozdro!:)

Z kolei podczas etapu biegowego spełniłem jedno ze swoich marzeń, przez bite pół godziny mogłem WALIĆ W GAR! Ależ się działo! To było około 5:30, więc najlepsi jakiś czas byli już na mecie, a my dopingowaliśmy innym. Ależ to był czas! Staraliśmy się wyłapywać imiona i każdej osobie kibicować oddzielnie. Co niektórzy wyrażali zdziwienie „Krasus i Garnek Mocy??” i to też było strasznie miłe, bo ktośtam mnie rozpoznał. Prywatni znajomi otrzymywali specjalną porcję dopingu z głośnym wykrzykiwaniem imienia i nazwiska, ależ wtedy przyśpieszali! Mam tylko nadzieję, że to nie dlatego, że mieli naszego dopingu dość i chcieli uciec;)

Kibicujący pĄpkinsi wspierali m.in. Przemysława, czyli współGARnkowicza Mocy / fot. Garnek Mocy

Grupowa samojebka... / fot. Wybiegany 

...i jej nie do końca udana próba od kuchni / fot. KGB & Mari

A po wszystkim wspólne zdjęcia, uściski, radość, gratulacje i uśmiechy, to była przygoda! Choć trzeba zaznaczyć, że warunki były piekielnie trudne i dla każdego kto ukończył te zawody należy się wielki szacun, kapelusze z głów, ludziska!

kĄkurs, znowu kĄkurs!
Wciąż trwa kĄkurs, w którym wygrać można własną tubę musli (Wasza kreatywność w wymyślaniu nazw robi wrażenie, ale liczę na więcej, więcej, więcej!;)), a tu znowu można coś dostać! W sobotę przed zawodami ogłosiłem na FB szybki mini-kĄkursik. Jako że przejechałem tego dnia na rowerze 90 km w 2:36:34, to nagrodę otrzyma osoba, która zrobiła na PozTri czas najbliższy moim 2:36:34. Na dystansie 1/2 IM pod uwagę brany jest czas roweru, a na 1/4 cały wynik. Wrzucajcie do końca przyszłego tygodnia (niedziela wypada 17 sierpnia) swoje wyniki tutaj, w komentarzach:)

Nagroda? Triathlonowy niezbędnik: opaska na czip oraz pasek na numer startowy marki Compressport od oswojonego sklepu biegowego Natural Born Runners!:) Pasek na numer świetnie sprawdza się nie tylko na zawodach triathlonowych, ale także na „normalnych” biegach (nie trzeba dziurawić agrafkami ulubionych koszulek i jest gdzie włożyć żele), a o przydatności opaski na czip wiedzą ci pechowcy, którzy zgubili czipa na tri-zawodach, a to się zdarza.

Jeden zestaw powędruje do osoby, której wynik będzie najbliżej mojego 2:36:34, a drugi zostanie wylosowany wśród wszystkich, którzy pochwalą się wynikiem (przypominam, że chodzi o etap rowerowy na 1/2 i/lub całość na 1/4 IM). Pamiętajcie o podpisaniu się, bym mógł zweryfikować wpis w przypadku zwycięstwa!:)

A koźlak się chłodzi...
„Lubię piwo – tak po prostu. Czasem mam ochotę na piwo lżejsze, z gatunku pszenicznych, esencjonalnych, ale najbardziej lubię piwa typu koźlak, cięższe, mocniejsze, rozgrzewające.” – to informacja od Magdaleny ESz-ER, która wygrywając lipcową edycję Biegiem po Piwo została pierwszą kobietą w historii, która otrzyma piwo z tego tytułu! Strasznie się cieszę, bo dotąd los wybierał samych facetów. Owszem, jest ich więcej w konkursie i biegają więcej, ale nareszcie szczęście uśmiechnęło się do dziewczyny.

Magda, jak sama mówi, jest „zwierzęciem korporacjnym”, które parę miesięcy temu postanowiło wrócić do aktywności fizycznej. Proszę, proszę, cóż za powrtót – od razu z piwem! Magda biega kiedy tylko może, czasami robi to ze swoim pięcioletnim synem, który towarzyszy jej wtedy na rowerze:)

Do lipcowej edycji Biegiem po Piwo dołączyło 708 osób, które łącznie przebiegły 67,3 tys. kilometrów, konkretnie, co?;) Trwa już sierpniowa edycja zabawy, więc rach-ciach dołączamy (kliku-kliku) i zapraszamy znajomych. Zrobimy tak: jeśli liczba uczestników przekroczy tysiąc, stanę na rzęsach i poszukam sponsora, by co miesiąc zamiast jednego piwa dla jednej osoby, były na przykład dwa piwa dla trzech osób:) Co Wy na to?

Zasady zabawy BIEGIEM PO PIWO:
1) Dołączamy do rywalizacji Biegiem po Piwo na Endomondo.
2) Biegamy, (liczy się bieganie, bieganie na orientację i bieganie na bieżni) i odnotowujemy swoje treningi w serwisie.
4) Po zakończeniu miesiąca następuje podsumowanie i losowanie.
5) Każde 19,99 km to jeden los.
6) Losuję zwycięzcę i kontaktuję się z nim. Uzgadniamy jakie piwo lubi (jeśli nie pijesz piwa to dostaniesz coś innego;)), wybieram dla niego jedno i wysyłam lub przekazuję osobiście jeśli jest taka możliwość.
7) Proste? Proste!:) Dołączacie?
8) Pamiętajcie, że ze względu na nagrody jest to zabawa tylko dla osób, które ukończyły 18 lat.
9) Miło mi będzie jeśli polubicie blogowy FP na Fejsiku i zaprosicie znajomych do gry.


czwartek, 7 sierpnia 2014


Red tuba dla mężczyzn: „Dziewięć specjalnie dobranych składników pozwoli utrzymać libido na najwyższym poziomie, wspomoże w produkcji niezbędnych hormonów płciowych oraz umożliwi czerpanie radości z życia, redukując jednocześnie skutki codziennego stresu i przemęczenia” – to jedna z ciekawszych mieszanek musli jakie znalazłem w ofercie Musli Tak Jak Chcesz, czyli sklepu internetowego z musli, którego ofertę mogłem ostatnio przetestować. Panie również mają swoją mieszankę, nazywa się Sexy lady. Ale to wcale nie gotowe mieszanki są najbardziej sexy, tylko możliwość skomponowania własnej, która zapakowana w specjalną tubę dotrze pod drzwi już po kilku dniach.

Obsługa systemu do komponowania musli nie jest przesadnie skomplikowana, choć chwilami miałem wrażenie, że mogłaby być bardziej intuicyjna. Po lewej stronie ekranu mamy tubę o pojemności 1,7 litra, a po prawej wybieramy składniki. Najpierw mieszanka podstawowa, czyli baza musli. Do wyboru jest kilkanaście różnych płatków zbożowych. Niektóre są preperowane, inne w miodzie – przy każdym podana jest cena, a jak dodamy bazę do tuby, pojawi się tam waga. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak, gdy wybieramy dodatki, bo tych jest ponad sto – to co tygryski lubią najbardziej! Jak ktoś ma ochotę, może dodać pół kilograma krówek lub żelek-misiów, ale fajniej jest pokombinować i dobrać sobie parę różnych rzeczy. Wśród dodatków znajdziemy m.in. takie cuda jak łuski babki jajowatej, liofilizowane owoce, korzeń maca, smoczy owoc czy jagody inkaskie. Dobrze, że na stronie jest dział „polecane składniki”, skąd dowiemy się, dlaczego warto jeść nasiona szałwii hiszpańskiej (chia) czy orzechy pecan.


Gdy ujrzycie komunikat, że tuba jest już pełna, czas przejść dalej. I tu mały minus strony, bo dodatków jest sporo i przewinięcie na górę zajmuje trochę czasu. Brakuje sensownie umieszczonego przycisku „na górę”, dzięki któremu oszczędzilibyśmy sobie żmudnego kręcenia kółkiem myszki. Niestety, wbrew zamieszczonym zapowiedziom, nigdzie nie widzę tabeli wartości odżywczych mojej tuby. Fajnie byłoby je obserwować w miarę dodawania/ujmowania kolejnych składników, a tu nic z tego. Dopiero jak tuba do Was dotrze, zobaczycie ile ma kalorii i składników odżywczych. Myślę, że systemowo wdrożenie czegoś takiego na stronie sklepu nie byłoby trudne, a dla wielu osób byłaby to spora wartość.

W zależności od tego jaką opcję wysyłki wybierzecie, przesyłka będzie darmowa (odbiór osobisty) lub płatna 13,99 zł (dostawa kurierem). Co ważne, na koszt przesyłki nie wpływa liczba zamówionych tub, płacicie z góry ustaloną stawkę. Warto więc zamawiać kilka, wówczas koszt przesyłki się rozkłada i boli mniej.


Czy warto? Mam zgryz z oceną tego, czy te musli są drogie czy tanie. Przeciętna tuba to 20-25 zł, czyli kilkakrotnie więcej niż marketowe musli. Dotąd kupowałem zwykle jakieś gotowce w Lidlu, ale... no właśnie, jest to produkt całkowicie nieporównywalny! Gotowe musli dostępne w sklepach mają kilka składników, których jakość bywa zresztą różna. Nawet nie ma co marzyć o tym, by zawierały takie bogactwo jakie oferuje Musli Tak Jak Chcesz. Trzeba więc kupione w markecie musli wzbogacać samodzielnie, ale i to nie jest takie proste. Zakup kilkunastu dodatków na własną rękę byłby sporym wydatkiem, a tu co tydzień możecie jeść inne musli, które można modyfikować w zależności od potrzeb energetycznych czy diety (w ofercie są także składniki bezglutenowe). Jeśli jakiś dodatek nie przypadnie do gustu to można nigdy więcej go nie brać.

Ja jestem trochę leniuchem i kombinować samodzielnie ze składnikami kupionymi składnikami mi się po prostu nie chce. Mimo że mamy w domu trochę różnych rzeczy, to biorąc rano płatki bardzo rzadko coś do nich dorzucam. Dlatego pomysł gotowych fajnych musli przekonuje, a jak się zastanowić, to 3-5 złociszy za smaczne i zdrowe śniadanie, to nie jest jakoś bardzo dużo.

Ewentualnie przyczepiłbym się jeszcze do jednej rzeczy. Tuba jest solidna, aż żal jej wyrzucać, czy nie dałoby się jakiegoś recyklingu prowadzić? Np. zniżka dla kupujących, którzy dostarczą kilka tub?

KĄKURS

A swoją drogą, kto chce swoją tubę? Bo widzicie, ja mam, ale moja tuba (zdjęcie poniżej) jest jakaś taka... uboga. Czegoś jej brakuje. Czego? Nazwy! Bo każda tuba kupowana w Musli Tak Jak Chcesz może zostać nazwana. Kto mi pomoże, no kto? Kto wymyśli najbardziej odjazdową, najbardziej pĄpastyczną i wypasioną nazwę dla mojej tuby musli?:) Dwa najfajniejsze pomysły (wrzucajcie je tutaj w komciach) dostaną po dowolnej skomponowanej przez siebie tubie musli. Co Wy na to? Wchodzicie?:) Macie dokładnie tydzień, CZAS START!



poniedziałek, 28 lipca 2014


Zaczęło się już w trakcie przygotowań pierwszej strefy zmian. Podjeżdżam mazdeczką pod stację Veturilo, wypożyczam rumaka, stawiam go koło otwartego bagażnika i... uświadamiam sobie jak to wygląda w oku miejskiego monitoringu: jakiś koleś pakuje miejski rower do bagażnika. Słowem: kradnie go! Rozglądam się, na szczęście nie ma Straży Miejskiej ani Policji, więc jadę – nikt mnie nie goni, uff;) Zajeżdżam pod Sport Guru, organizatora pierwszego Guru Triathlonu Warszawskiego, tam będą T2 oraz meta i tam zaczeka na mnie samochód. Pod sklep podjeżdżają inni zawodnicy, najwięcej uwagi przyciąga fura, na dachu której zamocowano dwa Veturila. Oj, będzie się działo... :)

Niecodzienny widok:) / fot. Guru Triathlon Warszawski

Odliczanie od dziesięciu w dół i lecimy! Wbieg do jeziorka, zaczynam płynąć. Ni chu-chu nie mogę jednak złapać rytmu. Niby nie ma pralki, niby wiem dokąd płynąć i nie mam problemów z nawigacją, ale coś nie gra... Nie wiem co, do dziś nie umiem tego wyjaśnić. Może zmęczenie środowym ciężkim treningiem? Może jednak brak pianki? Na pocieszenie obserwuję, że nie tylko mi idzie coś nie tak, bo jeden facet zamiast prosto na boję płynie w prawo, idealnie w trzciny;) Swój błąd zauważył w ostatniej chwili! Za połową drogi do boi, gdy mam wrażenie, że zaraz będzie już OK, zaczyna się masakra – coraz bliżej powierzchni wody są wodorosty, o które zahaczam rękoma. Im bliżej boi, tym gorzej, bo odległość pomiędzy taflą Jeziorka Czerniakowskiego a wodorostami maleje. Przy samej bojce mam je już i na rękach i na nogach, zaczynam się podtapiać, ale udaje się wyswobodzić i pomoc obecnych tam ratowników nie jest konieczna, ufff. Z wody udaje się wyjść po nieco ponad 12 minutach, mniej więcej w połowie stawki złożonej z 75 zawodników.

Szybka zmiana (zauważyć swoje Veturilo w gąszczu takich samych pocisków nie było łatwo, ale pomógł czerwony ręcznik rozwieszony na kierownicy) i ruszam! Już po parudziesięciu metrach zatrzymuję się jednak, bo jadący trochę przede mną zawodnik zalicza na progu zwalniającym poważną glebę i pomagam mu się podnieść, co zajmuje z minutę, bo kolega zakleszczył się pod rowerem i stojącym na parkingu autem. Mocno zdenerwowany jadę dalej. Udaje się złapać rytm – okazje się, że Veturilo może jechać 30 km/h i więcej! Wyprzedzam paru zawodników i kolejnych i kolejnych. Przez większość trasy mknę z zawodnikiem numer 42 (Grzesiek, pozdro!), mamy podobną prędkość przelotową i ciśniemy.

Prędkość nadświetlna na rowerze miejskim...;) / fot. (oraz to na górze) Marian Gawlikowski

Trzepak roku / fot. Adrian Todorczuk 

 Coś pięknego:) / fot. Agencja Gazeta

Chorda Horda rozpędzonych Veturilo, na wielu z nich ludzie w dziwnych dla cywili tri-strojach, każdy obowiązkowo w kasku – to nie może nie budzić zainteresowania postronnych. Niektórzy wręcz przecierają oczy ze zdziwienia;) Ani na chwilę nie schodzę z najwyższego biegu, kadencja jakaś epicka, napierniczam nogami jak szalony, najgorzej jest gdy but ześlizgnie się z pedału;) Po pokonaniu Mostu Siekierkowskiego docieramy do Wału Miedzeszyńskiego i... kicha. Czerwone światło. No zasady to zasady, trzeba zaczekać (oj nieładnie postąpili ci, którzy oszukali i pojechali na czerwonym, nieładnie!). Niestety, dobijają kolejni zawodnicy i nim robi się zielone, jest tam nas już ośmioro. Ech, przewaga poszła się rypać.

Tego, co nastąpiło po zmianie światła na zielone, nie da się opisać inaczej niż armageddon. Ruszamy wszyscy razem, ktoś coś krzyknął i zaczęło się... „GAZUUUUUUU!!!”, „JABADABA DUUUUUUU!”, „JAZDAAAA!”, „OGIEŃ Z DUPYYYY!” i tak dalej. Pół pobliskiego osiedla musi nas słyszeć, a przechodnie uciekają w popłochu! Jest strefa zmian! W locie zeskakuję z roweru, pędzę z nim po trawie i... dupa zbita. Mimo gustownej reklamówki w koszyku, wyskakują z niego na wertepach okularki pływackie, muszę więc się zatrzymać, cofnąć i zabrać je z trawnika (porzucić w żadnym wypadku, bo to pożyczone – swoich zapomniałem...). Mój Veturilo rumak staje w stajni T1 bodaj 19-ty.

I dzida na biegu. Dystans jest krótki (4 km), nie ma się więc co szczypać, trzeba dawać w palnik od początku! Pierwszy kilometr 3:58 i wyprzedzonych kilka osób. Każdy kolejny podobnie. Pasmo jakoś się nie odzywa (acz dało o sobie znać następnego dnia – niemocno, a jednak), ale na trzecim kaemie łapie mnie kolka. Z tą umiem sobie już radzić i choć atak jest mocny, to zostaje w minutę czy dwie odparty. Do mety jakieś 500 metrów, tempo poniżej 3:50, wyprzedzam kolejnego rywala, ale wygląda na to, że nie sprzeda tanio skóry, więc... przyśpieszam jeszcze bardziej. Na ostatniej prostej jeszcze się oglądam, czy czasem jakaś kontra nie jest wyprowadzana, ale nie, mogę spokojnie wpaść na metę.

To był wzruszający moment. Jeden z braci Pimpusia,
którzy powędrowali w świat, przyjechał mi kibicować!

Siódme miejsce i nieporównywalny z żadnym poprzednim występem czas 52:59. Ale nie o czas i miejsce chodziło w tych zawodach, a o dobrą zabawę:) I... była! Ludzie kochani, tyle co mi radości i endorfin dostarczył ten 10-kilometrowy odcinek jazdy rowerem Veturilo, to ja opisać nie umiem! Nie sądziłem, że miejski rower może tak szybko jeździć, Garmin pokazał mi średnią 28 km/h a maksymalną 37,4! Nie wyobrażam sobie bardziej jajcarskich zawodów niż ściganie się na miejskich rowerach, które jeszcze samodzielnie trzeba było wypożyczyć. Żałuję, że był zakaz udoskonalania, bo gdybym miał Pimpusia na kierownicy...;) Aczkolwiek fabrycznych udoskonaleń nie brakowało: jedni mieli dziurawe koszyki, inni za niskie siodełka (no dobra, to akurat miała większość;)), komuś nie działał jeden bieg albo występował inny defekt. Gdyby tylko trasa pływacka została pociągnięta na północ, a nie na wschód od plaży (tam nie ma wodorostów, one były naprawdę niebezpieczne), byłaby to impreza idealna!:)

To, co najbardziej lubię - ludzie!



czwartek, 24 lipca 2014



Od prawie trzech tygodni napiernicza mnie to durne pasmo biodrowo-piszczelowe. Boli najmocniej rano, gdy schodzę te parę schodów z sypialni do łazienki. Boli jak wstanę od biurka w pracy i idę po wodę, boli jak wysiądę z samochodu. Wystarczy 10-15 min. spaceru i ból jest wyraźnie mniejszy. Pasmo pozwoliło mi bez bólu przebiec i wygrać Aquathlon, ale podczas powrotnego biegu spokojnego... napiżdżało jak się patrzy. Przy tempie 5:00 ból był nie do zniesienia, ale jak przyśpieszyłem poniżej 4:40 min/km... zniknął! Dziwne to. Nie przypominam się, byśmy umawiali się na zabawę „pojawiam się i znikam”, ale tak to wyglądało przez dwa-trzy tygodnie.

Wkurzam się, bo moje przygotowania do ataku na życiówkę podczas 1/2 IM w Borównie miały właśnie wejść w kluczowy moment, a tu kicha. O ile z jazdą rowerem nie jest źle (ból znika po kilku minutach, więc cisnę jakieś interwały, interwałki, minutówki i co tylko się da), pływam też coraz lepiej (choć wczorajszy trening pokazał jasno, że prędzej się zesr... do basenu niż ogarnę delfina...), to z bieganiem jest problem. Mówiąc wprost: nie biegam. No bo, kurczaki, jak określić stan, w którym tygodniowo robię 30 km? Co wydaje mi się, że jest lepiej, noga atakuje ze zdwojoną siłą.

Uprawianie sportu ma wiele wspólnego z inwestowaniem. Inwestujemy czas, wysiłek, pot, krew i łzy w to, by osiągać wyniki. Wczoraj doświadczyłem jeszcze inwestowania czegoś innego: bólu. Dostałem solidną porcję bólu w krótkim czasie licząc na to, że potem nie będzie go w ogóle. Po dwóch tygodniach samodzielnych prób, spasowałem. Po dwóch tygodniach rolowania, rozciągania, chłodzenia, smarowania i ćwiczenia, stan pasma się nie zmienił: boli. Postanowiłem w końcu pójść do Pana Magika, czyli oswojonego fizjoterapeuty.

„Teraz zaboli” powiedział wciskając mi kciuk w biodrową część pasma. I faktycznie, musiałem zagryźć zęby, bo „boli” to zbyt delikatne określenie. Ale gdy potem zasadził się na moje biodro łokciem, aż zawyłem z bólu, który przeszył moją prawą nogę od łydki przez kolano aż po biodro. Po kilkudziesięciu sekundach uciskania ból trochę odpuścił, a potem czułem go już tylko w miejscu ucisku – napięcia pasma zostały rozluźnione, mogłem już przestać zagryzać co się dało. I faktycznie, dziś rano zejście po schodach z sypialni nie było już tak bolesne, ból ledwie co tam się pojawił.

I zastanawiam się tylko: dlaczego z wizytą u fizjo czekałem ponad dwa tygodnie...?


poniedziałek, 21 lipca 2014


Ładna łydka na zawodach potrafi przyciągnąć wzrok wielu pięknych kobiet. Poczytajcie sobie relacje z triathlonów takiej Bo. Przecież wielu zawodów to ona w ogóle by nie ukończyła gdyby nie łydkowa motywacja! A przecież wytopiona z tłuszczu łyda zacnie prezentuje się nie tylko na zawodach biegowych czy triathlonowych. Doskonale pasuje też do garnituru, na plażing, łomżing, a uwagę wprawnego kobiecego oka przyciągnie nawet podczas mszingu w kościelingu! Co ja tak –ingam? Otóż rozpoczynamy kolejną zabawę: SCHODING PĄPKINS, yeah!

Tym razem chodzi o wzmocnienie mięśni nóg. Będziemy więc... biegać po schodach. Ale nie tak o, bez sensu. Bieganie bez sensu jest bez sensu, wie to każdy, bo to przecież jest bez sensu! Proponujemy więc zabawę, w której będziemy (Wy i my) zdobywać dziesięć najwyższych budynków w Warszawie. Stop, stop! Nie kupujcie jeszcze biletów na Polskiego Busa (swoją drogą, mocno to ostatnio ryzykowne:P)! W ogóle niczego nie kupujcie, wystarczy kilka schodów i już możecie zacząć biegać, bo stołeczne drapacze chmur zdobywać będziemy wirtualnie.

Smashing Pąpkins przejrzeli stołeczne wieżowce, „na oko” oceniając ile mogą mieć schodów (więc za bardzo się nie czepiajcie, jeśli liczba schodów trochę by się nie zgadzała, OK?;)). Do tego rozpisali zabawę na 10 tygodni, bo właśnie za tyle odbędzie się Maraton Warszawski, w którym pĄreprezentacja oczywiście się pojawi (czy zachęcałem już do wpisywania przynależności klubowej Smashing Pąpkins? Nie, to zachęcam, a warto!). W każdym tygodniu będziemy na Endziaku zdobywać kolejne drapacze chmur (10 tygodni = 10 budynków), a główna zasada jest prosta jak drut: przykładowo pierwszy budynek (Intraco I) ma 138 metrów, co wg tajnego pĄalgorytmu przeliczyliśmy na 600 schodów. W pierwszym tygodniu trzeba więc (w dowolnej liczbie treningów) podbiec 600 schodów i wtedy budynek jest zdobyty. Dlaczego warto? Ach, bo oprócz zgrabnych nóg, siły na podbiegi i mocy na pokonanie ściany na 33. km maratonu, możecie coś wygrać, bo dla aktywnych Schądziarzy są nagrody! Sponsorem zabawy został mój ulubiony sklep biegowy Natural Born Runners:)

Co dla Was tym razem mamy?
- Osoby, które zdobędą co najmniej pięć budynków wezmą udział w losowaniu nagrody głównej – opasek kompresyjnych Compressport R2 Race&Recovery ufundowanych przez Natural Born Runners oraz nagród dodatkowych: pĄkoszulki z własną ksywą oraz dwóch par różowych pĄoksów mocy.
- Dodatkowo każdy uczestnik zabawy otrzymuje zniżkę 10 proc. na zakupy w Natural Born Runners dokonane w trakcie trwania zabawy (czyli do 28 września br.) na hasło: schody.
- Ale, ale, to nie wszystko! Kto w 10 tygodni zdobędzie wszystkie 10 wieżowców, otrzyma oficjalny tytuł „SchĄdkinsa” i... pysznego pączka domowej roboty wykonanego przez Smashing Pąpkins.

Tak, ten pączek to taka mała zachęta dla Bormana, może dołączysz chłopaku?:) Zresztą, dołączyć powinien każdy. Wiem, że niektórzy z Was treningowo biegają po schodach, dodajcie do tego regularność i rozwalicie system!

Swoje opaski od NBR mam i ja! Na razie się zaprzyjaźniamy, za jakiś czas będzie test na blogu.

Czy warto biegać po schodach? Ładna łydka powinna być wystarczającą zachętą, ale jeśli ktoś potrzebuje dodatkowej, to mamy opinię eksperta, zwanego Tygrysem.

Warto biegać po schodach tak samo jak warto jest biegać po wodzie. A na poważnie: żeby biegać szybko i coraz lepiej musisz dawać swojemu organizmowi jak najwięcej nowych bodźców. Robisz wciąż to samo? Nie licz na rozwój! Bieganie po schodach z pewnością będzie dla Ciebie kolejnym przyjemnym doświadczeniem z pogranicza śmierci i zen. Przyznam się szczerze, że do dziś dokładnie pamiętam potocznie zwane „przepalenie płuc” po wbiegnięciu na wieżowiec Rondo 1 w Warszawie. Kilka krótkich minut wysiłku zmęczyło mnie bardziej niż przebiegnięcie kilometra w okolicach 2 minut i 40 sekund. Schody to doskonały środek treningowy i alternatywa dla siły biegowej jeśli w Twojej okolicy brakuje górek i wzniesień. Dzięki schodom Twoje mięśnie czworogłowe będą nie do zdarcia!
Mateusz Jasiński, pasjonat i propagator biegania, TrenerBiegania.pl

A jak biegać po schodach? A na przykład tak:



Zachęceni? No to w skrócie zasady zabawy „Schoding Pąpkins”, czyli wytop łydy na Maraton Warszawski ze Smashing Pąpkins!

1) Zabawa trwa 10 tygodni, w każdym tygodniu uczestnicy wirtualnie zdobywają na własny rachunek jeden z 10 najwyższych warszawskich wieżowców (w kolejności od najniższego). Bez względu na powodzenie misji, od poniedziałku zdobywamy już kolejny drapacz chmur.

2) Kto w 10 tygodni zdobędzie wszystkie 10 wieżowców, otrzyma oficjalny tytuł „SchĄdkinsa” i pysznego pączka domowej roboty wykonanego przez Smashing Pąpkins.

3) Zdobywcy co najmniej pięciu budynków biorą udział w losowaniu nagrody głównej – opasek kompresyjnych Compressport R2 Race&Recovery ufundowanych przez sklep dla biegaczy Natural Born Runners oraz nagród dodatkowych: pĄkoszulki z własną ksywą oraz dwóch par różowych pĄoksów mocy.

4) Dodatkowo każdy uczestnik zabawy otrzymuje 10-proc. zniżkę na zakupy dokonane w trakcie trwania zabawy w sklepie Natural Born Runners na hasło: schody.

5) Zaczynamy w poniedziałek 21 lipca 2014 r., zabawa kończy się 28 września 2014 r., po 10 tygodniach.

6) Treningi rejestrujemy w systemie Endomondo jako sport dodając „inne” wg zasady 1 schodek to 1 km. Przykładowo zaliczenie 100 schodów to 100 kilometrów – rywalizacja będzie liczona po dystansie.

7) Nie ma ograniczeń w liczbie treningów w tygodniu ani liczbie powtórzeń/serii, ale gramy fair i wpisujemy tylko to, co rzeczywiście przebiegliśmy po schodach.

8) Aby brać udział w zabawie należy dołączyć do kolejnych rywalizacji w serwisie Endomondo. Każda trwać będzie od poniedziałku od godz. 0:01 do niedzieli do godz. 23:59 i obejmować będzie zdobywanie innego wieżowca.

9) Poniżej obiecana lista wieżowców, a gdyby coś było niejasne, pytajcie:)

Intraco I - 138 metrów, 600 schodów - rywalizacja trwa 21.07.-27.07. DOŁĄCZ
Oxford Tower - 150 metrów, 652 schody - rywalizacja trwa 28.07.-03.08. DOŁĄCZ
Cosmopolitan Twarda 2/4 - 160 metrów,  696 schody - rywalizacja trwa 04.08.-10.08. DOŁĄCZ
InterContinental Warszawa - 164 metry, 713 schody - rywalizacja trwa 11.08-17.08. DOŁĄCZ
Warsaw Financial Center - 165 metry, 718 schody - rywalizacja trwa 18.08.-24.08. DOŁĄCZ
Centrum LIM - 170 metrów, 740 schody - rywalizacja trwa 25.08-31.08. DOŁĄCZ
Rondo 1 - 192 metry, 836 schody - rywalizacja trwa 01.09.-07.09. DOŁĄCZ
Złota 44 - 192 metry, 836 schody - rywalizacja trwa 08.09.-14.09. DOŁĄCZ
Warsaw Trade Tower - 208 metrów, 905 schodów - rywalizacja trwa 15.09.-21.09. DOŁĄCZ
Pałac Kultury i Nauki - 237 metrów, 1031 schodów - rywalizacja trwa 22.09.-28.09. DOŁĄCZ



niedziela, 20 lipca 2014



Dziesięcioro śmiałków, do przepłynięcia niemal 900 m w wodach Jeziorka Czerniakowskiego i do przebiegnięcia 5,4 km dookoła niego. Do tego arbuzy i banany oraz piwo dla każdego na mecie, losowanie nagród i dodatkowe konkurencje sprawnościowe – historyczna pierwsza edycja Towarzyskiego Aquathlonu Jeziorko Czerniakowskie 2014 miała iście królewską oprawę! Czytam teraz „Psychologię dla sportowców” (jest świetna, naprawdę warto!) i dzień przed aquathlonem czytałem o motywacji. O tym, że może być zewnętrzna (walczymy np. o miejsce na zawodach) lub wewnętrzna (do uprawiania sportu motywuje przyjemność jaką on daje). Sobotni aquathlon, podobnie jak np. ubiegłotygodniowy Nieporęt, był doskonałym połączeniem jednego z drugim. Zawodami dającymi mi doskonałą równowagę pomiędzy chęcią osiągnięcia czegoś (tutaj konkretnie chodziło o zajęcie pierwszego miejsca) i chęcią pływania i biegu dla samych tych czynności.

Namówiła mnie Aśka na ten aquathlon. Wcześniej nawet nie rozważałem startu w tego rodzaju imprezie, bo przecież zawiera sporo pływania, a to nie jest moja mocna strona;) No ale miało być towarzysko, sympatycznie i piknikowo – skusiłem się więc. I po przemyśleniu wychodzę z założenia, że to był świetny trening – przepłynąłem bez pianki 900 m w wodach otwartych w niewiele ponad 20 min., na basenie nie zmusiłbym się do takiego wysiłku. Kolejny start w biegu na 10 km niewiele wnosi do mojego rozwoju, ale każde mocne pływanie, szczególnie w wodach otwartych, to już coś. Zadowolony mogę z nawigowania, które szło całkiem nieźle. Do tego utrzymałem równe tempo, na pół sekundy nawet nie wypadłem z rytmu ani nie odszedłem od kraula – treningi przynoszą efekty:) Przy wyjściu z wody (miejsce trzecie-czwarte) piąteczka z kolegą, z którym przepłynąłem cały dystans i szybka zmiana na bieg.

Tuż przed startem etapu pływackiego.
Tym razem obyło się bez pralki;) / fot. organizatorzy

Szybka zmiana z pływania na bieg / fot. NKŚ

Ze strefy zmian wybiegam już na trzecim miejscu, a po kilometrze jestem drugi. Ruszając wiedziałem, że strata do liderującej Magdy (znanej internetowej społeczności jako Królik) jest ogromna. Przyjąłem sobie więc założenie: biegnę tak, by było mi przyjemnie, ale jednocześnie mocno. Jeśli uda się dogonić Królika to fajnie, a jak nie to trudno, wszak muszę zachować jeszcze siły na zaplanowany na później kilkunastokilometrowy powrót do domu. Swoją drogą, przegrać aquathlon z tak dobrą pływaczką to w zasadzie żadna niespodzianka. 900 metrów (wprawdzie miało być 600 m, ale się przemierzono;)) bez pianki i całkowicie samodzielnie, bez czyichś nóg z przodu, zrobiła w 15 minut. Omatkobskopływacko, jak ja chciałbym tak pływać!

Biegnę więc sobie po 4:10, co w tych warunkach pogodowych, na niełatwej odcinkami trasie i na popływackim zmęczeniu jest tempem optymalnym – nie do zajechania się, ale nadal szybko. Do zrobienia trzy pętle. Po pierwszej NKŚ mówi, że mam małą stratę do Królika, ale za chwilę poprawia się, że dużą. Nie mam więc pojęcia, ile rzeczywiście ona wynosi;) Kogoś dubluję, przeskakuję nad martwym kretem leżącym na ścieżce, ale liderki wciąż nie widać. Przypominam sobie hasło jej bloga: „Nie tak szybko, Króliczku!”. No właśnie, nie tak szybko, nie tak szybko! Po drugiej pętli słyszę „30 sekund!”, parę chwil później mam już Królika w zasięgu wzroku i na około kilometr przed metą słyszę „Co tak długo musiałam czekać?!”;) Trzymam swoje 4:10, ale w końcówce puszczam trochę nogi i ostatnie 400 metrów robię w tempie 3:45, wpadając na metę na dwie minuty przed Królikiem.

Tak dużo nowych twarzy w galerii samojebek to jeszcze chyba nie miałem!:)

Standardowo zawody kończą się po przekroczeniu linii mety – człowiek się ogarnia i zawija do domu. Ale tym razem dopiero wtedy się zaczęło! Do rozegrania zostały dwie konkurencje sprawnościowe, w których udział wzięli nie tylko startujący we wcześniejszym aquathlonie, ale i kibice. Najpierw był rzut piłką tenisową do celu, czyli do kubła ustawionego na plastikowej skrzynce. Konkurencja okazała się być niesamowicie trudna, bo z kilkunastu osób choćby jeden z ośmiu rzutów (a dokładnie dwa) trafiły tylko dwie osoby, cała reszta zaliczyła same pudła! Potem skok w dal tyłem, przy którym próby różnych technik wykazały, że najlepszy efekt przynosi wybicie się z jednej nogi po lekkim rozbiegu;) I w końcu część oficjalna: pudła, dekoracje i przepiękne ręcznej roboty medale:) No i owoce, ciastka i piwo od Południka Zero dla każdego. I jeszcze losowanie nagród książkowych od Innych Spacerów!

W relacji „natężenie atrakcji vs liczba uczestników” były to zawody numer jeden w moim życiu! Nie zawsze trzeba startować w ogromnych zawodach z wypasionymi pakietami startowymi i za wpisowe 200 zł lub więcej. Małe kameralne imprezy robione przez znajomych dla znajomych, mają niesamowity i niepowtarzalny klimat. Z ręcznym pomiarem czasu i międzyczasami spisanymi na kartce papieru i listą startową mieszczącą się na jednej stronie pozwalają po prostu miło spędzić czas. Jasne, że fajnie było je wygrać, ale naprawdę wynik ma tu najmniejsze znaczenie. Czy pierwszy, czy dziesiąty, bawiłbym się tak samo dobrze.

Skok w dal tyłem to niezwykle trudna technicznie konkurencja.
Nie wierzycie? Spróbujcie!:) / fot. organizatorzy

Pą-koszulka na najwyższym stopniu podium:) /  / fot. organizatorzy

Uśmiech!:) / fot. organizatorzy


środa, 16 lipca 2014



To był dzień konia (do dnia MKona jeszcze mi trochę brakuje, ale może kiedyś?;))! Wszystko zagrało jak miało zagrać. Prawie każda nuta wybrzmiała czysto i w odpowiednim momencie, a te które zafałszowały, były na tyle nieistotne, że trudno było je w ogóle usłyszeć. Była odważna (i zwycięska!) walka w wodzie, było śpiewanie na bajku pod nosem i radosne popiskiwanie Pimpusia w stronę fotografów i kibiców na trasie, a wygłupy te połączyłem z mocną nogą i średnią prędkością jakiej nie mam się co wstydzić. Na biegu zaś: radość, spełnienie i zagrzewanie kibiców do dopingowania, a na mecie uśmiech i pełne zadowolenie z wyniku. A to wszystko okraszone ogromnym wysiłkiem fizycznym, wysokim walorem towarzyskim imprezy i całkiem sporą kolekcją samojebek. Czy podczas 1/4 IM w Nieporęcie mogło być lepiej?:) Zacznijmy od początku...

Czas akcji: późny wieczór przed startem, w tle Oranje łoją brazylijskie dupska. Miejsce akcji: czat na Fejsie. Trwa tajna narada wojenna matki (Bo – życzymy zdrowia!) i jednego z ojców założycieli (Krasus) Smashing Pąpkins przed zawodami 1/4 IM w ramach VTS Nieporęt.

- Na ile jutro celujesz?
- Nie wiem. Serio. Oczywiście chcę złamać 2:20, ale może być różnie, bo 500 metrów trasy rowerowej to ponoć jakaś trylinka, do tego niesprawiedliwa strefa zmian, a jeszcze ja nie wiem co na bieganiu będzie z nogą, która pobolewa od tygodnia. Będę cisnął, ale co wyjdzie – nie wiem.
- Będzie 2:18:45.
- Poniżej 2:19?! Ale Ty miła jesteś, że tak mówisz:P To mało realne, ale dam z siebie wszystko.
- Cóż, teraz nie wypada inaczej;)

2:18:45? Super wynik, ale bez przesady... W przyszłym roku to owszem, z palcem gdzieśtam, ale teraz? Mój prywatny tri-kalkulator mówił, że jak dobrze zawieje, to 2:20 uda się złamać. Przeprowadziłem więc najlepszy możliwy BPS, czyli zbijanie bąków kilka dni przed zawodami plus koncert w weekend startowy – przed Piotrem i Pawłem był to Kult, tym razem Alice in Chains i Metallica (ech, ten Narodowy to jednak ssie jeśli chodzi o koncerty...). Pobolewające biodrowo-piszczelowe kazało mi ostrożnie patrzeć na prognozy kalkulatora i nastawiłem się przede wszystkim na to, by z zawodów czerpać przyjemność, której zabrakło podczas ćwiartki w Piasecznie.

=== === ===

Przypominam, że już wkrótce ostro z kopyta rusza mój kanał na YouTube,
zapraszam do zasubskrybowania go kliku-kliku :)

=== === ===

Pływanie – wiem co robię i jest dobrze
Dzień przed startem przeczytałem gdzieś, że jak bojka jest blisko, to warto ustawić się na linii startu tak, by od razu być po jej zewnętrznej stronie. Unikamy wtedy przepychania się do bojki. No to stanąłem sobie po prawej, w tłumie. Odliczanie i lecimy. Biegniemy. Wciąż biegniemy, więc... wyprzedzam, bo przecież dobrze biegam. Wody do kolan i biegniemy. Wody po uda i biegniemy. Nie wiem, ile tego biegu było, ale na oko to spokojnie z 30-40 metrów. W końcu zaczynamy płynąć i zaczyna się napierdzielanka. Poprawiam swoje pływanie cały czas, ale to oznacza, że z ogonów, gdzie jest w miarę spokojnie, trafiam do środka i tuż przed niego, gdzie jest najtłoczniej. Ktoś mi, ja komuś: bach-jebs-pierdut, ktoś krzyczy „Ludzie, bo mnie utopicie!”. Ale ja zupełnie się tym wszystkim nie przejmuję. Płynę i, uwaga-uwaga, bo to szok i niedowierzanie: wyprzedzam! Cały czas. Spodziewam się niemożebnej ciasnoty na bojce, więc opływam ją po zewnętrznej, a w środku dzieją się jakieś dantejskie sceny. Wszystko się zaczopowało i ludzie nie mogą się ruszyć. A Krasusek sobie ciach-bach opłynął wszystko i wszystkich, a jak ktoś za bardzo go blokował, to po prostu przepływał po nim, o! Kilka razy byłem podtapiany, ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, płynąłem swoje. Finalny wynik to 17:09, poprawa wyniku z Piaseczna o prawie 2,5 minuty! Brzmi niesamowicie, ale trzeba pamiętać o tym bieganiu po wodzie – ja nadal jednak biegam szybciej niż pływam. Czasem nie ma się więc co jarać, ale już miejscem – owszem. 176 miejsce na 467 osób to niecałe 38 proc. stawki. Jeszcze rok temu wychodziłem z wody w 70-80 proc., a Piasecznie byłem niemal równo w połowie. Z jednej strony to efekt poprawy pływania, a z drugiej nabytego doświadczenia. W niedzielę cały czas miałem sytuację pod kontrolą, ani na chwilę nie straciłem koncentracji ani orientacji, cały czas wiedziałem co chcę zrobić.

Pływanie: 0,95 km (zmierzone 0,93 km) / czas 17:09 / m-ce 176 z 467 (37,7%)


Rower – tłok, rwane tempo i pucharki od Endo
Te kilkaset metrów trylinki to wielka męczarnia i strach o Zuzkę. Jakby pękła rama albo moje śliczne kółko, to bym się zapłakał chyba. W końcu zaczyna się asfalt, kładę się na lemondce i dzida. Orajuśku, ale tłok... Wyprzedzam. Bezproblemowo biorę pojedyncze osoby, ale wyprzedzenie 20-osobowego (a niby zasady zabraniają draftu...) peletonu zajmującego całą szerokość jezdni nie jest proste. Wkurzony zjeżdżam więc na lewy pas (akurat wolny) i mykam dalej. Po paru kilometrach uświadamiam sobie, jak dobrze jest. Bez większego problemu jadę 38 km/h, czujemy z Zuzką to magiczne połączenie, które sprawia, że jest dobrze. Bo od początku do końca stanowimy jedność. Pimpuś na przedzie rozbija opór powietrza, płuca i serducho dostarczają tlen mięśniom, a te kręcą nogami doskonale współpracującymi z mechanizmami Zuzki. Do Beniaminowa cisnę niesamowicie – na liczniku często widnieje prędkość 40-45 km/h! Po nawrotce jest trudniej, bo okazuje się, że wieje (stąd też te prędkości wcześniej). Ale i tak jedzie się bardzo dobrze. Czuję flow, którego tak brakowało mi w Piasecznie. W głowie znów muzyka, która momentami z głowy dociera do rzeczywistości i wyprzedzani rywale muszą być zdumieni słysząc mój mały chórek.

Miejsce, do którego uciekam, aby żyć
Miejsce, gdzie moje sanktuarium
Miejsce, do którego nikt
Nie może znaleźć drzwi



Parę razy Pimpuś pozdrawia nielicznych na trasie rowerowej kibiców wydobywając ze swych fioletowych płucek donośny pisk. Na nawrotce przy strefie zmian słyszę „Dalej kur… ty z tym koniem!”, no przynajmniej ktoś od razu skumał, że Pimpuś jest konikiem, a nie krową czy psem!;) Podoba mi się to rowerowanie, bez dwóch zdań. Jadę z poczuciem, że robię dobrą robotę i czas 2:20 wydaje się być coraz bardziej realny.

Radość z jazdy, to kocham! Tylko kurde, do T1 to ja muszę sobie wstawić lusterko,
bo znów jak trzepak z przekrzywionym kaskiem jechałem... ;/ fot. BikeLife.pl

Niestety, są i minusy, a właściwie (poza trylinką na początku i końcu) jeden: na trasie jest za dużo zawodników w stosunku do szerokości drogi i długości odcinka. W połączeniu z pięcioma nawrotkami na 45 km oznacza to, że co kawałek śmigają pociągi. Tu InterCity, tam Przewozy Regionalne, nie brakuje też Pendolino, czyli draftujących osób z czołówki. Trudno mi osądzić, ile z tego było chamskim oszukiwaniem (wg przepisów odległość pomiędzy zawodnikami powinna wynosić min. 10 metrów, za wyjątkiem manewru wyprzedzania oczywiście), a ile wynikało z tego, że inaczej było po prostu trudno. Faktem jest, że na drugiej pętli cały czas szarpałem tempo, bo albo próbowałem jakąś grupę wyprzedzić, albo puścić tych, którzy wyprzedzali mnie. W efekcie średnie prędkości były już odrobinę niższe, a i tak miałem wrażenie, że cały czas jadę w tłumie, męcząc się przy tym przez te próby unikania draftingu. Przy okazji któregoś wyprzedzania dostałem nawet upomnienie od sędziego.

Mała rzecz a cieszy:)

Ostatecznie rower zajął mi 1:15:42, a po odcięciu nieszczęsnego dojazdu po trylince średnia prędkość wyniosła 37,1 km/h! Endziak pokazał aż trzy nowe kolarskie rekordy życiowe, a najszybsze pięciokilometrówki miały średnie 40, 39,5 i 38,7 km/h! Podczas etapu kolarskiego wyprzedziłem ponad 60 osób, a mnie tylko osiem. Ostatecznie wpadając do strefy zmian byłem na 91. pozycji. Nie wiedziałem jakie miejsce zajmuję, ale rowerów w boksach stało wyraźnie mniej niż więcej, co jeszcze poprawiło mój nastrój.

Rower: 45 km (zmierzone 45,3 km) / czas 1:15:42 / m-ce 74 z 467 (15,8%)


Bieg – gorąco, szybko i z pĄpkami
Wylatuję ze strefy zmian i od razu spotykam znajomych:) Przy trasie kibicuje pĄpkinsowy Marcin (dzięki za przybycie!), a na pierwszym kilometrze doganiam łapiącą w locie tri-bakcyla Avę i Aśkę, której drugie imię to właściwie Bakcyl. Macham tylko dziewczynom i lecę swoje. Plan jest taki, by po kilometrze osiągnąć docelowe 4 min/km i trzymać je do mety. Wybiegając ze strefy zmian widzę na cyferblacie 1:36 i wiem, że jeśli nie zaatakuje mnie ITBS, to będzie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Chciałem pobiec w około 42 minuty, to daje szansę na zrobienie wyniku, o jakim dzień wcześniej mówiła Bo. Pojawia się szatański plan, by w razie posiadania paru sekund zapasu, zwolnić w końcówce i wpaść na metę w 2:18:45...;)

Ale nie jest lekko. Upał mocno doskwiera, a wiatr utrudnia zabawę. Pot leje się strumieniami, na punktach korzystam więc z wody, którą popijam zaplanowane jedzenie (szczegóły na końcu). Walczę o utrzymanie tempa, na twarzy klasyczny wyraz umarlaka, ale w duchu gra muzyka! Tym razem Vavamuffin ze swoją „Sektą”. Na głośne śpiewanie nie mam jednak za bardzo sił, więc muzyka pozostaje w środku.



Pruję do przodu: noga za nogą, metr za metrem i... wyprzedzany za wyprzedzanym. Przez 41 minut biegu wyprzedziłem 46 osób, a mnie nikt (przynajmniej nikogo nie zarejestrowały moje zmysły;)) Lecę raz po 4:05, raz poniżej 4:00. Nie jest to może bieg w trupiaka jak ostatnio w Poznaniu, ale jest na maksa. Dyszę głośno jak lokomotywa, sapię, pluję i smarkam na pobocze, ale cisnę do przodu. Tempo dyktuje wiatr i ewentualnie spowolnienia przy punktach odżywczych (pomarańcze, mniam!).

Już czerwony dywan, jeszcze parę kroków i jest! Linię mety mijam, gdy na zegarze jest 2:18:45! Ojtam, że musiałem kilka chwil na ten czas zaczekać, to przynajmniej miałem możliwość porozmawiania z Kaśką i jej kumplem, zrobienia pierwszych ever pĄpek jeszcze przed linią mety i poprzybijania piątek z kibicami:) Daję się też wyprzedzić ośmiu, a może dziesięciu rywalom.


To gdzie jest ta meta? / fot. Triathlonowy.pl (zdjęcie na górze również)

Przecież ja doskonale wiem, na co mnie stać, ostateczny wynik ma niewielkie znaczenie, bo rekordu świata i tak nie będzie, a życiówkę to ja jeszcze zrobię taką, że hoho, a nawet już dziś moja lista najlepszych wyników wygląda ładnie:) Zaczekajcie tylko do przyszłego sezonu, to się dopiero będzie działo! Nieporęt pokazał, że stać mnie na zrobienie dobrego wyniku nie tylko na biegu, ale i na całym tri, a to dla mnie nowość, bo dotąd zawsze coś kulało. Dalej jednak jest pole do poprawy i zamierzam nad tym pracować. Choć start ten był dla mnie ważny, to o złote galoty przecież nie walczę, są rzeczy ważne (wynik) i ważniejsze (#poprostuBo i #wszyscyzaBo), prawda? :)

Bieg: 10,5 km (zmierzone 10,25 km) / czas 00:42:48 / m-ce 40 z 467 (8,6%)


Strefy zmian – wciąż jest co poprawiać
Ze stref zmian w Nieporęcie jestem zadowolony, ale jeszcze trochę można by tu dopracować, szczególnie tę drugą mogłem zrobić lepiej. Po pierwsze bowiem, źle z niej wybiegłem (w złą stronę) i straciłem z 8-10 sekund. Po drugie zaś, znów zapomniałem, że można przecież wziąć czapeczkę w ręce i założyć ją już wybiegając, a ja ruszyłem dopiero jak byłem w pełni gotów do biegu;) W efekcie w T1 wyprzedziłem 30 osób (!!), a w T2 spadłem o trzy pozycje. To się jeszcze dopracuje:)

Podsumowanie – musi być dobra zabawa
Fajnie, że w Nieporęcie zrobiono 1/8 IM, bo dzięki temu wiele osób mogło liznąć triathlonu (serio, by ukończyć 1/8 wystarczy po prostu umieć pływać i być jako-tako aktywną osobą, spróbować może każdy!). Niefajnie jednak, że oznaczało to pozamykanie WSZYSTKICH dróg dojazdowych już o 8 rano, podczas gdy my startowaliśmy o 11:30. Ja z przyjemnością dotarłem wcześniej, ale dla kibiców (szczególnie tych z małymi dziećmi) był to poważny problem. Pod tym kątem miejsce imprezy było fatalne.

Niefajnie wypada także trasa rowerowa. Owszem, była prosta, szybka i płaska, ale... by do niej dojechać trzeba było kilkaset metrów dotelepać się po niemożebnie nierównej trylince. Jechałem tam nie więcej niż 18-20 km/h, a i tak Zuzka krzyczała z bólu, Pimpuś wołał o pomstę do nieba. Ale udało się. Nie wszystkim jednak, bo jedni gubili bidony, inni liczniki, a zdarzyła się i wymiana dętki na pierwszych metrach. No wkurzyłbym się... Dodatkowo organizatorzy imprezy znacząco przegięli z liczbą uczestników i było bardzo ciasno zarówno na trasie pływackiej jak i rowerowej.

No i ten bieg w wodzie był słaby – lepiej jednak byłoby zrobić start z wody, a nie z brzegu, byłoby wtedy bardziej sprawiedliwie, bo byśmy 950 m płynęli, a nie 850 płynęli a 100 biegli.

15 osób (PIĘT-NAŚ-CIE!), jeden z rekordów!
A i tak zapomniałem z kilkoma ważnymi personami zrobić...

A mimo tego, mi się podobało, wiecie?:) To potwierdza, że odbiór i ocena danej imprezy są bardzo subiektywne. W zasadzie w/w minusy powinny przekreślić Nieporęt z moich startów na przyszłość, a jednak...;) Wystarczy mieć dobry dzień i już człowiek inaczej spogląda na całość. Z dobrych rzeczy po raz kolejny muszę pochwalić swoją regenerację. Po niedzielnym występie (jakby na to nie patrzeć, całkiem mocnym!) w poniedziałek miałem już siłę na morderczy trening funkcjonalny, we wtorek dostałem ostre wciry na basenie, a w środę na bajku wpadło 6x5 km bardzo mocno (38-40 km/h). Jest forma i... już się nie mogę doczekać Borówna. Po cichu Wam się przyznam, że żałuję, że nie wystartuję w tym roku w PozTri. Pod każdym względem była to mistrzowska impreza i chętnie bym na nią wrócił.

Do zapamiętania. Podczas 1/4 IM w Nieporęcie zjadłem:
- rano: 1,5 bułki;
- przed startem: pół bułki i banan;
- na rowerze: dwa żele Agisko, pół batona Agisko, dwie kapsułki SaltStick;
- na biegu: żel Agisko, Power Bomba, jedna kapsułka SaltStick;
- w bidonach pół litra izotonika Isostar i pół litra wody. Zużyłem około połowy tego.

Nowością w moim menu były SaltSticki polecone przez kilkoro znajomych. Nie mam warunków laboratoryjnych do sprawdzenia, ale wydaje mi się, że działają. Nie było zjazdu jak w Piasecznie, zarówno podczas zawodów jak i za linią mety czułem się dużo lepiej niż wtedy, a przecież też mocno grzało w baniak.



piątek, 11 lipca 2014



Triathlonowy debiut to zwykle spory stres. Zbierając doświadczenia swoje i kilkorga znajomych, przekazuję Wam więc wskazówki dla debiutantów. Do powstania tekstu zmotywował mnie tegoroczny debiut paru osób. Ania, Jędrek, Krzysiek, Marcin i cała reszta, powodzenia! Trzymam za Was kciuki:)

1) Nie planuj (wyniku)
Triathlon to nie bieg na 10 km. Nie da się spojrzeć na profil trasy i zaplanować każdego kilometra po kolei. Bojka może odpłynąć i dystans pływania wzrosnąć nawet o kilkaset metrów, strefy zmian mają czasem dobre 300-400 metrów i bywają mocno pod górkę. Dokładność pomiarów jest zaś bardzo mocno przybliżona. Nie liczcie na atestowaną trasę, 3 km naddatku na 90-km rowerowej trasie w Poznaniu to norma. Dodatkowo nie wiesz, jak Twój organizm zareaguje na taki rodzaj wysiłku, więc nie nastawiaj się bardzo mocno na jakiś konkretny wynik. Daj z siebie jak najwięcej, a jednocześnie czerp radość z debiutu, zapamiętaj go tak, jak ja zapamiętałem Mrągowo – jako wspaniałą przygodę.

2) Zaplanuj (logistykę)
Tri to bardzo skomplikowana operacja logistyczna. Mamy trzy sporty i dwie strefy zmian, bardzo łatwo jest czegoś ważnego zapomnieć. Do tego dojazd, często nocleg itd. Zaplanuj sobie wszystko z dużym zapasem czasowym biorąc pod uwagę możliwe problemy z dotarciem (korki, zamknięte ulice, brak miejsc parkingowe). Aby niczego nie zapomnieć, na kilka dni przed zacznij przygotowywanie listy rzeczy do zabrania. Na podstawie tego tekstu możesz przygotować sobie swoją listę.

Wielu organizatorów przygotowuje materiały dla zawodników, z których można dowiedzieć się jak będzie wyglądała cała impreza – wizualizacje tras, stref zmian itd. To tak zwane race booki, czyli przewodniki dla zawodników. Zapoznaj się z przewodnikiem, a jak masz wątpliwości to podpytaj doświadczonych znajomych.

Warto też udać się na odprawę. Oprócz zasad, które przeczytacie w przewodniku lub na stronie internetowej organizatora, na odprawie są zwykle kluczowe informacje np. na temat tras. Ma to największe znaczenie na trasie kolarskiej, bo jeśli jest jakaś duża dziura na trasie lub wyjątkowo trudny zakręt, na pewno dowiesz się o tym właśnie na odprawie. Często dzień przed zawodami organizowany jest wspólny objazd trasy rowerowej (ze spacerową prędkością), to też ciekawe rozwiązanie, można poznać nie tylko trasę, ale i ludzi, z którymi przyjdzie nam się mierzyć na zawodach.

Dowiedz się (z przewodnika, regulaminu lub na odprawie) wg jakich zasad odbywać się będzie etap rowerowy. Chodzi o tzw. drafting, czyli jechanie komuś „na kole”, tuż za nim. Na większości zawodów w dystansach ironmanowych jest to zabronione, trzeba jechać co najmniej 10 m za rywalem lub szybko go wyprzedzić. Za łamanie tej zasady są kary. Z kolei na dystansie olimpijskim drafting jest bardzo często dozwolony.


3) Wypocznij, wyśpij się i najedz
Tak jak w przypadku debiutu maratońskiego, ostatnia noc przed tri-debiutem będzie prawdopodobnie nieprzespana przez stres. Ważne jest, by wyspać się kilka dni przed. Pamiętajcie też o dobrym odżywianiu: makaron i pizza dają radę. Dzień przed rozluźniające jedno piwko lub lampka wina na pewno nie zaszkodzi, ale odradzam przesadzenie z procentami, bo to może doprowadzić np. do odwodnienia i sporych problemów. Nie zapominajcie o nawadnianiu już kilka dni przed zawodami. Nawodnienie to nie to samo, co napełnienie żołądka wodą. Chodzi o nawodnienie na poziomie komórkowym, a to proces trochę bardziej skomplikowany niż wypicie butelki wody w sobotę wieczorem.

Nie mniej ważne jest śniadanie w dzień startu. Tu nie ma uniwersalnych prawd, bo jedni wcinają jajówę z pięciu jaj, inni bułkę z dżemem. Trzeba po prostu przetestować na sobie. Ja jem zwykle 2-3 zróżnicowane tosty lub połówki bułek (jedne z wędliną, serem i pomidorem, a inne z dżemem), a potem jeszcze banan przed startem.

4) Minimalizuj ryzyko problemów
Warto przed startem posmarować sobie wrażliwe miejsca kremem, świetnie sprawdza się dostępny w każdej aptece Sudocrem. Oprócz pach i pachwin, otarcia pojawiają się też na karku (od pianki).

5) Znaj swoje miejsce
Odpowiednie ustawienie się na starcie jest bardzo ważne. Jeśli nie jesteś świetnym pływakiem, a ustawisz się z przodu, wiele osób po prostu po Tobie przepłynie i nie będzie to miłe doświadczenie. Przeanalizuj wyniki kilku podobnych zawodów i rozpocznij mniej-więcej tak, jak prawdopodobnie skończysz. Pamiętaj też, że płynąc żabką stanowisz spore zagrożenie dla innych, bo kopiesz nogami na boki i możesz kogoś kopnąć w twarz. Osoby płynące żabką nie są mile widziane tam, gdzie jest największy tłok.

Wiele osób obawia się pralki w wodzie. Rzeczywiście można dostać kopniaka w twarz, czy zostać wielokrotnie uderzonym. Nie wpadaj jednak w panikę, staraj się złapać swój rytm i płynąć.

=== === ===
Subskrybujesz już mój kanał na YouTube?
=== === ===

6) Strefy zmian – szybko, ale bez pośpiechu
W strefie zmian można zmarnować ładnych kilka minut, np. szukając w skrzynce czapeczki biegowej czy skarpetki. Podczas Garmin Iron Triathlon w Piasecznie najszybsza osoba zrobiła strefę T1 w 1:30, najwolniejsza zaś w… 8:27. Spora różnica, prawda? Oczywiście najlepsze czasy robią praktycznie zawsze doświadczeni i mocni zawodnicy, ale to, czy spędzisz w strefie zmian 3 czy 7 minut robi różnicę. Na zmęczeniu i w stresie związanym z debiutem niemal na pewno będą Ci się trząść ręce, staraj się więc poszczególne czynności wykonywać spokojnie, ale jednocześnie sprawnie i szybko. Przejdź sobie w myślach kilka razy po kolei wszystkie kroki jakie musisz wykonać w strefach zmian. Niektórzy wizualizują sobie zadania do wykonania w strefie zmian pod koniec poprzedniego etapu.

Wskazówki dotyczące stref zmian:
a) W triathlonie sprawdza się duża torba plastikowa, taka jak np. z któregoś marketu budowlanego. Ma idealny rozmiar, dzięki czemu sprawnie dostarczysz swoje rzeczy do strefy zmian i zabierzesz je stamtąd nie gubiąc okularów lub buta.

b) Na większości zawodów każdy zawodnik ma w strefie zmian skrzynkę (rzadziej pojawiają się worki), w której trzyma swoje rzeczy. Podziel ubrania na dwie kupki (na rower i na bieg) i poukładaj tak, aby na górze było to, co założysz najszybciej. Jeśli zakładasz koszulkę i spodenki, to niech leżą one na butach, a nie pod nimi. W ten sposób sięgając z góry będziesz mieć odpowiednią kolejność ubierania.

c) Pierwszą strefę zmian (T1) rozpocznij już wychodząc z wody. Podnieś okularki na czoło (nie zdejmuj ich jeszcze!) i zabierz się za rozpinanie pianki. Dobiegając do swojego stanowiska powinieneś (tudzież powinnaś) mieć piankę zdjętą do połowy, a w ręku okularki i czepek. Zdjąć piankę nie jest wcale tak łatwo, zrób to dynamicznym mocnym ruchem, wtedy w miarę sprawnie zejdzie. Z nóg najlepiej zdjąć ją przydeptując sobie część jedną nogą i wyszarpując jednocześnie drugą nogę.

d) Jak uporasz się ze zdjęciem pianki (polecam spróbowanie w domu, to nie jest proste zadanie, ale da się szybko opanować), możesz wrzucić na ząb kawałek wcześniej (przed startem) przygotowanego banana lub batona. Ale tylko kawałek, bo jeśli wrzucisz za dużo, to żołądek może zastrajkować – dopiero co był podczas wysiłku ułożony poziomo, a teraz jesteś w pionie.

e) W T1 mam zawsze kolorowy ręcznik, który wisi na kierownicy. Po pierwsze pozwala z daleka rozpoznać rower, a po drugie niektórzy lubią sobie przetrzeć twarz. Po otarciu twarzy rzucasz go na ziemię i w czasie przebierania się, wycierasz w niego stopy z piachu, który po wyjściu z wody bez wątpienia Ci się tam przykleił.

f) Buty najlepiej by leżały podeszwą do góry – w razie deszczu nie naleje się do nich woda. Warto też zrolować sobie skarpetki (zakładanie rozciągniętych na mokrą nogę jest trudniejsze) i włożyć je odpowiednio w buty: prawa w prawy, lewa w lewy.

g) W strefie zmian mam zawsze małą plastikową łyżkę do butów. Pozwala ona szybciej założyć buty, których nie trzeba rozwiązywać. Świetnym rozwiązaniem do butów biegowych są specjalne triathlonowe sznurowadła – są elastyczne i idealnie trzymają buta (kupić je można za 35-40 zł).

h) Niektórzy triathloniści w ogóle nie używają skarpetek. Jeśli jest ciepło to problemem są jedynie otarcia podczas biegu (na rowerze nic stopalom nie grozi), w przypadku deszczu i niższej temperatury można solidnie zmarznąć. Od otarć robią się czasem bardzo bolesne rany, więc lepiej przetestować to najpierw na treningach. Ja np. w ostatnich kilku startach zakładałem skarpetki pomiędzy rowerem a biegiem. Stopa jest wówczas sucha i założenie idzie sprawniej, a na bieg skarpetki przydają się dużo bardziej.

i) Pasek na numer startowy (ja mam o, taki) to nie fanaberia i bajer, tylko naprawdę przydatna i wygodna rzecz. Na wielu tri-startach prosta wersja paska jest w pakiecie. Przede wszystkim przydaje się on do (co za niespodzianka!) przytwierdzenia numeru. Chodzi nie tylko o to, by nie dziurawić agrafkami ulubionej koszulki, ale przede wszystkim o możliwość odwrócenia numeru do przodu lub do tyłu. Na etapie rowerowym bowiem numer musi być z tyłu, a na biegowym – z przodu. Domyślasz się zapewne, że przepinanie numeru przyczepionego na agrafki w T2 jest bardzo złym pomysłem… ;) Dodatkowo niektóre paski (jak np. podlinkowany powyżej Compressport) mają elastyczne uchwyty na żele, które naprawdę świetnie działają - sprawdziłem na maratonie i półmaratonie. Pasek z numerem wieszam zwykle na kierownicy, by na pewno o nim nie zapomnieć.

j) Nie wolno też zapomnieć o kasku. Wg zasad panujących na większości zawodów za ruszenie bez zapiętego kasku (bądź rozpięcie go przed dotarciem do strefy zmian) grozi dyskwalifikacja!

k) Okularki na rower też się przydają. Raz, że do ochrony przed słońcem, dwa przed wiatrem (oczy nieźle łzawią po kilku godzinach jazdy na wietrze), a trzy – przed insektami, które mogą wpaść do oka.

l) Okulary trzymaj w kasku, który powinien być tak ułożony, byś założył (-a) go jednym ruchem. Oksy zakładasz przed kaskiem. Jest to wprawdzie wbrew zasadom kolarskiej stylówy (hehe;)), ale w tri jest praktyczniejsze. Zdejmując w T2 kask zrzucisz oksy i trzeba będzie ich szukać.

m) Wszystko masz? Łap rower i leć! Pamiętaj jednak, że nie możesz na niego wsiąść przed opuszczeniem strefy zmian, czyli tzw. belką. To miejsce z pomiarem czasu oznaczone przez organizatora.

Na koniec krótki schemat jak działać W T1, bo to ta zmiana jest bardziej skomplikowana:
- wychodząc z wody rozpinasz piankę i zdejmujesz jej górną część, potem ściągasz okularki i czepek;
- piankę zdejmuj dynamicznymi silnymi ruchami;
- możesz w tym czasie złapać gryza banana lub kawałek batona (przygotuj to sobie wcześniej);
- jeśli nie masz pod pianką tri-stroju, zakładasz koszulkę i spodenki oraz numer startowy (tak, by był widoczny z tyłu);
- zakładasz skarpetki (nieobowiązkowe) i buty (raczej obowiązkowe);
- zakładasz okularki i kask (w tej kolejności);
- łapiesz rower i dzida!

Druga strefa zmian jest dużo łatwiejsza. Odstawiasz rower, ściągasz kask, zakładasz czapeczkę biegową (lub też nie), zmieniasz buty (łyżka do butów rulez!) i lecisz. Nie zapomnij tylko odwrócić numeru startowego na przód.

7) Wiem co (i gdzie) jem
Ze wspomnianym powyżej jedzeniem w T1 jest różnie. Ja coś małego zawsze biorę i problemów nie miałem, ale warto być ostrożnym.

Za to w T2 nie radzę jeść. Zmiana z kolarstwa na bieg jest bardzo trudna dla układu trawiennego (chodzi o to, że na rowerze go ściskamy, a potem na biegu rozciągamy) i często wywołuje kolkę, a zdarzają się nawet wymioty. Dlatego zalecane jest nie jeść w ostatnim kwadransie trasy kolarskiej, w drugiej strefie zmian oraz przez pierwszych kilka minut biegu. Po kilometrze biegu organizm przyzwyczai się do nowego wysiłku i można coś wrzucić na ząb.

Z tym wrzucaniem na ząb to oczywiście ostrożnie. Organizatorzy często na punktach odżywczych dają nie tylko wodę i izotonik, ale i żele energetyczne, ale jeśli na treningach ich nie jadasz, to raczej sobie daruj. Jedz to, co sprawdzone. Na dystansie 1/4 IM niektórzy prosi w ogóle nie jedzą, potrzebę energetyczną zaspokajając izotonikiem.

Normalnie staram się jeść co 40-45 minut. Czyli np. na dystansie 1/4 IM jem po kwadransie roweru, potem 60 min. po rozpoczęciu bajka i po 10-15 min biegu. Łącznie dwa-trzy żele lub np. dwa żele i baton. Częstotliwość picia zależy od pogody i potliwości zawodnika. Ja staram się pić co około 10 minut po łyku. Ale nie wszyscy w ogóle jedzą, dystans 1/4 IM niektórzy szybcy zawodnicy robią czerpiąc energię tylko z izotonika.

Wiele osób przykleja żele i batony do roweru (na ramę) papierową taśmą (taką malarską). Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, ale pamiętajcie, że w słoneczną pogodę niektóre batony (te z czekoladą) mogą się mocno rozpłynąć.

Tak wyglądają żele przyklejone do ramy Zuzki:)

8) A co jeśli się zachce…?
Słyszałeś (-aś) już to? Triathloniści sikają do pianek! Żart? Nie, rzeczywistość. Piankę zaczynasz ubierać czasami nawet na 20-30 minut przed startem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nim w ogóle rozbrzmi strzał startera zachce Ci się siku. Nie bój się, sikaj. Zabrzmi jak odkrycie Ameryki, ale najłatwiej sika się stojąc, próbowałem kiedyś w trakcie etapu pływackiego i to se ne da. Ale znam takich, co potrafią, wot technika! Na pewno jednak warto zrobić to w oczekiwaniu na start, np. podczas wejścia do wody. W przypadku niskiej temperatury otoczenia i wody nasikanie do pianki może dać też korzyści termalne;)

Podczas ubiegłorocznego PozTri bardzo, ale to bardzo zachciało mi się siku na rowerze. Pozwólcie, że zacytuję sam siebie: „No przecież nie zatrzymam się przy drodze, bo to co najmniej minuta lub dwie w plecy. Przepraszam Zuzkę i korzystając z padającego deszczu oraz zjazdu, staję w pedałach i załatwiam sprawę przy prędkości niemal 40 km/h. Ogromna ulga i zdobyta nowa umiejętność;)”. Wcześniej próbowałem to zrobić w czasie pedałowania i mi się nie udało, pomógł dopiero zjazd i stanięcie w pedałach.

Na etapie biegowym problem ten praktycznie nie istnieje – zwykle są krzaczki lub tojki, choć widziałem kiedyś sytuację, w której ktoś odpuścił sobie takie farmazony i robił to w biegu. Nieciekawy widok.

9) Działa? Działa!
Tuż przed wstawieniem roweru do strefy zmian sprawdź, czy wszystko działa. Brzmi jak dowcip, ale w trakcie transportu może się coś poluzować, mi np. przez Piasecznem spadł czujnik kadencji. Dopilnuj też, by rower był ustawiony na niskim przełożeniu, byś bez problemu mógł (mogła) ruszyć.

10) Ostrożnie z tempem
Zmiana z roweru na bieg jest bardzo niebezpieczna, bo zwykle człowiek przyzwyczajony do szybkiego pedałowania, chce tak samo szybko przebierać nogami i łatwo jest spalić się na początku. Trzeba się pilnować i pierwsze kilkaset metrów przebiec wolniej niż tempo docelowe, potem zacząć przyśpieszać, by po tysiącu metrów złapać swój rytm i biec już do końca. Jeśli spalisz się na początku, zapewne zabraknie Ci sił w drugiej części biegu.

11) Strój – nie od razu Żnin zbudowano!
Jeśli dopiero zaczynasz, to nie musisz mieć wszystkiego. Tri-strój to naprawdę fajna i praktyczna rzecz, ale da się ukończyć zawody bez niego. Jeśli robisz ćwiartkę, to 45 km na rowerze dasz radę przejechać bez pieluchy, załóż więc zwykłe spodenki. Dobrze, by były obcisłe, wtedy założysz je pod piankę i nie będziesz musiał ubierać w T1.

Wybierając koszulkę zwróć uwagę, by była jak najbardziej przylegająca. Na rowerze aerodynamika robi dużą różnicę, a furkocząca koszulka może Cię naprawdę spowolnić.

12) Inne przydatne gadżety i sprawy
a) Żel USG – kosztuje kilka złociszy, a znacznie ułatwia założenie i zdjęcie pianki, bo nadaje nadgarstkom i stopom (tam smarujemy) poślizgu. Najlepiej poprosić swojego kibica o posmarowanie. Tłuste dłonie do zły pomysł, bo utrudniają chwyt wody.

b) Worek foliowy – nasunięcie go na stopę lub dłoń ułatwia włożenie pianki.

c) Zasypka dla dzieci – chłonie wodę i pot, warto wsypać ją do butów kolarskich i biegowych oraz skarpetek. Będzie przyjemniej i spada ryzyko otarć.

d) Prosi wskakują i zeskakują z roweru w biegu, dosłownie. Mają buty wpięte w rower i przez T1 biegną na bosaka, wskakując na bajka po przebiegnięciu belki. Buty zakładają i zapinają w czasie jazdy, oszczędzając kilka sekund. Kolejnych kilka sekund kradną w T2, przed którym zdejmują buty. To jednak trzeba umieć;) Jeśli nie potrafisz, daj spokój.

A wygląda to o:


e) Jeśli zapowiada się patelnia, warto choćby kark posmarować kremem UV. Można się nieźle zjarać już na etapie pływackim, na rowerowym dopiec, a to boli. Bardzo.

f) Przy rowerze warto mieć obowiązkowy zestaw naprawczy: dętka, łyżki i mała pompka. Przećwicz też w domu kilka razy wymianę dętki. Miej nadzieję, że nic się nie stanie, ale na (odpukać w niemalowane!) w razie czego lepiej wiedzieć, jak się do sprawy zabrać.

13) Zadbaj o kibiców
Istnieje duża szansa, że Twój triathlonowy debiut oglądać będą bliscy. W trakcie zawodów i po nich, daj im odczuć, jak ważni są. Bo są! Kibice potrafią dodać niesamowitej energii, zrób wszystko, by na trasie pojawiło się ich jak najwięcej.

Mam nadzieję, że poradnik przyda się początkującym osobom, pamiętajcie, że to nie jakaś lista obowiązkowa, po prostu parę rzeczy, które mogą Wam ułatwić triathlonowe życie. A bardziej doświadczonych czytelników zapraszam do dyskusji!

A na koniec powtórzę to, co napisałem już na początku: pamiętaj, że sport to radość i przyjemność. Od nadmiernej spinki boli dupsko i człowiek zapomina po co to właściwie robi!;)