BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 czerwca 2014

Trafiło mi się, że pojechałem tam z grupą niesamowitych ludzi i dzięki nim, cały ten weekend był niesamowity. Wspólne przygotowania, planowanie trasy, szykowanie bajków i genialny pomysł Wybieganego, by okleić samochody taśmą malarską w motywujące napisy. No i kultowa już, jak dla mnie, naklejka na szybę „KARKONOSZMAN OFFICIAL SUPPORT”, z którą dumnie jeżdżę teraz po Wawie. Do tego emocjonalna Bo na mecie, wspólne głupawe zdjęcia, gotowanie kilograma makaronu, nalewka aroniowa, radości, strachy i durne pomysły jak puszczenie naszego filmiku na wyświetlaczu w centrum Karpacza. To zrobiło różnicę, nie mogło być lepiej.

Pływanie – wspólne zaplatanie warkoczy
72 osoby w wodzie. Ale fajnie, nie będzie pralki! Nie będzie? Bach-bach kopem w twarz, płynę po kimś, ktoś płynie po mnie. Ręka, noga, mózg na ścianie! Oj Krasusie, chyba „ustawienie się” w samym środku było głupim pomysłem... Biednemu zawsze słońce w oczy, nie? Trudno jest nawigować, bo każda próba spojrzenia przed siebie oznacza słońce rażące w oczy. Nie kombinuję z oddechem – walę cały czas na prawą rękę, a co kilka oddechów patrzę do przodu. W międzyczasie nawiguję na zamek, drzewa i chmury. Pływanie u stóp Zamku Czocha jest niesamowite, samo wspomnienie tego widoku „z dołu” wywołuje ciary na plecach.

O, a koło mnie z lewej to jakaś kobiałka chyba, bo pod czepkiem widać zwinięte włosy. O, znajome oksy. Nie no, nie może być tak, byśmy z Bo płynęli razem. Tego jeszcze nie grali! O, z prawej taka sama! Płynę z dwiema Bo? Przebiegła z niej bestia, rozdwoiła się, by zwiększyć swoje szanse na wygranie Wielkiego Wyścigu! O, ta z lewej zniknęła. O, z prawej też nie ma. Co się dzieje, gdzie jest Bo?! O, jest z przodu. Za chwilę znów z lewej, przepływam po jej nogach i jest po prawej. Ale ładnie warkoczujemy... BOska, chyba oboje powinniśmy poćwiczyć nawigację w ołpenłoterze;)

Nie umiem sobie wyobrazić bardziej urokliwego miejsca do pływania / fot. Marcin Oliva Soto

I tak se płyniemy. Łódki, którą mamy opłynąć nie widać, w ogóle raczej niewiele widać, ale... (nie spodziewałem się, że kiedyś to napiszę) płynie mi się przyjemnie. Woda ma idealną temperaturę, nie ma już tłoku, jako-tako ogarniam technikę. Przed nawrotem puszczam koleżankę przodem, niech ma (po raz ostatni dziś!). Raz jestem z przodu, raz z lewej, raz z prawej – sam już nie wiem, które z nas gorzej nawiguje, ale gdyby ktoś obserwował to mizianie z góry, miałby niezły ubaw... Z wody wyłazimy niemal razem (tu już nie było puszczania przodem, czas mam o 2 sek. lepszy).

Pływanie: 1,9 km (zmierzone 2,5 km) / czas 52:03 / m-ce 46 z 72 (63,9%)
Mocno wydłużony dystans przepłynąłem w 52:03, najszybszy kilometr robiąc w 19:52, mam być z czego zadowolony, choć miejsce w drugiej połowie stawki mnie nie raduje. Chciałem się nie zamęczyć i udało się, z wody wyszedłem całkiem świeży. Warto by nauczyć się dobrze nawigować i pływać komuś w nogach.

Drogę do T1 pokonujemy oczywiście razem, a przy nas supporty, Wybiegany (Bo) i Jędrek (mój). Chłopaki pomagają się rozebrać, ubrać, podają picie i jedzenie. Ale nie śpieszę się. Wiem, że rower będzie mocno pod górę, więc chcę go zacząć w miarę na spokojnie. Ostatecznie schodzi mi prawie 5 minut (co było wynikiem w połowie stawki), ale bez problemów się nie obywa – nie mogłem się wpiąć w pedały, bo pod górkę to dość trudne zadanie, na dodatek skitrałem Garmina i musiałem go włączyć od nowa podczas wyjazdu z zamku Czocha, a było bardzo, bardzo stromo.

Rower – z górki na pazurki, a pod górkę...
Pomijając spadnięty łańcuch na pierwszym podjeździe (czemu nikt nie powiedział, by nie zmieniać przerzutek po kilka jednocześnie podczas podjazdu, huh?) jedzie mi się bardzo równo – coraz trudniej. Płaskiego nie było wiele, w zasadzie cały czas pod górę lub z góry (czy wspomniałem, że pływanie też było jakby pod górach, bo płynęliśmy z prądem i pod prąd?). Pod górę cierpię. Staram się nie jechać na najmniejszej przerzutce, to zawsze kilka km/h więcej, ale w wielu przypadkach inaczej się po prostu nie dało. By mięśnie miały lżej, co jakiś czas zmieniam pozycję. To w górnym chwycie, to na lemondce, w dolnym, na stojąco. Jedno jest pieprzonym constansem: jest cholernie ciężko. Od Orłowic przez 10 km jest cały czas pod górkę. Dziesięć-pieprzonych-kilometrów jazdy pod górę.

Za podjazdem zlokalizowano P1, czyli pierwszy parking, na którym supporty czekają na zawodników. Wymieniam bidon, biorę pół banana, przyjmuję na twarz krem przeciwsłoneczny, a wszystko to w kilka sekund! Czułem się jak bolid F1, który wjeżdża do pitstopu i wyćwiczeni jak automaty ziomale wszystko mu robią. Mój support spisał się na najbardziej złoty ze złotych medali! Jesteście zajebiści do kwadratu, a nawet sześcianu.

Trochę odpoczynku, bo jest prawie płasko (prawie, czyli tylko trochę pod górę) do Szklarskiej, a potem przerażający odcinek prawie 8 km zjazdu. Odpoczynek? Cały czas napięte wszystkie możliwe mięśnie, koncentracja na poziomie stratosfery i przykurczone dłonie gotowe zahamować w momencie zagrożenia. Jezusicku, jak ja się boję! Na którymś ze znajzdów Iroman dodaje otuchy słowami: „Wszyscy na tych zjazdach zginiemy!”;) Na prostej to nawet pedałuję, by szybciej przyśpieszać, ale na zakrętach zwalniam, bo cykam się jak diabli. Na zegarek oczywiście nie mam odwagi spojrzeć, ale potem Garmin powiedział, że moja maksymalna prędkość to 63,8 km/h. Ojaciepitole.

=== === ===

kĄkurs: Zarymuj karczycho!
A pamiętacie, że wciąż trwa karko-kĄkurs? I to nie byle jaki, bo karkonoski kĄkurs na karki, a właściwie to na rymowanki z karkami! Dwie najfaniejsze rymowanki (Ava, liczymy na Ciebie!) o karczychach nagrodzimy:) I to nie byle czym, bo fantastycznymi buffami (co lepiej ogrzeje zmarznięty kark jeśli nie buff?) od ulubionego sklepu dla biegaczy Natural Born Runners! Na rymowanki czekamy do połowy tygodnia (25 czerwca, środa, 23:59).


Ogłoszenie wyników kĄkursu typerskiego!
Tym razem tych typów nie było zbyt wiele, bo trochęśmy się zagapili i kĄkurs ogłosili w długi weekend, gdy większość z Was już wypoczywała. To dla nas też nauczka. Najbliżej ostatecznego rozstrzygnięcia był Piotr Pazdej, który otrzymuje książkę „Bez ograniczeń” Chrissie Wellington. Dwie pozostałe nagodzone osoby to Dorota Kałkowska („Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego”) oraz KA („Triatlon od A do Z”). GRATULUJEMY i prosimy o kontakt mailowy lub fejsbukowy!

=== === ===

Na zjazdach wyprzedziły mnie ze dwie osoby, ale z nawiązką odbijam sobie to na podjazdach, a tych nie brakuje. Fakt, że wyprzedzam pod górkę jest dla mnie miłą niespodzianką, bo skąd ja mam niby mieć na to siłę? Widocznie inni mają siły jeszcze mniej. I jakie dantejskie sceny... jeden zatrzymuje się, kładzie na kierownicy i wygląda jakby właśnie wypluwał duszę, inny ponoć zostawił rower na środku drogi i wskoczył do strumienia... Kawałek płaskiego i znów pod górę – pętelka przez Przesiekę. Doganiam jedną z dziewczyn. Jedzie „na krótko” i z zimna aż się telepie, niestety – nie mam jej czym poratować. Robi się trochę towarzysko, pojawia się jeszcze jeden zawodnik. Miła gadka-szmatka podczas piłowania pod górkę, ale panie Krasusie, pan nie przyjechał tu na podryw, tylko się upodlić! Trzeba zapier... do przodu, koniec pogaduszek! („Mam nadzieję, że się nieźle upodliłeś – sms od MS po zakończeniu mówi wszystko;)). Chyba odjechałem im bez słowa, za co towarzyszy przepraszam, zmęczenie nie tłumaczy braku kultury!

Najwolniej jadę 12-13 km/h – najniższa przerzutka i staram się trzymać kadencję ponad 90 rpm. Sił dodają kibice z samochodów (w tym GARNEK MOCY!!!), wyprzedzające nas supporty oraz piesi przechodzący wzdłuż drogi. Raz trafiłem na 6-7 osobową grupę osób, która stanęła w szeregu i robiła taki hałas, że aż musiałem przyśpieszyć! Krzyczeli, piszczeli, bili brawo, o raju, ludzie, gdziekolwiek jesteście, DZIĘKUJĘ WAM!

Nasza karko-drużyna w komplecie 

Samojebka z GARKIEM MOCY, marzenia się spełniają!:) 

Medal, dziubek, pĄ-oksy 

Współautorzy mojego dotarcia do mety. Supporcie, byliście genialni!

Przy zjeździe z Przesieki do Podgórzyna na jednej z serpentyn (pewnie miałem „tylko” z 40-45 km/h) autobus jadący z przeciwnej strony ścina łuk. Zaciskam hamulce, Zuzką zarzuca lewo-prawo, więc odpuszczam hamulce z myślą „a ch... tam”, najwyżej i mijamy się na 1,5-2 metry. Niby bezpieczna odległość, ale gdybym tylko miał czym, bez wątpienia w tym momencie zmoczyłbym spodnie ze strachu. Kawałek później podczas kolejnego hamowania (hamowałem oboma hamulcami delikatnie i po równo, by nie stracić kontroli nad rowerem, dobrze?) przedni zaczyna piszczeć i czuję swąd. Omatkoboskokolarsko, a co się robi w takiej sytuacji? Co to znaczy? Że mam po hamulcach? Odpuszczam hamowanie na chwilę, potem jest OK, ale przy kolejnym konkretnym zjeździe to samo.

Od 72 do 77 km jest płasko. Dziwne mam wtedy odczucia. Wiem już, że jest dobrze. Że na pewno zmieszczę sie w limicie, że sobie poradzę, że przeżyłem na tych strasznych zjazdach, że dotrę do mety (nawet nie dopuszczam opcji zawalenia biegu) i... chce mi się płakać. Jadę sobie przez jakieś miejscowości i nie jestem w stanie powstrzymać łez. Emocje puszczają, bo to co najtrudniejsze dla mojej głowy mam już za sobą. Zostało najtrudniejsze dla nóg. Zaczyna się ostatni podjazd do Karpacza. Momentalnie redukuję przerzutkę i zaczynam wspinaczkę. Na dystansie ponad 7,5 km mam do podjechania ponad 400 metrów. Niby nachylenie relatywnie niewielkie, porównywalne z Agrykolą, ale calutki czas pod górę, noga za nogą, pedałłnięcie za pedałłnięciem (tak, wiem, że nie ma takiego słowa) przez 7,5 km... Bez płaskich odcinków, bez jednej chwili odpoczynku, zatrzymania czy relaksu z górki. Nie można puścić luzu, bo wtedy rower się zatrzyma od razu. No to cisnę. Równe tempo, na wykresie niemal idealna kreska. Jadę, ledwie już żyw, krzyczę gdzieś w las AAAAAARGH dla dodania sobie animuszu, a po chwili....

Ding-ding-ding-ding.... Co to? Ze zmęczenia mam chyba jakieś dźwiękowe haluny. Głos cichnie. Cisnę dalej. Ding-ding-ding-ding... Jezusicku, znów! Tym razem dźwięk nie ustaje, nasila się. Ding-ding-ding-ding! To nie haluny, to nie zjawa, to nie ściema, to jedyny, najprawdziwszy, najlepszy i najwspanialszy GARNEK MOCY!!! Magdalena i Przemysław stoją dzielnie w najtrudniejszym chyba punkcie trasy rowerowej. Oczywiście dociskam mocniej pedały, oczywiście przez pot zalewający mi twarz się uśmiecham i dziękuję im za doping. Mówią, że koniec już blisko, ale dla mnie nawet 100 metrów wydaje się być dalekim dystansem. W końcu T2 pojawia się jakby znikąd, NKŚ do mnie macha, robi się płasko.

Rower: 85 km / czas 3:31:48 / m-ce 32 z 72 (44,4%)
03:31:48 to wynik jakiego mniej-więcej się spodziewałem. Moje techniczne i mięśniowe możliwości jazdy po górach nie pozwoliły na więcej. Jak mawiają, wyżej dupy nie podskoczysz. Endo twierdzi, że ostatni podjazd zajął mi około 31 minut, jeśli czytają to inni zawodnicy, ciekaw jestem Waszych czasów, pochwalcie się. W T2 Jędrek łapie ode mnie rower (zajefajna rzecz taki support:)), truchtam do swojego miejsca i przebieram się. Długą koszulkę z wełny merynosów (mega rzecz, obowiązkowy kawałek garderoby dla każdego wytrzymałościowca!) zamieniam na pĄ-koszulkę, kask rowerowy na czapeczkę biegową, no i buty przyda się zmienić. Chwilę rozmawiam z Jędrkiem (głównie coś w stylu „Kur... ale było ciężko” i „Ja pier... te podjazdy chciały mnie zabić”) i rozpoczynam bieg.

Bieg – byle do przodu i do góry
Taktyka jest prosta: zacząć spokojnie, wysikać się na pierwszym kilometrze, a potem nabrać prędkości i wyprzedzać. Na pierwszym podbiegu staram się trzymać poniżej 6 min/km i łapię dwie osoby. Sprawdzam, czy mają numer startowy i zaliczam do punktacji jedną – druga nie ma numeru, więc pewnie jest wsparciem. Po 2,5 km zaczyna się zbieg i puszczam nogi. Co spojrzę na chwilowe tempo, to Garmin pokazuje 3:25 albo 3:36 albo inną niebywałą wręcz prędkość. Ale skoro grawitacja mi pomaga, to korzystam z niej jak mogę. Przede mną kolejnych kilka osób, które łykam.

Wpadam na asfalt i tak lekko już nie jest, bo zaczyna się podbieg. Skończy się za 9 km. Dziewięć kilometrów do przodu i ponad siedemset metrów w górę... Dopóki jest tylko stromo, staram się truchtać, ale jak zaczyna się bardzo stromo (właściwa droga na Przełęcz Karkonoską), mam ochotę zapłakać. Tam jest ze 20 proc. nachylenia! Idę. Dynamicznie, ale idę. Przede mną i za mną wszyscy idą. Ale w ten sposób kuźwa nikogo nie wyprzedzę! Dobra, 30 kroków biegu. Odpoczynek w marszu i 40 kroków biegu. Wyprzedzam kogoś. Odpoczynek i 50 kroków biegu, znów wyprzedzam. To wyprzedzanie nakręca, ale więcej niż 50 kroków biegu nie jestem w stanie zrobić. Kolejna 50-tka, kolejna osoba wyprzedzona i jeszcze następna. Łącznie na liczniku już ze sześć, a może siedem. Przed samą przełęczą doganiam jednego z zawodników i chwilę rozmawiamy, razem docieramy do punktu z wodą, ale nie za bardzo mam siłę utrzymać jego tempo i odpuszczam. Napieram dalej w górę sam, oglądając jego plecy.

Skończył się asfalt i teraz rządzą kamulce, a na nich moja kostka przy każdym kroku zagrożona jest kolejnym wykręceniem. Patrzę głównie pod nogi, ale udaje mi się wyprzedzić kolejną osobę. I nagle, niczym feniks z popiołów, z mgły i zza potu pokrywającego moje gałki oczne, wyłania się Jędruś! To już! To ten moment, gdy wsparcie będzie mi pomagać i razem dotrzemy do mety, ufff, jak dobrze! Jędrek pilnuje, bym regularnie pił, jadł i podpowiada, którą stroną ścieżki najbezpieczniej biec. Dostaję nowych sił, ale tylko na chwilę, zmęczenie mocno daje się we znaki i co jakiś czas wydobywa się ze mnie „Nie mogę, poczekaj...”. Jędrek cierpliwie czeka, ale jednocześnie motywuje do dalszej walki, mówi co dalej będzie na trasie, że wkrótce zobaczymy Śnieżkę i w ogóle tuż-tuż jest kolejny zawodnik do wyprzedzenia. Wybór na support osoby, która zna Karkonosze był doskonałym pomysłem:) Jak tylko nawierzchnia pozwala, narzucam mocniejsze tempo, miejscami lecimy po 4:15. Słyszę, że jak pociśniemy to złamię siedem godzin, a to jeszcze tak daleko! Znak szlaku mówi, że do Domu Śląskiego jest 20 minut. „Za 7 minut będziemy” – słyszę. I jesteśmy po siedmiu minutach! Tam znów GARNEK MOCY i jeszcze Iza, która specjalnie dla nas wtarabaniła się tu na górę, by dopingować. Kapelusze z głów przed Wami, ludziska!


I Błażejowi też dziękuję!

Jeszcze tylko ostatni kawałek. Jeszcze tylko podejście na Śnieżkę... Podejście, bo po prawie siedmiu godzinach wysiłku nie ma mowy o podbiegu. Idę, ale staram się mocno stawiać kroki, do czego motywuje mnie jeden z rywali kilka metrów wyżej. Wyprzedzony. Jędrek mówi, że zbliżamy się do kolejnego, to ten, który odsadził mnie na Przełęczy Karkonoskiej! Niewiele widzę, bo deszcz pada poziomo, wieje okrutny wiatr i chyba jesteśmy w chmurze, ale wygląda na to, że kolega niemal słania się na nogach, support nie jest w stanie zdopingować go do zwiększenia tempa, a ja, zataczając się, dorzucam do pieca i biegnę! Mam poczucie, że jestem na granicy zasłabnięcia, ale stawiam wszystko na jedną kartę, wyprzedzam Tomka (pozdrawiam!) na kilkadziesiąt metrów przed metą. Ostatnie metry cały czas oglądam się do tyłu, czy czasem nie wyprowadza kontrataku, ale nie, nic mi już nie grozi.

Bieg: 21,1 km / czas 2:28:32 / m-ce 12 z 72 (16,7%)
Muszę dopracować bieganie w trudnym nierównym terenie. Na kamulcach zwalniałem, bo bałem się o skręconą tydzień wcześniej kostkę. Czas wyszedł dobry, ale mały niedosyt gdzieś pozostaje, bo liczyłem na miejsce w pierwszej dziesiątce na tym etapie. Na mecie muszę się na chwilę położyć, by odetchnąć. Uściski dla najlepszego supportu na świecie (bez Was dwojga nie dałbym rady tak ukończyć Triathlonu Karkonoskiego, nie ma bata, nie dałbym, DZIĘKUJĘ!), gratulacje od dyrektora imprezy, medal na szyi i woda w dłoni. Udało się. Ukończyłem pierwszą edycję Triathlonu Karkonoskiego, najbardziej ekstremalnych zawodów triathlonowych w tym kraju. Łzy wzruszenia, radość, nieopisana satysfakcja – wszystko mi się miesza.

Przyjechałem tu po przygodę i dostałem jej taką dawkę, że głowa mała. Porcja emocji i przeżyć była tak ogromna, że nie przespałem potem kilku nocy. Czas 6:59:38 dał mi 24 miejsce w stawce 72 zawodników, którzy wyruszyli na trasę, czyli dokładnie w jednej trzeciej. Jak na całkowity brak treningów rowerowych na wzniesieniach oraz wydłużoną trasę pływacką (moja najsłabsza dyscyplina), mogę być chyba z tego zadowolony. Tu czy tam minuta była do urwania, ale nie miałem na to napiny, miało być pięknie, przygodowo i radośnie. I było. Był flow na rowerze, był strach na zjazdach, ale i śpiewany pod nosem Vavamuffin gdy wszystko szło dobrze. I było też cholernie ciężko, był krzyk dodający animuszu, ból ud od pedałowania pod górę Było dokładnie tak, jak miało być. No i wciąż trwa karkowy kĄkurs, do dzieła!.

Dla takiego amatora jak ja, niesamowitą frajdą była otoczka tej imprezy. Od miejsca startu (Zamek Czocha naprawdę robi wrażenie! Oglądany z boku, z dołu i od środka!), poprzez strefę zmian na dziedzińcu i megastromne podejście do niej, aż na wszystkim co związane z supportem skończywszy. No i te podjazdy, te podbiegi, ta Śnieżka... Trafiło mi się, że pojechałem tam z grupą niesamowitych ludzi i dzięki nim, cały ten weekend był niesamowity. Wspólne przygotowania, planowanie trasy, szykowanie bajków i genialny pomysł Wybieganego, by okleić samochody taśmą malarską w motywujące napisy. No i kultowa już, jak dla mnie, naklejka na szybę „KARKONOSZMAN OFFICIAL SUPPORT”, z którą dumnie jeżdżę teraz po Wawie. Do tego emocjonalna Bo na mecie, wspólne głupawe zdjęcia, gotowanie kilograma makaronu, nalewka aroniowa, radości, strachy i durne pomysły jak puszczenie naszego filmiku na wyświetlaczu w centrum Karpacza. To zrobiło różnicę, nie mogło być lepiej, to była przygoda mojego dotychczasowego życia.




Za te chwile, piątce osób, z którą spędziłem ten weekend DZIĘKUJĘ!

Jasne, było trochę niedociągnięć organizacyjnych. Przede wszystkim od strony informacyjnej – mapki na stronie były nieaktualne, brakowało informacji o sposobie działania wsparcia, a i oznaczenia na trasach dałoby się poprawić. Wynajęcie dmuchanej mety też chyba nie jest problemem, co?;) Ale te drobiazgi nie zmieniają tego, że gdybym mógł wystartować tylko w jednej imprezie triathlonowej w roku, byłby to KarkonoszMan. Amen.

Inne relacje naszego drimtimu z KarkonoszMana (warto czytnąć):
Bo;
Jędrek;
Wybiegany.

=== === ===

MKON, człowiek-kosmita, zwycięzca KarkonoszMana i idol wielu triathlonistów-amatorów, rzucił wyzwanie. Za każdą minutę marszu na KarkonoszManie wpłacamy 10 gr na konto Fundacji SYNAPSIS, która pomaga dzieciom i dorosłym z autyzmem oraz ich rodzinom. Pomożemy i my, prawda?

Garmin mówi, że w tempie wolniejszym niż 9 min/km spędziłem na trasie 41:10. Dołączycie i przelejecie 4 zł? Niewiele, prawda?:) A Was trochę jest, ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka... Wystarczy wejść na stronę, wpisać ręcznie kwotę tam gdzie jest „WPISZ DOWOLNĄ KWOTĘ” i po paru kliknięciach jest:) Ja sam zadeklarowałem, że wpłacę 10 gr za każdą minutę w ogóle spędzoną na trasie biegowej. Zeszło mi 2:28:32, czyli 148,5 minuty (14,85 zł). Ale że to triathlon, to potrajam kwotę i wpłacam na konto fundacji 44,55 złociszy:) Kto mnie przebije, temu stawiam piwo!

Nie da się chyba lepiej podsumować Wielkiego Wyścigu niż tym zdjęciem.
Rywalizacja rywalizacją, ale... / 
fot. Marcin Oliva Soto

Choć na mecie tegorocznego Wielkiego Wyścigu byłem pierwszy i to ze sporym zapasem,
to wynik Bo zasługuje na to, bym ukląkł u jej stóp. Kapelusze z głów Koleżanko! / fot. Marcin Oliva Soto

piątek, 20 czerwca 2014



Ja się po prostu, tak po ludzku, boję tego Triathlonu Karkonoskiego, wiecie? Gdy 10 września ubiegłego roku w wymianie mailowej z MS pojawił się pomysł tego startu (zainspirowany wpisem Darka Sidora), pierwsze co Michał napisał to „Fak fak fak! To może być coś zajebistego! Pilnuj ich facebooka:)”, ale potem nadeszła jedna refleksja „Boje się tylko braków technicznych w jeździe na rowerze...” No i ja też tego się boję. Na dodatek w tych Karkonoszach muszę uważać na Bo (jej przedstartowe przemyślenia kliku-kliku), która szykuje zapewne olej rozlany na ostrych łukach, pinezki na belce startowej i inne atrakcje... Wszak Wielki Wyścig to nie przelewki, to nie zabawa dla małych dzieci tylko walka na do ostatniej kropli krwi, do ostatniej łzy i całego potu jaki można z siebie wypocić.

Skumajcie to, że przy dojeździe do naszej noclegowni Jędrek (moje wsparcie, bo w Triathlonie Karknoskim każdy zawodnik musi mieć swoje wsparcie) wpadł kołem w dziurę tak, że się na niej zawiesił i nie mógł wyjechać, a wyciąganie auta trwało 1,5 godziny! Jak myślicie? Kto tam tę dziurę rozstawił, jak sądzicie?;)


Love Błażej!

Ale do rzeczy. Ja czuję przed tymi zawodami wielki respekt, serio. Triathlon Karkonoski to 1,9km pływania w zimnym Jeziorze Leśniańskim u stóp Zamku Czocha (nie sądzę bym miał czas podziwiać widoki, więc dobrze, że zamek dokładnie obejrzałem dwa lata temu;)), 90km rowerem po szosach Karkonoszy (przewyższenia +1800m / -1300m) i na dobicie 22km biegu (+1300m / -500m) z odwiedzeniem Przełęczy Karkonoskiej i metą na szczycie Śnieżki. Tego biegu to się w sumie boję najmniej. Jak będzie za zimno to się ubiorę, jak za ciepło to się rozbiorę, a pod górkę jakoś sobie poradzę, bo choć urodzony, wychowany i żyjący na nizinach, to dusza moja bez wątpienia pochodzi gdzieś spod samiuśkich Tater. I choć nogi za duszą często nie nadążają, to łeb mam mocny i wiem, że sobie poradzę.

Ale ta zimna woda (wszak wiadomo, że pływak ze mnie przeciętny) i rower w górę i w dół, w górę i w dół i raz jeszcze w górę i w dół... Zdecydowanie bardziej doświadczony ode mnie w kolarstwie kolega Paweł napisał mi: „Staraj się jechać tak, jakbyś nie miał hamulców:) Więcej sił stracisz na rozpędzanie i dohamowanie na zjazdach niż na płynną, ale nawet wolniejszą jazdę.” W sumie brzmi sensownie, ale ta jazda bez hamulców...;) Obawiam się, że na zjazdach będę nadmiernie ostrożny i, podobnie jak na Biegu Marduły, będę tu tracił. Ale to moje pierwsze górskie doświadczenia na bajku, więc nastawiam się przede wszystkim na dobrą zabawę. Bo przecież czy strach jest zły? Nie, on pozwala włączyć hamulce bezpieczeństwa, zachować więcej rozsądku i zadbać o siebie.

Już same profile trasy i przewyższenia mówią, że będą to ekstremalne zawody, ale wystarczy rzucić okiem na prognozę pogody... Mówi ona, że do wody wchodzić będziemy w 2-4 stopniach, a na rowerze pomykać w 4-6. Meta jest na Śnieżce, a tam ze 2-3 stopnie i wiatr ponad 40 km/h. W sumie to fajnie, bo woda będzie cieplejsza niż powietrze, a bez upału na trasie biegowej odwodnienie raczej mi nie grozi;) Na rower trzeba się będzie ciepło ubrać. Bardzo ciepło, rękawiczki, buff pod kask i koszulka z wełny merynosów, tak to na razie widzę. Teraz siedzę na tarasie przed domem, pada deszcz. Po chwili nie pada, a potem znów pada. Mam ciepły polar i bluzę z kapturem, ale na rower to chyba tego nie założę.

Ale jednocześnie, obok tego respektu i strachu, to ja się okropecznie tym jaram. Szykują się naprawdę kultowe zawody, szykuje się triathlon jakiego ten kraj nie widział, a ja wezmę w nim udział! To jest coś, duże coś. Będzie cholernie ciężko, będzie bardzo bolało, ale będzie banan na ustach i radość niewyobrażalna i satysfakcja i spełnienie marzeń. I kiedyś, za 20 lat, gdy KarkonoszMan zdobędzie na świecie respekt taki jak norweski NorseMan, to powiem: byłem tam, na pierwszej edycji. W ekstremalnych warunkach dotarłem do mety i zostałem bohaterem.

Profil trasy rowerowej...

 ...i  biegowej

Ale, ale! My się tu będziemy bawić, ale i dla Was coś mamy. Chcecie kĄkurs? A chcecie dwa kĄkursy?;)

kĄkurs 1: Zarymuj karczycho!
Wiecie skąd nazwa Karkonosze? Hmmmm, Karkonosze, Karkonosze... Cóż to może znaczyć? PING! No jasne, że chodzi o kark! Zrobimy więc kĄkurs na karki, a właściwie to na rymowanki z karkami i oczywiście ze sportem, wszak jesteśmy sportowcami! Wrzucajcie je w komciach na blogach i/lub na Fejsach. Dwie najfaniejsze rymowanki (Ava, liczymy na Ciebie!) o karczychach nagrodzimy:) Czym można ochronić kark jak jest zimno? Ślicznym buffem! No to będą dwa buffy:) Na rymowanki czekamy do połowy przyszłego tygodnia (25 czerwca, środa, 23:59).

kĄkurs2: Typu-typu, kto wygra Wielki Wyścig?
Jak są zawody, to nie może się obyć bez typowania zwycięzcy i jego przewagi nad tym, kto będzie na drugim miejscu (tu nie będzie przegranych!). Proste typowanie, a w nim aż dla trzech (!) najlepiej typujących mamy trzy książki: „Bez ograniczeń” Chrissie Wellington, a także „Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego” oraz „Triatlon od A do Z”. No to typujecie, w komentarzach u mnie na blogu i w komentarzach u Bo:) Wpisujcie kto wygra i z jaką przewagą, typowanie kończy się w sobotę o 7 rano (wtedy nastąpi start KarkonoszMana).

Dziewczyny są super
Niestety, jedną rywalizację w tym roku już przegrałem i to grubo. Spalaliśmy kalorie. 283 fantastyczne dziewczyny dla mnie, a trochę mniej fajnych chłopaków spalało dla Bo. Łącznie do zabawy dołączyło 505 osób, które przez miesiąc przebyły 110 tys. km i spaliły prawie 6 mln kalorii! Niestety, zapomniałem, że faceci przez większą masę ciała, spalają więcej kcal i mimo niesamowitego wyniku 2,3 mln kcal (dziewczyny, jesteście boskie!!), przegraliśmy. Efekt?

Cóż, zajrzyjcie na Fejsa, nowa profilowa zobowiązuje...

To dla Was:)

Ale za te miliony spalonych kalorii (brzmi, co nie?) mamy oczywiście coś dla Was:) Bardzo proszę o kontakt na mailu lub FB następujące osoby: Julia Poznanianka, Aleksandra Dziądziak („Psychologia dla sportowców”), Katarzyna Pluto-Prondzińska, Iza Marusiak, Marta Alicja *Spidzior* („Biegaj zdrowo”). To od naszego kochanego sponsora, wydawnictwa Inne Spacery. Dziewczyny, dla Was ogromne gratulacje, a dla Kuby z wydawnictwa fanfary!




piątek, 13 czerwca 2014

Ależ było ładnie... / fot. Jacek Bogucki

Dzień przed startem Biegu Marduły napisałem na Fejsuniu„Będzie bolało, będzie ciężko, ale będzie pięknie, radośnie i szczęśliwie.” I wiecie co? Dziś, niemal tydzień po zawodach, nie jestem w stanie w jednym zdaniu streścić tych zawodów lepiej, nie spodziewałem się, że ta zapowiedź ziści się tak dosłownie.

Będzie bolało...
Ojapierdziulę jak bardzo bolały czwórki. Jeszcze w środę wieczorem ból był ciężki, dziś mamy piątek, a ja wciąż czuję, że mam mięśnie. Gdy w poniedziałek rano, przed klatką, na początku swojej drogi do pracy, zauważyłem, że nie wziąłem kasku i muszę wrócić się na trzecie piętro i jeszcze raz z niego zejść, niemal rozpłakałem się z żalu. Każda zmiana stanu (siedzenie-chodzenie, chodzenie-leżenie itd.) była okupiona jękami, stękaniem i nieparlamentarnym „k…”. Nie pomogła regeneracja na rowerze, nie pomogło jacuzzi, nie pomogła kąpiel solankowa. Swoje trzeba odcierpieć… W trakcie zawodów tak źle nie było, bo w miarę kontrolowałem intensywność wysiłku, a adrenalina i tatrzańskie endorfiny skutecznie zabijały zaczątki bólu, który nadszedł następnego dnia i potęgował się z każdą chwilą.

Będzie ciężko...
Tatry to nie są przelewki. Podejście na Przełęcz Karb czy wtarabanienie na Liliowe wymagają solidnej wydolności i siły mięśni nóg, nawet jeśli robimy to w tempie turysty. A to zawody, bieg, III Mistrzostwa Polski w Biegach Wysokogórskich Skyrunning! Na płaskim i z górki starałem się maksymalizować prędkość, ale tak, by nie narażać się na niebezpieczny wypadek. Najszybsze odcinki biegłem mniej więcej w tempie maratońskim (ok. 4:20 min/km), ale na podejściach tempo siadało momentalnie i skupiałem się na marszu. Długie kroki, mądre ustawianie stóp itd. W miarę się sprawdzało, choć jeden taki kolega zaczął mi uciekać w drodze do Murowańca, a na podejściu na Karb niemal znikał w oczach. Wniosek? Robił to lepiej.

Najtrudniejszy dla mnie moment? Właściwie to... chyba od końca asfaltu (pierwsze 2,5 km to rozgrzewka po asfalcie – oczywiście pod górę) do samej mety – czyli ponad 3h wysiłku. Starałem się biec (a pod górkę iść) tak, by cały czas było równo ciężko. I udało się. Nie zarzynałem się na żadnym podejściu, bo znam dobrze trasę biegu i wiedziałem, że sporo siły trzeba zostawić na drugą jego część, ale jednocześnie zrobiłem te zawody na maksa. Dość powiedzieć, że z 3,5-godzinnego wysiłku średnie tętno wyszło mi tylko o 3 uderzenia na minutę niższe niż z maratonu w Rotterdamie.

Będzie pięknie...
Powiem Wam szczerze: nie umiem znaleźć słów, które oddałyby to, z jakim zachwytem pokonałem te mordercze prawie 2000 m w górę, 1600 m w dół i 25 km do przodu. Pod kątem podziwiania widoków nie mogło chyba być lepszej pogody niż w sobotę. Niby walka o jak najlepsze miejsce i czas, ale wiele razy z premedytacją zwalniałem, oglądałem się za siebie i… przez plecy przechodziły mi ciarki. Już wbiegnięcie do Hali Gąsienicowej przynosi człowiekowi kochającemu góry wzruszenie, bo widoki tam zapierają dech w piersiach (zimowe wspomnienie: kliku-kliku). Żółta Turnia, Orla Perć, Kościelec, Świnica – Jezusicku, czego stąd nie widać! Miałem ochotę zatrzymać się, usiąść i podziwiać widoki. Ale przecież nie było czasu na przesadne zachwycanie się panoramą. Banan, woda na punkcie odżywczym i lecimy dalej. A dalej jest... jeszcze piękniej! Widok spod Karbu na Stawy Gąsienicowe jest bez dwóch powalający i fakt, że podziwiałem go już z pięć razy nijak tego nie zmienia. Gdybym miał wskazać jedną ze swoich ulubionych panoram w Tatrach, byłoby to właśnie podejście na Karb. Kto go nie widział, to naprawdę polecam ten szlak.

Takietam widoczki:) / fot. Olaf W.

Niestety, ze względów bezpieczeństwa (sporo śniegu) trasa biegu została zmieniona i ominęła nas wizyta na Świnickiej Przełęczy. A szkoda, bo to niesamowite miejsce, no i odcinek od Świnickiej Przełęczy do Kasprowego to prawdziwy skyrunning – bieg na wysokości ponad 2000 m n.p.m. W zamian za to z Czerwonych Stawków polecieliśmy do dolnej stacji kolejki, spod której rozpoczęło się trudne i męczące podejście na Przełęcz Liliowe. I znów, mimo coraz bardziej palącego bólu ud i zatykania płuc, co jakiś czas nie mogłem się powstrzymać przed poświęceniem uwagi widokom. To niesamowite, bo podczas normalnego ulicznego biegu nie mam siły na podziwianie miasta, a tutaj, mimo wysokiej intensywności zawodów, przyciąganie Tatr było tak ogromne, że przecierałem oczy od zalewającego je potu po to tylko, by choć na kilka sekund popatrzeć na szczyty i przełęcze.

Zdaję sobie sprawę, że jak mnie ktoś na trasie zobaczył, to wyglądałem jak zombie. Twarz zalana potem (delikatnie mówiąc nie jestem fanem upałów), obłęd w oczach i otwarte usta, bo wtedy łatwiej się oddycha. Ale mimo tego wyglądu, było to 3h24min radości. Takiej wewnętrznej, duchowej. Radości z bycia częścią czegoś wyjątkowego i obcowania z widokami jakich nie da się powtórzyć ani nawet opisać. Czytam tę swoją relację po raz kolejny i mam takie poczucie, że nawet w połowie nie umiem Wam opisać tego, jak pięknie tam było i jak bardzo to przeżywałem...

Od samej linii startu wiedziałem, że najtrudniejszym odcinkiem będzie dla mnie zbieg z Kasprowego Wierchu. Bo choć pobiegałem w Falenicy, pobiegałem na Kazurce, a nawet spędziłem kilka zimowych dni w Tatrach, to zbieganie nadal jest moją najsłabszą stroną. I tak było. Wyprzedziło mnie tam kilka osób, kilka innych łyknąłem ja, ale z każdym kilometrem było coraz trudniej. Jak się wypłaszczyło to i tak nie mogłem bezpiecznie puścić nóg, bo nawierzchnia była bardzo, bardzo niefajna dla moich nadwyrężonych kostek, więc nadal się męczyłem. Co parę minut na Garminie sprawdzałem aktualną wysokość odliczając kolejne sto metrów w dół.

Ostatnie 1500 metrów biegu prowadzi… pod górę, do Hotelu Kalatówki. Nie jestem w stanie biec, więc uprawiam marszobieg. Mając w pamięci końcówkę z ubiegłego roku (http://www.biecdalej.pl/2013/06/ten-w-ktorym-zostaje-podniebnym.html) co jakiś czas oglądam się za siebie wypatrując innych zawodników. Dopiero fakt, że biegnąc zbliżam się do jednego z rywali motywuje mnie do tego, by poruszać się szybciej. Na 100 metrów przed metą widzę Justynę z kamerą, więc się uśmiecham i pozuję do filmiku, ale pewnie wyszło bardzo pokracznie, jak zwykle w moim przypadku. Za metą 10 pĄpasków i można odetchnąć, udało się... :)

Nie ma dobrego biegu bez zestawu samojebek!
Telefon dał trochę ciała i niektóre nie wyszły, ech... :(

Radośnie...
Wyjazd w Tatry to zawsze dla mnie ogromna radość i duchowe przeżycie. Tym razem radości było wyjątkowo dużo, bo wybraliśmy się tam bardzo wesołą gromadką. Wybiegany w dwupaku, Jędrek, Kwito, Paweł, dołączył do nas Łukasz i jeszcze ta cała Bo, której przecież nikt nie lubi. Przygarnęliśmy ją więc i nawet nocleg w pokoju z TV jej daliśmy żeby Opole sobie mogła przed snem obejrzeć.

Oj, było naprawdę wesoło. Nie zabrakło wspólnego rozruchu, nie zabrakło pizzy, makaronów i piwa oczywiście też nie zabrakło. Ale to nie tak, żeśmy tylko browce pili. Od dotarcia do mety minęła godzina. Piwko już wypite, posiłek wciągnięty, co by tu robić. Leżymy na trawie, patrzymy na te góry, patrzymy... „Chodźmy na Giewont!” rzuca Kwito. Na początku sceptycznie i markotnie, ale... w mojej głowie kiełkuje myśl, że przecież cały dzień przed nami! Jestem w Tatrach, a Tatry to moje miejsce na ziemi. No kurde tak cały dzień siedzieć i pić piwo? „Idźmy, ale z tym Giewontem będziemy negocjować, bo tam tłumy będą.”. Zebrało się nas trzech odważnych i dosypaliśmy do pieca jeszcze ponad 1000 metrów w górę i 1300 w dół oraz 14,5 km do przodu. No kurde, to ja rozumiem! Miejscami biegliśmy, miejscami szliśmy, a bez względu na tempo rozmawialiśmy głównie o... jedzeniu;)


Pąpaski na Małołączniaku (2096 m n.p.m.)

I szczęśliwie!
Świat się skończył, piekło zamarzło, tego jeszcze nie grali... Po raz pierwszy w „karierze” wracam z zawodów sportowych z nagrodą! I to wracam z nagrodą z III Mistrzostw Polski w Biegach Wysokogórskich Skyrunning! Brzmi nieźle, co?:) Cóż, dopisało mi po prostu szczęście, dużo szczęścia! Dla co 40-tego zawodnika, który dotrze na Kasprowy Wierch Hotel Kasprowy ufundował weekend dla dwóch osób. No i psim swędem byłem tam akurat 80:)

Ja i nagroda, rzecz niebywała!

sobota, 15 lutego 2014

Zamknij oczy. Weź dobre piwo lub wino (czy co tam pijasz) i zastanów się chwilę: gdybyś mogła (mógł) spędzić dzień nad dniami, to jak by on wyglądał? Co można by w takim dniu zobaczyć, poczuć i jakie emocje zebrać? Masz już?

W nocy spadł świeży śnieg, miejscami było go po kolana. Dodaj do tego błękitne niebo utkane tu czy tam drobnymi, zawieszonymi hen wysoko chmurami. Wiesz jak wtedy wyglądają Tatry? To najpiękniejsze miejsce na ziemi. Można podziwiać różne widoki, uwielbiać różne krajobrazy, ale moim miejscem są Tatry.

Kościelec ze swoim stożkowatym szczytem, monumentalna Świnica, wcinająca się ostro pomiędzy szczyty Kozia Przełęcz – doskonale znane mi miejsca nabrały tego dnia niesamowitego uroku. Najpierw zatrzymaliśmy się na Gęsiej Szyi. Panorama powalająca na kolana. Łapałem się na tym, że stoję z otwartymi ustami, bo zapominam o bożym świecie. Do Murowańca doleciałem całkiem szybko, ale zamiast schować się w ciepłym budynku, poszedłem za niego. Stanąłem w świeżym śniegu, odwróciłem się w stronę gór i... nie mogłem się powstrzymać. Stałem tam i łzy leciały mi po policzkach. Zauroczony nie wiedziałem gdzie spojrzeć, nie byłem w stanie nic powiedzieć. Kręciłem się w kółko chłonąc tę niesamowitość wszystkimi zmysłami. Mroźne górskie powietrze ma swój zapach, ma swoje oddziaływanie na skórę twarzy i wszystko to odczuwałem ze zwielokrotnioną siłą.

Zupełnie zapomniałem, że ruszałem w trasę z bolącym kolanem. Ból? Istnieje tylko szczęście, tylko ta chwila, ten widok i ja. Miałem ochotę skakać z radości. Znać takie miejsce, kochać je i doceniać. Żyć takimi chwilami – to jest to.

Naćpany endorfinami i widokami wypiłem herbatę i mocną grupą polecieliśmy na Kasprowy. Oczywiście „polecieliśmy” to wielkie słowo, bo miejscami trzeba było torować w półmetrowym śniegu, co pod górę nie było proste. A po drodze – znów chwile wzruszenia i łzy w oczach. O matulu, co za widoki. Doskonale przeźroczyste powietrze sprawiało, że obraz był wyraźny jak nigdy. Na samym Kasprowym kolejne widoki, znów zachwyt, zapatrzenie w dal i poczucie, że nie potrafię pojąć tego piękna.

Droga w dół znów z postojami. Próba zrobienia zdjęcia komórką, to próba złapania czegoś nieuchwytnego. To trzeba zobaczyć i poczuć. Odpuściłem mocny trening zbiegów na rzecz truchtu i podziwiania widoków. Opuszczając Halę Gąsiennicową kilkanaście razy obracałem się, by jeszcze jeden ostatni raz spojrzeć. I potem kolejny ostatni raz i ostatni...





fot: 1-3 Olek / ObozyBiegowe.pl; 4-5 ja


czwartek, 2 stycznia 2014

Starty w XI Zimowych Biegach Górskich w Falenicy to jeden z elementów mojego „planu treningowego”. Jako że w 2014 zamierzam trochę pobiegać po górach, a jeden z dwóch najważniejszych startów będzie głównie pod górkę, to wpisałem Falenicę na listę „must be”. Póki co zimowe to te biegi są tylko z nazwy. Druga edycja odbyła się w pięknym słońcu, co sprawiło, że wielu zawodników biegło w krótkich spodenkach czy koszulkach.

Na starcie sporo znajomych twarzy, rąsia-rąsia, buźka-buźka i zaraz lecimy. Ustawiłem się z kolegą Bartkiem, którego marzyło mi się obiec. Na płaskiej dyszce był tej jesieni o kilka sekund ode mnie wolniejszy, więc to dobra osoba do rywalizacji. Stanęliśmy w 4-6 rzędzie. Odliczanie: pięć-cztery-trzy-dwa-jeden-START! I jak zwykle na zawodach: tłumy zaczynają od sprintu i mnie wyprzedzają. Twardo trzymam się tego, żeby biec w miarę spokojnie, ale na pierwszym kilometrze wyprzedza mnie z 20-30 osób, a Bartek szybko znika z horyzontu. Trzymam nogi na wodzy, licząc na to, że odbiję sobie na kolejnych okrążeniach (których na dystansie 10 km jest trzy).

Tradycyjna kolekcja fotek z rąsi.
Nowością są miny współfotkowiczów, ms spisał się na medal!;)

Na każdym kółku siedem solidnych podbiegów, każdy po kilkanaście metrów w górę, a potem w dół. Łącznie 255 metrów przewyższenia na zagadkowym dystansie 10 km. Zagadkowym, bo biegowe zegarki wymierzają tam od 8,9 do 9,2 km, a organizatorzy promują zawody jako 10 km – różnica spora, prawda? Zapewne na dokładność pomiaru wpływa krętość i lesistość trasy oraz jej przewyższenia, ciekaw jestem w jaki sposób organizatorzy wymierzyli tam jedno kółko na 3,33 km.

Już po kilometrze zaczynam wyprzedzać. Łykam sobie po jednej osobie co kilka chwil. Co kluczowe, wyprzedzam zarówno na podbiegach, na zbiegach, jak i na nielicznych płaskich odpoczynkach. Zbiegi to klucz do sukcesu na górskich trasach, bo na nich różnice pomiędzy wolnymi a szybkimi zawodnikami są większe niż na podbiegach. Sztuka polega na poddaniu się grawitacji i nie hamowaniu bardziej niż to konieczne, by się nie wywrócić. To wymaga nie tyle szybkości czy siły, ale odwagi, którą trzeba w sobie po prostu odnaleźć.

Na drugim kółku widzę przed sobą Bartka i po kilku minutach, na jednym ze zbiegów go wyprzedzam. Jak się potem okazało (ja tego nie zarejestrowałem) na trasie wyprzedziłem też Łukasza z treningów funkcjonalnych. W zmęczeniu go nie zauważyłem. Dostrzegłem za to kibicującą na trasie Agę, która tradycyjnie przyjechała wspierać swojego małżonka, a ten oczywiście pocisnął i wylądował w pierwszej dziesiątce;)

Pierwsze kółko złapałem w 14:06,na drugim trochę zwolniłem (14:15), ale sił na finisz wystarczyło i trzecie zmierzyłem sobie na ; 13:58. Planowo każde kolejne miało być szybsze, tym razem się nie udało, ale nie było źle.

Na trzecim kółku fizycznie ledwie już zipię, ale przecież jestem niczym Tomee Lee Jones w Ściganym! Długo wiozę się na plecach jednego z zawodników, który leci odpowiadającym mi tempem, ale na ostatnich kilkuset metrach wrzucam kolejny bieg i wyprzedzam jego oraz kilka innych osób, finiszując w tempie ok 2:30 min/km. Na metę wpadam z czasem 42:21 (choć mój stoper pokazał 42:19, no ale wyniki to wyniki;)), zajmując 48 miejsce na 482 zawodników.

Na liście wyników pojawiło się troje członków drużyny Smashing Pąpkins,
zachęcam kolejne osoby to wpisywania SP jako drużyny:)

Po biegu odetchnąłem 20 minut i zaliczyłem drugą rundą FalIno, czyli zawodów na orientację. Mocno czułem zmęczenie w nogach, na dodatek zapultałem się na dwóch punktach kontrolnych i w efekcie zająłem 24 miejsce na 37 osób. Celem nie była jednak walka o jakąkolwiek pozycję, a trening pracy z mapą.

Spora liczba podbiegów i nierówne podłoże sprawiają, że Zimowe Biegi Górskie w Falenicy to zawody mocno wymęczające. Po 10 km tam nogi bolały mnie dużo mocniej niż po „zwykłej” dyszce czy nawet półmaratonie. Ale mam poczucie, że treningowo jest to dla mnie bardzo przydatne i mam nadzieję, że w kolejnych edycjach też uda mi się wystartować, oby z jeszcze lepszym efektem!

Lepszy efekt dotyczy jednak nie tylko czasu i miejsca, ale i... liczby samojebek. No cóż, trzeba posypać głowę popiołem, bo dałem ciała! Początkowo zupełnie wpadły mi z głowy i stąd niewielka ich liczba jak na to, ilu znajomych tam spotkałem. Poprawię się następnym razem:)

wtorek, 4 czerwca 2013

Do mety 1400 metrów w linii prostej i ponad 150 metrów pod górę. Idę. W myślach: „biegnij, biegnij k..wa!”. Plan: 20 kroków truchtem na 20 marszem. Ani się obejrzałem, a maszerując doliczyłem już do 45 i za diabła nie jestem w stanie biec. Zmuszam się gdy licznik dobija do 60. Doganiam jednego z zawodników i wyprzedzam go przy budce TPN. Turyści dopingują, mówią, że już bardzo blisko. Nie mam sił nawet im podziękować, pokazuję tylko uniesiony kciuk. Wg Garmina jeszcze 600 metrów. 500, 400, 300...

Słyszę głos NKŚ (Najlepsza Kibicka Świata) i zastanawiam się, czy to czasem nie halucynacje. Ale nie, ona tam jest, stoi! Próbuję się uśmiechnąć (bez skutku) i zmuszam się do biegu. NKŚ mówi, że jeszcze 100 metrów. Choćbym miał zwymiotować, to te 100 metrów przebiegnę! Widzę dwóch napieraczy przed sobą, są coraz bliżej. A z tyłu słyszę kroki. Jak to?! Przecież dopiero co się oglądałem i nikogo nie było! Obracam głowę i ulga: to NKŚ, chcąc dodać mi otuchy, dzielnie biegnie za mną. Do mety szpaler kibiców, chyba krzyczą, ale nie jestem pewien. Na kilkanaście metrów przed dmuchaną bramą Salomona, machając rękoma na prawo i lewo (dodawałem sobie w ten sposób pędu) i zmuszając się do nadludzkiego wysiłku, wyprzedzam jednego z rywali. Ale kolega ma niezły zapas sił i zrywa się do niewiarygodnego sprintu, wyprzedzając nie tylko mnie, ale i jeszcze poprzednika. VI Wysokogórski Bieg im. dh Franciszka Marduły kończę na 132. miejscu na 321 uczestników, z czasem 3:38:01,3. Do zwycięzcy Marcina Świerca straciłem 1:19:30.

Ja wiem, że jak na debiut to dobry wynik i dałem z siebie wszystko i w ogóle, ale... Wiecie jaki jestem. Niby 130. czy 132. miejsce nie ma znaczenia, ale jednak. Finisz był porażką, bo źle go rozegrałem. Gdybym Zbyszka wyprzedził na 2 metry przed metą, nie zdążyłby zareagować. Przed startem miałem cichą nadzieję na zmieszczenie się w pierwszej setce, dałby mi to czas nieco poniżej 3:30. Znalazł się tam Kwito, z którym znów przegrałem (poprzednio na Skorpionie), oj muszę wziąć się do ciężkiej pracy, bo mi Piotrek ucieka!


Ostatnimi siłami do mety / fot. MO-K

Od początku istnienia tego bloga wiadomo było, że celem są góry. Nie na darmo tytuł „Biec dalej i wyżej”. To „wyżej” było marzeniem, ścieżką, którą chciałem odnaleźć. Tatry to moje miejsce na ziemi, a połączenie ukochanych gór z pasją do biegania wydawało mi się ukoronowaniem wszystkiego. I było. Start w VI Biegu Marduły był tak niesamowitym przeżyciem, że potrzebowałem ładnych paru godzin, by w ogóle zebrać jakiekolwiek myśli i dwóch dni, by przelać je na klawiaturę.

Bo bieganie po górach to coś kompletnie innego, a po wysokich górach to już w ogóle. Nie ma, tak jak na maratonie czy innym biegu ulicznym, zakładanego tempa i trzymania się go od drugiego kilometra do mety. Po prostu napierasz przed siebie jak się da najszybciej i modlisz się o to, by dany odcinek się już skończył... Bo albo jest w górę, albo w dół, nie ma płasko. Przy czym poza kilkoma kilkusetmetrowymi odcinkami na Biegu Marduły nigdy nie było tak, by po prostu można było biec lekko z górki, bez ryzyka. Każdy krok to ryzyko, każde postawienie stopy może skończyć się skręceniem kostki bądź upadkiem. W niedzielę zaliczyłem jedno i drugie. Najpierw, jeszcze przed Murowańcem, niefortunnie stanąłem na jakimś kamieniu i lekko skręciłem prawą kostkę, a potem, zbiegając z Kasprowego na złamanie karku, poślizgnąłem się i kawałek zjechałem po kamulcach. Na szczęście nic się nie stało i popędziłem dalej.

No, owo „popędziłem” to trochę przesada, bo jednak okazało się, że zbiegi to trzeba trenować i „pędziłem” oznaczało tempo w okolicach 4:50-5:10 min/km. Wydawało mi się to szybko, dopóki nie zobaczyłem tracka zwycięzcy Marcina Świerca. On w tych miejscach przemieszczał się z prędkością poniżej 3:30 min/km! Myślę, że kozice były mocno zaskoczone, że ktoś biega po górach szybciej niż one.

Przyznaję, miałem trochę strachu przed startem. Owszem, znam Tatry, wiedziałem gdzie jadę i wiedziałem, czego spodziewać się po trasie. Ale słowo spodziewać się nie jest do końca dobre, bo góry jak to góry – wszystko się może zdarzyć. Co innego chodzenie po górach z plecakiem, nawet samodzielne pobieganie dla treningu, a co innego napieranie przez kilka godzin bez chwili wytchnienia. Na dodatek istniało ryzyko, że tam czy ówdzie będzie leżał śnieg, a to podwaja niebezpieczeństwo.

Zgodnie z oczekiwaniami na zbiegach traciłem, co starałem się odrabiać pod górkę. Podejście pod Karb dało mi porządnie w kość, ale kilka osób udało mi się wyprzedzić, szkoda, że zabrakło czasu na podziwianie widoków, trzeba było lecieć w dół. Potem wspinaczka na Przełęcz Świnicką, która dała mi we wszystkie możliwe kości. Nie było oczywiście mowy o biegu, było mozolne stawianie nogi za nogą, łapanie oddechu gdzieś pomiędzy krokami i rozważanie, kiedy to się skończy.


Podejście na Świnicką Przełęcz solidnie dało w kość!

Niestety, w międzyczasie trafiły się małe problemy żołądkowe. Zaczęło mi chlupotać w brzuchu i musiałem przestać na chwilę pić, jedzenie też nie przyswajało się dobrze. Na szczęście po kwadransie przeszło i cisnąłem dalej.

Schowany w chmurach kibicujący nam pod Przełęczą Świnicką TOPR-owiec jawi mi się dziś jako postać niemal mistyczna. Napieram w chmurze i od kilku minut słyszę jak dopinguje, ale go nie widzę. A on stoi przy łasze śniegu i zagrzewa do boju każdego biegacza, który ją przekracza. Dawka energii jaką daje jego „Hop, hop, bardzo ładnie, już jesteś blisko, hop!” jest wręcz kosmiczna. Zmuszam się do ostatnich kroków pod górę, wychodzę na przełęcz z mroczkami w oczach i... kosmos. Cały czas napieraliśmy w chmurze, a ze Świnickiej Przełęczy rozpościera się fantastyczny widok na słowackie Tatry. Ciężko dysząc zmierzam dalej, ale wzrok cały czas ucieka w lewo...

Za Świnicką Przełęczą esencja sky runningu. Bieg granią od Przełęczy Świnickiej (2051 m n.p.m.) przez Liliowe i Beskid do Kasprowego Wierchu. Chyba z dwa kilometry biegu na wysokości ponad 2000 m n.p.m! Po skałach, pomiędzy przepaściami. Na prawo chmury, na lewo Słowacja z zapierającym dech w piersiach widokiem, a my w takim zawieszeniu gdzieś pomiędzy. Przez te parę minut czułem się jakbym frunął, jakby góry dodały mi skrzydeł. To było niesamowite przeżycie, jedno z najbardziej mistycznych w mojej „karierze” biegacza.


Widoki zwalały z nóg / fot. AS

Na Kasprowym banan, czekolada, następni kibice i niesłabnąca koncentracja. Wiedziałem, że teraz będzie najtrudniejszy odcinek. 1000 metrów w dół na dystansie 6 kilometrów. Na mocno już zmęczonych nogach i z zalewającym oczy potem z czoła. Tu najłatwiej było o błąd i kontuzję.
Ale jakoś poszło, całkiem sprawnie się między kamieniami przemieszczałem i dałem się wyprzedzić na tym odcinku tylko dwójce biegaczy, samemu wyprzedzając troje. A potem końcowy podbieg na Kalatówki, ale to już znacie ze wstępu...

Krótkie podsumowanie? Pogoda dopisała, to ważne. Na początku świeciło słońce, potem biegaliśmy w mgle i chmurach, najważniejsze jest, że nie padał deszcz ani śnieg. Na górze było około zera stopni, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo po tym jak wtarabaniłem się już na Świnicką Przełęcz pot lał się strumieniami. W pakiecie startowym była świetna koszulka techniczna Salomona (zdecydowanie jedna z najlepszych jakie otrzymałem na różnych zawodach), a jedyny minus dla organizatorów to brak możliwości wzięcia prysznica na mecie. Wszak jest to Hotel Górski Kalatówki, więc infrastruktura zapewne jest, zabrakło tylko dobrej woli.

Świetnie spisali się kibice. Dobre słowo dawali zarówno cywilni spacerowicze, których wyprzedzaliśmy, jak i ci, którzy stali na trasie z ramienia organizatora. Najwięcej uznania miałem dla tych, którzy siedzieli gdzieś na samej górze, robili zdjęcia i dopingowali do biegu. Największa niespodzianka spotkała mnie jednak przed Czarnym Stawem Gąsienicowym. Gdy wyprzedzałem jednego z turystów, nagle wypowiedział on moje imię i nazwisko. Byłem w niezłym szoku, bo nie znam człowieka. Okazało się, że jest z mojego rodzinnego miasteczka i mnie kojarzy:)

=== === ===

Stats&hints VI Bieg im. dh Franciszka Marduły (II mistrzostwa Polski w biegach wysokogórskich)

Według organizatorów trasa miała mieć ok. 25,5 km, Garmin naliczył mi 24,6 km, 1791 metrów w górę i 1517 metrów w dół. Z 321 osób, które przekroczyły linię startu, do mety dotarło 301, w tym ja na 132. miejscu.

Warunki pogodowe: od około zera na górze, do kilkunastu stopni w okolicach mety; najpierw słonecznie, potem pochmurnie; bez opadów.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295, plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; 3/4 leginsy, koszulka z krótkim rękawem i koszulka z długim rękawem, polarowe rękawiczki – był to na te okoliczności zestaw idealny.

W plecaku niewykorzystane: kurtka Tschibo + rękawice rowerowe (miały pomóc we wspinaczce), czapka.
Jedzenie/picie: 3 żele + 2 batony; 1 l izotonika w bukłaku. W punktach odżywczych załapane trzy kawałki banana i kilka kostek czekolady. Przydałoby się zamienić jeden żel na batona.

I zapis trasy dla ciekawskich:

czwartek, 27 września 2012

Od jakiegoś czasu nieodłącznym elementem mojego ekwipunku na każdy wyjazd są buty biegowe. Znajduję na nie miejsce w torbie zarówno na wypady weekendowe, jak i wakacyjne. Poranna przebieżka doskonale sprawdza się też jako lek na syndrom dnia poprzedniego po weselnych balach, sprawdzone!:) Rok temu na Teneryfie wstawałem przed świtem, by przed wschodem słońca i upału zrobić trening pod jesiennie dziesiątki, tak samo i w tym roku – w walizce na wyjazd do Toskanii nie mogło zabraknąć miejsca na buty i strój, wszak maraton tuż-tuż!

Toskańska porcja węglowodanów – pizza własnej roboty:)

Odpoczywaliśmy w toskańskim domu położonym na totalnej wsi. Google Street View pokazał, że nie ma tam nawet asfaltowej drogi, a dookoła są tylko pola. Na pierwszy bieg wybrałem się dzień po przyjeździe, ale zdecydowanie za późno jeśli chodzi o porę dnia (ok. 9:30). Mimo kilku chmur, ciepło śródziemnomorskiego słońca dawało się we znaki, ale nie to było najgorsze. Szybko okazało się, że to tereny mocno pagórkowate. Pierwszy trening oznaczał kilometrowy bieg pod górę, potem 3 km w dół, nawrotka, 3 km pod górę i 1 km w dół. W takich warunkach ciężko robić treningi maratońskie, trzeba było więc siąść do mapy i szukać dalej.

Mój łakomy kilometrów wzrok padł na rzekę Arno (główna rzeka Toskanii) w okolicach Empoli, bo ciek wodny zwykle wróży w miarę równy teren. Minusem tego rozwiązania była potrzeba dojechania na trening samochodem, trzeba bowiem pilnować kluczyków i znaleźć miejsce do parkowania co dla sporego kombiaka nie jest we włoskich miasteczkach takie proste;) Mądrzejszy o doświadczenie drugi trening rozpocząłem znacznie wcześniej, wg Endomondo start nastąpił o 7:49. Wzdłuż rzeki udało się zlokalizować 5-km odcinek wału przeciwpowodziowego, po którym prowadziła ścieżka nadająca się do biegania. Udało się przetrwać upał, a przy tym zrobić rozsądne 3x5 km w tempie 4:50 z kilometrowymi odpoczynkami w okolicach 5:20-5:30. Do końca 10-dniowego pobytu pozostałem wierny temu wałowi – wnikliwa analiza map nie pokazała atrakcyjniejszych terenów, a nie chciałem tracić czasu na poszukiwania, których owoce nie były pewne. Łącznie zrobiłem w Toskanii pięć treningów, aczkolwiek jeden z nich zakończył się już po 3 km, bo przemoczone rosą nie_biegowe skarpetki zafundowały mi odcisk.

 A po treningu pora na odnowę biologiczną w basenie

Na wyjazd zabrałem zakupione ostatnio buty Adidas Supernova Sequence 3. Łącznie zrobiłem w nich na razie ok. 150 km i muszę przyznać, że był to udany zakup. Dobrze amortyzują, trzymają stopę i dają mojej pronacji potrzebne wsparcie – na dłuższe biegi jak znalazł.

Druga część wyjazdu obejmowała wizytę w Zurychu i wyjazd w Prealpy Szwajcarskie – coś, co tygryski lubią najbardziej! Nie wyobrażam sobie wakacyjnego wyjazdu bez wycieczki w góry. Tym razem obyło się bez ataku na najwyższy szczyt kraju (w Szwajcarii nie jest to tak łatwe jak w Chorwacji czy na Teneryfie, bo Dufourspitze jest trzecim szczytem Alp i ma ponad 4600 metrów), czteroosobową grupą wybraliśmy się więc z Lauterbrunnen przez Wengen i Kleine Scheidegg na Männlichen (2343 m n.p.m.).

Jest to bardzo łatwy szlak, prowadzi niezbyt nachyloną i szeroką ścieżką (technicznie jest to wejście łatwiejsze niż do z Kuźnic do Murowańca), bez problemu można by wjechać rowerem. A widoki są niesamowite, bo trasa prowadzi pod trzema imponującymi szczytami: Eigerem, Mönchem i Jungfrau. Szczególnie ten pierwszy, prezentujący z tej strony legendarną Północną Ścianę robi piorunujące wrażenie. 1800 metrów skały i lodu (to najwyższa ścianę Alp i Europy) hipnotyzuje, mógłbym pod Eugerem spędzić cały dzień albo więcej. Zainteresowanym historią Eigeru i jego północnej ściany serdecznie polecam film Nordwand, opisujący tragiczną próbę jej zdobycia w latach 30.

Północna ściana Eigeru

Mimo braku trudności technicznych na trasie wycieczka nie była taka prosta ze względu na odległość – od startu do szczytu zrobiliśmy 14 km, co w górach jest dość znacznym dystansem. Niestety, zaplanowana pierwotnie droga zejścia okazała się być kompletnie zasypana śniegiem (który leżał tam od wysokości ok. 1800-1900 m n.p.m.) i musieliśmy wracać raz przebytą już trasą i zrobić kolejne 14 km, tym razem w dół. Ostatnie 2 godz. szliśmy z latarkami, bo było już po zmierzchu. Warto jednak było, bo wracając mogliśmy ponownie przyglądać się trzem wielkim górom, a o zachodzie słońca wyglądały one wyjątkowo pięknie.

Wspomnienia z Alp trzeba jednak odłożyć na bok, bo do Maratonu Warszawskiego pozostały już bardziej godziny niż dni. Startującym życzę powodzenia, a pozostałych zachęcam do wyjścia na trasę i dopingowanie. To naprawdę robi różnicę:) Trasę można obejrzeć na stronie Maratonu Warszawskiego. Meta znajdować się będzie na Stadionie Narodowym, tam też warto się pojawić!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

W nogach ponad 54 km, do mety zostały niecałe 4, zaczynam samotny finisz. Nie wiem skąd po takim dystansie mam siłę do biegu, ale gdy docierając do ostatniej prostej (1,5 km do mety) dostrzegam Irka KociołkaJest lekko z górki, jeszcze przyspieszam i robię swój najszybszy kilometr na zawodach - w 4:43! Ale to na nic, bo Irek też mnie widzi i napiera bez chwili wytchnienia. Na podstawie cieni drzew na szosie liczę w krokach stratę: 64 kroki, za chwilę 60, 55... Do mety jakieś 700 metrów, Irek nawet pod górkę nie zwalnia, nie dam rady go dogonić. Wpadam na metę nie więcej niż 30 sek. po nim. 58 km po Górach Izerskich (suma przewyższeń 1513 m) pokonałem w 8:57, co dało mi 14 miejsce wśród mężczyzn na Mistrzostwach Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km, wyprzedziły mnie jeszcze niesamowite Dagmara i Kasia, w klasyfikacji open byłem więc 16.

Tegoroczna Izerska Wielka Wyrypa zapowiadana była jako trudne zawody – miała być wymagająca nawigacyjnie i ze sporymi przewyższeniami (orgowie zapowiadali 1600 m na trasie 50 km). Stąd decyzja o strategii, by od początku napierać we trójkę razem z Bernardem i Pawłem i ewentualnie ścigać się ze sobą dopiero pod koniec – przecież co trzy głowy do myślenia to nie jedna. Okazało się jednak, że z tymi głowami to bywa różnie. Że mapa ma skalę 1:35000, a nie popularniejsze 1:50000 zauważyliśmy… w połowie trasy. Wstyd. Wcześniej „coś się nie zgadzało” z odległościami, ale że sprawnie znajdowaliśmy punkty to nie zwracaliśmy na to większej uwagi;)

Organizatorzy IWW przygotowali niestandardowy start – półtora kilometra biegu za samochodem i dopiero tam czekały na nas mapy. Zacząć można było na południowy wschód lub na zachód – zdecydowaliśmy się na ten pierwszy wariant i jako pierwsi ruszamy przez pole w kierunku PK3. Jest wcześnie (start o 7:00), na łące rządzi rosa więc już po kilku minutach buty mamy przemoczone, ale kto by zwracał na takie szczegóły uwagę? Jako ścisła czołówka płoszymy dwie sarny, które przebiegają nie więcej niż 5-7 metrów przed nami. Kontakt z naturą zaliczony.

Pierwsze cztery punkty (PK3, PK5, PK6 i PK8) zbieramy w sporym towarzystwie. Chwilami jest nas nawet 8-10 osób. W okolicy PK6, zgodnie z ostrzeżeniem orgów, trafiamy na ujadającego psa, który chwilowo zwiększa tempo przemieszczania się grupy;) Na szczęście głośny krzyk jednego z nas odstrasza go i czworonóg odpuszcza.

Na PK8 tracimy kilka chwil, co kończy się pożegnaniem ze ścisłą czołówką. Między PK8 i PK11 przedzieramy się przez gęsty las i kolejnych parę minut idzie w diabły. Przy okazji przyjmujemy trochę pokrzyw i jeżyn na łydki, nie ma lekko. Na PK13 wodopój, można też przegryźć pysznego wafelka, doskonały pomysł organizatorów. Najciekawiej umiejscowiony punkt na całej trasie to PK21. By się do niego dostać idziemy przez szkielet dawnego mostu. Dla osób z lękiem wysokości musiało to być niezłe przeżycie.

Po PK21 zapada decyzja, która ma ogromne znaczenie dla ostatecznego wyniku. Zamiast pójść kształtem „grzybka” i zebrać punkty ze środka mapy, ulegamy namowom Maćka (poznaniak dołączył do nas kilka km wcześniej i wytrwał do końca) by południem przez PK22 i PK19 pociągnąć do PK20, gdzie jest punkt żywnościowy (wyśmienite drożdżówki!), a dopiero potem załatwić środek z odcinkiem specjalnym. Jak dziś patrzę na mapę to od razu widzę, że był to cholerny błąd, przez który jak nic dołożyliśmy kilka kilometrów – byłaby spora szansa na zmieszczenie się w pierwszej dziesiątce… Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, stało się.

W międzyczasie spotykamy napierającego z drugiej strony Marcina Kargola, kolejnego biegacza, którego najpierw poznałem w sieci, a dopiero potem w realu. Miejsce na spotkanie było jednak dla nas złe, Marcin spokojnie sobie zbiega, a my męczymy się krok po kroku pod górę. A jest ciężko, naprawdę ciężko. Słońce i gorąc coraz bardziej dają się we znaki, a przewyższenia nie pozwalają na trzymanie sensownego tempa. Po równym i z góry staramy się biec, pod górkę maszerujemy. Często tniemy na azymut, przez lasy, łąki czy pola. To też chwila na odpoczynek, bo w trudnym terenie raczej nie da się biec. Przemoczone kilka razy stopy zdają się wołać o litość i zdjęcie butów, ale do mety jeszcze co najmniej 20 km.

Po jednym z takich cięć, przed PK10 puszczamy wodze szaleństwa i przez kilka minut pędzimy po ubitej szerokiej ścieżce w tempie życiówki na 10km! Na szczęście żaden z nas się nie potknął, bo takie coś mogłoby zakończyć się bardzo spektakularnym upadkiem i zapewne końcem zawodów. Czas na zaliczenie odpuszczonego wcześniej środka mapy, robimy to bez większych problemów, choć ja wyraźnie słabnę. Chwilę wcześniej wpadamy na robiącego odwrotny wariant Irka. Mistrzem końcówki maratonu (na liczniku mamy 40 km) jest Benek, który ciągnie nasz czteroosobowy tramwaj nie tylko nawigując, ale i dyktując tempo, szacun! Ja wlokę się na końcu i ledwie dyszę. Bojąc się o skręcenie kostki, zwalniam szczególnie na zbiegach po nierównym terenie, bo z gleby wystają kamulce i korzenie.

Przed PK7 (ostatni punkt żywnościowy) doganiamy Piotra Kwitowskiego i jeszcze jednego zawodnika. Z punktu ruszamy razem z nimi. Z Benkiem zaczynamy dyktować szybsze tempo, a cel jest jeden: zgubić rywali! W końcu to mistrzostwa Polski, więc nie ma miejsca na sentymenty;) Dopełnienie bukłaka, baton białkowo-węglowodanowy i żel energetyczny stawiają mnie na nogi i znów mam siłę szybciej przebierać nogami. Na horyzoncie kolejny zawodnik – doganiamy i wyprzedzamy, choć okazuje się, że to setkowicz, więc nie nasz rywal. Ale już w okolicy przedostatniego punktu (PK1) następny i znów udaje się zostawić go za plecami. Mimo zaaplikowania kilku tabletek, Bernardowi odzywa się kontuzja, więc teraz ja – w rewanżu za wcześniejsze prowadzenie – holuję go do PK2, gdzie ostatecznie się rozdzielamy i każdy napiera we własnym tempie.

W nogach ponad 54 km, do mety zostały niecałe 4, zaczynam samotny finisz. Nie wiem skąd po takim dystansie mam siłę do biegu, ale gdy docierając do ostatniej prostej (1,5 km do mety) dostrzegam Irka Kociołka. Jest lekko z górki, jeszcze przyspieszam i robię swój najszybszy kilometr na zawodach - w 4:43! Ale to na nic, bo Irek też mnie widzi i napiera bez chwili wytchnienia. Na podstawie cieni drzew na szosie liczę w krokach stratę: 64 kroki, za chwilę 60, 55... Do mety jakieś 700 metrów, Irek nawet pod górkę nie zwalnia, nie dam rady go dogonić. Wpadam na metę nie więcej niż 30 sek. po nim. 58 km po Górach Izerskich (suma przewyższeń 1513 m) pokonałem w 8:57, co dało mi 14 miejsce wśród mężczyzn na Mistrzostwach Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km, wyprzedziły mnie jeszcze niesamowite Dagmara i Kasia, w klasyfikacji open byłem więc 16.

Krasus tuż przed metą III Izerskiej Wielkiej Wyrypy
Tuż przed metą III IWW

Na mecie pożywny makaron, dużo picia i… radość, że to już koniec. Niby nie byliśmy wyżej niż 850 m.n.p.m., ale to ciągłe z górki i pod górkę w połączeniu z palącym słońcem mocno mnie zmordowało. Zawody górskie to jednak zupełnie inna para kaloszy, nieporównywalna z bieganiem po równinie. Dziś, po ochłonięciu, radości jakby trochę mniej, bo do głosu dochodzi niedosyt związany z wyborem złego wariantu mapy. Było dobrze, ale mogło być lepiej. Nauka na przyszłość jest jedna: w razie wątpliwości z wyborem przebiegu należy go choćby pobieżnie zmierzyć, w tym przypadku wystarczyło przyłożyć palec:/

Nie zmienia to jednak faktu, że III Izerska Wielka Wyrypa była doskonale zorganizowaną imprezą, godną rangi mistrzostw Polski. Budowniczy trasy stanęli na wysokości zadania, gęsta siatka 27 punktów kontrolnych sprawiła, że wariantów trasy było bardzo dużo, o czym zresztą świadczą pomiary GPS uczestników – niektórzy zrobili ponoć aż 68 km. Nie bez znaczenia jest też wyjątkowej urody okolica – naprawdę szczerze polecam na kilkudniowy wypad. Nie dość, że można połazić po Górach Izerskich (albo pojeździć rowerem – tras nie brakuje) to jeszcze można coś ciekawego zobaczyć. Warto pojechać do Lwówka, Gryfowa i oczywiście monumentalnego zamku Czocha.

Mistrzów Polski jest teraz czterech, pierwsi na metę ex-eaquo wpadli Piotr Banaszkiewicz, Jakub Molski, Mariusz Plesiński i Łukasz Romanowski z czasem 7:34. Wśród kobiet najlepsza była Dagmara Kozioł z czasem 7:54, więcej wyników na stronie organizatora.

Tradycyjnie track z GPS-a dla zainteresowanych. Jeśli czytają to inni uczestnicy III IWW to w komentarzu rzućcie linkiem, albo choćby dystansem, który zrobiliście, ciekaw jestem porównania.



Stats&hints III Izerska Wielka Wyrypa:
Wynik: czas 8:57; 16. miejsce na 139 osób w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: od ok. 8 stopni rano do ok. 25 po południu. Słonecznie.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; czapka z daszkiem; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; koszulka Adidasa z Półmaratonu Warszawskiego; Garmin FR305; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 batony normalne i 2 mini + 3 żele energetyczne + drożdżówka, ciastka i owoce na punktach odżywczych; 2,2 l napoju w bukłaku (dwukrotnie dopełniane na punktach).