BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

niedziela, 3 lutego 2013

Rok 2013 zacząłem z przytupem. Ponad 39 gorączki i ostra infekcja górnych dróg oddechowych zafundowały mi tygodniową przerwę we wszelkich treningach i „Sylwester z Polsatem”. Przez tydzień siedziałem w domu, by potem powoli wrócić do ruchu. Starałem się zajęcia wprowadzać spokojnie, by choroba nie wróciła. Pierwszy raz biegać na zewnątrz wyszedłem tydzień po powrocie do świata żywych.

Jak już wróciłem do treningów to po tygodniu… znów mnie pierdyknęło, tym razem zainfekowały mi się dolne drogi (bynajmniej nie oddechowe!), a gorączka dochodziła do 40 st. Celsjusza. Znów prawie tydzień w plecy. Ogólnie w styczniu trenowałem tylko w 18/31 dni, czyli o 9 mniej od zakładanego (przyjąłem sobie jeden dzień tygodniowo na regenerację, całkowicie bez sportu).


Łącznie w styczniu sportowałem się (oprócz biegania, basenu i spinningu jeszcze dwa razy doszła ścianka wspinaczkowa i po razie siłownia i ping pong) przez 25,5h w porównaniu do 38h w grudniu. Słabo, słabo... Ale jest mocne postanowienie poprawy! Żadnych infekcji ani innych syfiksów i ostro ciśniemy! Najważniejsze w lutym jest bieganie. Raz, że Barcelona coraz bliżej, a dwa – punkt kulminacyjny miesiąca to mistrzostwa Polski w pieszych maratonach na orientację na dystansie 50 km, czyli Skorpion. Ale tak naprawdę to cały ten styczeń i luty to tylko pretekst do tego, by się czymś pochwalić...:) Kto nie zagląda na blogowego Fejsa ten dowie się właśnie z tego wpisu.

Bo od paru dni serducho bije mocniej, z linii produkcyjnej zeszła bowiem już Ona (no wiem, że rower to rodzaj męski, ale co, że niby się Nim tak jaram?! Ta, Ona, brzmi zdecydowanie lepiej!). Zobaczcie jaka smukła, zgrabna i powabna...:)

 Póki co nie mam pomysłu na imię (rower musi mieć imię, nie?!),
wszelkie sugestie mile widziane w komciach:)

Tak, tam na kierownicy jest kucyk. Fioletowy kucyk. To jest megaopływowy kuc wyścigowy spełniający przy okazji funkcję dzwonka (wszak to obowiązkowy element wyposażenia każdego roweru!). Proszę więc nie drwić, nie nabijać się, tylko brać ze mnie przykład i montować na rowerach dzwonki.

Najprawdopodobniej za tydzień będę już mógł pojeździć, na razie oczywiście tylko w domu, ale jednak, to zupełnie inna sprawa niż kręcenie na spinningu na siłowni. A potem oczekiwanie na wiosnę. Na pierwszy słoneczny, suchy i ciepły dzień, w który z duszą na ramieniu po raz pierwszy wybierzemy się na wspólną wycieczkę…:)

I wiecie co? Ja naprawdę nie mogę się tego dnia doczekać!

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Ostatnio coraz częściej myślę o tym, że w swoim amatorskim uprawianiu sportu dochodzę powoli do pewnej ściany. Leszek pisał kiedyś o tym, że wielu biegaczy po pewnym czasie szuka urozmaicenia, dalszych wyzwań i coraz trudniejszych celów. W moim przypadku nie chodzi bynajmniej o to, że nie wiem, co dalej chciałbym robić, a o to, że… chciałbym zbyt wiele.

Biegać zacząłem w 2010 r., kiedy to jesienią zrobiłem kilka dyszek i zacząłem myśleć o maratonie. Wiosną 2011 r. wyszła połówka, a jesienią debiut na dystansie 42 195 m. W międzyczasie zacząłem bawić się w piesze maratony na orientację na dystansie 50 km i szybko okazało się, że kręci mnie to bardziej niż zwykłe udeptywanie asfaltu. Ale chęć walki z życiówkami własnymi i kolegów nie pozwalała i nadal nie pozwala mi na rezygnację z biegów ulicznych. Potrzebuję wyzwań, dążenia do coraz trudniejszych celów. Złamanie 3h w maratonie to przecież kwestia treningów i wierzę, że prędzej czy później mi się to uda.

Naturalnym dla mnie wyzwaniem są góry, po których chodzić kocham od zawsze. Stąd chęć startu w jakimś biegu górskim i pewnie będę chciał bawić się w to częściej. Wciąż nie porzuciłem też marzenia o wchodzeniu na góry co najmniej dwa razy wyższe niż nasze Rysy. A do tego doszedł triathlon, bo któż nie chciałby zostać człowiekiem z żelaza?:)

I jak się to wszystko złoży razem to w 2013 roku chciałbym zaliczyć:
- Skorpion – Mistrzostwa Polski w PMNO na dystansie 50 km (16 lutego – zapłacone);
- maraton w Barcelonie (17 marca – zapłacone);
- Półmaraton Warszawski (24 marca – zając na czas 2:00);
- maraton sztafet Accreao Ekiden (21 kwietnia – zapłacone);
- Bieg Ultra Granią Tatr (22 czerwca – jeśli uda się zapisać;));
- inny górski ultra (jeśli na powyższy nie uda się zapisać);
- ¼ Iron Man Triathlon, by zobaczyć jak to jest przed Poznaniem (lokalizacja i czas do zdecydowania);
- ½ Iron Man Triathlon w Poznaniu (4 sierpnia - zapłacone);
- jakiś maraton jesienią (do zdecydowania);
- Biegnij Warszawo, Praska Dycha, Bieg Niepodległości lub inne 10 km jesienią (zależnie od terminów);
- 8-9 PMNO na dystansie 50 km przez cały rok (lokalizacje do zdecydowania).

I może jakiś półmaraton jesienią, bo 2-letnia życiówka to przesada;)

Patrzę na to i… mam wrażenie, że robi mi się trochę za gęsto. Że za dużo chcę. Że wśród tych rzeczy, które chciałbym robić (postanowiłem też regularniej chodzić na ściankę wspinaczkową), zrobiło się trochę za ciasno. Z jednej strony robi się problem z wolnymi weekendami i czasem dla rodziny i przyjaciół, a z drugiej pojawia się rozstrzał w kwestii przygotowań.

Bo niby wszystko to wytrzymałościówka, ale przecież 80 km po tatrzańskich szlakach to coś kompletnie innego niż maraton w Barcelonie, o triathlonie nie wspominając. Przy powyższej rozpisce nie mogę sobie założyć jakiegoś długofalowego planu treningowego i spokojnie go realizować. Choć tak naprawdę to jeszcze nigdy w życiu żadnego nie miałem i jakoś biegam, acz trochę zazdroszczę Marcinowi współpracy z Kancelarią Kingi i Wojtka, bo to niemal pewna gwarancja tego, że mój imiennik zrobi postęp jak stąd do Paryża.

A ja się w przygotowaniach trochę szamoczę. Od dwóch miesięcy trenuję pływanie, bo to moja najsłabsza strona, więc dałem sobie dużo czasu na przygotowania. Staram się, by 2-3 wizyty tygodniowo na basenie były normą. Kręcę też na rowerze, żeby powoli zbudować formę i w tej dziedzinie. Ale aktualnie najważniejsza jest Barcelona (choć za niespełna trzy tygodnie Skorpion, więc parę dni przed i po nim będę odpoczywał i przygotowania do BCN trochę na tym ucierpią), więc na razie zamierzam skupić się na bieganiu, ograniczając trochę basen i rower… Potem mój „plan” dostosuję pod start górski, wplatając w to jakieś PMNO, a po górach skupię się na końcówce przygotowań do triathlonu.

I jak znam siebie to wszystko się uda. Pewnie wszystko się zmieści, upakuje, zrealizuje i pęknę z dumy po ukończeniu Poznań Trathlonu, a jesienią w rozpisce pojawi się kilka nowych życiówek. Ale czasem przychodzi mi do głowy jednak ta myśl, że próbuję złapać za dużo srok za ogon i nie umiem z nią nic zrobić poza podzieleniem się nią z Wami;)

czwartek, 24 stycznia 2013

Co oznacza „azymut odbierania” punktu X z punktu Y. Czy to po prostu azymut z punkty Y do X? A może azymut „odwrotny”, czyli odwrócony o 180 stopni od niego, z X do Y? Właśnie tak nam wychodziło na początku, gdy odnaleźliśmy pierwszy z sześciu małych beretów i wpasowaliśmy go w beret główny.

Oprócz meczącego napierania 50 km z mapą po lasach lubię czasem pobawić się w prawdziwy orienteering – z wielokroć trudniejszą mapą, gdzie można wygrać nie robiąc ani kroku biegiem, bo liczy się wyobraźnia przestrzenna i umiejętność pracy z mapą. Zwykle mapa ma dodatkowe utrudnienie. Na ostatniej (11.) rundzie OrtIno, która odbyła się 23.01.2013 r. na warszawskiej Ochocie rzecz była w… beretach. Zobaczcie sami, już lektura samej instrukcji może być trudna;)

 
Mapa z 11. rundy OrtIno, trasa zaawansowana

Na starcie zapomnieliśmy… zorientować mapy. Bezmyślnie uznaliśmy, że góra głównego beretu to północ i wg tego próbowaliśmy zlokalizować małe berety. Zamiast beretu z azymutem 295 znaleźliśmy 99 i stąd wniosek, że „azymut odbierania” to niejako azymut odwrotny. Jak dziś czytam instrukcję to pomysł ów wydaje mi się absurdalny, ale skoro mniej-więcej wszystko pasowało, uznaliśmy, że tak musi być. Do prawdy doszliśmy dopiero parę PK później, gdy zweryfikowaliśmy orientację głównej mapy. Dobrze, że przynajmniej wyskalowaliśmy ją na samym początku;)

Najtrudniejszym elementem okazało się być wyznaczenie dwóch azymutów pomiędzy punktami, czyli zadanie dodatkowe. Trudno to zrobić nie mając dokładnie połączonych elementów mapy. Potem okazało się, że nikt nie zrobił tego bezbłędnie. Wyznaczenie tych azymutów zajęło nam dobre 10 min., a w tym czasie kilka osób z zacięciem krążyło wokół podwójnego punktu G i R, który został bardzo sprytnie ukryty w kanale.

W między czasie końca dobiegł limit czasu (100 minut). Na metę wpadliśmy 7 min. po limicie i od razu było wiadomo, że z czystym kontem tych zawodów nie ukończymy. Dla urozmaicenia Lisiccy (ojciec i syn), z którymi robiłem tę trasę wpisali inne wartości azymutów niż ja i okazało się, że mieli więcej szczęścia, bo w jednym z nich spudłowali tylko o 7 stopni i zaliczyli 3 pkt. karne mniej. Bo musicie wiedzieć, że w zawodach na orientację chodzi o to, by zgromadzić jak najmniej punktów karnych.

Teoretycznie nie ma się z czego cieszyć: 8. miejsce na 13 drużyn to pozycja stosunkowo gorsza od 10/20, jakie zająłem w towarzystwie Bernarda podczas 7. rundy zrealizowanej w parku Morskie Oko na Mokotowie. Ale tutaj udało się zaliczyć niewielką liczbę punktów karnych. Na 6. OrtIno na Kępie Potockiej mieliśmy ich 477, w 7. rundzie w Morskim Oku 285, a tym razem tylko 27. Postęp jest wyraźny!

Oczywiście nie da się ukryć, że tym razem trasę przebyłem w towarzystwie dwóch bardzo doświadczonych zawodników, jednak zdecydowanie nie było tak, że się na nich wiozłem. Był to fajny przykład współpracy, w której każdy z nas dodał swoje kilka groszy to wspólnego koszyka. Następne OrtIno 27 lutego br. na Stokłosach, już wpisałem sobie do kalendarza, a i Was serdecznie zapraszam. To świetny trening nawigacyjny przed PMNO. W Warszawie takich imprez jest dużo, OrtIno wyróżnia się spośród nich mapami, które są zdjęciami lotniczymi, co czasem ułatwia sprawę, a czasem… utrudnia;)

środa, 23 stycznia 2013

„Nie wiem, czy miałem już kogoś, kto tak szybko robiłby postępy.” – jedno proste zdanie wypowiedziane przez instruktora pływania i triathlonu sprawiło kilka dni temu, że kolejne pięćdziesiątki na Inflanckiej machałem ze spięciokrotnioną motywacją. Hop-wyciągamy rękę jak najdalej-łokieć-do końca-hop-oddech-rotacja biodrami i tak w koło. Nie wiem, na ile słowa te miały na celu właśnie zmotywowanie mnie do lepszej pracy, a na ile mam talent Michaela Phelpsa (albo chociaż Artura Wojdata), ale podziałało, a to jest najważniejsze.

Ten motywacyjny kop sprawił, że zacząłem zastanawiać się nad tym, co napędza mnie do treningów. Dlaczego w najgorszej nawet pogodzie, w mrozie, śniegu, upale czy deszczu, wychodzę pobiegać? Wracając w poniedziałek z basenu byłem tak zmęczony, że prawie zasnąłem na stojąco w autobusie. I było mi z tym dobrze:)

Wyniki
Pisałem już kiedyś, że lubię się ścigać. Lubię wygrywać z kolegami, lubię pobijać ich rekordy, sprawia mi to przeogromną satysfakcję. A porażki? Doskonale motywują do pracy! Mając znajomych na podobnym poziomie można się naprawdę fajnie bawić.

Do tego dochodzi pobijanie własnych rekordów. Pamiętam latem 2011 r. w ramach przygotowań do debiutu na Maratonie Warszawskim zapisałem się na Bieg Powstania Warszawskiego. Ówczesna życiówka na 10 km (50:09) pochodziła z jesieni 2010 r., gdy w ogóle zacząłem biegać. Klepałem kilometry do maratonu i pewnego wieczoru, jakiś tydzień przez Biegiem Powstania, postanowiłem pobiec szybszą dychę, by sprawdzić jak to wygląda. Wyszło 48:37, czyli o półtorej minuty lepiej niż ówczesna życiówka! Dodało mi to sporo wiary w siebie i siły do dalszej pracy.

Kibice
Pamiętacie, że na Poznań Maratonie kibicowało mi „prawie 17 osób” – Ninka była wtedy jeszcze w brzuchu u mamy:) Dzięki tym, którym chciało się przyjechać kilkaset kilometrów, którym chciało się wstać o rzeźnickiej jak dla nich porze w niedzielę rano, którym chciało się wyczekiwać kilkadziesiąt minut w jednym miejscu tylko po to, by zobaczyć mnie w tłumie biegaczy przez kilkanaście sekund oraz tym, którzy na mecie gratulowali mi udanego biegu, w najtrudniejszym momencie miałem siłę, by się nie zatrzymać. By biec dalej, aż do samej mety i nie tylko ukończyć maraton, ale i całego go przebiec.

Przełamywanie własnych granic
Pierwsza dyszka, pierwsze ukończone zawody na orientację na 50 km, pierwszy maraton, a w przyszłości pierwszy triathlon, bieg górski... Każdy kolejny krok dodaje sił do tego, by pracować dalej. I wiecie co? Nie mam obaw o to, że skończy mi się przestrzeń do tego, by pójść dalej, by robić kolejne kroki. Bo zawsze jest do poprawienia kolejny wynik, kolejna bariera do przeskoczenia... W 2013 r. szykuje mi się sporo takich barier;) Pierwszy triathlon na rozgrzewkę, potem Half Ironman w Poznaniu jako docelowy start, do tego marzenia o górskim ultra, kolejne maratony, a jesienią mam nadzieję wreszcie zejść poniżej 40 min. na dystansie 10 km. Jest nad czym pracować! Bo w bieganiu, czy w ogóle sportach wytrzymałościowych genialne jest to, że wszystko osiąga się własną ciężką pracą i poświęceniami.

Uzależnienie
Nie da się ukryć, że bieganie uzależnia. Już kilkudniowa przerwa od udeptywania świata sprawia, że człowiek jest jakiś nieswój, że czegoś mu brakuje. To kwestia endorfin, nazywanych hormonem szczęścia, które powodują stany euforyczne u osób biegających na dłuższe dystanse. To sprawia, że po mocnym treningu już nie mogę doczekać się kolejnego. Już planuję, kiedy znów założę buty i na godzinę czy dwie zapomnę o otaczającym świecie. Bo, jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało, uprawiając sport odnajduję harmonię z samym sobą. Jest mi z tym po prostu dobrze:)

Do tego dochodzi coś, czego nie za bardzo potrafię nazwać. Chodzi mi o swego rodzaju pokazanie samemu sobie, że mogę. Nie wiem, do której kategorii czynników motywacyjnych do przykleić, więc hasłowo rzucam na koniec.

Wyspowiadałem się, pora na Was. Co motywuje Cię do treningów?

piątek, 4 stycznia 2013

46 sekund dzieliło najszybszy i najwolniejszy kilometr przebiegnięty przeze mnie podczas 13. Poznań Maratonu. Tak moi mili, 14.10.2012 r. za czwartym razem udało mi się przebiec maraton. Przebiec, a nie ukończyć. Bez jednego nawet zatrzymania, bez przejścia do marszu i bez wizyty w toalecie. To bezapelacyjnie mój największy sukces i duma minionego roku.

W ramach blogowego podsumowania ostatnich 12 mies. spróbuję spojrzeć na nie właśnie pod kątem największych sukcesów. A gdzie sukcesy, tam i porażki i to od nich zacznijmy:

Porażka 3. Brak jakiegokolwiek sukcesu w PMNO. Ani razu nie zmieściłem się w pierwszej piątce zawodów, a na dodatek udało mi się wystartować tylko siedem razy (nie zawsze w dobrej formie), co nie pozwoliło na zajęcie miejsca wyższego niż 20. w Pucharze Polski na dystansie 50 km. 20. pozycja na 900 sklasyfikowanych to nieźle, ale pamiętajmy, że tak naprawdę ściga się nie więcej niż 70-80 osób, a przed sezonem i po jego rozpoczęciu liczyłem na więcej. 20 pkt, a byłbym 14. i nie byłoby narzekania. Do tego zabrakło dwóch dobrych startów z wynikiem na poziomie 43 pkt. Nie udało się.

Porażka 2. Kłopoty z pasmem biodrowo-piszczelowym. Bujałem się z tym problemem przez kilka miesięcy i dopiero jesienią udało się go całkowicie wyeliminować. Opuściłem przez to kilka startów w PMNO i odpuszczałem treningi, bo po kilku km biegu pojawiał się ból.

Porażka 1. Brak systematyczności w treningach przez większość roku. Przez cały rok przebiegłem (treningi + starty) ledwie 1331 km (plus 420 km na orientację). No koleżanki i koledzy maratończycy, kto da mniej?;)

W całym roku zaliczyłem tylko dwa miesiące z przebiegami ponad 200 km – sierpień i wrzesień. I wtedy rzeczywiście była dobra forma przedmaratońska, a i w PMNO zainkasowałem dwa najlepsze swoje wyniki (Nawigator oraz Izerska Wielka Wyrypa). Aż w siedmiu miesiącach biegałem mniej niż 10 razy, wstyd.
Pod koniec roku podjąłem mocne postanowienie poprawy i chyba wyszło nieźle, bo w grudniu zaliczyłem 11 treningów biegowych, 7 na basenie i 7 na rowerze spinningowym – to w ramach rozpoczęcia przygotowań do triathlonu. Mam nadzieję, że (jak tylko wrócę do zdrowia;)) uda mi się utrzymać ten trend.

Niech to będzie jedyna ilustracja tego postu, ku przestrodze.
Na zielono bieganie, na fioletowo bieganie na orientację.

Pora i na pochwalenie się tym, co najbardziej mnie cieszy:

Sukces 3. Ten blog wciąż istnieje:) 10 miesięcy temu uruchomiłem bloga chcąc podzielić się ze światem tym, jak niezwykłym przeżyciem było dla mnie ukończenie XI Ekstremalnej Imprezy na Orientację Skorpion 2012. Blog się przyjął, czytają go nie tylko moi dotychczasowi znajomi, ale i ludzie zupełnie nowi, którzy pojawili się bądź tu, bądź na Facebooku. Komentujemy, dyskutujemy, każdego miesiąca zaglądacie tu prawie 2 tys. razy. Lubię to!

Sukces 2. (Do)gonienie króliczka. Mógłbym tu napisać, że najważniejsza jest sama idea biegania, że biegam dla siebie, zdrowia itd. Ale to guzik prawda. Ściganie się i pobijanie rekordów kolegów to jest coś, co tygryski lubią najbardziej!:)

Gonić miałem Benka na 10 km i w końcu udało się jesienią jego życiówkę pobić (acz miał jeszcze więcej problemów zdrowotnych niż ja, więc na pewno ma coś w zanadrzu i liczę na dalszą rywalizację w 2013). Ale już w podsumowaniu roku PMNO przegrałem o nieco ponad 6 pkt i jest co gonić.

A w między czasie fantastycznych rumieńców nabrała sąsiedzka rywalizacja z Leszkiem, który najpierw mi uciekł na 10 km, ale potem dał się złapać na Biegnij Warszawo i Biegu Niepodległości. Wiosną czeka nas korespondencyjny pojedynek na maratony. Leszek wybiera się do Wiednia, a ja do Barcelony. Aktualnie mam od Leszka lepszy wynik w maratonie i na 10 km, ale na dystansie półmaratonu przegrywam o ponad 3 min. Jest co gonić!:)

Sukces 1. Przebiegłem maraton. Mój pierwszy maraton (jesień 2011 r.) był niezapomnianym przeżyciem. Ubiegłoroczny MW z finiszem na Stadionie Narodowym to również chwila, której nie zapomnę, podobnie jak czerwony dywan w Atlas Arenie w Łodzi. Ale moim pierwszym trzem maratonom brakowało jednego: dzikiej satysfakcji z tego, że cały dystans przebiegłem. W debiucie byłem na to za słaby i musiałem się zatrzymać, w Łodzi podobnie, choć czas był o ponad 25 minut lepszy. W Warszawie nie pozwoliły na to problemy żołądkowe, ale dwa tygodnie później w Poznaniu w asyście 16,5 osobistych kibiców się udało! Przez cały czas biegłem, a amplituda czasu najszyszego i najwolniejszego kilometra wyniosła tylko 46 sekund.

Tak moi mili, 14.10.2012 r. za czwartym razem udało mi się przebiec maraton. Przebiec, a nie ukończyć. Bez jednego nawet zatrzymania, bez przejścia do marszu i bez wizyty w toalecie. To bezapelacyjnie mój największy sukces i duma minionego roku.

Życzę Wam i sobie, by w 2013 r. zdecydowanie więcej było sukcesów niż porażek. Acz tak naprawdę to te drugie też nadają trochę smaku naszej zabawie w biegaczy. Bo jakby wszystko się każdemu udawało to byłoby nudno.

wtorek, 1 stycznia 2013

Pamiętacie jak kilkanaście lat temu hitem podwórek były plastry na nos, które unosząc nieco nozdrza ułatwiały oddychanie? Oczywiście, że ja też taki miałem! Furory one nie zrobiły, ale przez pewien czas używało ich sporo sportowców, większość pewnie ze względu na modę;)

W okolicy Mikołajek 2012 r., podobnie jak paru innych piszących biegaczy, dostałem od firmy Medica 91 nową odmianę tego gadżetu – BestBreathe. Tym razem ma to formę nie plastra, a dwóch zrobionych z elastycznego materiału i połączonych ze sobą tulejek, które umieszczone w otworach nosowych mają zwiększać przepływ powietrza w trakcie oddychania. Urządzenie (o ile użycie tego określenia jest tu poprawne) ma dwa zadania:
  • zmniejszać lub nawet likwidować chrapanie
  • pomagać w oddychaniu przez nos w trakcie uprawiania sportu.
obrazkowe wyjaśnienie tego, jak działa BestBreathe; źródło: oddychanie.medica91.com

Pierwsze wrażenia
BestBreathe dostarczany jest w tak na oko sześciokrotnie za dużym pudełku. Podejrzewam, że chodzi o marketingową rolę opakowania, które ma zwrócić uwagę klientów w sklepie. W pudełku (na nim ani słowa w języku polskim – tak można?) znajdziemy instrukcję obsługi (znów nic po polsku) oraz sam BestBreathe dostarczany z bardzo praktycznym zgrabnym plastikowym futerałem. Wykonanie BB jest nienaganne. Widać, że to nie żadna podróba, a „Made in EU” nadrukowano tu nie od parady.

Pora zmierzyć się z wyzwaniem i umieścić to-to w odpowiednim miejscu. Cóż, początki bywają trudne i to jest najlepszy tego przykład. BestBreathe jest cholernie niewygodny i uwiera w nos. Tak jak dystrybutor pisze na swej stronie należy najpierw zakładać go w domu na kilka minut, by przyzwyczaić nos do obecności ciała obcego, w żadnym wypadku na dzień dobry nie zakładajcie go na bieganie! To, jak szybko BB przestanie uwierać, jest kwestią indywidualną. Moja lewa dziurka oswoiła się z nim bardzo szybko, a prawej nie udało się to do dziś. Niby z przegrodą nigdy problemów nie miałem, ale coś tam jest nie tak jak powinno i uwiera. Nie sprawia bólu, ale irytuje, wkurza, a ja czegoś takiego nienawidzę. Faktem jest jednak, że po paru sesjach w domu BB uwiera mniej i można zabrać go na testy w terenie.
BestBreathe na głębokiej wodzie

BestBreathe dostarczany jest w zestawie z praktycznym futerałem

Aby sprawdzić, czy BB rzeczywiście wpływa na wyniki sportowe trzeba by przeprowadzić w laboratoryjnych warunkach badania wydolnościowe i porównać ich wyniki. Moja opinia będzie czysto subiektywna i wynikająca z odczuć biegacza amatora, który BB wypróbował podczas swobodnych treningów w okresie zimowym.

I jak było? Cóż, jedno muszę Wam szczerze powiedzieć: różnicy in plus w oddychaniu nie poczułem. I bez BB biegając oddycham przez nos bez żadnych problemów (treningi zimą wymuszają nauczenie się tego), a jego obecność wręcz mi przeszkadzała. I nie chodzi o samo ciało obce w nosie, ale i o problem z opróżnianiem nosa z wydzielin różnych i różniastych. Szczególnie zimą ma to znaczenie, bo średnio co 5-10 minut muszę nos wydmuchać. I nie wyobrażam sobie wyciągania i wkładania BB za każdym razem.

Mi się to nie zdarzyło, ale możliwa jest sytuacja, w której osoba wydychająca powietrze przez nos przy intensywniejszym wysiłku wraz z powietrzem wydmuchnie samego BB. I tu kolejny problem: im wysiłek intensywniejszy, tym BB bardziej przeszkadza. O ile biegnąc swobodnie jestem w stanie go w nosie tolerować, to już przy większej prędkości – nie. Tak było przy pierwszym treningu i przy kolejnych. A skoro i tak bezproblemowo oddycham przez nos, a przy szybszych biegach nie odczuwam poprawy wydolności to... po co właściwie mi BestBreathe?

Podsumowując: BestBreathe to gadżet, który MOŻE (ale nie musi) pomóc osobom mającym problemy z oddychaniem przez nos. Jedno trzeba powiedzieć: BestBreath nie jest cudem, który pozwoli Wam złamać 3h w maratonie (swoją drogą, ciekawe, czy poza Michałem S. i Piotrkiem C. czytują mnie jakieś inne tak szybkie przecinaki?;)). W moim przypadku różnicy nie było, więc BB powędruje na półkę opisaną jako „ciekawostki”. Drugiego z zastosowań (pomoc w walce chrapaniem) nie przetestowałem, bo nie mam z tym kłopotu. Ciekaw jestem testów pozostałych Blogaczy, być może znajdą się tacy, dla których będzie to rzeczywiście przydatne rozwiązanie.

niedziela, 9 grudnia 2012

Jest towarzysko. I jak zawsze w takich sytuacjach rozluźnienie sprawia, że nie zauważamy ścieżki prowadzącej do jaskini i wylatujemy w miejscowości Zalejowa. Szczyt głupoty, bo wystarczyło śledzić kompas, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Zamiast na północ z odchyleniem zachodnim poszliśmy na północ z odchyleniem wschodnim. Na dodatek, nie ogarniamy się po dotarciu do Zalejowej tylko robimy jeszcze kilkaset metrów na wschód, co jest kompletnie bez sensu. Nadkładamy 1,5 km, tracimy kwadrans i wkurzeni na siebie napieramy dalej w tej potwornej mgle, w której chwilami nie widać drzew po bokach leśnego duktu.

Dwa tygodnie – takiego opóźnienia w relacji z PMNO to jeszcze nie miałem:/ Niestety, z czasem kiepawo, mam nadzieję, że wybaczycie. Nie to bym się obijał, ale mocno trenuję, kto śledzi bloga na FB albo obserwuje moje aktywności na Endomondo, wie jak jest. Ale w końcu udało się wygospodarować trochę czasu i spisać, co działo się na Kielecczyźnie 24 listopada 2012 r. A działo się sporo.

Organizatorzy Funex Orient (podobnie jak rok temu) zaplanowali niestandardowy start. Tym razem na szczęście obyło się bez walki na łokcie, dla urozmaicenia przygotowano za to start interwałowy. Pomysł świetny, ale chyba nie do stosowania podczas zawodów odbywających się późną jesienią. Ruszaliśmy od 9:00 do 10:30 co minutę. To oznacza, że ci ruszający na końcu mieli o półtorej godziny mniej światła dziennego. A na tej trasie to naprawdę robiło dużą różnicę, bo było górzyście, leśnie i mgliście. Nam (przyjechaliśmy z Wawy we trójkę) udało się trafić nieźle. Benek Waszczyk ruszał w ogóle jako pierwszy, Paweł Choiński (może w końcu zaczniesz coś na stronę wrzucać, co?;)) bodaj 2 min. po nim, a ja o 9:26.

Zawody podzielono na dwie części. Pierwsza, znacznie krótsza (teoretycznie ok. 8 km), odbyła się na Słowiku, czyli całkiem sporej górce na granicy Kielc. Miała ona mieć 500 m podejścia na odcinku ok. 8 km. Umieszczono tam 9 punktów kontrolnych (kolejność zaliczania obowiązkowa), które oznaczono na mapie w skali 1:10 000. Część druga to 700 m podejścia na 42 km dystansu i 11 punktów rozrysowanych na standardowej mapie 1:50 000. Po zakończeniu pierwszego odcinka należało pojawić się w bazie, by dostać mapę na drugi odcinek.

Pierwszy punkt na Słowiku wchodzi mi dość łatwo, ale drugi to mordęga. Kręcę się po krzakach kilka minut, aż trafiam na... Pawła, któremu „udało się” konkretnie zgubić w okolicy PK1, gdzie stracił 20 minut. Zespołowe czesanie lasu (w między czasie w okolicy PK2 pojawia się już z osiem osób) przynosi w końcu efekt, udało się. Ruszamy dalej, PK3 umiejscowiony jest między przeokrutnie gęstymi zagajnikami, przedzieranie się przez nie to niezłe wyzwanie, a utrzymanie kierunku marszu jest bardzo trudne. Teren Słowika jest oczywiście mocno pagórkowaty, nie sposób więc cały czas biec. Już między PK2 i PK3 formuje się 4-os. grupka, w skład której wszedł oprócz mnie Paweł oraz poznani przy PK2 Kuba Runowski i jego kolega Jarek. Kolejne punkty wchodzą całkiem sprawnie, choć jak spojrzeć na tracka z GPS to okazuje się, że wędrówka aż tak prosta jak strzała to nie była;) Przy PK8 nieomal zaliczamy sporą wtopę. Punkt zlokalizowano bardzo blisko PK3 i początkowo wpadamy właśnie na PK3, na szczęście udaje się w porę dojść do tego, że jesteśmy w złym miejscu. Wszystko przez niestandardową mapę 1:10 000, na której 1 cm to zaledwie 100 metrów. Schodząc ze Słowika już do bazy wybieramy najkrótszy wariant – prosto w dół. Niektórzy zaliczają więc zjazd na tyłku i w końcu wypadamy z lasu na szosę prowadzącą do ośrodka Stella, w którym zlokalizowano bazę.

Na Kielecczyźnie potrafi być pod górę;) / fot. Kuba R.

Tam wymiana mapy i 5 min. odpoczynku. Zabieram przygotowany wcześniej plecak (pierwszy etap zdecydowałem się zrobić „na lekko”), wciągam banana i ruszamy. Najpierw 3,5-km przelot wzdłuż drogi numer 762 do szpitala w Czerwonej Górze, gdzie przy wieży ciśnień umieszczono PK1. Jarek już na początku drugiej części zostaje z tyłu i kilometry połykam w towarzystwie Kuby i Pawła. Przy nieskomplikowanych przelotach gadamy o pierdołach i czas jakoś leci. PK2 i PK3 znajdujemy w miarę sprawnie, choć jak patrzę na mapę to w okolicy PK3 chyba niepotrzebnie zrobiliśmy pętelkę.Do PK4 czeka nas kawał drogi, prawie cała szerokość mapy. Rozpoczynamy odważnie, najkrótszą drogą, która wiedzie najpierw torami, a potem szlakiem przekraczającym rzekę Bobrzę. Dopadamy do rzeczki i...

Przejść, czy nie przejść...? / fot. Kuba R.

Minuta konsternacji, nie za bardzo wiemy co zrobić. Trochę strach na to wchodzić (jak się potem okazało niektórzy to zrobili i nic im się nie stało). Decyzję podejmuje Kuba, który szuka płytszego miejsca i przechodzi przez rzekę. Nie mamy z Pawłem wyjścia i też idziemy. Teraz najważniejsze to biec i to nie tylko po to, by rozgrzać zmarznięte stopy (w najgłębszym miejscu woda sięgnęła mi za kostki), ale i by uciec grupie pościgowej, bo w za sobą widzimy kilku innych napieraczy. Tniemy przez pole, przez las i do drogi w kierunku Starochęcin.

W wodzie czułem się bezpieczniej niż na mostku / fot. Kuba R.

Gdy zbliżamy się do drogi krajowej nr 7 dogania nas trójka uczestników biegu na 100 km. Niestety, połykają kilometry szybciej niż my, bo to ścisła czołówka (przyszła pierwsza trójka zawodów) i raz-dwa nas wyprzedzają. Kuba biegnie kawałek z nimi, ma zaczekać przy PK4, ja drepczę z Pawłem. Po chwili dogania nas Piotr Kwitowski, który jak się potem okazało, rzeczkę pokonał tym niby-mostkiem – szacun! Przy PK4 chwilę odpoczywamy i czas lecieć dalej. Przedzieramy się trochę przez las, udaje się sensownie trzymać kierunek i bez większych problemów łapiemy PK5 umiejscowiony niedaleko 700-letniego Zamku Królewskiego w Chęcinach. Trochę szkoda, że organizatorzy nie pokusili się o umieszczenie PK bliżej zamku albo (jeśli to możliwe) nawet na nim, byłaby fajna atrakcja. Powoli robi się ciemno i czas wyciągnąć czołówki. Przy PK5 tłum zawodników, było nas tam chyba z ośmiu, albo i więcej.

Trochę zastanawiamy się nad dalszym przebiegiem, bo nie jest on taki oczywisty, ostatecznie, po szybkim pomiarze dokonanym linijką, wybieramy kolejność PK8-PK9-PK7-PK6-PK10-PK11. W piątkę ruszamy do Chęcin z zamiarem zawinięcia do sklepu spożywczego, bo większości zaczyna brakować jedzenia i picia. Problem polega bowiem na tym, że na liczniku mam już 40 km, a najbardziej wstępny szacunek dystansu do mety wskazuje, że przed nami jeszcze co najmniej 25 km. W kierunku PK8 robimy kolejny prawie 3-km przelot asfaltem, starając się cały czas biec i zwalniać jedynie na podbiegach.

I tu następuje dupa. Jedna wielka dupa. Raz, że kończą mi się baterie w czołówce (niesprawdzenie ich poziomu przed wyjazdem uznaję za szczyt swojej nieodpowiedzialności), a dwa... popatrzcie sami. Tak wyglądało nasze półgodzinne poszukiwanie PK8 nazywającego się „otwór jaskini”.

No comments...

W międzyczasie zagęszcza się mgła (chwilami widoczność nie przekracza kilkudziesięciu metrów), a moja latarka już zupełnie przestaje świecić. Podejmuję decyzję o końcu zabawy. Przed nami jeszcze kilka godzin napierania, a bez własnej czołówki nie ma to kompletnie sensu. Decyzją dzielę się z Pawłem, który stwierdza, że... jego tak noga boli, że nie jest w stanie kontynuować zawodów i może dać mi swoją latarkę, bo z PK8 ma tylko kilkaset metrów przez las do oświetlonej drogi prowadzącej prosto do bazy. No i Pawłowi wiszę dobre duże piwo!W okrojonym składzie ruszamy dalej, ku PK9 umieszczonemu w kapitalnie się prezentującym w nocnej mgle Kamieniołomie Szewce. Skład naszego „tramwaju” co chwilę się zmienia, jego stałymi gośćmi są oprócz Kuby i mnie Andrzej Urbański i Maciek Sąsiadek, co jakiś czas przewija się też Stanisław-Adam Olbryś. PK9 i PK7 łapiemy bez większego problemu nawigacyjnego, ale mgła jest powalająca. PK7 został umieszczony również w kamieniołomie, do którego szliśmy swego rodzaju granią. Wyglądało trochę jak byśmy przemieszczali się Orlą Percią, bo po prawej i po lewej stronie było mgliste mleko. PK7 był jednocześnie miejscem, gdzie uczestnicy rajdu przygodowego mieli etap wspinaczkowy i był jednym z najfajniejszych PK jakie miałem okazję oglądać w historii swojej zabawy w PMNO.

Wyobraźcie sobie, że jesteście w kamieniołomie. Mgła jakiej w życiu nie widzieliście sprawia, że słyszycie nad sobą wspinających się ludzi, ale nie potraficie ich dojrzeć. Nagle kilka metrów nad głową przejeżdża Wam na tyrolce ktoś z czołówką na głowie. Ciekawe, co czuł ów ktoś, bo jechał nie widząc drugiego końca liny! GENIALNE! Za to miejsce organizatorom należy się ogromny plus.

;)

Dość sprawnie czerwonym szlakiem wydostajemy się z PK7 i wpadamy na leśną drogę, która wg znaków ma nas w 45 min. doprowadzić do Jaskini Piekło, gdzie zlokalizowany jest PK6. Rozluźnieni rozmawiamy o tym, jakie to zawody na orientację są fajne, że ludzie z tak różnych światów (w grupie był akurat oprócz mnie audytor, ratownik medyczny i student) zjeżdżają się z różnych krańców Polski i z dziką satysfakcją uganiają się we mgle po lesie.

Jest towarzysko. I jak zawsze w takich sytuacjach rozluźnienie sprawia, że nie zauważamy ścieżki prowadzącej do jaskini i wylatujemy w miejscowości Zalejowa. Szczyt głupoty, bo wystarczyło śledzić kompas, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Zamiast na północ z odchyleniem zachodnim poszliśmy na północ z odchyleniem wschodnim. Na dodatek, nie ogarniamy się po dotarciu do Zalejowej tylko robimy jeszcze kilkaset metrów na wschód, co jest kompletnie bez sensu. Nadkładamy 1,5 km, tracimy prawie kwadrans i wkurzeni na siebie napieramy dalej w tej potwornej mgle.

No comments nr 2...

W końcu dopadamy do Jaskini Piekło, a o tym, że jesteśmy na miejscu informują nas rzeźbione diabły porozstawiane w lesie. Wchodzimy do jaskini, PK6 nazywa się „ciasny koniec”. Jest naprawdę ciasno, ledwie można do punktu dosięgnąć. W jaskini znów tłum, o ile dobrze pamiętam było tam z sześć osób. Jedna jednak obrała inną kolejność, nie ma zaliczonego PK7 i musi się tam wrócić, druga obiera własną ścieżkę w lesie, a my we czwórkę napieramy dalej. Przy jaskini żywota dopełnia bateria Garmina i mój przebieg zakończył się po 56 km.

Ciasny koniec był naprawdę ciasny, a niedaleko spały nietoperze

Postanawiamy cisnąć na północny wschód by dotrzeć do miejscowości Zawada. Jest dramatycznie. Nie możemy znaleźć żadnej przecinki prowadzącej w pożądanym kierunku, miotamy się po gęstym lesie jak chomik w klatce. Jest tak gęsto, że trudno utrzymać sensowny kierunek marszu (o biegu nie ma co marzyć), a mgła nie ułatwia sprawy. Schodzimy za bardzo na wschód, bo słyszymy samochody jadące DK7, skręcamy więc w kierunku północnym i w końcu docieramy do Zawady. Tam rozstaje się z nami Andrzej, który uznaje, że nie ma już za bardzo sił na ostatnie dwa punkty i zostajemy we trójkę. Dobijamy do PK10, który jest największą wtopą organizatorów Funex Orient 2012. Punkt przyczepiono z tyłu drzewa, bez lampionu, a jedynym oznaczeniem była niewielka biała kartka... Gdyby nie przypadek, moglibyśmy szukać go choćby i pół godziny. Dzikim fuksem się udało i napieramy dalej. PK11 podbijamy bez problemu i lecimy prosto do mety. Docieramy tam we czwórkę, mój finalny czas to 12:34:18, co daje mi 11. miejsce na 58 startujących osób. Zwycięzca, Władek Sielicki, wykręcił 8:36:38. Nieźle, bo przed startem myślałem sobie, że powinno udać się zejść poniżej 9 godzin;)

Ze względu na padnięcie baterii w Gremlinie nie mam całego tracka z tych zawodów, a jedynie 56 km. Nie wiem też, ile finalnie ich nakręciłem. Z szacunków wynika, że ok. 71-72. Na trasie, która powinna mieć 50 km. Wiadomo, że nie nawigowaliśmy idealnie, zdarzyło się kilka mniejszych i większych wtop, niechby więc było, że nadłożyłem aż 5 km. Kilka km można zrzucić na karb niedokładności systemu GPS, którego działanie w trudnych warunkach (lasy, mgła) dalekie jest od ideału. Ale to i tak by oznaczało, że trasa miała ponad 60 km (ponoć tyle natłukli zwycięzcy). Ciekawi mnie więc, w jaki sposób organizatorzy naliczyli tam 50 km, bo różnica jest pokaźna. Moim zdaniem trasa była bardzo fajnie zrobiona pod względem atrakcyjności turystycznej, do tego doszły trudności terenowe i pogodowe, co w efekcie dało nam dużo radości. Ale konkretnie przesadzono z dystansem. Jeśli robimy zawody na 50 km to nie na 60, prawda?
Jak dodać do tego wspomniany wcześniej fakt braku lampionów na niektórych punktach kontrolnych oraz to, że na mecie dla uczestników nie było wody (można było sobie jedynie kupić herbatę lub kawę), to ja w przyszłym roku za udział w Funex Orient po prostu podziękuję.


Stats&hints Funex Orient 2012
Wynik: czas 12:34; 11. miejsce na 58 osób w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: od kilka stopni, mgliście

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty; opaska na uszy; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; długie legginsy; 2 koszulki z długim rękawem + 1 z krótkim; w plecaku kurtka (nie używana); Garmin FR305 (nie wytrzymał do końca); kompas Silva Ranger; czołówka Petzl Tikka Plus 2 (zabrakło baterii).

Jedzenie/picie: 3 żele + 3 batony + banan; 2 l napoju w bukłaku + dokupiony 1 l po drodze.

piątek, 30 listopada 2012

Ani się obejrzałem, a od ostatniego wpisu na blogu minęły dwa tygodnie! Dużo teraz mam zajęć (nauka pływania nie jest taka prosta…), a krótkie komunikaty o tym co się dzieje wrzucam na Fejsbuka, tymczasem lista tematów do opisania zbierana w kajeciku rośnie… Czas zabrać się do roboty! Na pierwszy ogień zapowiadana od dawna recenzja decathlonowego plecaka do biegania Quechua Trail 10 Team, do której napisania zmobilizował mnie komentarzami pod marcowym wpisem Maciek Zięba. Marcowym? OMG, osiem miesięcy zbierałem się do napisania tego tekstu… No ale przynajmniej plecak jest porządnie przetestowany!

Po kolei. Plecaka szukałem wiosną 2012 r. Praktycznie byłem zdecydowany na decathlonowy Quechua Diosaz 10 Raid, ale okazało się, że pojawił się nowy model: Quechua Trail 10 Team. Wygrała druga opcja, a zdecydowały mniejsza waga (pecak netto bez bukłaka waży tylko 320 gramów, o 230 mniej od Diosaza!), większa odblaskowość, poręczniejsze kieszenie na pasie biodrowym oraz dodatkowe uchwyty na bidony na zewnątrz plecaka.

Cóż ów plecak ma?
Komorę główną o pojemności 10l (wg deklaracji producenta), w której spokojnie mieści się kurtka deszczowo-wiatrowa, czołówka, jedzonko, komórka, dokumenty i inne niezbędne drobiazgi na trasie biegów ultra.


Komorę frontową, mniejszą, z pionowym zamkiem błyskawicznym. Tam również można schować kilka rzeczy. Zwykle na rajdach wkładam tam przedmioty, których prawdopodobnie będę potrzebował – ze względu na łatwość dostępu.


Po dwie zewnętrzne kieszenie na bokach zrobione z rozciągliwego materiału. Mniejsze z nich mają troki (prawdopodobnie do umocowania kijków), które świetnie trzymają dodatkową butelkę z piciem. Latem 2l w bukłaku mi nie wystarcza na 50 km napierania, a tam idealnie pasuje butelka o pojemności 0,75l. Można nawet włożyć butelkę i puszkę po każdej stronie, ale zmniejsza to nieco pojemność wnętrza plecaka.


Pas biodrowy (mój kolega imiennik słusznie określił go per „pępkowy”), który mimo zdawałoby się lichej konstrukcji doskonale trzyma całość przy ciele biegacza. Co jednak ważne, ów pasek ma wbudowane dwie kieszonki na tyle duże, że wejdzie tam nawet dowód rejestracyjny od samochodu (tak dla zobrazowania pojemności;)). Ja zwykle pakuję tam kilka batonów i żeli energetycznych, dzięki czemu nie muszę się zatrzymywać by coś przekąsić. Do kieszonek bez problemu wejdzie też telefon komórkowy czy kompaktowy aparat fotograficzny – wedle woli.


Człowiek to musi się napić
Najważniejszym elementem plecaka do biegów ultra jest bukłak. Tutaj mamy dwulitrowy pojemnik, dla którego miejsce wygospodarowano w części głównej komory. Bukłak ma niby 2 litry, ale ja zmieściłem do niego kiedyś nieco ponad 2,1l – przynajmniej tak wynikało z sumowania opróżnionych butelek;) Bukłak stabilnie trzyma się na dwóch klamrach zawieszonych w górnej części plecaka, aczkolwiek zaczepienie go tam jest dość niewygodne. Niedawno uchwyt w samym bukłaku nie wytrzymał i się zerwał, na szczęście drugi utrzymuje całość w szyku.


W trakcie biegu bukłak jest stabilny i w żadnym wypadku nie odczuwamy tego, że niesiemy na plecach dwa litry napoju. Należy jednak uważać z dopełnianiem go, łatwo wtedy bowiem doprowadzić do sytuacji, gdy oprócz płynu będzie tam sporo powietrza, co prowadzi do chlupotania w czasie biegu, a to bywa irytujące.

Wygodnym rozwiązaniem są dwa otwory wyprowadzające wężyk od bukłaka na zewnątrz. Jeden umieszczono na samej górze, a drugi u dołu bocznej części plecaka. Dzięki temu każdy może dopasować umieszczenie rurki do siebie. Przyznam, że opcji bocznej jeszcze nigdy nie próbowałem. Jakoś za pierwszym razem wyprowadziłem go górą i tak już mi zostało. Po wyprowadzeniu rurki na zewnątrz możemy poprowadzić ją lewym lub prawym ramiączkiem, na obu są rozciągliwe uchwyty. Wężyk zakończony jest ustnikiem z podwójnym zabezpieczeniem przed wylewaniem się napoju. Aby się napić należy najpierw wyciągnąć jedną część ustnika z drugiej, a potem go ścisnąć. Choć brzmi to skomplikowanie to naprawdę łatwo się przyzwyczaić, a dzięki takiemu systemowi płyn z bukłaka się nie wylewa.

Jeśli dodać gwizdek w zapince paska piersiowego i odblaskowe elementy to będzie koniec kwestii funkcjonalności. Jednak ważnym aspektem dla niektórych użytkowników może być wodoodporność. Mimo braku informacji o tym na stronie Decathlona, czy na samym plecaku, jest z nią nieźle. Przed zwykłym deszczem na pewno ochroni, ale zalecałbym jednak chowanie cennych przedmiotów w woreczki strunowe. Na Azymucie trafiłem na konkretną burzę, ale zawartość plecaka pozostała w miarę sucha, trochę wody dostaje się jedynie przez otwór wyprowadzający wężyk od bukłaka. Myślę jednak, że przy dłuższych opadach (np 3-4 godziny) do środka dostałoby się więcej wilgoci. Acz tak naprawdę to... uwierzcie, że nie ma to większego znaczenia. Batony czy żele i tak są zawsze fabrycznie zapakowane, a dokumenty czy telefon należy bezwarunkowo schować do worka strunowego.

Większe znaczenie od wodoodporności ma dla mnie oddychalność części stykającej się z plecami. Tu mamy ciekawą konstrukcję z otworami (zapewne dla lepszej oddychalności) pokrytą siatką. Rozwiązanie to sprawdza się bardzo dobrze. Mój organizm tak ma, że generuje sporo potu, tu jednak jest dużo lepiej niż w przypadku wszystkich innych plecaków z jakimi miałem do czynienia.


Muszę przyznać, że pierwszy rzut oka na ramiączka wzbudził we mnie duże obawy co do wygody plecaka. Nie sprawiają wrażenia takich, które dobrze leżą na ramionach, wydawało mi się, że mogą się wrzynać. Ale to tylko pozory. Nawet po 10 czy 12 godzinach napierania z plecakiem ani razu nie pojawiły mi się żadne odparzenia czy otarcia, ani przez chwilę nie odczuwałem też dyskomfortu. Licho wyglądające ramiączka oraz „pasek pępkowy” sprawdzają się bardzo dobrze.

Sprawdzony w boju
Póki co z plecakiem zrobiłem sześć rajdów na orientację na dystansie 50 km, co oznacza, że używałem go przez nieco ponad 50 godzin. W tym czasie jedyną awarią było wspomniane oderwanie się uchwytu bukłaka, które jednak nie sprawia problemów w normalnym użytkowaniu. Dwa lub trzy razy plecak prałem i tu widać minus – żywy zielony kolor na frontowej kieszeni trochę już wyblakł (nie bez znaczenia pozostają też zapewne godziny spędzone na słońcu). Szkoda, bo plecak wygląda przez to trochę gorzej.


Istotnym aspektem utrzymywania plecaka w porządku jest czyszczenie bukłaka. Robię to po każdym rajdzie, stosując środek do czyszczenia... protez zębowych. Gdzieś ktoś kiedyś polecił takie rozwiązanie i działa. Dzięki temu, mimo wlewania tam słodkich napojów izotonicznych, bukłak od środka zachowuje świeżość. Do czyszczenia warto od bukłaka odłączyć rurkę i ustnik po czym dokładnie je umyć. Ja wkładam oba te elementy do środka bukłaka i zostawiam na noc, by porozmawiały sobie o życiu z Corega Tabs. Potem należy jednak pamiętać o dokładnym wypłukaniu i wysuszeniu wszystkiego.

Pora na krótkie podsumowanie. Powinienem w tym miejscu wymienić wady i zalety plecaka, ale tych pierwszych zbyt wiele nie ma. To że licho wyglądają wszystkie paski sprawia zapewne, że jest lżejszy, a skoro są wygodne to nie ma co marudzić. Oderwanie się uchwytu od bukłaka uznaję za wypadek przy pracy, bo kilku znajomych ma podobne bukłaki i nikomu nic takiego się nie wydarzyło. Z czystym sercem mogę plecak Quechua Trail 10 Team polecić do biegania po górach, czy na rajdach na orientację. W upalne dni, gdy potrzeba mieć ze sobą więcej napoju, może sprawdzić się przy weekendowych długich wybieganiach. Plecak kosztuje 130 zł, w mojej ocenie jest świetnym kompromisem niezłej jakości z rozsądną ceną.

Za kilka dni relacja z Funex Orient 2012 (oj, działo się, działo!), a tymczasem przypominam, że najświeższe wieści z mojego świata biegowo-triathlonowego publikuję na blogowym Fejsie. Zapraszam!

Update:
Jak donosi jeden z czytelników, Arek R., nie gorzej niż Corega Tabs sprawdza się środek do protez dostępny w sklepach Rossmann, który kosztuje zaledwie 6 zł za 30 tabletek, czyli co najmniej dwa razy mniej niż CT.


niedziela, 11 listopada 2012

Jakoś nie idzie. 100 czy 200 metrów za nawrotką wyprzedza mnie niepozornie wyglądająca dziewczyna. „O nie, nie dam się!”. Ruszam za nią. Zrównujemy się i od okolic Biblioteki Narodowej biegniemy razem. Mam okrutny kryzys i gdyby nie ona, na pewno nie dałbym rady utrzymać tempa. Jeśli jakimś cudem dziewczyno przeczytasz ten wpis to dziękuję przeserdecznie!:) Przebiegliśmy razem ok. półtora kilometra, do Dworca Centralnego. Tam poleciałem szybciej, potem było już coraz bliżej końca i na mecie wyszło 42:18 – nowa życiówka na 10 km!

To był doskonały dzień do pobijania życiowych rekordów. Słońce, optymalna temperatura, szybka trasa bez zakrętów czy podbiegów i sporo kibiców na trasie (Chór Uniwersytetu Warszawskiego rulez!).

Na linii startu ustawiam się kawałek za pacemakerem z balonikiem „40 min.”, co okazuje się być bardzo dobrą decyzją, bo praktycznie od startu mogę biec swoim tempem, nie blokując jednocześnie tych, którzy są szybsi. Problemem jest jedynie wyprzedzenie strefy PKO Banku Polskiego – jako główny sponsor imprezy mógł on wystawić swoich ludzi zaraz za strefą VIP/elita, a wiele z tych osób nie biega najszybciej. 100 metrów pokonałem po trawie, w tym czasie udaje mi się wyprzedzić kilkadziesiąt osób z tej strefy. Niestety, po powrocie na drogę dostaję „kosę” od tyłu i jakimś cudem tylko udaje mi się nie upaść. To kompletnie wytrąca mnie z rytmu. Za diabła nie mogę do niego wrócić. Szarpię tempo, a wmordęwind nie pomaga w dobrym biegu. W efekcie trzeci kilometr wychodzi wg Garmina w 4:21 – najwolniej ze wszystkich. Do swojego biegu wracam dopiero za wiaduktem nad Al. Jerozolimskimi i kolejne 4 km wychodzą niemal idealnie równo po 4:15 (przynajmniej wg Garmina).

Ale nie było łatwo...

W połowie dystansu mam do planowanego czasu 15 sek. straty. Zwykle dyszki biegam przyspieszając w drugiej połowie, ale tym razem wygląda na to, że będę miał z tym problem. Jakoś nie idzie. Kilkaset metrów za nawrotką wyprzedza mnie niepozornie wyglądająca dziewczyna. „O nie, nie dam się!”. Ruszam za nią. Zrównuję się z nią od okolic Biblioteki Narodowej biegniemy razem w odpowiadającym mi tempie 4:15. Trzyma mnie wtedy okrutny kryzys i gdyby nie ona na pewno nie dałbym rady utrzymać tempa. Jeśli jakimś cudem dziewczyno przeczytasz ten wpis, wiedz, że Ci bardzo dziękuję! Przebiegliśmy razem ok. półtora kilometra, do Dworca Centralnego. Tam na podbiegu ja zwalniam mniej niż ona, a na zbiegu lecę już jak szalony i tak kończy się wspólne bieganie. Dopiero na mecie zaczekałem, by jej podziękować za niezamierzoną pomoc:)

Z rozpędu i dzięki wiatrowi w plecy ósmy i dziewiąty kilometr robięw okolicach 4:10, a dziesiąty poniżej 4:00 – straty z pierwszej połowy dystansu zostały więc nadrobione z nawiązką i finalny czas to 42:18, o 36 sek. lepiej niż podczas październikowego Biegnij Warszawo. W głębi ducha liczyłem na złamanie 42 min., ale na dzień dzisiejszy była to poprzeczka za wysoko powieszona.

XXIV Bieg Niepodległości był bardzo dobrze zorganizowaną imprezą, ale jednego nie sposób nie zauważyć: część kilometrów była oznaczona fatalnie i nie jest to tylko moje wrażenie. 1, 2, 8 i 9 znaczek na pewno były w złym miejscu i mogły mocno zmylić kogoś, kto biegł bez GPS-a a tylko z zegarkiem.

Wymyślonego wiosną 40 min. jesienią nie udało się złamać. Cóż, uda się w przyszłym roku:) Na razie koniec biegania po szosie na ten sezon, najprawdopodobniej na twardym ścigał się będę teraz dopiero w połowie marca – na maratonie w Barcelonie. Ale koniec biegania po szosie to nie koniec w ogóle! Widzimy się za dwa tygodnie w Kielcach na Funex Orient, gdzie polecimy 50 km na orientację:)





sobota, 3 listopada 2012

Czasem chciałbym Wam coś napisać, ale to tylko kilka zdań i wydaje mi się za krótkie na blogonotkę. Uznałem, że warto do takich celów stworzyć kanał mikroblogowy, a Facebook nadaje się do tego idealnie. Niniejszym zapraszam na fanpage blogu
Biec dalej i wyżej :)

Oprócz krótkich wpisów w tematyce biegowo-treningowej będę tam zamieszczał linki do nowych blogonotek, zatem jeśli chcecie być na bieżąco – lajkujcie. Dodatkowo, posiadanie takiej strony pozwoli mi uchronić fejsowych znajomych przed nadmierną liczbą wpisów w tematach sportowych, bo niektórzy mogą mieć ich dość.

Na dobry początek wrzuciłem tam hit: info o ambitnym planie na 2013 r. Po szczegóły zapraszam na FB!