BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

czwartek, 25 lipca 2013

Szanowne żiri nieźle musiało się napocić, nakłócić i nadyskutować, by uzgodnić jakiś kompromisowy werdykt w kąkórsie obrazkowym, który z okazji Wielkiego Wyścigu zorganizowaliśmy ze sklepem Natural Born Runners. Werdykt nie był łatwy. Bo nalegała by wyróżnić wytatuowane na męskim pośladku „LOVE BO”, ja optowałem za „KRASUS, WYJDŹ ZA MNIE” wymalowane na damskim dekolcie. Ostatecznie postanowiliśmy nie szukać dodatkowych odsłon i lajków za pomocą cycków czy pośladów i zostawiamy te prace dla siebie, a nagrodzimy kilka innych. No właśnie, kilka! Miały być dwie nagrody od NBR, ale zostaliśmy urzeczeni kreatywnością niektórych uczestników i wysupłaliśmy kolejne dwa upominki z zapasów otrzymanych od Wydawnictwa Galaktyka. Mamy nadzieję, że nie macie nam tego za złe?:)

Otóż: w konkursie „Poka swoje kibictwo” w kategorii „wspieram Krasusa” główną nagrodę w postaci zajefajnych stuptutów od naszego ulubionego sklepu Natural Born Runners otrzymuje ...TARARARARADAM... Ola D., która w trakcie długiego treningu wybiegała na warszawskiej Woli napis „Krasus the best”, co kompletnie mnie rozwaliło:) Próbowałem kiedyś biegać w kształtach i jest to kosmicznie trudne, kapelusze z głów przed Olką!:)


W zupełnie inną stronę poszła zwyciężczyni (nagradzamy dwie kobiety, przypadek?;)) w kategorii „wspieram Bo”, czyli Agata L., która otrzymuje pas do biegania od Natural Born Runners. Ja właściwie nie wiem, co powiedzieć na pracę Agaty, zobaczcie sami. Polecam obejrzeć w wysokiej rozdzielczości i zwrócić uwagę na kunszt autorki, który pozwolił jej usadzić mnie na Pimpusiu;)


Oprócz dwóch powyższych postanowiliśmy książkami nagrodzić prace Wybieganego oraz Mista. Ten pierwszy dostanie „Dogonić Kenijczyków”, a drugi „Bez ograniczeń” – oba tytuły oczywiście z półki Wydawnictwa Galaktyka.




Zwycięzców bardzo prosimy o kontakt mailowy na jeden lub dwa z adresów: run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com. Jednocześnie przypominamy, że poszukiwany jest Kuba, autor „kręcikoła”, który został laureatem poprzedniego kąkórsu , a jak dotąd się z nami nie skontaktował. Kuba, odezwij się na maila lub na FB.

A Wielki Wyścig jest już bliżej niż dalej, już panikuję. Właściwie, to wiele już chyba nie zdołam zrobić w ramach przygotowań. Pływać i tak się nie nauczę, Zuzka gotowa do drogi, mi pozostaje w ramach motywacji zrobić nową życiówkę na 10 km podczas sobotniego Biegu Powstania Warszawskiego, a potem już tylko wypoczywać i jeść makarony. A jakoś przed połową przyszłego tygodnia spodziewajcie się wpisu z głównym kąkórsem. Dzięki Huub Polska do dyspozycji mamy aż CZTERY nagrody, oj będzie się działo nie tylko w Poznaniu, ale w całych tych internetach!

Przypominamy, że na bieżąco o przygotowaniach do WW informujemy w odpowiednim miejscu na Fejsie. Zapraszamy też na forum xTri, gdzie WW doczekał się swojego wątku, a tam jeden z forumowiczów również przygotował ciekawą pracę kąkórsową.

Wielki Wyścig pojawił się też na innym portalu triathlonowym, Tri-fun.pl, gdzie z Bo odpowiadamy na pytania jednego z redaktorów. Klikajcie!;)

wtorek, 16 lipca 2013

Znacie Pimpusia, nie? Niektórzy się z niego naśmiewają, wielu powątpiewa w magiczne moce, ale ja wiem swoje: działa. W starej księdze wiedźmińskiej znalezionej w Kaer Morhen napisano, że zamocowany na szosońskiej kierownicy Pimpuś chroni przed złymi urokami, dodaje pi przez dwa kilometrów na godzinę do średniej prędkości (nie pytajcie dlaczego akurat tyle, nie mam pojęcia) oraz 10 pkt do triathlonowej stylówy.

O tym, że nie są to żarty przekonało się w Mrągowie 77 osób, które wyprzedziłem na etapie kolarskim (fajnie jest wolno pływać!;)) i nie mam wątpliwości, że tak samo będzie na kolejnych zawodach w Poznaniu i Borównie.

Owszem, na pewnym_portalu_aukcyjnym można kupić rowerowe trąbki całkiem podobne do Pimpusia, ale nie łudźcie się, ich działanie jest żadne. Nawet trąbić porządnie nie potrafią. Po tym jak (dzięki Pimpusiowi oczywiście) udało mi się podczas ostatniego treningu na dystansie 90 km utrzymać średnią prędkość 33 km/h uznałem, że tak być nie może. Biedna Bo nawet moich pleców w Poznaniu nie zobaczy jak będę tak mknął. Chciałem więc Pimpusia zdjąć, by wyrównać szanse. I gdy już wyciągałem śrubokręt celem demontażu WTEM! dostałem cynk, że w odmętach lochów pewnego miejsca odnaleziono zahibernowanego pimpusiowego brata bliźniaka!

Brat bliźniak Pimpusia, wciąż w hibernacyjnej folii

„Wolne żarty!” zakrzykniecie. Ale sprawdziłem i faktycznie działa. Nie wiem jeszcze jak ma on na imię, ale pewnie niedługo się dowiem, bo…

No właśnie, bo co? Bo Bo! Postanowiłem wytrącić wielkowyścigowej rywalce mocny argument z ręki jak już przegra. Nie będzie już mogła powiedzieć, że stosuję nieczyste zagrywki, sama też będzie mogła z nich skorzystać:) Szanowna Bo, wysyłam Ci pimpusiowego bliźniaka, niech Ci służy wiernie i godnie, a w Poznaniu niech wygra lepszy, a siły nieczyste niech służą nam obojgu, howgh! Jedynym warunkiem jest nadanie mu imienia, bo kucyki działają tylko, gdy mają imię. Bo, przyjmujesz wyzwanie?

A tak, dla przypomnienia, wygląda Pimpuś w akcji:)

Ale, byście nie mówili, że nic dla Was nie ma to zróbmy kolejny szybki kąkórsik z okazji Wielkiego Wyścigu:)

„Wymyślamy rower na nowo” – wyobraźcie sobie świat, w którym nie istnieją słowa „rower”, „bicykl”, "bajk" itd. I wymyślmy nowe określenie na ten pojazd. Może być jednoczłonowe, np. „dwukół” czy „człowiekowóz” lub też kilkuczłonowe, jak „pojazd służący do przemieszczania”.

I, co za niespodzianka, znów można coś u nas wygrać! Tym razem ulubione rowerowe SPA Zuzki, czyli Profesjonalny Serwis Rowerowy zarzuciło hamerykańskiej produkcji smarem w sprayu Pedro's Lixuid X, dokładamy do tego książkę „Bez ograniczeń” od naszego ukochanego Wydawnictwa Galaktyka.

Konkursik jest szybki i prosty, więc rach-ciach, macie 48h na wymyślenie roweru na nowo:) Dwa najlepsze rowery zostaną nagrodzone, czas start!

Aha, i powołując się na Pimpusia, Zuzkę lub ewentualnie mnie, na usługi rowerowego SPA dostaniecie 10 proc. zniżki:)


Przypominam też, że trwa kreatywny konkurs „Poka swoje kibictwo” z naprawdę fajnymi nagrodami od Natural Born Runners. No i słuchajcie. Bo dostała już kilka maili z bardzo ciekawymi pomysłami, a ja kompletnie nic. Null, zero, dupa! Ja wiem, że wszyscy kibicują Bo, ale chyba nagrodą to Was kupię, co? Tym bardziej, że można wysyłać prace wspierające zarówno Bo, jak i mnie.

sobota, 13 lipca 2013

Były już dwa konkursy dla wróżbitów, rozdaliśmy książki bohaterom rywalizacji na Endomondo, ale żeby się Wam nie nudziło, zapraszamy na kolejny konkurs związany z Wielkim Wyścigiem. Jasne jest, że jedni z Was kibicują Bo, a inni, co mniej rozumiem, mi. Chcielibyśmy zmotywować Was to wyrażenia tego:)

A kibictwo nam się przyda, bo do WW zostały trzy tygodnie, a my (a przynajmniej ja, no i mam nadzieję, że Boshka też) wciąż daleko w polu z przygotowaniami.

Najnowszy konkurs będzie konkursem artystycznym. Stawiamy na wizję – pokażcie jak wspieracie w Wielkim Wyścigu Bo, lub mnie, lub nas obojga, a my wybierzemy po jednej najlepszej dopingującej każdego z uczestników. Co znaczy, że stawiamy na wizję? Ano chcemy to kibicowanie zobaczyć. Praca konkursowa (przesłana mailem na run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com) powinna dać się obejrzeć i pokazać innym. A co to będzie, to zależy od Was. Może to być zdjęcie, filmik, screen z trasy biegu, rysunek w Paincie, arcydzieło z Photoshopa lub dowolny inny pomysł. Mówiąc krótko: poka swoje kibictwo!



Zasady są takie, że jedna osoba może wysłać nawet kilka prac konkursowych ,wspierających każdego z uczestników: Bo lub mnie. Wysyłając je zgadzacie się na odstąpienie mi swoich córek gdy osiągną wiek odpowiedni publikowanie ich na Facebooku i blogach. Co fajniejsze prace będziemy prezentować na bieżąco, a na końcu po jednej pracy nagrodzimy.

Sponsorem konkurs artystycznego został nasz ulubiony (Wasz chyba też, co?) sklep internetowy dla biegaczy (brawa, fanfary i buziaczki dla Grześka!) Natural Born Runners, który ufundował dwie nagrody:

Najlepszy wspieracz Bo otrzyma pas do biegania RaidLight Marathon – bardzo lekki i wygodny pas z dwoma bidonikami o pojemności 200 ml oraz dwiema kieszeniami na drobiazgi, w których podczas długiego wybiegania schowacie np. klucze czy telefon komórkowy.


Najlepsza praca wspierająca moją skromną osobę zostanie nagrodzona stuptutami RaidLight Stop Run – to doskonałe zabezpieczenie butów biegowych przed piaskiem, śniegiem, czy ściółką leśną. Dobre stuptuty to obowiązkowy element wyposażenia każdej osoby biegającej po górach, polach i lasach, dzięki nim nie będziecie musieli zatrzymywać się by wyciągnąć kamyki czy inne igiełki z drzew.

Najlepszych wybierzemy oczywiście my:) Na nadsyłanie prac macie tydzień i trochę, skrzynki mailowe zamykamy 20 lipca o godzinie 23:59, a zwycięzców ogłosimy 3,5 dnia później. Do dzieła!

środa, 3 lipca 2013


Zakończył się pierwszy w historii bloga konkurs dla wróżek. Najlepszymi fusami dysponował Paweł Piwowarski, który wytypował, że podczas 1/4IM w Mrągowie do najlepszej kobiety stracę 9:32. Ostatecznie swój pierwszy triathlon ukończyłem z wynikiem 2:32:25, a najszybsza przedstawicielka płci pięknej, Olga Ziętek, miała 2:22:23. Najbliżej różnicy 10:02 był właśnie Paweł i to dla niego odegramy teraz fanfary: bum-bach-tssssss. Brawo.

Początkowo planowaliśmy z Bo zagarnąć wszystkie książki dla siebie, ale doszliśmy do wniosku, że po co nam po kilka egzemplarzy tego samego, „Dogonić Kenijczyków” od Wydawnictwa Galaktyka została więc już wysłana do Pawła.



Jednocześnie zakończyły się największe w historii polskiej biego-blogosfery rywalizacje na Endomondo. Jesteśmy naprawdę poruszeni tym, jak bardzo się w to zaangażowaliście. Uruchomiliśmy z Boshką wszystkie liczydła tego świata, zaprzęgnęliśmy do pracy najtęższe matematycznie umysły i wyszło na to, że zgromadzeni w mojej rywalizacji spalili 1 292 158 kalorii, JEDENprzecinekTRZYmilionaKALORII!

Ale 81 osób z Bo-bandy nie zasypywało gruszek w popiele. Cisnęli od pierwszego do ostatniego dnia i zebrali… 1 249 795 kalorii, o 42 363 kalorii (3,3 proc.) mniej. Jeśli usłyszeliście dziś rano jakieś ostre pierdyknięcie to wcale nie była nadchodząca burza, to kamień spadł mi z serca, bo wizja robienia sobie trzepackich fotek mocno mnie przerażała.

Dziękując rywalom za pasjonującą walkę, chcę podziękować przede wszystkim Wam. Byli wśród Was tacy, co specjalnie dla rywalizacji wrócili na łono Endomondo (love Borman), inni sprowadzali swoich krewnych i znajomych (love w/w Paweł P.), każdy dołożył to tego swoją niesamowitą cegiełkę i wyszła zabawa jakiej dawno nie było. Nie spodziewaliśmy się, że rywalizacje będą tak wyrównane, właściwie to ostatniego dnia nie można było być pewnym wygranej, a łącznie spalone ponad 2,5 mln kalorii to grubo ponad 7 tys. pączków! Fiufiu, byłoby jedzonko;)

Zgodnie z umową od teraz Bo będzie na swoim fejsie legitymować się fantastycznie trzepacką fotką. Żeby było ciekawiej, macie do wyboru kilka zdjęć, które podoba się Wam najbardziej? :)

Doceniając Wasz wkład w te rywalizacje (Wasze zaangażowanie naprawdę przerosło nasze oczekiwania) zdecydowaliśmy nagrodzić po jednej najbardziej aktywnej osobie z każdej rywalizacji. O kontakt prosimy Jacka Łącznego (68,7 tys. kalorii w miesiąc!) i Maciej Chachura (49,4 tys. kalorii). Można pisać mailem (krasus.biecdalej@gmail.com), można Fejsbukiem. Czekają na Was książki Scotta Jurka „Jedz i biegaj” od Wydawnictwa Galaktyka, które zostało historycznym pierwszym sponsorem Wielkiego Wyścigu. Ani Bo, ani ja nie znamy Jacka i Macieja, jeśli ktoś z Was ich kojarzy, podpowiedzcie im, że są poszukiwani, dzięki!


Kolejna książka będzie do wzięcia już wkrótce u Bo, bądźcie na bieżąco, bo Wielki Wyścig dopiero się zaczyna. Już wkrótce pojawią się też nowe nagrody i nowy konkurs. Tym razem stawiać będziemy nie na Wasze wysiłki sportowe, ale… no, na razie nie zdradzę, ale kreatywność będzie mile widziana.

I jeszcze ogłoszenie duszpasterskie: Najfajniejszego bloga (poza Bo i moim oczywiście) pisze Emilia, odwiedzajcie, czytajcie, pamiętajcie!;) Emilia, Ty wiesz dlaczego tak uważam:)

Aha, i jeśli ktoś nie zauważył po prawej stronie, na logo rowerowego spa, z którego z lubością korzysta Zuzka, widnieje „-10%” (sam robiłem!). Odwiedzając to miejsce wystarczy powiedzieć, że się zna Krasusa, Pimpusia lub Zuzkę i na usługi, o których jakości wspominać chyba nie muszę, dostaniecie 10 proc. rabatu.:)

poniedziałek, 1 lipca 2013

Co się dzieje? Już 20 minut od startu, a w strefie zmian wciąż pusto? Gdzie mój Krasusek, gdzie wszyscy inni? O, jest, jest pierwszy! Hej, kolego, co się stało? Opóźniony start? Że wiatr porwał bojki i ruszyliście 20 minut później? Fiuuu, to się naczekam…

Są następni, kolejni i jeszcze inni. I nawet znajome twarze, o, Paweł. Kurde, przecież on dobrze nie pływa, więc zaraz powinien być i Krasus. Jesteś! 19:31? Całkiem w pytkę, ale chyba trasa była skrócona, co?;) Zygzakowałeś? A czego się spodziewałeś, przecież nawet na basenie Ci się zdarza. Ważne, żeś się nie utopił i nie zgubił okularków. 144 miejsce na 190 to w sumie zgodnie z oczekiwaniami, więc nie narzekaj.

Dość gadania, ściągaj piankę, migusiem! Garmin w zęby i ściągaj nogawki. Nogawki! Nie ręką, nogą będzie szybciej, przydepnij sobie. Człowieku, nie przysiadaj! Kask! Przecież deszcz leje, nie masz się co wycierać, daruj sobie. Zakładaj skarpetki, buty, zjedz batona i jazda. No szybciej! 3:34 w strefie zmian. Facet, ze 190 osób 153 przebrały się szybciej niż Ty. Ruszaj zadek!!!

Lecimy. Okulary parują od deszczu, żaden z nich pożytek, wrzuć do kieszeni. Najpierw kilkaset metrów bruku. Na wszystkie smary tego świata, ale trzęsie! Musisz już tutaj wyprzedzać?! Zobacz, oni jadą 15 km/h, nie musisz cisnąć 25! Uff, asfalt... Pierwszy podjazd. O, Joasia Jabłczyńska! A ktoś sobie żartował, czy damy radę ją wyprzedzić, Piotruniu, udało się:) Ciśnij, pedałuj!

Szósta osoba wyprzedzona, 6:0 dla nas! Tylko czemu Garmin nie pokazuje odległości i średniej prędkości? Cholera, zgubił GPS na końcu pływania i się nie połapał do teraz, masakra. Dobrze, że mamy czujnik kadencji i prędkości, przynajmniej wiesz jak szybko jedziemy.

Zielony Domek, tu się zatrzymaliśmy. Fantastyczne miejsce, ale warto potwierdzać rezerwację, bo może zdarzyć się tak, że przyjedziecie i nie będzie dla Was miejsca;)

Kilkusetmetrowy podjazd w okolicy cmentarza, czy Ty nie przesadzasz? 25 km/h pod górkę? To naprawdę spora górka! Zobacz, że cały czas wyprzedzasz, zajedziesz się i nie będzie siły na bieg. Już 20 osób, a to dopiero niespełna ćwierć dystansu. Dobra, dobra, już jestem cicho.

Fiufiu, pagórkowato. Ciekawe jak pójdzie, bo przecież po górkach to my nie jeździliśmy ani razu. Wysoka kadencja to chyba dobry pomysł. Wyprzedzamy. A co to, pięć osób razem? Helo, chłopaki, drafting jest zabroniony! Ziuuuu, wyprzedzony cały peleton. Zjedz coś. Zawrotka i powrót do Mrągowa. Będzie z górki. Tylko mocno się trzymaj, bo asfalt najlepszy nie jest, ponad 50 km/h, porąbało? Deszcz leje! Pimpusia ostro telepie na boki na tych dziurach, oby nie spadł!

Pimpusiem rzucało na dziurach, ale dał radę:)

Co Ty tam brzęczysz pod nosem? Śpiewasz? Happysad? Aleś sobie repertuar dobrał, by Cię dunder świsnął.

że od końców naszych stóp
po końce naszych dłoni,
do końca świata, aż po grób

Ale w sumie to... coś w tych stopach i dłoniach jest. Chyba jeszcze nigdy nie byliśmy tak bardzo jednością jak teraz. Dłonie muskają klamkomanetki, raz baranek, raz górny chwyt. Prąd pływa od stóp do rąk, przez korbę, ramę, kierownicę i dalej w kółko. Noga pracuje mocno, pełne 360 stopni obrotu to przekazywanie napędu na koła. Ach, SPD to fantastyczny wynalazek.

że od końców naszych stóp
po końce naszych dłoni,
do końca świata, aż po grób

Ale uwaga, uwaga, znów bruk! Chryryryryryste, ale trzęsie! „Zwolnij ziomuś, bo tu się ludzie wypier…” – słyszałeś co kolega kibic powiedział? No to zwolnij. O, ładnie, udało się. I teraz ciśnij! Jedna pętla za nami, niecałe 42 minuty to całkiem nieźle jak na trudność trasy. Z górki, pod górkę, drugą pętlę chcesz szybciej? Och, Ty szalony… Żel, pora na żel, jedz rozsądnie i zapijaj. Gamoniu! Jak mogłeś wyciągając żel zgubić oksy?! Dobrze, że kosztowały 40 złociszy (a niektórzy się śmiali), kupisz kolejne.

że od końców naszych stóp
po końce naszych dłoni,
do końca świata, aż po grób

I znów wyprzedzasz? To już 50 osób! Oszczędzaj siły na bieg. O, faktycznie, nas nie wyprzedził jeszcze nikt, ale jaja! Uwierzyłbyś przed startem, że tak nam będzie szło? Przecież znamy się od paru miesięcy, przejechaliśmy razem 850 km, to nawet nie jest zbudowanie bazy, a tu tak ładnie idzie. Może jakiś Tour de France za rok?;) Dajesz, dajesz, nie oszczędzaj się! 70 wyprzedzonych osób, jeszcze dwa kilometry. 77 łykniętych przeciwników, juhuuuuu!

że od końców naszych stóp
po końce naszych dłoni,
do końca świata, aż po grób

Jeszcze tylko kawałek bruku i będzie koniec, ale błagam, ostrożnie! Widziałeś tych zakrwawionych ludzi? Widziałeś pogięte ramy? Chyba nie chcesz mi zrobić krzywdy, co? No to zwolnij. O nieeeeeeeee, na ostatnim bruku wyprzedził nas jeden jedyny zawodnik… Ale przynajmniej z Bydgoszczy, można mu to wybaczyć, a 76 na plusie to świetny wynik (45 km w 1:21:49). Ze 144 miejsca po T2 wspięliśmy się na 68, KOSMOS, chłopaku!

Teraz T2, rach-ciach, zmieniaj buty. Hej, gościu, dlaczego Ty zdejmujesz skarpetkę?! Zdrętwiałe stopy rozgrzeją Ci się na biegu, nie marnuj czasu! Nie jedz, nie pij, bo kolka złapie. 2:11 w T2, 146 osób przebrało się szybciej, chłopie, ogarnij się.

Gotów? No to śmigaj, wyprzedzaj dalej, do samej mety mój Drogi, pędź!

I co ja tu teraz w tej strefie zmian sama będę siedzieć i się denerwować...? Podjadę kawałek popatrzeć. Jest, widzę. Dobrze, pierwszy kilometr powoli, żeby się nie zajechać. Potem coraz szybciej. Jasna dupa, na drugim kilometrze łapie się za brzuch, znów kolka?! Opanuj, ściśnij mięśnie, wytrzymaj. Ciśniesz, wyprzedzasz. Sprawdzaj każdemu numer, czy jest z Twojego dystansu. Trzy, pięć, siedem osób – wyprzedzasz! Łyk wody na punkcie i lecisz dalej.

Wyprzedzasz, ciśniesz. Kilometry po 4:13-4:15, wow! Ale czy to nie za szybko? Przecież to tylko kilka procent wolniej od życiówki. Ale tętno poniżej 170 to chyba dobrze, napieraj dalej. Łyk wody na punkcie, co się tak cieszysz? No fajnie jest wyprzedzać, już 20 osób, ale skup się, biegnij! Kolejne osoby, jak pięknie! Łydka podaje jak nigdy, Brooksy Pure Cadence odbijają się od nawierzchni jakby miały sprężyny w podeszwie, co za dzień! Jeszcze kilometr do mety, przyśpieszaj! 27 wyprzedzonych osób przez 45 minut, cudownie! Biegnij, biegnij, jeszcze 100 metrów!

Hej, stary, co Ty robisz? Dlaczego zwalniasz przed ostatnią prostą?! Łomatko, na 100 metrów przed metą zachciało mu się kraść całusa stojącej przy bandzie NKŚ! Romantyk się znalazł. No, ruszaj. Ostatnie metry, a ten się cieszy jak głupi, macha rękoma i przybija piątki z kibicami. Dobrze, że przewaga spora to nikt go nie wyprzedzi. 10,5 km biegu w 45:20, zasłużyłeś na buziaka! Nareszcie meta!

2:32:25 w triathlonowym debiucie, spisałeś się Misiu-Pysiu, ale poćwicz w domu przebieranie:)

Przez 2 godziny roweru i biegu się uśmiechałem,
start w Mrągowie to była czysta radość z uprawiania sportu!


Jeszcze jedna moja relacja z Mrągowa napisana dla TRI-book: kliku-kliku.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Jak już zapowiadaliśmy na WielkoWyścigowym FB (jeśli jeszcze Cię tam nie ma to rach-ciach i dołączasz do wydarzenia!), Wielki Wyścig wkroczył w fazę gier, zabaw, kiełbasy wyborczej i konkursów z nagrodami. Początkowo chcieliśmy z Bo zgarniać wszystkie gifty dla siebie, ale sponsorzy mieli pewne obiekcje i zostaliśmy zmuszeni do tego, by co trzecią oddać Wam. Zatem z sześciu książek od Wydawnictwa Galaktyka otrzymacie jedną – tak wskazuje skrócenie ułamka i proszę nie dyskutować.

No to zaczynamy.

Pierwszy konkurs będzie dotyczył mojego triathlonowego debiutu – w najbliższą niedzielę wystartuję w Mrągowie na dystansie ¼ IM (950 m pływania, 45 km roweru i 10,5 km biegu). Nagrodą będzie książka „Dogonić Kenijczyków” pióra Adharananda Finna. Jej recenzję możecie przeczytać u Pawła, a książkę ufundował pierwszy sponsor Wielkiego Wyścigu, czyli [początek fanfarów] Wydawnictwo Galaktyka [koniec fanfarów].


Co trzeba zrobić by dodać „Dogonić Kenijczyków” do swojej biegowej biblioteczki? Oczywiście, że samo wytypowanie mojego wyniku w Mrągowie nie wystarczy! Przecież to Wielki Wyścig;) W Poznaniu będę gonić Bo, więc w Mrągowie też zmierzę się z przedstawicielką płci piękniejszej. A będzie to... najszybsza z kobiet – chodzi o to, by wytypować moją stratę do najszybszej z kobiet, bez względu na to kim ona będzie:) Typujemy w komentarzach pod tym wpisem. Proste, nie?

Podpowiedzi:
- w ostatni weekend przepłynąłem swój najszybszy kilometr w ołpenłoterze – w 22 min;
- moje najszybsze 45 km na rowerze to 1:21;
- życiówka na 10 km to 40:15.
Uczciwie myślę, że na podobne do powyższych czasy w pływaniu i rowerze mam szanse, w biegu będę chciał zmieścić się w 46-47 min. Do tego trzeba doliczyć strefy zmian, które są dla mnie wielką zagadką. W sumie to przede wszystkim chciałbym pobić 2:44:55 trzaśnięte w Malborku przez Bo. Ale miło byłoby też poprawić wynik Pawła (2:44:13), a najlepiej jeszcze i Mista (2:36:45), bo przecież wiecie, że ja lubię rywalizację, nie?:)

Do wygrania jest naturalnie jedna książka,
ale dwie ładniej komponowały się na zdjęciu;)

Ale nawet jeśli co do sekundy wytypujecie mój wynik, to i tak będzie to dopiero połowa sukcesu. Żeby uwolnić się od zarzutów o stronniczość (mógłbym przecież zwolnić przed metą i wpasować się wynik wytypowany przez podstawioną ciotkę wujka ze strony stryja!), w konkurs wpletliśmy element dodatkowy, czyli wynik najlepszej kobiety. Podpowiedź jest taka, że w Malborku, gdzie debiutowała Bo, Małgorzata Szczerbińska miała 2:18:06, w Sierakowie zwyciężyła Agata Pecyna (2:34:36), a w Szczecinku znów Szczerbińska z czasem 2:20:11, która w Mrągowie również wystartuje.

Typujemy więc, jaką stratę zanotuję do najszybszej z kobiet. Możecie typować w sekundach, minutach, godzinach – ważne, by typ był jednoznaczny. Np. 1:12 jednoznaczne nie jest, bo nie wiadomo, czy oznacza godzinę i 12 minut, czy minutę i 12 sekund, więc takich wpisów unikamy.


Jeśli ktoś uważa, że wygram z najlepszą z kobiet (dobre sobie;)), to też jasno to oznacza. Jeśli nikt nie trafi co do sekundy, wygra osoba, która była najbliżej. Jeśli dwie osoby będą równie blisko, wygra ta, która wyżej znajdzie się w jedynej słuszne rywalizacji na Endomondo. Ostatecznie na trzecim miejscu jest zasada „kto pierwszy ten lepszy”. Przypominam, że typy wpisujemy w komentarzach pod tym wpisem. Typować można do najbliższej niedzieli 30.06.2013 r. do godz. 10:45, o której nastąpi start. Potem już tylko trzymamy kciuki. Mocno!

Na koniec jeszcze przypomnienie, że Wielki Wyścig dorobił się swojej podstrony na blogu, gdzie wszystko jest wyjaśnione czarno na białym. Wystarczy zrobić kliku-kliku i można dowiedzieć się wszystkiego.

wtorek, 18 czerwca 2013

- 3 km do mety, biegniemy!
Tup, tup, tup.
- Chłopaki, ja Was przepraszam, ale nie mogę, zaraz zemdleję, biegnijcie sami...
- Bambus, przecież Cię tu nie zostawimy, bo jak padniesz, to nie wiadomo, kiedy Cię tu ktoś znajdzie. Idziemy.
- Jest z górki, spróbuję biec.
Tup, tup, tup.
- Nie mogę, mam mroczki przed oczami, zaraz się przewrócę...
- Ok, to maszerujemy. Do ostatniej prostej dotrzemy razem, a potem ogień do mety, jeśli padniesz to po Ciebie wrócimy po dotarciu do mety.

Nadchodzi ostatnia prosta... POSZLI!

Paweł rusza z kopyta, ale kopyto odmawia mu posłuszeństwa i zawodnik ląduje na glebie! Na prowadzenie wychodzi Krasus, który szybkim manewrem wymija podnoszącego się piorunem z ziemi rywala. 300 metrów do mety, Paweł rozpędza się, osiąga drugą nadświetlną, że też Państwo tego nie widzą, i po kilkunastu sekundach wraca na pozycję lidera! Co za walka, dłuższe nogi dają przewagę aktualnemu liderowi, jednak Krasus trzyma się metr-dwa za nim i nie traci dystansu. Widać już metę, kibice szaleją, konferansjer zagrzewa finiszujących do walki. Krasus dostrzega NKŚ, co zawsze dodaje mu sił. Zastrzyk adrenaliny dociera do krwi w idealnym momencie. Ostatni zryw i wyprzedzenie rywala! Kwito krzyczy do mikrofonu imię aktualnego lidera wyścigu (nie zapomniał też o nazwie bloga, brawo!;), a ten na ostatnich nogach wpada na metę z czasem 9:10:03, o 5 sekund wyprzedzając następnego zawodnika.

Choć mogłoby tak wyglądać, to nie relacja z biegu na 60 lub 100 metrów, a z finiszu maratonu na orientację Mazurskie Tropy na dystansie 50 km, na którym w/w natrzaskali ponad 62km. Przyznaję, nie wiem, skąd miałem siły na ten finisz…;)

Ale po kolei.

W trakcie rozgrzewki odgryzam ustnik od bukłaka. To dobra, czy zła wróżba?;) „Przez końcówkę plastikową da się pić, jakoś to będzie.” – z tą myślą ruszam w trasę. Pierwsze kilometry tradycyjnie w tramwaju. Generalnie napieram z Kubą i Mańkiem, ale jak to zwykle po starcie – jest dość ciasno. Staramy się trzymać tempo biegu ok 5:10-5:30. Od dwusetnego metra czuję kolkę (znów!), na szczęście po pół godzinie ból mija.

Przygotowania do startu, każdy miał ambicje / fot. MO-K

Mniej nas coraz, Polaków
Na dojściu do punktu przy Jeziorze Pisz zaczynają się bagna. Jesteśmy aktualnie w piątkę, oprócz Kuby i Marcina jeszcze Bartek i Paweł, którzy przewijać będą się przez całe zawody. Kuba idzie pierwszy, ma jakiś talent do darcia przez moczary, bo kompletnie za nim nie nadążamy. Tracimy kontakt wzrokowy, utrzymujemy więc się na wołanie. Po chwili tracimy i kontakt dźwiękowy. Reszta grupy zostaje powstrzymana przez buta Mańka, który został w bagnie. Na szczęście właścicielowi udaje się go wydobyć i założyć. Podejmujemy decyzję o wycofaniu i obejściu bagna. Napieramy przez pole pokrzyw, które zamieniają nasze nogi w czerwone poparzone coś. Kuby ani widu ani słychu. Trudno, ciśniemy we czwórkę. Gadka-szmatka i... nie ma Mańka. No jasna cholera, zniknął?! Wracam się do ostatniego zakrętu, wołam – nie ma. Wsiąkł jak kamfora.

Maniek, ale weź, gdzie Ty zniknąłeś i dlaczego? Szczególnie, że patrząc na tracki, to raczej poszedłeś tam gorzej niż lepiej;)

No trudno, zostaję z Bartkiem i Pawłem, w głowie pojawia się tytuł blogonotki „Ten, w którym chłopaki znikają”, bo w ciągu pół godziny zniknęło mi dwóch kolegów, z którymi myślałem, że ukończę ten rajd. Podejrzliwie patrzę na Bartka i Pawła, czy czasem za chwilę i oni nie znikną. Kolejny PK jest na górce, pod którą znajdujemy Kubę. Okazuje się, że zamokła mu mapa i nie wie, jak szukać punktu. Razem włazimy na górę i znajdujemy PK. W oddali chyba miga mi czapeczka Mańka, ale wygląda jakby podążał w kompletnie innym kierunku niż wskazuje mapa i idziemy my.

Zagubiłem się w mieście, po raz kolejny
O, jest droga. Prowadzi w dobrym kierunku (południowy-wschód), napieramy. Mija kilka minut i kompas wskazuje kierunek zachodni, coś jest nie tak. Ale zamiast zawrócić, przemy jak głupki w złą stronę. Potem na chwilę wracamy na dobry tor, a w końcu odpierniczamy taki kosmos, że głowa mała. Motamy się raz w jedną, raz w drugą stronę, brakuje kogoś, kto by to towarzystwo postawił do pionu. Track z GPS pokazuje, że zrobiliśmy zbędnie około pięciu-sześciu kilometrów, pewne miejsca odwiedzając po dwa razy. A kolejne poletka pokrzyw ze trzy razy. Nadal boli.

I fizycznie i psychicznie. Cztery osoby i żadna nie miała na tyle jasnego umysłu, by zorientować się, gdzie jesteśmy. W końcu się ogarniamy. Z zaklętego kręgu wychodzimy po około 1:15, dramat. Mam serdecznie dość. Pierwszy raz w zawodach na orientację mam ochotę rzucić mapę w diabły i wycofać się. Ale by niektórzy mieli używanie. O nie…

Mili Państwo, tak się nie nawiguje;)

Pełna koncentracja i napieramy dalej. W 4-os. grupie pojawia się trochę frustracji związanej z megawtopą i się rozdzielamy. Bartek z Pawłem wybierają opcję dróg leśnych, a Kuba i ja ciśniemy wzdłuż linii energetycznej. Niestety, to oznacza kolejne pokrzywy i chaszcze. Kilka razy, gdy jakaś sucha gałąź przejeżdża mi po poparzonej i zakrwawionej już nodze, mam łzy w oczach i chce mi się wyć.W końcu docieramy do umiejscowionego w Pajtuńskim Młynie punktu żywieniowego (zbawienie, bo bukłak już pusty, a pogoda nie sprzyja bieganiu o suchym pysku).

Łydki i piszczele cholernie bolą, marzę o schłodzeniu ich wodą. Przy młynie jest dostęp do wody, przemywam bolące nogi i... boli jeszcze bardziej. Mam serdecznie dość. Psycha siada, bo przy wodopoju spotykamy piechurów. Osoby, które cały czas idą wyprzedzały dotąd „biegaczy”, którzy nie potrafią ogarnąć się z mapą. Masakra. Gdy ruszamy z Kubą z punktu, dochodzi do niego Maniek, jego nogi też nie wyglądają dobrze.
Posiłek w punkcie żywieniowym:) / fot. Szymon Szkudlarek

A tymczasem Kuba słabnie. Z Młyna ruszamy jeszcze razem, dociągam go do PK9, ale wyraźnie nie ma siły biec i się rozdzielamy, napieram sam. Na 45. kilometrze najładniejsze miejsce na całej trasie: droga na wzgórzu pomiędzy dwoma jeziorami, aż się zatrzymuję na kilka chwil. Przepięknie... Kwito, szacun za tę miejscówkę, zaniemówiłem!

Tu bóbr, tam bóbr...
Wyprzedzam kilka kolejnych osób, w oddali migają mi Bartek i Paweł. Zastanawiam się, czy do ostatniego punktu ciąć przez las (pokrzywy...), czy może obiec dookoła drogami. Widzę, że Bartek i Paweł idą prosto, lecę więc za nimi, szybko ich doganiając. Szukamy sensownego wejścia w las, pokrzywy skutecznie nas wyganiają z kilku miejsc. W końcu się wbijamy i przedzieramy trochę na czuja. Nie wiem, czy „głupim zawsze sprzyja szczęście”, czy może „szczęście sprzyja lepszym”, ale gdzieś między drzewami Bartek zauważa samochód, a skoro jest samochód to musi być droga. Początkowo podejmujemy złą decyzję o kierunku podążenia nią, ale Paweł rozgryza system i lecimy na północ, do ostatniego PK. Ten łapiemy bez problemu i wystarczy dostać się do bazy.

Brzmi łatwo, ale… drogę blokuje nam wielkie rozlewisko, w którym żyją bobry, czego ślady widać na pozwalanych drzewach. Nikomu nie uśmiecha się wchodzić do takiej stojącej wody o niewiadomym dnie i głębokości. Żadne z powalonych drzew nie wygląda, jakby można było po nim przejść. Idziemy kawałek w prawo, rozlewisko zdaje się nie mieć końca, decydujemy więc o obejściu lewą stroną. A wystarczyło podejść jeszcze kilkanaście metrów i było tam drzewo, którym dało się rozlewisko pokonać suchą stopą, ale o tym dowiedzieliśmy się kilka godzin później... Przez to rozlewisko nadkładamy kolejnych kilka kilometrów i dopiero przez Kaplityny, potem wzdłuż głównej drogi DK16, dostajemy się do Barczewa…

A jak wyglądały ostatnie kilometry, już wiecie.

Pełna moc na ostatnich metrach, mając 63,5 km w nogach! / fot. MO-K

Na mecie zimne piwko dla każdego (brawa dla organizatorów), drożdżówki (brawa dla organizatorów), banany (brawa dla organizatorów) i smaczny dwudaniowy obiad (brawa dla organizatorów). Była to pierwsza edycja Mazurskich Tropów, ale w mojej ocenie rajd był zorganizowany lepiej niż nie jeden posiadający swoją tradycję. W otoczkę okołorajdową włożono wiele serca, na dodatek było sporo nagród nie tylko dla najlepszych, ale i dla wszystkich innych uczestników, a atmosfera iście sielankowa. No, może trochę psuły ją kleszcze wyciągane z nóg i pleców uczestników (rekordzista zanotował bodaj 11, ja miałem tylko 5;)), bo to jednak stresująca sprawa.

Sielanka na linii mety:) / fot. Szymon Szkudlarek

Trasę pieszą Mazurskich Tropów ułożono ciekawie, z nieoczywistymi wariantami przebiegów, a jednocześnie z dość jednoznacznie rozmieszczonymi punktami. Jedyny minus trasy był taki, że punkty kontrolne nie były zlokalizowane przy jakichś ciekawych obiektach (pod tym względem niedościgniony wzór to dla mnie nadal ubiegłoroczny Azymut Orient), a  najfajniejsze miejsce, w którym był punkt to stare niemieckie mogiły w środku lasu. Hmmm, o ile mogiły można nazwać fajnym miejscem;)

Ale pod względem przyrodniczym było super. Oprócz standardowych zajęcy, wiewiórek czy saren, spotkaliśmy łanię i jakiegoś samca od sarny, takiego z rogami. Wszystko dzięki temu, że trasa prowadziła z dala od osad ludzkich, prawie cały czas po lasach lub ewentualnie polach. No i to rozlewisko bobrów, rzadko człowiek ma możliwość zobaczenia czegoś takiego.

=== === ===

UWAGA, ogłoszenie.
Bo
lubimy i chcemy, by została trzepakiem lipca.Tymczasem ma dziewczyna na zbyciu pakiet startowy na Maraton Gór Stołowych (6 lipca).
Może ktoś coś? Jakby co to (a niech jej będzie...) kliku-kliku.

=== === ===

Stats&hints Mazurskie Tropy 2013

Wynik: czas 9:10:03; 7/46 (tyle osób jest na liście wyników, aczkolwiek na mecie orgowie mówili o 52, które wystartowały) miejsce w klasyfikacji open;

Warunki pogodowe: rano 14 stopni, za dnia do ok. 23 st., trochę chmur, trochę słońca.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+ stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; leginsy 3/4, koszulka Salomon z Biegu Marduły, czapeczka z daszkiem; Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger
Jedzenie/picie: 2 żele + 2 batony + 2 chałwy; 2 l izo w bukłaku +2 l dolane na punkcie żywieniowym.

Wskazówki na przyszłość: kupić długie spodnie do biegania latem!


wtorek, 11 czerwca 2013

- Co tak szczerzysz zęby kierownicę?
- Aaaa... nic takiego...
- No mów, przecież nie mamy przed sobą tajemnic, nie?
- Ach, bo... bo ja w spa byłam.
- Haha, w spa?! Przecież jesteś rowerem, rowery nie mają spa!
- A ja byłam! W rowerowym spa, takim prawdziwym! W Profesjonalnym Serwisie Rowerowym Bikeservice.com.pl.
- I co, może zaznałaś romantycznych kąpieli przy świecach i masażu pianą?
- ...





- Nie wierzę, nie wierzę…
- To nie koniec. Zostałam potem zabrana do takiego miejsca i... i co ja tam widziałam!
- No co takiego?



- Jakie przerzutki, jakie klamkomanetki, kup mi, kup mi proszę. Linki prowadzone pod owijkami, płynne działanie i...
- Zuzka, nie ma mowy! Wiesz dobrze, że jedziemy już po bandzie jeśli chodzi o wydatki na Ciebie. Fitting i opony to ostatnie moje wydatki na Ciebie.
- Sknera jesteś…
- Sknera? Ja sknera?! Wiedziałem, że nadawanie Ci żeńskiego imienia źle się skończy. Masz nowy mostek?
- Mam.
- I nową wypasioną sztycę?
- Mam…
- I wyregulowane wszystko na tip-top i dopasowane najlepiej jak można?
- No mam.
- I pozbyliśmy się zbędnej zębatki z przodu?
- No tak…
- No to jazda, zakładka sama się nie zrobi, a Wielki Wyścig coraz bliżej!

Tak, ten tekst zawiera lokowanie produktu jak diabli.
Polecam usługi Bikeservice.com.pl. Naprawdę warto,
choć... to trochę na końcu świata;)

niedziela, 9 czerwca 2013

Najważniejsze musi być na początku.

Wiecie zapewne, co to jest Wielki Wyścig. Bo i, ja zupełnym zbiegiem okoliczności, będziemy się ścigać na triathlonie w Poznaniu. Na razie trwa wielka wojna psychologiczna. Aktualnie jesteśmy na etapie negocjowania, kto ma pokazać swoje trzepackie (czyli im głupsze tym lepsze;)) zdjęcie na Fejsie. Rozstrzygniemy to, a jakże!, po sportowemu. Korzystacie z Endomondo? Jeśli nie to zachęcam, jest naprawdę fajnie;) A najważniejsze jest, że jeśli w tej rywalizacji razem zbierzemy więcej kalorii niż Bo w innej (ale po co Wam link, nie?;)), to przez cały lipiec na profilu Boshki na FB będzie piękna trzepacka fota! Bo chwali się tu i ówdzie swoim za małym i przekrzywionym kaskiem rowerowym, zobaczmy go więc!:)

Koniec komunikatu, zapraszam do właściwej części wpisu:)

=== === ===

Przez kilka lat „kariery” biegowej ani razu nie wystartowałem na dystansie 5 km. Nie składało się. Coś wypadało, albo po prostu nie chciało mi się jechać, albo diabli jeszcze wiedzą co. W końcu, bardzo spontanicznie i na ostatnią chwilę, zdecydowałem się na start w jubileuszowej (50!) edycji Parkrun Łódź. Sympatyczna atmosfera przed startem, fantastyczny park im. Józefa Poniatowskiego i 145 osób na starcie.



Uwielbiam biegać po parkach,
łódzki Park Poniatowskiego wskakuje na podium moich ulubionych:)


Poszli! Plan miałem taki, by ruszyć spokojnie. Pierwszy kilometr w 3:58, a drugi w 3:53 – generalnie zgodnie z planem. Plan mówił, że kolejne kilometry będę biegł coraz szybciej i ukończę jakoś poniżej 19 minut. Haha, dobre sobie! Na półmetku już wiedziałem, że plan był o niebo zbyt optymistyczny. Pierwszy raz od dawna miałem myśl, aby się poddać. Zwolnić i dotruchtać do mety bez męczenia się. Ale wtedy przypomniała mi się dyskusja o motywacji na profilu Bormana i pomyślałem: „Człowieku, jak to będzie wyglądało na Endomondo?! Bo Cię wyśmieje!”. Spiąłem poślady i pobiegłem dalej, utrzymując dotychczasową pozycję do mety.

Półmetek. Wyglądam jeszcze nieźle, ale za chwilę skończą mi się siły

Trzeci i czwarty kilometr (4:08 i 4:11) były prawdziwą mordęgą, utrzymanie tempa było ekstremalnie trudne. Czułem, ducha druha Marduły w udach, po prostu brakowało mi siły. Wydolnościowo było OK, ale noga za chiny ludowe nie chciała podawać. Oj, dały mi się te Tatry we znaki!

Tak się biegnie w trupa, ostatnie metry;)

Ostatni kilometr to już klasyczny bieg w trupa. Nie byłem w stanie nawet myśleć o technice biegu. Krok za krokiem, byle do przodu. Na bezdechu, wyzionąwszy ducha nie tylko druha Marduły, ale i swojego, dotarłem do mety na 10. miejscu na 145 zawodników, z czasem 19:34. Miałem nadzieję, że 19 uda się złamać, ale tego dnia nie było mi to pisane, zabrakło sporo. Średnie tętno miałem niższe niż podczas bicia życiówki na dychę podczas Biegu Dookoła Zoo.

Ale na Parkrun zamierzam wrócić (jak nie do Łodzi to do Warszawy), bo to naprawdę fajne i darmowe imprezy, które serdecznie Wam polecam:) No i z tą 19-tką zamierzam się zmierzyć, oby okazja pojawiła się szybko!

wtorek, 4 czerwca 2013

Do mety 1400 metrów w linii prostej i ponad 150 metrów pod górę. Idę. W myślach: „biegnij, biegnij k..wa!”. Plan: 20 kroków truchtem na 20 marszem. Ani się obejrzałem, a maszerując doliczyłem już do 45 i za diabła nie jestem w stanie biec. Zmuszam się gdy licznik dobija do 60. Doganiam jednego z zawodników i wyprzedzam go przy budce TPN. Turyści dopingują, mówią, że już bardzo blisko. Nie mam sił nawet im podziękować, pokazuję tylko uniesiony kciuk. Wg Garmina jeszcze 600 metrów. 500, 400, 300...

Słyszę głos NKŚ (Najlepsza Kibicka Świata) i zastanawiam się, czy to czasem nie halucynacje. Ale nie, ona tam jest, stoi! Próbuję się uśmiechnąć (bez skutku) i zmuszam się do biegu. NKŚ mówi, że jeszcze 100 metrów. Choćbym miał zwymiotować, to te 100 metrów przebiegnę! Widzę dwóch napieraczy przed sobą, są coraz bliżej. A z tyłu słyszę kroki. Jak to?! Przecież dopiero co się oglądałem i nikogo nie było! Obracam głowę i ulga: to NKŚ, chcąc dodać mi otuchy, dzielnie biegnie za mną. Do mety szpaler kibiców, chyba krzyczą, ale nie jestem pewien. Na kilkanaście metrów przed dmuchaną bramą Salomona, machając rękoma na prawo i lewo (dodawałem sobie w ten sposób pędu) i zmuszając się do nadludzkiego wysiłku, wyprzedzam jednego z rywali. Ale kolega ma niezły zapas sił i zrywa się do niewiarygodnego sprintu, wyprzedzając nie tylko mnie, ale i jeszcze poprzednika. VI Wysokogórski Bieg im. dh Franciszka Marduły kończę na 132. miejscu na 321 uczestników, z czasem 3:38:01,3. Do zwycięzcy Marcina Świerca straciłem 1:19:30.

Ja wiem, że jak na debiut to dobry wynik i dałem z siebie wszystko i w ogóle, ale... Wiecie jaki jestem. Niby 130. czy 132. miejsce nie ma znaczenia, ale jednak. Finisz był porażką, bo źle go rozegrałem. Gdybym Zbyszka wyprzedził na 2 metry przed metą, nie zdążyłby zareagować. Przed startem miałem cichą nadzieję na zmieszczenie się w pierwszej setce, dałby mi to czas nieco poniżej 3:30. Znalazł się tam Kwito, z którym znów przegrałem (poprzednio na Skorpionie), oj muszę wziąć się do ciężkiej pracy, bo mi Piotrek ucieka!


Ostatnimi siłami do mety / fot. MO-K

Od początku istnienia tego bloga wiadomo było, że celem są góry. Nie na darmo tytuł „Biec dalej i wyżej”. To „wyżej” było marzeniem, ścieżką, którą chciałem odnaleźć. Tatry to moje miejsce na ziemi, a połączenie ukochanych gór z pasją do biegania wydawało mi się ukoronowaniem wszystkiego. I było. Start w VI Biegu Marduły był tak niesamowitym przeżyciem, że potrzebowałem ładnych paru godzin, by w ogóle zebrać jakiekolwiek myśli i dwóch dni, by przelać je na klawiaturę.

Bo bieganie po górach to coś kompletnie innego, a po wysokich górach to już w ogóle. Nie ma, tak jak na maratonie czy innym biegu ulicznym, zakładanego tempa i trzymania się go od drugiego kilometra do mety. Po prostu napierasz przed siebie jak się da najszybciej i modlisz się o to, by dany odcinek się już skończył... Bo albo jest w górę, albo w dół, nie ma płasko. Przy czym poza kilkoma kilkusetmetrowymi odcinkami na Biegu Marduły nigdy nie było tak, by po prostu można było biec lekko z górki, bez ryzyka. Każdy krok to ryzyko, każde postawienie stopy może skończyć się skręceniem kostki bądź upadkiem. W niedzielę zaliczyłem jedno i drugie. Najpierw, jeszcze przed Murowańcem, niefortunnie stanąłem na jakimś kamieniu i lekko skręciłem prawą kostkę, a potem, zbiegając z Kasprowego na złamanie karku, poślizgnąłem się i kawałek zjechałem po kamulcach. Na szczęście nic się nie stało i popędziłem dalej.

No, owo „popędziłem” to trochę przesada, bo jednak okazało się, że zbiegi to trzeba trenować i „pędziłem” oznaczało tempo w okolicach 4:50-5:10 min/km. Wydawało mi się to szybko, dopóki nie zobaczyłem tracka zwycięzcy Marcina Świerca. On w tych miejscach przemieszczał się z prędkością poniżej 3:30 min/km! Myślę, że kozice były mocno zaskoczone, że ktoś biega po górach szybciej niż one.

Przyznaję, miałem trochę strachu przed startem. Owszem, znam Tatry, wiedziałem gdzie jadę i wiedziałem, czego spodziewać się po trasie. Ale słowo spodziewać się nie jest do końca dobre, bo góry jak to góry – wszystko się może zdarzyć. Co innego chodzenie po górach z plecakiem, nawet samodzielne pobieganie dla treningu, a co innego napieranie przez kilka godzin bez chwili wytchnienia. Na dodatek istniało ryzyko, że tam czy ówdzie będzie leżał śnieg, a to podwaja niebezpieczeństwo.

Zgodnie z oczekiwaniami na zbiegach traciłem, co starałem się odrabiać pod górkę. Podejście pod Karb dało mi porządnie w kość, ale kilka osób udało mi się wyprzedzić, szkoda, że zabrakło czasu na podziwianie widoków, trzeba było lecieć w dół. Potem wspinaczka na Przełęcz Świnicką, która dała mi we wszystkie możliwe kości. Nie było oczywiście mowy o biegu, było mozolne stawianie nogi za nogą, łapanie oddechu gdzieś pomiędzy krokami i rozważanie, kiedy to się skończy.


Podejście na Świnicką Przełęcz solidnie dało w kość!

Niestety, w międzyczasie trafiły się małe problemy żołądkowe. Zaczęło mi chlupotać w brzuchu i musiałem przestać na chwilę pić, jedzenie też nie przyswajało się dobrze. Na szczęście po kwadransie przeszło i cisnąłem dalej.

Schowany w chmurach kibicujący nam pod Przełęczą Świnicką TOPR-owiec jawi mi się dziś jako postać niemal mistyczna. Napieram w chmurze i od kilku minut słyszę jak dopinguje, ale go nie widzę. A on stoi przy łasze śniegu i zagrzewa do boju każdego biegacza, który ją przekracza. Dawka energii jaką daje jego „Hop, hop, bardzo ładnie, już jesteś blisko, hop!” jest wręcz kosmiczna. Zmuszam się do ostatnich kroków pod górę, wychodzę na przełęcz z mroczkami w oczach i... kosmos. Cały czas napieraliśmy w chmurze, a ze Świnickiej Przełęczy rozpościera się fantastyczny widok na słowackie Tatry. Ciężko dysząc zmierzam dalej, ale wzrok cały czas ucieka w lewo...

Za Świnicką Przełęczą esencja sky runningu. Bieg granią od Przełęczy Świnickiej (2051 m n.p.m.) przez Liliowe i Beskid do Kasprowego Wierchu. Chyba z dwa kilometry biegu na wysokości ponad 2000 m n.p.m! Po skałach, pomiędzy przepaściami. Na prawo chmury, na lewo Słowacja z zapierającym dech w piersiach widokiem, a my w takim zawieszeniu gdzieś pomiędzy. Przez te parę minut czułem się jakbym frunął, jakby góry dodały mi skrzydeł. To było niesamowite przeżycie, jedno z najbardziej mistycznych w mojej „karierze” biegacza.


Widoki zwalały z nóg / fot. AS

Na Kasprowym banan, czekolada, następni kibice i niesłabnąca koncentracja. Wiedziałem, że teraz będzie najtrudniejszy odcinek. 1000 metrów w dół na dystansie 6 kilometrów. Na mocno już zmęczonych nogach i z zalewającym oczy potem z czoła. Tu najłatwiej było o błąd i kontuzję.
Ale jakoś poszło, całkiem sprawnie się między kamieniami przemieszczałem i dałem się wyprzedzić na tym odcinku tylko dwójce biegaczy, samemu wyprzedzając troje. A potem końcowy podbieg na Kalatówki, ale to już znacie ze wstępu...

Krótkie podsumowanie? Pogoda dopisała, to ważne. Na początku świeciło słońce, potem biegaliśmy w mgle i chmurach, najważniejsze jest, że nie padał deszcz ani śnieg. Na górze było około zera stopni, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo po tym jak wtarabaniłem się już na Świnicką Przełęcz pot lał się strumieniami. W pakiecie startowym była świetna koszulka techniczna Salomona (zdecydowanie jedna z najlepszych jakie otrzymałem na różnych zawodach), a jedyny minus dla organizatorów to brak możliwości wzięcia prysznica na mecie. Wszak jest to Hotel Górski Kalatówki, więc infrastruktura zapewne jest, zabrakło tylko dobrej woli.

Świetnie spisali się kibice. Dobre słowo dawali zarówno cywilni spacerowicze, których wyprzedzaliśmy, jak i ci, którzy stali na trasie z ramienia organizatora. Najwięcej uznania miałem dla tych, którzy siedzieli gdzieś na samej górze, robili zdjęcia i dopingowali do biegu. Największa niespodzianka spotkała mnie jednak przed Czarnym Stawem Gąsienicowym. Gdy wyprzedzałem jednego z turystów, nagle wypowiedział on moje imię i nazwisko. Byłem w niezłym szoku, bo nie znam człowieka. Okazało się, że jest z mojego rodzinnego miasteczka i mnie kojarzy:)

=== === ===

Stats&hints VI Bieg im. dh Franciszka Marduły (II mistrzostwa Polski w biegach wysokogórskich)

Według organizatorów trasa miała mieć ok. 25,5 km, Garmin naliczył mi 24,6 km, 1791 metrów w górę i 1517 metrów w dół. Z 321 osób, które przekroczyły linię startu, do mety dotarło 301, w tym ja na 132. miejscu.

Warunki pogodowe: od około zera na górze, do kilkunastu stopni w okolicach mety; najpierw słonecznie, potem pochmurnie; bez opadów.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295, plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; 3/4 leginsy, koszulka z krótkim rękawem i koszulka z długim rękawem, polarowe rękawiczki – był to na te okoliczności zestaw idealny.

W plecaku niewykorzystane: kurtka Tschibo + rękawice rowerowe (miały pomóc we wspinaczce), czapka.
Jedzenie/picie: 3 żele + 2 batony; 1 l izotonika w bukłaku. W punktach odżywczych załapane trzy kawałki banana i kilka kostek czekolady. Przydałoby się zamienić jeden żel na batona.

I zapis trasy dla ciekawskich: