Borówno poszło jak się patrzy, a po nim... pustka. Miałem coś takiego po Rotterdamie – misja wykonana, cel osiągnięty, poziom satysfakcji kosmiczny i... co dalej? Pustka, którą potrzebuję wypełnić. Kilka dni odpoczynku po ostatnim triathlonie i już miałem wyznaczone dwa cele: mistrzostwa Polski w pieszych maratonach na orientację na dystansie 50 km, a trzy tygodnie później Półmaraton Kampinoski. O ile w ramach przygotowań d PMnO powinienem głównie popracować nad koncentracją i likwidacją durnych błędów nawigacyjnych, które zwykle popełniam (biegowo wystarczą weekendowe długie wybiegania), to na Kampinos zapragnąłem mieć swój drugi w życiu plan treningowy! O, taki będę! Oczywiście, podobnie jak w przypadku przygotowań do Rotterdamu nie ma mowy o rozpisanym na minuty, godziny i kilometry planie, tym razem nawet nie zanotowałem wskazówek w Excelu, po prostu mam to w głowie.
Czasu jest niewiele, więc zrealizowany zimą plan skompensowałem do sześciu tygodni. Na początek kilka spokojnych treningów, by to czy tamto wzmocnić i wejść na obroty. Potem tempa progowe, interwały, podbiegi, biegi ciągłe, piramidki, no i tempówki, bo to wg mnie jeden z kluczy do sukcesu. Półmaraton Kampinoski odbędzie się w terenie, więc postaram się kilka treningów tempowych zrobić w lesie i butach terenowych. Stawiam na sprawdzone w moim przypadku zróżnicowanie treningów i słuchanie własnego organizmu. W gratisie #schodingpĄpkins, powrót na treningi funkcjonalne, a przede wszystkim to, czego zabrakło mi w wakacje: regularność. Chcę biegać 3-4 razy w tygodniu z kilometrażem na poziomie nie większym niż 50-60 km. Uważam, że w moim przypadku nie ma potrzeby biegać więcej.
Minęło półtora tygodnia od początku przygotowań i jest bosko! Czuję, że żyję. Noga podaje coraz lepiej, porównuję treningi do tych sprzed pół roku i choć wciąż widać trochę zaległości, to w oczach wręcz robię postępy. Przede wszystkim jednak, sam ze sobą doskonale czuję się w takim „reżimie treningowym”. W sobotę lub niedzielę rozpisuję sobie ogólny plan treningów na dany tydzień, a potem go realizuję, tu czy tam czyniąc zmianę lub wyjątek. Bo nie byłbym sobą gdybym czegoś nie podmienił lub nie przesunął. Ale odpuszczania nie ma. Przyzwyczajam się do przebywania poza strefą komfortu, to tam znajduje się budulec do życiowej formy. A cudzysłów przy reżimie treningowym nie jest od parady, bo w porównaniu do większości biegających kolegów i koleżanek to nadal biegam od Sasa do Lasa i bez większego porządku. Ten rok pokazał jednak, że w tym szaleństwie jest metoda, w moim przypadku działa.
Co ma mi ten plan dać? Chciałbym pobiec Półmaraton Kampinoski w okolicach 1:25. To o 2 min. gorzej od półmaratońskiej życiówki z Warszawy, ale Kampinos to bez porównania trudniejsza trasa. Przede wszystkim nie ma ludzi i prawdopodobnie większość dystansu przebiegnę sam. Będę musiał więc sam dyktować tempo, nie będzie motywatorów w postaci wyprzedzania rywali itd. No i teren: jest tam kilka niezłych podbiegów, bywają wąskie leśne ścieżki czy sypkie podłoże. Liczę, że dobrze przepracowany miesiąc pozwoli mi wrócić do formy z wiosny, a ona powinna wystarczyć na 1:25. Dwa lata temu wynik ten dałoby mi drugie miejsce, rok temu – trzecie. Nie ukrywam, że fajnie byłoby zająć dobrą lokatę:) Wciąż mam lekki wkurw na siebie za Monte Kazurę, w której pudło w klasyfikacji generalnej straciłem na ostatnim podbiegu, może 200, a może 150 metrów przed metą...
Czasu jest niewiele, więc zrealizowany zimą plan skompensowałem do sześciu tygodni. Na początek kilka spokojnych treningów, by to czy tamto wzmocnić i wejść na obroty. Potem tempa progowe, interwały, podbiegi, biegi ciągłe, piramidki, no i tempówki, bo to wg mnie jeden z kluczy do sukcesu. Półmaraton Kampinoski odbędzie się w terenie, więc postaram się kilka treningów tempowych zrobić w lesie i butach terenowych. Stawiam na sprawdzone w moim przypadku zróżnicowanie treningów i słuchanie własnego organizmu. W gratisie #schodingpĄpkins, powrót na treningi funkcjonalne, a przede wszystkim to, czego zabrakło mi w wakacje: regularność. Chcę biegać 3-4 razy w tygodniu z kilometrażem na poziomie nie większym niż 50-60 km. Uważam, że w moim przypadku nie ma potrzeby biegać więcej.
Minęło półtora tygodnia od początku przygotowań i jest bosko! Czuję, że żyję. Noga podaje coraz lepiej, porównuję treningi do tych sprzed pół roku i choć wciąż widać trochę zaległości, to w oczach wręcz robię postępy. Przede wszystkim jednak, sam ze sobą doskonale czuję się w takim „reżimie treningowym”. W sobotę lub niedzielę rozpisuję sobie ogólny plan treningów na dany tydzień, a potem go realizuję, tu czy tam czyniąc zmianę lub wyjątek. Bo nie byłbym sobą gdybym czegoś nie podmienił lub nie przesunął. Ale odpuszczania nie ma. Przyzwyczajam się do przebywania poza strefą komfortu, to tam znajduje się budulec do życiowej formy. A cudzysłów przy reżimie treningowym nie jest od parady, bo w porównaniu do większości biegających kolegów i koleżanek to nadal biegam od Sasa do Lasa i bez większego porządku. Ten rok pokazał jednak, że w tym szaleństwie jest metoda, w moim przypadku działa.
Co ma mi ten plan dać? Chciałbym pobiec Półmaraton Kampinoski w okolicach 1:25. To o 2 min. gorzej od półmaratońskiej życiówki z Warszawy, ale Kampinos to bez porównania trudniejsza trasa. Przede wszystkim nie ma ludzi i prawdopodobnie większość dystansu przebiegnę sam. Będę musiał więc sam dyktować tempo, nie będzie motywatorów w postaci wyprzedzania rywali itd. No i teren: jest tam kilka niezłych podbiegów, bywają wąskie leśne ścieżki czy sypkie podłoże. Liczę, że dobrze przepracowany miesiąc pozwoli mi wrócić do formy z wiosny, a ona powinna wystarczyć na 1:25. Dwa lata temu wynik ten dałoby mi drugie miejsce, rok temu – trzecie. Nie ukrywam, że fajnie byłoby zająć dobrą lokatę:) Wciąż mam lekki wkurw na siebie za Monte Kazurę, w której pudło w klasyfikacji generalnej straciłem na ostatnim podbiegu, może 200, a może 150 metrów przed metą...













































