BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

czwartek, 28 marca 2013

Przez ostatnich kilka miesięcy pracowałem nad przygotowaniem się do maratonu w Barcelonie. Jak nigdy biegałem długie treningi, rozmyślałem nad tempem i strategią, a przede wszystkim nakręcałem się na ten bieg. Wyobrażałem sobie miasto, kibiców, jak kilometr po kilometrze zbliżam się do upragnionego celu i jak mijam metę w wymarzonym czasie.

17 marca br. wszystko to się zrealizowało, a ja… poczułem pustkę. Przyzwyczaiłem się do tego nakręcania tak, że teraz mi tego brakuje. Owszem, już za trzy tygodnie będę atakował życiówkę na 10 km i to nie byle gdzie, bo w rodzinnym Żninie, gdzie wśród kibiców nie zabraknie zapewne osób mi znanych i bliskich, ale jednak 10 km to nie to samo co maraton, królewski dystans. Dyszkę można na maksa pobiec co miesiąc i bić życiówki, do maratonu przygotowania to kilka miesięcy pracy, długich treningów i wystarczy jeden błąd czy pech (np. problem zdrowotny) i wszystko idzie w diabły.

W relacji z maratonu obiecałem jeszcze kilka słów na temat Zurich Marató Barcelona i zdjęcia, będzie więc małe podsumowanie i ocena tego, jak w Hiszpanii robią maratony.

Organizacja – 5/6
Wbrew temu co marudziłem pod nosem przed startem, organizacja startu nie była wcale taka zła, ot po prostu pomyliłem godzinę startu;) Aczkolwiek potem dowiedziałem się od kibiców, że problemy były. Strefa, z której startowałem była za mała w stosunku do liczby biegaczy i wiele osób się w niej nie zmieściło, po prostu nie mogli wejść i wystartować normalnie. W efekcie kilkuset biegaczy biegnących na 3:15-3:30 wystartowało dużo później, za wolniejszymi grupami. Prawdopodobnie źle oszacowano liczbę osób, które mogą zmieścić się w tej strefie. Mimo tego start kilkunastu tysięcy biegaczy przebiegł bardzo sprawnie.

Słabo też wypadają zdjęcia organizatorów. Minęły prawie dwa tygodnie od biegu, a w systemie mam zaledwie cztery, musiałbym zapłacić za nie 25 euro, daruję sobie;) Są za to dostępne nagrania video, najfajniejsze jest to nazwane Av. M Cristina, widać na nim jak przekraczam linię mety (z flagą). Filmiki można zobaczyć tutaj.

Pajacyki na rozgrzewkę

Ale to drobne zarzuty jeśli chodzi o kwestie organizacyjne. Nie było horrendalnych kolejek do depozytów jak w Łodzi'12, nie było tłoku za linią mety jak na Półmaratonie Warszawskim'13, ani żadnych innych tego typu wpadek. Za metą na uczestników czekały nie tylko woda i izotoniki, ale i stoły pełne owoców oraz bakalii. Świeżych, przepysznych owoców. Przy pomarańczach spędziłem chyba z dziesięć minut;)

Punkty żywieniowe – 6/6
Pomarańcze oraz rodzynki i orzechy były też na punktach odżywczych na trasie. Bardzo orzeźwiające i dodające energii, gdyby nie było ich na 40 km, nie wiem czy dałbym radę ukończyć maraton w zakładanym czasie. Punkty były dwustronne (znów nawiążę do polskiego podwórka – niewiele mniejszy Półmaraton Warszawski miał jednostronne), długie i było ich dużo. Na niektórych były tylko napoje, na innych też owoce, a nawet żele energetyczne. Z tych ostatnich nie korzystałem, bo nie lubię eksperymentować na zawodach, o ich jakości się więc nie wypowiem.

Jedyną wadą organizacji punktów odżywczych była kolejność napoi. Najpierw była woda, a potem izotonik. A każdy trochę doświadczony biegacz wie, że nie należy kończyć posilania się izo, bo słodki posmak w ustach jest potem nie do zniesienia. Wody było za to do oporu, dawano ją w niedużych butelkach, co ułatwia picie w stosunku do stosowanych w Polsce kubeczków.




Wśród wielu zalet Barcelony nie sposób nie wymienić jedzenia!
(oczywiście to nie punkty żywieniowe na maratonie;))

Trasa maratonu – 6/6
Niebagatelną zaletą Zurich Marató Barcelona była trasa. Wiodła ona głównie szerokimi ulicami miasta (bardzo dużo ulic jest tam jednokierunkowych i mają po 3-4 pasy), w żadnym miejscu nie było za ciasno. Bardziej wąsko było pod koniec, ale wtedy stawka jest już rozciągnięta i nie ma problemu. A w Warszawie w Nowy Świat wbiegamy już po 1,5 kilometra…

Maraton poprowadzono tak, by biegacze mogli zobaczyć jak najwięcej atrakcji miasta. Nie wyprowadzono nas w pole jak to na polskich maratonach często bywa. Na początek dla fanów futbolu był Camp Nou, legendarny piłkarski stadion mieszczący prawie 100 tys. widzów. Dla tych, którzy oczekiwali tam fajerwerków było to jednak wielkie rozczarowanie, bo największy stadion w Europie jest wkopany w ziemię i z zewnątrz praktycznie w ogóle go nie widać. Pod tym względem nasz Stadion Narodowy jest dużo lepszy:)

Camp Nou od środka robi wrażenie! 

Potem przelatujemy obok Casa Milà, czyli jednego z najwspanialszych budynków zaprojektowanych przez Antonio Gaudíego. Katalończycy nazywają ten budynek La Padrera, co oznacza Kamieniołom. Bo rzeczywiście wygląda on jak wykuty w skale. Budynek charakteryzuje się tym, że praktycznie nie ma w nim linii prostych. Zdecydowanie jest to jeden z punktów obowiązkowych podczas wizyty w Barcelonie.

Casa Milà – arcydzieło barcelońskiej architektury

Dwa kilometry kolejny barceloński must-see – Sagrada Família. Uważany za szczytowe osiągnięcie Gaudíego kościół jest budowany już od ponad 130 lat (budowę rozpoczęto w 1882 r.), a koniec prac przewidywany jest na okolice 2030 roku. Monumentalna świątynia robi niesamowite wrażenie, a że był to dopiero 17 kilometr maratonu, można było ją podziwiać.

Sagrada Familia – 130 lat i wciąż w budowie

Potem jeszcze m.in. wizyta nad morzem, Parc de la Ciutadella, Arc de Triomf i pomnik Krzysztofa Kolumba. Barcelona jest fantastycznym miastem z duszą i tę duszę czuć było na każdym kilometrze.

Kibice – 6/6
Ale tym, co najbardziej urzekło mnie podczas barcelońskiego maratonu byli kibice! To był mój piąty maraton, ale gdybym zsumował liczbę i entuzjazm kibiców z czterech poprzednich (Warszawa, Łódź, Poznań, Warszawa) to z Barceloną i tak by nie wygrały. Na każdym kilometrze byli ludzie. Na balkonach, na ulicach, dosłownie wszędzie! Oczywiście najwięcej ich było w najpopularniejszych miejscach, takich tłumów jak przy Sagrada Famílii nie było nigdzie poza metą. No, ewentualnie przy Łuku Triumfalnym.

12 km – radość, uśmiech i moc w nogach!

42 km – nie dałem rady się nawet uśmiechnąć

Ale nie ilość się liczy, lecz jakość. Polscy kibice mają to do siebie, że dopingują głównie swoich bliskich. Często po prostu stoją i tyle. Dopiero po maratonie w Barcelonie to zauważyłem, bo dotąd myślałem, że zawsze tak jest. Okazuje się, że nie, w Hiszpanii jest inaczej! Bez względu na to, kto biegł ludzie cały czas robili hałas. Krzyczeli, bili brawo, cieszyli się.

Do tego bardzo dużo muzyki. Oprócz zespołów były i bębny. Dużo bębnów! Naliczyłem pięć punktów, w których bębniarze zagrzewali maratończyków do biegu, a to naprawdę działa i motywuje.

A warto zaznaczyć, że pogoda była, jak na Hiszpanię, wyjątkowo antykibicowska. Przez dużą część biegu padał deszcz (niezbyt mocno, ale jednak), było też dość chłodno, bo „zaledwie” 11 stopni. Aż trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałby maraton w Barcelonie gdyby było słońce i kilka stopni więcej.

Ale jest i łyżka dziegciu w tej całkiem sporej beczce miodu. Głupota ludzi jest taka sama w Polsce jak i w Hiszpanii. Znaleźli się tacy, którzy chcąc przejść na drugą stronę ulicy na 40 km wtarabaniali się w grupkę biegaczy. Podobnie zresztą biegacze – spotkałem się z osobą, która by zawiązać buta zatrzymała się dokładnie na środku trasy powodując mały karambol biegaczy.

Ten mały minus, który zdecydowanie został zbilansowany przez bardzo wiele plusów. Do nich warto jeszcze dodać niesamowitą wielonarodowość biegaczy. Na polskich biegach obcokrajowiec to wciąż wyjątek, w Barcelonie’13 ludzie spoza Hiszpanii stanowili ponad 40 proc. uczestników! Dla porównania, w Warszawie’12 obcokrajowcy stanowili niespełna 5 procent.

Okiem statystyka
Na koniec kilka statystyk. A właściwie jeszcze jeden minus. Organizatorzy nie udostępniają wyników w pliku XLS, by można sobie było je przeanalizować. Ale z tego co udostępniają widać, że biegłem dobrze.

Oto tabelka z międzyczasami i moją pozycją co 5 km. Na każdym kolejnym punkcie byłem wyżej, a na ostatnich 2,195 km wyprzedziłem niemal 200 osób!

odcinek
pozycja
czas
0-5 km
3132
23:47
5-10 km
3023
23:16
10-15 km
2928
23:21
15-20 km
2909
23:25
20-25 km
2868
23:28
25-30 km
2782
24:11
30-35 km
2558
23:50
35-40 km
2339
23:23
40 km-meta
2145
10:26

Łącznie maraton ukończyło 14777 osób, niestety nie wiem, ile spośród 18 tys. Zapisanych wystartowało.

W jednym zdaniu: z całego serca i z pełną odpowiedzialnością polecam maraton w Barcelonie, zapisy na 2014 r. już się zaczęły, do dzieła!:)

niedziela, 24 marca 2013

50 minut do startu. Mam już baloniki i tabliczkę 2:00, pogadałem z tym i owym czas się przebrać w żmudnie przygotowywany outficik startowy. Z plecaka wymuję kurtkę, czapkę, rękawiczki i cały sprzęt. Sprzęt, hmmm... Garmin? Gremlinku, gdzie jesteś?! Skostniałe od mrozu ręce grzebią w plecaku, bez skutku! Po minucie poszukiwań rezygnuję – dupa, zostawiłem go w domu! Ładnie, zając będzie biegł bez zwykłego choćby stopera.

Plan 1: Odpalę Endomondo w komórce i będę biegł z komórką w ręku –mało to jednak wygodne, ale dam radę.
Plan 2: Padnę na kolana przed Oluchną, obiecam, że ją zaniosę na rękach na to wymarzone 2:00, ale niech mi użyczy zegarka.
Eureka, Plan 3: kilkaset metrów stąd mieszka Michał, a obejrzeć start i tak się wybierał. Dzwonię, jest w domu, uffff... Na 30 min. przed startem Aga z Michałem przynoszą mi zegarek i mam z czym biec. Mogę przestać panikować;)

Kiedy Marcin zaproponował mi, bym razem z nim poprowadził na 8. Półmaratonie Warszawskim grupę na 2:00, nie zastanawiałem się nawet chwili. Zawsze podziwiałem ludzi, którzy zającują na biegach, PMW przypadł tydzień po maratonie w Barcelonie, więc i tak wielkie ściganie pewnie by mi nie wyszło – wszystko było na tak, więc się zgłosiłem.

Dobrze mieć baloniki, znajomi od razu Cię znajdą;)


Oczywiście trochę stresa mam – czy się uda, czy ludzie nie będą za bardzo narzekać na tempo, tłok itd. itp. Plan jest taki, by zacząć bardzo spokojnie (rozgrzewka), a przyśpieszyć na zbiegu do Wisłostrady oraz samej kilkukilometrowej trasie, na której mieliśmy mieć wiatr w plecy. Na Belwederskiej zwolnienie pod górkę, a potem już do mety.

Jest trochę zimno na starcie, ale foliowy płaszczyk się sprawdza. Potem jak przydzwoni słońce to nawet czapę na chwilę zdejmuję, ale szybko żółty łeb się chowa i nakrycie wraca na głowę. Jak lecimy pod wiatr Traktem Królewskim to nawet mocno chłodno jest. Dobrze, że mam kurtkę.


Początek biegu zgodnie z planem, od włączenia stopera do minięcia flagi z pierwszym kilometrem 5:57. Potem coraz szybciej, z górki nawet poniżej 5:30. Niestety, już na Nowym Świecie... rozwiązuje mi się but (znów?!), robię supełek i problem znika. Mea culpa, nie dopilnowałem tego po prostu na początku. Staram się służyć pomocą grupie – podaję wodę na punkcie odżywczym i tłumaczę, by się nie pchali do pierwszych stolików, bo wodopój jest długi. Co kilka kilometrów zarządzam „wkręcanie żaróweczek” i strzepywanie rąk – dla rozluźnienia górnej części ciała (zakwasy w bicepsie po biegu to trochę głupi i zbędny ból). GPS tradycyjnie oszukuje o kilkanaście metrów na kilometr, więc kontroluję czas każdego kilometra z oznaczeniami. Te, jak zwykle na imprezach Fundacji Maratonu Warszawskiego, są kapitalne: widoczne z daleka i wyraźnie opisane.

Przedstartowa prezentacja kolorowych skarpetek,
które niedługo chyba dorobią się swojego fanpejdża na Fejsie;)

Ale nie wszystko jest tak kolorowe. Dwustrefowy start (ruszaliśmy naprzemiennie z obu nitek Mostu Poniatowskiego) kompletnie się nie sprawdził. Już na niezbyt szerokim Nowym Świecie musieliśmy wyprzedzać część ludzi ze strefy 2:30, bo ruszyli przed nami! Na Wisłostradzie zaś dogoniłem zająca z tabliczką 2:10, wyprzedzanie w takim tempie, jeszcze z balonikami i tłumem ludzi nie jest łatwe. Ten pomysł Fundacji to ogromna klapa, zupełnie nie rozumiem dlaczego start nie został rozciągnięty np. na al. Zieleniecką. Bo zakręt? I co z tego? Na maratonie w Barcelonie połowa osób startowała zza zakrętu. Przecież do linii startu i tak dochodzi się marszem, a potem dopiero biegnie.

Staram się przygotować grupę na podbieg ul. Belwederską. Gdy podbieg już widać, zachęcam do kilku głębokich oddechów i rozluźnienia ramion. Pod górkę znacznie zwalniamy, tempo ponad 6:00 min/km, zdecydowana większość grupy daje radę! Potem jeszcze kilkaset metrów odpoczynku, do Ronda De Gaulle’a jest lekko pod górkę. Ale za zakrętem widać już, że do mety będziemy głównie zbiegać. Ci co mają więcej sił trochę przyśpieszają, resztę zachęcam do finiszu na pół kilometra przed metą. Linię mijam po 1:59:41 na zegarku, a 1:59:35 wg oficjalnych wyników. Nie jest to idealny czas Mańka, który wykręcił 2:00:00 (!), ale mieści się w normach.

Kilka osób widocznych na tym zdjęciu (pierwszy kilometr) widziałem jeszcze przed metą:)

W domu przeglądam wyniki i... jakie ludzie czasy powykręcali to głowa mała! Tydzień po Barcelonie Ania robi niesamowite 01:36:07 (kobieto, jak?!), królowa złamań Hania mimo konkretnych przeciwności losu 1:43:32, Oli udało się dzięki Mańkowi złamać dwie godziny, w debiutach dobre wyniki osiągnęli też Arek, Paweł oraz spotkany przed startem stary tatrzański znajomy Maciek. O Cypku i jego 1:20 to nawet nie wspominam, to nadczłowiek.

Ale oficjalną i bezapelacyjną mistrzynią świata jest dla mnie Bo, która na wysokości Agrykoli miała nawet swój plakat/billboard/flagę, czy jakby tego nie nazwać. Gazela nabiegała 1:37:42! Coś czuję, że w Poznaniu na ½ IronManie, gdzie będziemy się ścigać, to ja mogę nawet jej pleców nie zobaczyć, bo jeśli chodzi o pływanie to góruje nade mną o dwa Everesty i choćbym przeprowadził się na Inflancką i spał w basenie to jej nie dogonię. Panowie, jeśli któryś jest niezaobrączkowany to migusiem do Rzeszowa się Bo oświadczać!

Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale boję się, że za nadmiar odnośników w jednym wpisie wujek wielkie Gie uzna mnie za jakąś farmę linków;)

Nie udało się niestety Emilce, ale miała dziewczyna zły dzień zdrowotnie (ot, tak jak ja na Maratonie Warszawskim – zdarza się każdemu) i kilka minut do 2:00 jej zabrakło. Ale ja głowę daję, że w normalnych okolicznościach łyknęłaby dwójkę i jeszcze przepiła minutą zapasu!

sobota, 23 marca 2013

Stało się. Opłata wniesiona i Twój pierwszy maraton zaczyna nabierać realnych kształtów. W duchu drżysz na myśl o przebiegnięciu 42,195 km, bo najdłuższy pokonany dotąd dystans to 26 albo 32 km. To dobrze, ze drżysz. Maraton wymaga respektu, nie wybacza błędów i uczy pokory. Nie ma jednego słusznego poradnika dla debiutantów, tak jak nie ma najlepszych butów do biegania, ani doskonałego planu treningowego. Bazując na ukończonych pięciu sześciu maratonach, doświadczeniu paru kolegów oraz statystyce, przedstawię Ci kilka porad, które z dużą dozą prawdopodobieństwa pomogą Ci przetrwać Twój pierwszy maraton.

Maraton jak wojna
Słowo „przetrwać” nie znalazło się tu przypadkiem. Maraton to bój o przetrwanie, walka ze swoimi słabościami i oporem mięśni przed dalszym przebieraniem nogami. Przygotuj się na ból w trakcie i po, przygotuj się na wysiłek, jakiego jeszcze nigdy nie doznałeś(-aś). Jasne, ultrasi potrafią przebiec maraton tak, by się za bardzo nie zmęczyć, ale jeśli czytasz poradnik dla debiutanta, to ultrasem raczej nie jesteś;) Przygotuj się też na to, że już kilka dni po debiucie zaczniesz planować kolejny maraton, bo jego ukończenie jest przeżyciem wyjątkowym i trudnym do porównania z czymkolwiek innym.

Napisałem o bólu i cierpieniu. Ale przynajmniej części z tego możesz zapobiec. Zdjęcia pokazujące zakrwawione w okolicach piersi koszulki zawodników nie pochodzą bynajmniej od lobby producentów plasterków, to maratońska rzeczywistość. Kilka godzin pocierania koszulki o brodawki może doprowadzić to krwawiących ran. Sprawdź na jednym z długich treningów plastry – kluczowe jest, by nie odpadły po godzinie biegu. Najlepsze są wodoodporne. Im cieplej i mniej obcisła koszulka tym ryzyko otarć większe.



W ogóle wszystko sprawdź. W żadnym wypadku na maratoński debiut nie zabieraj dopiero co kupionych butów, koszulki, spodenek, ani nawet skarpetek czy bielizny! Nie lekceważ najmniejszego otarcia czy odcisku, który powodują Ci na przykład skarpetki. Po kilku godzinach biegu poczujesz je ze zwielokrotnioną siłą. Miejsca, które mogą doznać otarć (pachwiny, pachy) warto dodatkowo zabezpieczyć. Świetnie sprawdzają się wszelkie środki dla dzieci – zasypki, kremy itd. Dla kobiet must-have to sprawdzony biustonosz sportowy, ale o tym niech wypowiadają się ci, co mają doświadczenie w temacie;)

Choć raz przed maratonem zrób długi trening rano, o tej godzinie, o której planowany jest start. Raz: przyzwyczajasz organizm do dużego wysiłku o tej porze dnia. Dwa: to doskonała okazja, by sprawdzić, jak szybko strawisz śniadanie i na jak długo Ci ono wystarczy.

Gdy czasu jest coraz mniej
Ostatni tydzień przed maratonem poświęć przede wszystkim na odpoczynek i nabieranie sił. Tak, warto jeść makaron w piątek i sobotę. Tak, warto odstawić napoje procentowe na kilka dni przed, acz nie uważam, by małe piwo w sobotę wieczorem miało na naszym poziomie jakikolwiek wpływ na wynik. Chodzi po prostu o to, by nie przesadzić z procentami, bo one odwadniają i obniżają wydolność. W piątek i (lub) sobotę przebiegnij kilka kilometrów, ale bardzo spokojnie, by się rozruszać, a nie zmęczyć. Nie licz na to, że w ostatnich dniach nadrobisz zaległości treningowe. Stara maksyma mówi, ze lepiej być niedotrenowanym niż przetrenowanym.

Dzień lub dwa przed startem zaplanuj logistykę. Często nie warto pchać się na start samochodem, bo nie dość, że mogą być korki to na pewno będzie problem z zaparkowaniem. Wielu organizatorów zapewnia uczestnikom maratonu darmowy publiczny transport – skorzystaj z niego. Zwykle najlepiej sprawdza się ten szynowy – metro, tramwaj, pociąg. Ale uwaga, bo w dniu maratonu mogą pojawić się zmiany w kursowaniu, więc sprawdź to wcześniej na odpowiedniej stronie internetowej.

Najważniejsze jest, by linię mety przekroczyć
z rękoma w górze i z uśmiechem (w miarę możliwości;))
Na zdjęciu meta 34. Maratonu Warszawskiego na Stadionie Narodowym

Jeszcze wcześniej, na tydzień przed startem, warto obciąć paznokcie u stóp. Robienie tego w ostatniej chwili może się źle skończyć, co szczególnie w przypadku kobiet może być nieprzyjemne.

Przeanalizuj trasę biegu. Kluczowe są zbiegi i podbiegi. Warto wiedzieć, kiedy one nastąpią i się do nich mentalnie przygotować. Jeśli masz taką możliwość, przebiegnij tam pod górkę raz czy dwa. Oswój się z trasą, z jej najtrudniejszymi momentami, przygotuj się na nie. Zastanów się, w których miejscach da się przyśpieszyć, a w których prawdopodobnie trzeba będzie zwolnić. Spróbuj się dowiedzieć, w których miejscach wieje zwykle wiatr, a gdzie skupiają się kibice. W miejscach gdzie ich nie ma, może być najtrudniej. Sprawdź też lokalizację punktów odżywczych i zorientuj się, co będą oferować.

W maratonie nie mniej ważna od nóg jest głowa. Niektórzy uważają wręcz, że to ponad połowa sukcesu. Jeśli wystartujesz z negatywnym nastawieniem, ze słowami „nie uda się” to... się nie uda. Wyobrażaj sobie jak z uniesionymi rękoma wbiegasz na metę, jak pokonujesz kolejne kilometry, jak hostessa zakłada Ci medal na szyję i jak bliscy gratulują Ci sukcesu. Nakręcaj się na sukces!

A jak ten sukces osiągnąć już w dniu biegu, w drugiej części materiału. Zdradzę Ci tam, jaka jest najczęściej powtarzana w poradnikach bzdura oraz co robić rano przed startem i jak optymalnie przebiec sam maraton.

Druga część poradnika dla maratońskich debiutantów znajduje się TUTAJ.

wtorek, 19 marca 2013

Do mety 200 metrów, ostatnia prosta - do jasnej cholery, dlaczego ona jest taka długa?! Nic już nie myślę, te 200 metrów ciągnie się jak diabli.

Flaga nad głową. Mijam kilku zawodników, linia mety... Idę kilka metrów i muszę się zatrzymać. Bliżej mi do upadku niż robienia pompek, na stoperze 3:19:13. Podbiega sanitariusz, mówię mu, ze wszystko OK, jest pierwszą osobą od godziny, do której się uśmiecham. Chowam głowę we flagę, udało się, udało się, udało się... Potem SMS od organizatorów powie, ze było 3:19:14 - bez różnicy. I nie ma też znaczenia, że 2142 osoby przebiegły ten maraton szybciej niż ja. Zurich Marato Barcelona to moje zwycięstwo.


Są miasta, które mają w sobie to "coś", co każe do nich wracać. Barcelona zdecydowanie do nich należy. Już przy pierwszej wizycie stolica Katalonii czaruje niesamowitą architekturą, wyjątkowym bogactwem kultury, a przede wszystkim smakami: tapasów, owoców morza i win. Gdy zobaczyłem trasę tamtejszego maratonu, gdy okazało się, ze obiega świątynie futbolu Camp Nou, od razu wiedziałem, ze chcę tam pobiec.

START
Zgodnie z tradycją, na 10 minut przed startem po raz ostatni uderzam do toalety, potem wbijam się w swoją strefę (niebieska) i czekam. Mija ósma, czekam. Siąpi deszcz, a nic nie zapowiada rychłego startu. W myślach przeklinam Południowców za ich bałagan, no bo jak można opóźnić start maratonu dla 18 tys. ludzi?! Zawodnicy się rozgrzewają, spiker cośtam mówi, czekam. Pada deszcz.

W końcu zaczyna się zagęszczać i ruszają wózki. Czuję już podniosłą atmosferę maratońskiego startu, choć wkurza mnie prawie półgodzinne opóźnienie. Ale maratoński tlum niezmiennie mnie rusza, jest coś wyjątkowego w tej chwili. Start. Elita, żółci, czerwoni, w końcu my - niebiescy na start!

DYCHA
Zaczynam zachowawczo, o kilka sekund na kilometr wolniej od planowanego tempa. Potem przyśpieszam. Na podbiegach zwalniam o kilka sekund, ale na zbiegach dociskam o kilkanaście. Mijam Camp Nou, jego mury służą niektórym jako toaleta. Ech, bezcześcić takie miejsce...

Szybko buduję zapas nad planowanym tempem 4:44. Mimo pitstopu na zawiązanie prawego buta, znak 10 km mijam po 47:03 - 17 sekund szybciej od planu. Potem jest długo lekko w dół i po 12 km zapas przekracza 40 sekund, wciąż widzę zająców z flagami "3:15" i mam myśli, ze może powinienem jednak atakować 3:15, a nie 3:20. Kryguję się i zwalniam. Na 12 km kibicki robią zdjęcia, biegnę uśmiechnięty, niezmęczony, lepiej być nie może!

ŻYCIOWA POŁÓWKA
Zgodniez oczekiwaniami Garmin średnio radzi sobie z zachmurzonym niebem nad Barceloną (deszcz raz pada, a raz nie, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, pogoda do biegania idealna!) - nadkłada przeciętnie kilkanaście metrów na kilometr. Patrząc na zegarek muszę więc biec w tempie 4:40, a nie 4:44. Dodatkowo w głowie cały czas kalkuluję przewagę nad planem. Kilka kilometrów biegnę z dwójką Hiszpanów, trzymamy świetne tempo. Ale prawy but znów zmusza mnie do chwili postoju i tracę parę sekund. Odrabiam je przy zbiegu, niektóre kilometry robię poniżej 4:30!

W połowie dystansu mam 1:38:52, jest nowa życiówka w półmaratonie:) Do dobrego biegu dopingują tłumy kibiców, na prawie całej trasie jest gęsto. Krzyczą "Vamos! Vamos!", a tylu ludzi co przy Sagrada Familia nie widziałem jeszcze na trasie żadnego maratonu za wyjątkiem okolic linii mety. Ale najlepsze co może dopingować do biegu to bębny! A tych też nie brakuje, naliczyłem pięć miejsc z bębniarzami, acz mogłem się pomylić, bo byłem zmęczony;) W każdym razie bębniarze są i robią różnicę.

Na Av. Diagonal jest agrafka, najpierw mijamy się z szybszymi (przyuważam kilku Polaków, ale Michała mi się nie udaje złapać), po nawrocie z tymi, co biegną wolniej (paru naszych, ale Ani nie widzę). Zjadam drugi żel, biegnę i kalkuluję.

ZACZYNA SIĘ PRAWDZIWY MARATON...
28-30 km znów but, nie mam sił nadrabiać straconego przez niego czasu, kilometr wchodzi w 4:58, jeszcze jeden w 4:55 (pod górkę) i zapas maleje. Mimo tego, znak 30 km łykam w 2:21:27, do mety tylko 12,2 kilometra. Głowa pracuje: mam minutę przewagi nad 3:20, nawet gdybym zwolnił o 5 sekund na kilometrze, dam radę. Napieram.

Wzdłuż morza trochę wieje, zaczął się prawdziwy maraton. Na kolejnych kilku kilometrach tracę po kilka sekund, ale i tak praktycznie cały czas wyprzedzam, chyba inni mają jeszcze mniej sił. Zwalniam na punktach odżywczych - wypicie izo z kubeczka w trakcie biegu jest już niemożliwe. Na punktach są tez pomarańcze - zjadam po dwa kawałki, fantastycznie dodają energii. Mijamy Parc de la Cutadella i Arc de Triomf, znów tłumy! Przypominam sobie fejsbukową dyskusję o linii mety i czuję, że mogę na niej zrobić te pięć pompek!:)

Niesiony dopingiem 39 km robię w szaleńczym tempie 4:26. Błąd. Organizm szybko mi się za to rewanżuje. Nagle tracę siły, odcina mi zasilanie, a czwórki ud wołają o postój. Zdaje się, ze każdy krok jest ponad moje siły. Wyraźnie zwalniam i słyszę za plecami "dalej Polska, nie zwalniaj, łamiemy te 3:20!!", jakiś Polak maratończyk dopinguje mnie do trzymania tempa. Mówi, byśmy biegli razem, ale nie jestem nawet w stanie mu odpowiedzieć. Przez kilkaset metrów się za nim trzymam, potem odpadam. Jednak jego słowa wbiły mi się w głowę i ciągną mnie do przodu. Przypominam sobie, co napisał Marcin przed weekendem: "rozjeb ten system!". Krok po kroku jestem coraz bliżej celu.

WYGRYWA SIĘ GŁOWĄ, A NIE NOGAMI
Mijam pomnik Krzysztofa Kolumba, do mety 2 km, jest zbawienny punkt odżywczy - wciągam owoce popijając wodą. Miąższ z pomarańczy ratuje mi tyłek, trzymam tempo. Ale 42 km to mordercza prosta pod górkę. Widać już Plac Hiszpanii, zwalniam do 4:54 by zachować siłę na ostatnie metry. Przed ostatnim wirażem widzę swoich. Łapię flagę, ale nie jestem w stanie nawet się uśmiechnąć, na twarzy mam kompletnie nic. Na zdjęciach wyglądam jak zombie.

Do mety 200 metrów, ostatnia prosta - do jasnej cholery, dlaczego ona jest taka długa?! Nic już nie myślę, te 200 metrów ciągnie się jak diabli.

Flaga nad głową. Wyprzedzam kilku zawodników, linia mety... Idę kilka metrów i muszę się zatrzymać. Bliżej mi to upadku niż robienia pompek, na stoperze 3:19:13. Podbiega sanitariusz, mówię mu, ze wszystko OK, jest pierwszą osobą od godziny, do której się uśmiecham. Chowam głowę we flagę, udało się, udało się, udało się... Potem SMS od organizatorów powie, ze było 3:19:14 - bez różnicy. I nie ma też znaczenia, że 2142 2145 osób przebiegło ten maraton szybciej niż ja. Zurich Marato Barcelona to moje zwycięstwo.

POST SCRIPTUM
Potem okazało się, że pomyliłem godzinę startu. Był o 8:30, a nie 8. Południowcy wcale nie są tacy źli jeśli chodzi o punktualność;) Więcej przemyśleń o organizacji, kilka fotek i statystyk za parę dni, w kolejnym wpisie:)

poniedziałek, 11 marca 2013

Z ostatniego PK8 ruszam ze stratą 2-3 sekund. Młody narzuca ostre tempo, przebiegamy przez mostek i pole w kierunku lasu. Nawet nie zwalniam by spojrzeć na mapę, a czytanie jej podczas biegu w tempie 4:20/km nie jest łatwe;) Powoli zbliżam się do rywala, na granicy lasu jesteśmy już prawie równo, ale ścinka przez las jest nieudana, za gęsty las. Odbijamy z powrotem do drogi. Na niej, ok. 100 metrów przed nami kolejny biegacz, w niebieskiej kurtce, czyli jednak był ktoś przed nami! Widać już budynek bazy, ścinamy na pole, by go wyprzedzić skrótem. Na tym polu, na dystansie kilkuset metrów, rozstrzygnie się kwestia zwycięstwa. Patrzę na zegarek: tętno przekracza 180 uderzeń serca na minutę, tempo zbliża się do 4 min/km, a nie biegniemy przecież po równym asfalcie tylko po zmrożonym polu! Napieram już praktycznie na bezdechu, nogi ledwie przebierają, ale wychodzę na prowadzenie. Młody traci siły i gdy wylatuję na przedostatnią prostą, jest już kilka metrów z tyłu. Nie zwalniam, ostatnia prosta i meta. Wygrałem swoje pierwsze zawody w życiu!:-)

Jak zapewne wielu z Was wie, jestem lokalnym patriotą. Mogę mieszkać w okolicach Warszawy, ale w rytmie serca zawsze są okolice, z których pochodzę. Choć tym naj-naj regionem są Pałuki (które ostatnio całkiem polubiła Ania:)), to z ogromną przyjemnością wracam też w okolice Bydgoszczy, gdzie spędziłem fantastyczne cztery licealne lata. Nie byłem więc w stanie odpuścić organizowanej w Chrośnie imprezy Azymut Orient, która tym razem odbyła się w samym sercu Puszczy Bydgoskiej – między Solcem Kujawskim, a Nową Wsią Wielką (ach, NWW…;)). Ze względu na termin (tydzień przez maratonem w Barcelonie) nie mogłem sobie pozwolić na start w zawodach PMNO na 50 km, postanowiłem więc zrobić ostatni mocniejszy trening przed BCN i wystartować na 20-tce.

Na linii startu trasy P20 zameldowało się raptem 13 osób (z zapisanych 16), więcej chętnych było na trasę P50 (w tym kilku znajomych) oraz na trasy rowerowe. Około 8 rano dostajemy w ręce mapy: format A5, skala 1:50 tys., doskonały wodoodporny papier i – zgodnie z obietnicą organizatorów – cała trasa po lasach. Tylko punktów jakby dużo, bo osiem, a w komunikacie startowym jak wół stoi cztery. No nic, przynajmniej będzie ciekawiej. Szybka analiza trasy i ruszamy. Decyduję się na wariant odwrotny od ruchu wskazówek zegara, czyli 3-6-7-5-4-1-2-8, zostawiając na koniec najbliższy bazie PK8. Z bazy wybiegam drugi, przede mną młody chłopak, który narzuca ostre tempo. Pierwszy kilometr robię w tempie 4:57 i tracę już z 10-15 sekund. Mniej-więcej tyle samo za mną kolejne dwie osoby. PK3 jest na szczycie, szuka go jeszcze jakiś rowerzysta, znajdujemy bez większego problemu. Zejście z górki idzie mi jakoś wolno i jestem nie tylko za Młodym (już na początku w głowie tak sobie nazwałem tego chłopaka, który tak ostro wystartował), ale i za dwójką innych napieraczy. Ruszamy lasem, powoli ich doganiam i wyprzedzam, w oddali co jakiś czas majaczy mi Młody. Trasa jest szybka, ale trudna, bo na leśnych drogach jest trochę śniegu, a miejscami lód i można wywinąć niezłego orła.

Złoto dla Zuchwałych – mapa trasy P20

PK6 i PK7 znajduję bez większego problemu, na przelotach wciąż widzę Młodego przed sobą. Do PK5 mamy dobre 3 km, ale nie zbliżam się ani na krok, mimo że biegnę w tempie poniżej 5 min/km. Dobiegając w okolice PK5 widzę Go wyskakującego z lasu. Patrząc na mapę, punkt powinien znajdować się na granicy kultur. Kręcę się po jakimś zagajniku, punktu nie znajduję. Widzę między drzewami Młodego, czyli jednak też jeszcze szuka. Dobiegają kolejne dwie osoby i jeszcze kolejna i tak kręcimy się w pięciu jak ten smród po d… Bez skutku. Za drzewami znajdujemy pole, może to tam? Ale też nie ma. W końcu ktoś dzwoni do organizatorów, informujemy o sytuacji, podajemy swoje nr startowe i biegniemy dalej. PK4 na granicy lasu znów jest trudny do wypatrzenia. Nie możemy go z Młodym znaleźć, pomagają dwaj kolejni napieracze, udało się. Patrzę na mapę, teraz 2,5 km przelotu do PK1, meta coraz bliżej. Decyzja: do ataku! Ruszam bardzo mocno, szybko doganiam i wyprzedzam Młodego. Biegnę w tempie 4:10-4:20. „To trening interwałowy – szybkie 2,5 km, a potem chwila odpoczynku” – tłumaczę nogom, że muszą dać radę. Młody powoli zostaje z tyłu, ja trochę zwalniam, ale przewaga się utrzymuje. PK1 jest na szczycie górki. Między drzewami widzę lampion, a obok… plecak. Trochę mnie to dziwi, bo wygląda jakby ktoś porzucił go przy punkcie kontrolnym. Po chwili wiem już w czym rzecz, jedna z uczestniczek oddaliła się o kilka metrów, by załatwić potrzebę;) Kulturalnie odwracam głowę i lecę dalej. PK2 jest na jednej z przecinek leśnych na granicy kwartałów leśnych. Z rozpędu mijam jednak przecinkę i tracę dobre kilkanaście sekund na zorientowanie się gdzie jestem, dodając przy tym parę metrów dystansu. Punkt znajduję bez problemu, ale mam wątpliwości, czy to na pewno on, bo zamiast być 15 metrów od skrzyżowania jak mówi mapa, stoi dokładnie przy nim. Rozglądam się parę chwil, nie widzę innego, więc lecę dalej. Młodego z tyłu nie widać. Ale męczę się okrutnie, bo przecinka prowadzi raz w górę raz w dół, trzeba było uciec na równiejszą drogę, ale robię to dopiero pod koniec, zupełnie bez sensu i znów trochę czasu w plecy.

Wybiegam na długą prostą przez pola w kierunku PK8, oglądam się i tuż za sobą widzę Młodego. Chyba wstąpiły w niego nowe siły, bo biegnę ok. 4:30/km a on mnie dogania. Las i kawałek przez pole do PK8 umiejscowionego nad strumieniem. Źle wybieram wariant przebiegu przez pole i przy punkcie jestem drugi. Zdaję sobie sprawę, że przed nami nikogo nie ma, z dużym prawdopodobieństwem walczymy więc o pierwsze miejsce.

Złoto dla Zuchwałych było debiutem nowych butów Inov-8 Roclite 295.
Spisały się na medal, złoty!

Z ostatniego PK8 ruszam ze stratą 2-3 sekund. Młody narzuca ostre tempo, przebiegamy przez mostek i pole w kierunku lasu. Nawet nie zwalniam by spojrzeć na mapę, a czytanie jej podczas biegu w tempie 4:20/km nie jest łatwe;) Powoli zbliżam się do rywala, na granicy lasu jesteśmy już prawie równo, ale ścinka przez las jest nieudana, za gęsty las. Odbijamy z powrotem do drogi. Na niej, ok. 100 metrów przed nami, kolejny biegacz, w niebieskiej kurtce, czyli jednak był ktoś przed nami! Widać już budynek bazy, ścinamy na pole, by go wyprzedzić skrótem. Na tym polu, na dystansie kilkuset metrów, rozstrzygnie się kwestia zwycięstwa. Patrzę na zegarek: tętno przekracza 180 uderzeń serca na minutę, tempo zbliża się do 4 min/km, a nie biegniemy przecież po równym asfalcie tylko po zmrożonym polu! Frunę praktycznie na bezdechu już, nogi ledwie przebierają, ale wychodzę na prowadzenie, Młody traci siły i gdy wylatuję na przedostatnią prostą, jest kilka metrów z tyłu. Nie zwalniam, ostatnia prosta i meta. Wygrałem swoje pierwsze zawody w życiu!:-)

Dowiaduję się, że „Młody” to Fryderyk Pryjma, niespełna 15-latek (!). Choć biegowo okazałem się być trochę mocniejszy, to nawigacyjnie był lepszy ode mnie, praktycznie nie popełniał błędów, a ja kilka zaliczyłem i dlatego mimo ekstremalnego wysiłku na 15. i 16. kilometrze, w końcówce znów byłem na drugim miejscu. Na mecie czekamy na trzeciego zawodnika (w niebieskiej kurtce), ale dość długo go nie ma. Okazuje się, że nie miał zaliczonego PK2, bo wybrał jeszcze inny wariant. Kolejnych kilka minut później (nie wiem ile, bo na stronie nie ma jeszcze wyników) w bazie melduje się kolejna dwójka biegaczy.

Szkoda, że tak fajne zawody zostały spartolone przez błędne rozstawienie punktu. Ponoć na trasie 50-kilometrowej błędy były dwa, więc mieli jeszcze gorzej. Kilku zawodników z P50 dość ostro zrugało organizatorów, ale… cóż, mieli rację. Jasne, że to amatorskie zawody, że to zabawa itd., ale w tym wszystkim jest jednak współzawodnictwo, rywalizacja i jak ktoś podkłada takie kłody pod nogi to można mieć do niego pretensje. Takich problemów nie było jednak w ubiegłym roku na Azymut Orient, mam więc nadzieję, że był to jednorazowy wypadek przy pracy, choć spodziewam się, że na forach internetowych jeszcze się orgom dostanie. Bo takie sytuacje potrafią zniwelować sporo wysiłku. Przed PK5 miałem kilkanaście sekund straty do Fryderyka i kilka minut przewagi nad dwójką kolejnych zawodników, a dalej ruszyliśmy wszyscy razem.

Co tu dużo mówić...:)

Pomijając tę (wszak nie małą!) wpadkę, Złoto dla Zuchwałych było zorganizowane bardzo dobrze. Na mecie ciepła herbata i prysznic, trasa szybka i fajnie krajoznawczo zrobiona (przyznam szczerze, że nie spodziewałem się tylu pagórków w Puszczy Bydgoskiej!), a materiał z którego wykonano mapę był chyba jednym z najlepszych jakie otrzymałem na zawodach na orientację. Mimo gniecenia w dłoni przez 2,5 godziny, mapa nic nie straciła na czytelności, cały czas jest prosta i wszystko doskonale na niej widać. Jeśli strona organizatorów nie kłamie (a, to drugi minus – jej aktualizacja przebiega niezwykle późno:/) to tegoroczny Azymut Orient odbędzie się pod koniec czerwca na Kociewiu. Pewnie większość z Was nie wie, co to i gdzie to – macie więc argument, by tę niewiedzę zmienić, bo warto. To kolejny przepiękny kawałek naszego kraju:)

A najlepszy z tego dnia był powrót do domu rodziców (50 km od bazy). Wysłałem im tylko SMS-a, że wygrałem i za godzinę będę. Wchodzę do domu, a tam wszyscy najbliżsi stoją przy drzwiach, krzyczą, biją brawo i strzela szampan! Zupełnie nie spodziewałem się takiego przywitania i zrobiło mi się tak cholernie miło, że aż musiałem się tym z Wami podzielić.:)

=== === ===

Stats&hints III Złoto dla Zuchwałych 2013

Wynik: dystans 23,3 km; czas 2:23; miejsce 1/13

Warunki pogodowe: -2 stopnie, pochmurnie, w terenie 1 cm śniegu, miejscami lód

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295; spodnie Dobsom R-90 Winter,; koszulka termo z długim rękawem + techniczna z krótkim + kurtka Tschibo; Garmin FR305; kompas Silva Ranger

Jedzenie/picie: 1 żel + 1 baton (zjedzony w bazie na mecie) + dwa bidoniki 0,2l z wodą doniesione do mety.




piątek, 1 marca 2013

Prawie 40h uprawiania sportu, nabiegane 142 km na treningach i 64,5 km podczas zawodów na orientację, do tego 624 długości basenu*, 2 wizyty na pakerni i 3h przesiedziane na rowerowym siodełku – w sumie, wg Endomondo, zużyłem w lutym 27,5 tys. kalorii (tak właściwie to kilokalorii, ale używajmy powszechnego uproszczenia). Mimo przeziębienia (stąd jeden trening na bieżni), w porównaniu do stycznia było całkiem dobrze. Tak przynajmniej myślałem do wczoraj, gdy zobaczyłem podsumowanie miesiąca autorstwa Bo – ależ gazele mieszkają w tym Rzeszowie! No ale przynajmniej wiem, w jakim kierunku powinienem zmierzać. Wystarczy więcej biegać, pływać i kręcić na rowerze – w sumie żaden problem,c’nie?;)

Póki co poczłapałem do kilku lekarzy, by sprawdzić jak tam mój organizm w ogóle się ma i czy to co robię na pewno ma sens i nie wiąże się ze zbyt wielkim ryzykiem. Okazało się, że podobnie jak Ava mam za niską hemoglobinę. Nie jest to jakiś dramatyczny poziom, nawet w normach jeszcze się mieszczę, ale pani kardiolog uznała, że przy tak niskim tętnie (na EKG wyszło 45/min – pielęgniarka zrobiła spore oczy ze zdziwienia;)) i aktywnym trybie życia, powinna być wyższa. Spożywam więc właśnie pyszny i zdrowy sok z buraków.

A jak idą tri-przygotowania? Opłaciłem drugi start – to już pewne, że na dystansie 1/2 IM zadebiutuję w pierwszy weekend sierpnia w Poznaniu, a swój wynik poprawię miesiąc później w Borównie/Bydgoszczy. Szukam jeszcze jakiegoś sensownego 1/4 na lipiec, by zobaczyć jak to z tymi zmianami jest. Macie jakieś doświadczenia i pomysły?



W lutym skupiłem się na przedmaratońskim bieganiu, oprócz skorpionowego 64,5 km w trudnym terenie, zrobiłem dwa śnieżne treningi 30-kilometrowe i wczoraj mocne 22,5 w tempie na maratońską życiówkę. Przed poprzednimi maratonami tyle długich nie biegałem, mam nadzieję, że przyniosą oczekiwany efekt. Basen odwiedziłem 10 razy, wciąż robię postępy i tego zamierzam się trzymać, choć jak patrzę na treningi wspomnianej Bo, czy Arka to mi mina rzednie. Ale w marcu najważniejszym punktem jest maraton w Barcelonie. O tym, jak chciałbym go pobiec i jakie widzę szanse na zrealizowanie planu jeszcze będzie czas, by napisać, poczekajcie z tydzień.

Skąd tytuł posta? A no stąd, że drogą kupna nabyłem nowe buty! Nie są to super szybkie startówki na maraton, tylko buty do zadań specjalnych: Inov-8 Roclite 295. Moje kochane Adidasy zrobiły ponad 1000 km w trudnym terenie i choć cholewka wygląda prawie jak nowa to pianka już się ubiła i bieganie w nich sprawia mi spory ból jednej z kości śródstopia.

A przy okazji przypominam, że do 22 marca br. w sklepie NBR wszystko możecie kupić o 10% taniej! Wystarczy przy zakupie podać kod rabatowy: www.biecdalej.blogspot.com. Kod ważny jest do 22 marca br. i dotyczy całego asortymentu sklepu.

Lutowa zmiana butów ma też drugie znaczenie. Wyszedłem wczoraj „na lekko” (czyt. bez kurtki i całego zimowego sprzętu, w asfaltowych butach) na trening i... ależ się biegło! Noga podawała jak szalona, a sprężysta łydka z każdym krokiem chciała biec szybciej i szybciej! Leciałem jak na skrzydłach, a tętno pięknie utrzymywało się na niskim poziomie przez ponad 20 km! To chyba długie treningi w trudnym śnieżnym terenie wreszcie przyniosły efekt i wraz z nadejściem wiosny nadchodzi biegowa forma. Oby jej szczyt wypadł 17 marca na Plaça d'Espanya i w okolicach.

Swoją drogą, plac został wytyczony w miejscu dawnego miejsca straceń – wcześniej stała tam szubienica miejska. Idealne miejsce na start i metę maratonu, czyż nie?;)

* prawie połowa z tego na basenie 50-metrowym, ale dla uproszczenia przeliczyłem wszystko na 25-metrówki;)

piątek, 22 lutego 2013

Dobsom R-90 Winter to idealne spodnie do biegania zimą dla osób, które lubią ciepło. Do -10 nie trzeba pod nie zakładać legginsów, przy temperaturach rzędu -15 stopni świetnie sprawdzają się jaka druga warstwa. Przy bardzo długich zajęciach może to skończyć się otarciami, ale to zdarza się praktycznie w każdych spodniach.

Wiadomość, że zakwalifikowałem się do grupy testerów sklepu Natural Born Runners przyjąłem z niekłamaną radością. Pod kątem startów w zimowych PMNO wymarzyłem sobie spodnie do biegania szwedzkiej firmy Dobsom – R-90 Winter i udało mi się je dostać. Po jakimś czasie kurier przytargał paczkę (trzeba sobie jasno powiedzieć, mamy tu do czynienia z lokowaniem produktu – portki otrzymałem i oczywiście nie muszę ich zwracać po przepoceniu!), a w niej spodnie.

O tym, że Natural Born Runners nie jest zwykłym sklepem dla biegaczy świadczy zawartość paczki – były tam nie tylko spodnie, ale i… kilka cukierków!:) To naprawdę niewielki gest, ale dostarcza niesamowicie dużo radości. Sklep założył i prowadzi Grzesiek Łuczko, osoba znana, lubiana i rozpoznawana w światku biegaczy, szczególnie wśród tych, którzy ponad szosę i stałą trasę przekładają góry, las i pola, najlepiej z mapą w ręku.

Wiatr, śnieg, deszcz
Do rzeczy: spodnie robią dobre pierwsze wrażenie. Materiał, z którego są wykonane od środka jest miły w dotyku, to dobrze wróży przyjemności z biegu w nich:) Z zewnątrz składają się z dwóch części – na przedzie jest tkanina pokryta teflonem (zaczyna się na górze i kończy pod kolanami), co ma dodatkowo zabezpieczać przed zimnem, wiatrem i innymi nieprzyjemnościami, resztę zaś zrobiono z lekko elastycznej oddychającej tkaniny. Doskonały pomysł! Po co robić całe spodnie z windstoppera, jeśli tak naprawdę chodzi o przód ud, okolice krocza i kolana – bo te właśnie części najbardziej marzną podczas biegania. Wiatroodporny materiał jest naszyty na warstwę spodnią, ale pomiędzy jest przestrzeń, co ma ulepszyć wentylację.

Wierzchnia warstwa z teflonu jest naszyta tak, że spodnie
są jednocześnie wiatroodporne i dobrze oddychające

Spodniom zrobiłem też test wody i muszę przyznać, że wodoodpornością jestem mile zaskoczony – nie przemakają w głębokim śniegu, nawet gdy przyklęknąłem na kilkadziesiąt sekund, kolano pozostało suche. Warstwa teflonowa jest odporna nawet na polanie prysznicem, co sugeruje, że i w deszczu nogi pozostaną suche. Odradzam natomiast siadanie w nich w śniegu – jest zimno i szybko robi się mokro, widać więc różnicę materiałów z jakich wykonano przód i tył.

Spodnie są lekko zwężane ku dołowi dzięki czemu w trakcie biegania nie mamy irytującego szurania nogawek. Dodatkowo u dołu umieszczono zamek błyskawiczny, który umożliwia lekkie rozszerzenie nogawek. Dobsom R-90 Winter wyposażono w dwie kieszenie zamykane na zamek. Są one po bokach, w tradycyjnym miejscu, gdzie umieszcza się kieszenie. Jak dla mnie brakuje trzeciej niewielkiej kieszonki, w której można by zmieścić klucze, czy inny drobiazg. Nie lubię jak mi coś lata w trakcie treningu, a w dużej kieszeni klucze skaczą sobie jak chcą.

Spodnie Dobsom R-90 Winter mają po bokach dwie zamykane na zamek kieszenie

W tych spodniach nie zmarzniesz!
Jeśli chodzi o ciepłotę (bo przecież jest to istotne w spodniach na zimę) to Dobsomy po prostu wymiatają. W temperaturach powyżej zera jest mi już za ciepło w nich biegać. Do -10 nie potrzeba dodatkowej warstwy. Poniżej zaś warto założyć legginsy pod spód, ja potrzebowałem tego raptem jeden raz. Spodnie są zrobione z materiału ciepłego, ale jednocześnie oddychającego – szczególnie widać to po zakończeniu treningu, gdy parując spodnie oddają pot z nóg.

W zimowych Dobsomach pobiegałem sobie w styczniu i lutym i za każdym razem było super, ale prawdziwym testem dla nich miał być udział w Skorpionie 2013, czyli zawodach na orientację na dystansie 50 km. Jako że był mały mrozek, dodatkowych legginsów nie zakładałem i było to dobre posunięcie. Jeśli chodzi o temperaturę – było idealnie. Ani przez chwilę (a przebycie trasy zajęło mi ponad 10 godzin!) nie mogłem narzekać, że jest mi za ciepło lub za zimno. Teflon na przedzie świetnie sprawdzał się w sytuacjach bardziej ekstremalnych – gdy trzeba było wspiąć się po zboczu wąwozu kilka metrów i pomóc sobie kolanami, zachowałem suche nogi. Ściągacz na dole z kolei przydał się, bo zabezpieczał przed dostawaniem się pod nogawkę śniegu, którego w okolicy Skierbieszowa nie brakowało.

Nawet po rozpięciu nogawka chroni przed dostawaniem się śniegu do środka

Ale po 7 czy 8 godzinach nadszedł krytyczny moment – pojawiło się otarcie na udzie, poniżej linii bokserek. Wprawdzie przed zawodami posmarowałem nogi Sudocremem (swoją drogą, jego genialność to temat na oddzielny wpis!), ale przez tyle godzin krem zdążył się wchłonąć i spodnie otarły mi lewe udo. Podejrzewam, że gdyby nie Sudocrem, otarcie pojawiłoby się szybciej – np. po 4h. Zabezpieczeniem przed tym urazem byłyby legginsy lub obcisłe spodenki. Trzeba jednak zaznaczyć, że otarcia pojawiają się praktycznie przy każdych spodniach mających trochę luzu w kroczu, nie jest to więc wada Dobsomów, tylko cecha charakterystyczna spodni, odróżniająca je od legginsów.

Wniosek z powyższego jest taki, że Dobsom R-90 Winter to spodnie doskonałe do biegania zimą, ale przy bardzo długich biegach mogą przyczynić się do powstania otarć na udach (nawet jeśli ma się biegowe gatki), więc jeśli nie mamy pod nimi warstwy dłuższej niż bokserki, lepiej nie ryzykować.

Dobsom R-90 Winter w całej okazałości! / fot. ze strony Natural Born Runners

W kilku krótkich słowach moja opinia o Dobsomach R-90 Winter wygląda tak:

ZALETY:
- bardzo ciepłe
- chronią przed wiatrem, śniegiem i deszczem
- oddychające
- wygodne

WADY:
- brak małej kieszonki np. na klucze
- mogą spowodować otarcia ud jeśli nie ma pod nimi dodatkowej warstwy

Ogólnie zalety są dużo mocniejsze od wad – zimą i tak biega się w wielu warstwach, więc odpowiednia kieszonka gdzieś się znajdzie, a 6 godzin lub więcej biega raczej mniejszość niż większość czytelników;) Spodnie Dobsom R-90 Winter serdecznie polecam i to wcale nie dlatego, że dostałem je od Natural Born Runners, a dlatego, że są po prostu dobrze zaprojektowanym i wykonanym kawałkiem odzieży do biegania.


! ! ! UWAGA, ZNIŻKA NA ZAKUPY W NBR ! ! !


Spodnie kosztują w NBR 149 zł, co jest normalną ceną jak na markową odzież do biegania. Ale do 22 marca można je kupić taniej o 10%! A właściwie to do 22 marca br. w NBR wszystko możecie kupić o 10% taniej! Wystarczy przy zakupie podać kod rabatowy: www.biecdalej.blogspot.com. Kod ważny jest do 22 marca br. i dotyczy całego asortymentu sklepu Natural Born Runners!

wtorek, 19 lutego 2013

PK13 to jedyny na trasie punkt kontrolny, którego nie umieszczono w okolicy wąwozu – czeka na nas na słupie przy moście. Zlokalizowanie go nie sprawia mi najmniejszego problemu, jednak na chwilę tracę koncentrację i po podbiciu robię parędziesiąt metrów na południe, zamiast skierować się na północny wschód. Na szczęście w okolicy jest inny napieracz i jego kierunek biegu daje mi coś do myślenia – szybko orientuję się w terenie i zmierzam w dobrym kierunku. Między budynkami wpadam do wsi Sulmice, przebieżność drogi jest bardzo dobra, więc i tempo udaje się trzymać solidne – staram się biec poniżej 6 min/km. W nogach 20 km, jest mi cudownie. Kocham ten stan, gdy nie czuję jeszcze zmęczenia, wszystko idzie zgodnie z planem i czuję czystą radość z biegania z mapą.

Zaczyna się miejscowość Zawoda, ale jakoś nie zwraca mojej uwagi fakt, że nie ma jej na mapie w okolicy w której (myślę, że) jestem. Parę minut później zauważam „Zawoda” na mapie – kilka kilometrów dalej! Mając jeszcze nadzieję, że to niezgodność rzeczywistości z mapą (wszak ta pochodzi sprzed kilkudziesięciu lat) wchodzę w pierwszy napotkany wąwóz (mimo że zaczyna się on z 400 m od drogi, a nie przy drodze jak wskazuje mapa) i czeszę go w poszukiwaniu punktu kontrolnego. Po paru minutach orientuję się, że niezgodność mapy z otoczeniem jest zbyt duża bym mógł być tu, gdzie sądzę, że jestem, a lokalizacja zabudowań Skierbieszowa dobitnie mówi mi, że dałem ciała i zbędnie naddałem prawie 5 km. Pędzę z powrotem i bez większego problemu znajduję pożądany wąwóz, obok którego raz już dziś przebiegałem.

[KURTYNA]

Na PK9 jest ciepła herbata. Żeby było szybciej, odlewam kilka łyków i kubek uzupełniam zimną wodę – nie chcę się poparzyć. W międzyczasie do ogniska dobiega czwórka zawodników, którzy jak się potem okaże zajęli miejsca 6, 7, 8 i 9. Z PK9 wylatuję pierwszy, do końca zostały tylko dwa punkty, picie w bukłaku mam – nie ma co tracić czasu. Kawałek lecę swoim śladem, za plecami coraz bliżej jest jeden z rywali. Zrównujemy się i... rozdzielamy. Piotrek leci w prawo, a ja w lewo. To dziwne, bo przecież obaj chcemy wpaść na PK10. Uznaję jednak, że się pomylił. Wbiegam w las, znajduję wąwóz i trafiam na punkt – podbijam. Zadowolony z siebie ustawiam azymut na kompasie tak, by wyjść z lasu w pożądanym kierunku i napieram. Las nie jest bardzo gęsty, ale ze względu na śnieg przebieżność jest marna, ciężko szybko maszerować, o biegu nie wspominając.

Las się kończy i… coś się nie zgadza. Powinienem wyjść z niego tak, by skręcić w prawo i wzdłuż skraju lasu polecieć na północ. Tymczasem w prawo jest… południe! Chwila konsternacji. Mapa-kompas, kompas-mapa. Źle ustawiłem azymut i zamiast wyjść z wąwozu na zachód, poszedłem na wschód i wyleciałem po drugiej stronie lasu. Pomyliłem wschód z zachodem! Wkurzony znajduję polną drogę i nią obiegam pechowy las dookoła. Potem okazuje się, że pechowy podwójnie, bo to Piotrek miał rację – trzeba było pójść na prawo, tam też był wąwóz, a ja zebrałem punkt stowarzyszony* i 25 minut kary.

Błąd popełniłem przy wsi Wysokie II, gdzie zamiast drogą na południowy zachód pobiegłem na południowy wschód. Do dziś nie rozumiem, jak mogłem tego nie zauważyć. Dodatkowo „moja” droga prowadziła wąwozem, a na mapie go nie było – to też powinno dać mi do myślenia.

(* - kilka słów wyjaśnienia dla osób mniej zainteresowanych bieganiem na orientację. Taki bieg polega na zaliczeniu punktów kontrolnych naniesionych na mapę przez organizatora. Czasem przygotowywane są jednak „psikusy” w postaci tzw. punktów stowarzyszonych – oddalonych od poprawnych o kilkaset metrów lub więcej i umiejscowionych w podobnym miejscu (np. skrzyżowanie dróg, koniec wąwozu itp.))

[KURTYNA]



W Lubelszczyźnie zakochałem się podczas swojej pierwsze wizyty tam, niemal 10 lat temu. Miłość trwa do dziś, a ubiegłoroczny i tegoroczny Skorpion tylko ją umocniły:)

Powyższe wtopy kosztowały mnie łącznie półtorej godziny lub więcej, przez to w sumie na Skorpionie 2013 naklepałem 64,5 km. A mój wariant trasy powinien spokojnie zmieścić się w 57-58 km. Do tego kilka razy w innych miejscach dałem ciała, ale straty były mniejsze, więc te małe błędy w ogóle pomijam – bo one występują praktycznie zawsze. Wystarczyłoby uniknąć ostatniej wtopy po PK9 i zająłbym nie 10, a 5-6 miejsce. Zdarzały mi się już błędy na imprezach na orientację, mniejsze i większe wtopy i porażki, ale jeszcze nigdy nie czułem takiego wkurzenia na siebie.

Ale nie ma co gdybać – tegoroczny Skorpion, podczas którego rozegrano mistrzostwa Polski w pieszych maratonach na orientację na dystansie 50 km, był imprezą bardzo trudną nawigacyjnie i terenowo i mało kto całkowicie ustrzegł się błędów. Inni też mogliby uniknąć wtop i mnie wyprzedzić przecież;) Bezbłędnie trasę pokonało 17 uczestniczek i uczestników zawodów na 85, którzy dotarli na metę.

W tym świetle ukończenie tych zawodów z kompletem punktów, tylko jednym stowarzyszem i na 10. miejscu wśród mężczyzn jest wynikiem niezłym, by nie powiedzieć, że jednym z najlepszych w mojej „karierze”, choć poczucia niedosytu pozbyć się nie umiem.

Ale są i duże plusy wszystkiego. Na przykład to, że ponad 80 proc. trasy zrobiłem w samotności. Czasem w zawodach PMNO biegnę z kimś (tym razem pierwszych kilkanaście km zrobiłem z Bernardem, ale potem mieliśmy inne warianty w planach i się rozdzieliliśmy), kilka razy biegałem też samemu i to daje znacznie większą satysfakcję. Udało mi się motywować do biegu na każdym etapie zawodów i kondycyjnie w miarę wytrzymałem do samego końca. Nie zawiodła mnie też psychika, choć w momencie uświadomienia sobie wtop miałem napad frustracji. Ale zmotywowała mnie ona do dalszej walki, a nie do rezygnacji.

Warunki do biegania były trudne. Pola i lasy pokrywało wprawdzie nie więcej niż kilkanaście centymetrów śniegu, ale był on od góry zmrożony i zapadał się nie w momencie stawiania na nim stopy, a dopiero przy pełnym obciążeniu, zasysając przy tym buta niczym bagno. Warto było więc wybierać drogi z jak najlepszą przebieżnością, bo tam utrzymanie sensownego tempa było znacznie łatwiejsze. Takie warunki oraz trudna nawigacja zrównywały szanse, piąte miejsce na mistrzostwach Polski naprawdę było w zasięgu, bo do czwartego Pawła Pakuły brakuje mi kosmosu i jeszcze trochę;)

Przed zawodami na forach można było przeczytać głosy sceptyków, że w związku ze śniegiem wszyscy będą biec po śladach liderów i będzie nuda. Tymczasem organizatorzy wprowadzili tzw. scorelauf czyli dowolną kolejność zaliczania punktów. Dzięki temu każdy wybrał swoje rozwiązanie i już na starcie uczestnicy rozbiegli się w najróżniejszych kierunkach. A na mecie – cóż za emocje!

Wyobraźcie sobie: na metę wpada pierwszy Janek Lenczowski, ale dostaje 10 min. kary za zmianę jednego z punktów. Po ośmiu minutach na mecie jest Sebastian Reczek – gdyby był bezbłędny, miałby mistrzostwo Polski w kieszeni! Ale dostaje 35 min. kary i musi czekać na następnych zawodników. Chwilę po nim pojawia się Paweł Pakuła – jest trzeci na mecie, ale ma aż 50 min. kar, więc siedzi i czeka. Po kwadransie w bazie pojawia się Marcin Krasuski. Jest bezbłędny i zajmuje drugie miejsce, choć na metę dotarł czwarty! Czy naprawdę ktoś jeszcze będzie mówił, że XII Skorpion nie zasłużył na rangę mistrzostw Polski?:)

Jedyna wtopa orgów to „regulamin jedenastej” imprezy, podczas gdy był to XII Skorpion, co widać w logo. Nagrodę za spostrzegawczość dostaje Radek :)

Ubiegłoroczny Skorpion ze względu na poziom trudności oraz doskonałość organizacyjną wygrał w moim prywatnym mini rankingu na „Imprezę roku 2012”. W tym roku nie było nic a nic gorzej, więc już teraz mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że Skorpion był jedną z najlepszych imprez 2013 (jeśli nie najlepszą). Dwa ogniska na trasie, gdzie można się było napić ciepłej herbaty oraz ciepły dwudaniowy posiłek na mecie to wisienki na torcie. Przede wszystkim liczy się to, że trasa była świetnie zaplanowana, a jej wielowariantowość sprawiła, że każdy wybrał swoje rozwiązanie i były to prawdziwe zawody na orientację, a nie gonienie jeden za drugim. Część osób wybierała krótsze warianty przez pola i lasy, inni lecieli drogami, gdzie było dalej, ale szybciej. Aż chciałoby się zacytować jedną z reklam telewizyjnych „Tak powinno być w każdym banku!”.

Aj, zapomniałbym o jednym! Kolejnym plusem tegorocznego Skorpiona była obecność systemu Orientrack stworzonego przez Janka Lenczowskiego. 17 najmocniejszych osób (tak, tak, znalazłem się wśród nich!!) dostało do plecaka nadajnik GPS, dzięki któremu zapisy naszych tras można sobie teraz obejrzeć w internecie i można je było śledzić na żywo przez całą sobotę (a przynajmniej teoretycznie, bo ponoć przez większość dnia strona leżała). Niestety, baterie w nadajnikach padły po 8-8,5h, nim większość dotarła do mety. Póki co system wymaga więc dopracowania (podobnie jak usability strony), ale zdecydowanie jest to rozwiązanie, które dodaje zawodom na orientację dużo smaczku i mam nadzieję, że będzie pojawiać się jak najczęściej.

Skorpion był też ostatecznym testem zimowych spodni do biegania firmy Dobsom, które dostałem od sklepu Natural Born Runners. Szczegółowa recenzja już za kilka dni na blogu, stay tuned!

=== === ===

Wyniki (nieoficjalne) mistrzostw Polski w PMNO na 50 km:

Mężczyźni:
1. Jan Lenczowski
2. Marcin Krasuski
3. Sebastian Reczek

4. Paweł Pakuła
5. Wojciech Wanat

Kobiety:
1. Katarzyna Panejko
2. Urszula Trykozko
3. Anna Hołdakowska

4. Agnieszka Niewczas
5. Anna Skompska

=== === ===

Stats&hints XII Ekstremalna Impreza na Orientację Skorpion 2013

Wynik: czas 10:14 (+0:25 kary za punkt stowarzyszony); 10/75 miejsce w mistrzostwach Polski w PMNO na 50 km w klasyfikacji mężczyzn; 11/85 w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: -3 stopnie, pochmurnie, chwilami delikatne opady śniegu, w terenie kilkanaście cm zmrożonego śniegu

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom

koszulka termo z długim rękawem + techniczna z krótkim + kurtka Tschibo;; Garmin FR305 (po 8h bateria padła:/); kompas Silva Ranger; czołówka Petzl Tikka Plus 2

Jedzenie/picie: 2 żele (1 został) + 3 batony + bułka z kiełbasą i serem; 2 l napoju w bukłaku + 2 herbaty na punktach z ogniskami.

sobota, 9 lutego 2013

Prędzej czy później każdy uprawiający sport wytrzymałościowy (bieganie, kolarstwo, triathlon) spotka się z zachętą do zrobienia badań wydolnościowych. Ile razy zastanawialiście się, czy się na to nie skusić? Jeśli brakuje Wam pewności, zapraszam do lektury tego wpisu. Trochę przydługi wyszedł, ale mam nadzieję, że odpowie na pytanie: po co mi badanie wydolnościowe? By zwiększyć wartość merytoryczną wpisu zwróciłem się o pomoc do dwóch ekspertów.

Najpierw oddajmy głos tym, którzy mają doświadczenie i profesjonalnie zajmują się sportem, a potem po ludzku powiem Wam, co sam o tym sądzę.

=== === ===

Michał Garnys, 4 Sport LAB – przeprowadza badania wydolnościowe zarówno amatorom, jak i zawodowcom.


Po co robić badania wydolnościowe?
Kluczowe jest oczywiście wyznaczenie parametrów treningowych – ustalamy strefy tętna, w których praca przynosi oczekiwane efekty. Badanie niesie zatem ze sobą informację, co do zastosowania obciążeń treningowych, jakie powinny być zastosowane u konkretnego zawodnika. Wiąże się to z odpowiedzią układu krążeniowo-oddechowego na zadane obciążenie. Ktoś może osiągać wysokie parametry (moc, prędkość), ale koszt uzyskania takich rezultatów jak i całego wysiłku jest bardzo wysoki. Duży koszt wysiłku to np. wczesne uruchomienie przemian mieszanych w organizmie, niskie parametry pochłaniania tlenu i mówiąc wprost: szybko następujące duże zmęczenie.

Jakie inne wnioski można wyciągnąć z raportu po badaniu?
Istotne znaczenie ma również monitorowanie postępów zawodnika, co pozwala na ocenę efektywności treningu. Obserwujemy więc zmiany w pochłaniania tlenu (ekonomia wysiłku), przesunięcia progów metabolicznych, zmiany stężenia kwasu mlekowego na poszczególnych etapach wysiłku oraz zmiany w osiągnięciu mocy/prędkości maksymalnych.

Jednym z parametrów wyznaczonych przez badanie jest VO2max. Co daje nam poznanie go?
VO2 max (czyli maksymalny pułap tlenowy) można ująć w kilku aspektach. Podstawowy to zdolność do pochłaniania tlenu jako miara potencjału i stanu wytrenowania zawodnika. Zagłębiając się bardziej np. od strony treningowej, VO2max należy traktować jako jeden z markerów mówiących o możliwych do zastosowania obciążeniach treningowych. Na przykład zawodnika z niskimi wartościami pochłaniania tlenu należy wprowadzać w niskie intensywności treningowe z ewentualnymi akcentami w średnich, ponieważ jego zdolności adaptacyjne i regeneracyjne są niskie i wprowadzenie treningu o wysokich parametrach mogłoby się skończyć stanem przemęczenia i zniechęcenia treningowego.

W koncepcji monitoringu sportowego natomiast, VO2max trzeba obserwować w poszczególnych strefach intensywności oraz w wartościach progowych – zmiany w ilości pochłaniania tlenu na poszczególnych progach metabolicznych (z podłożonymi pod nie wartościami stężenia kwasu mlekowego w krwi) będą mówiły nam o zmianach w ekonomii realizowanego wysiłku. Chodzi o to, czy np. wzrost pochłaniania tlenu na progu AT przy tej samej wartości mocy (w stosunku do poprzedniego badania) jest objawem wzrostu czy spadku ekonomii realizowanego wysiłku? Pozostawiam to pytanie do własnych przemyśleń:)

=== === ===

Mateusz Jasiński, redaktor naczelny portalu TreningBiegacza.pl – instruktor lekkoatletyki.
Po co robić badania wydolnościowe?
Na wstępie zaznaczę, że nie polecam badań wydolnościowych osobom, którym nie zależy na poprawianiu rekordów życiowych bądź takim, którzy nie znają podstaw teorii treningu wytrzymałościowego. Szkoda czasu i pieniędzy. Owszem, po badaniu wydolnościowym, powinniśmy otrzymać od fizjologa obszerną analizę wyników wraz z zaleceniami, ale to do niczego się nie przyda, jeśli nie będziemy wiedzieli, jak wykorzystać tę wiedzę w praktyce.

Jednym z najważniejszych zastosowań badań jest możliwość oceny swojej aktualnej wydolności. Testy wydolnościowe bardzo pomogą biegaczom, którzy celują w konkretny wynik, są świadomi swojego treningu i trenują w sposób uporządkowany. Dzięki interpretacji otrzymanych wyników, sportowiec amator dowie się, gdzie leżą jego rezerwy i co jest jego mocną stroną. Fizjolog doradzi, na jakim elemencie treningowym skupić się najmocniej, by trening w odniesieniu do naszej celu przyniósł nam jak najwięcej korzyści. Często biegacze mają świetnie rozwiniętą bazę tlenową, ale przez niedostatecznie rozwiniętą siłę mięśniową nie poprawiają swoich wyników.

Które parametry z wyników badania wydolnościowego mają dla biegacza amatora największą wartość?
Bez wątpienia jest to dokładne wyznaczenie zakresów treningowych. Daje nam to komfort, że dokładnie wiemy jak biegać, by osiągać jak najlepsze efekty, unikając przy tym przetrenowania. Biegacz powinien również zwrócić szczególną uwagę na VO2max. Parametr ten daje informacje o ekonomiczności biegacza i jego maksymalnej wydolności tlenowej.

Istotne jest też wyznaczenie tętna maksymalnego. Większość osób trenujących z pulsometrem, odczytuje swoje tętno maksymalne na podstawie wzoru, bądź z zawodów na dystansie od 5 do 10 km. O ile wyznaczenie swojego tętna maksymalnego z zawodów np. na 5km może pokrywać się ze stanem faktycznym, to odczytywanie tego parametru z powszechnie znanych wzorów zawiera spory błąd i zazwyczaj znacznie odbiega od stanu faktycznego. Decydując się na badania wydolnościowe, otrzymujemy wynik, którego błąd nie przekracza 2-3 uderzeń serca.

Kiedy i jak często robić badania wydolnościowe?
Sensownie jest wykonać badania na początku okresu przygotowań i powtarzać je cyklicznie. Zebrane wyniki pokazują, czy od ostatniego badania nasz organizm zdążył zaadaptować się do większych obciążeń treningowych. To również doskonały punkt odniesienia, który pokazuje, czy trenowaliśmy w odpowiedni sposób. Ewentualne pogorszenie wyników i spadek wydolności jest wyraźnym sygnałem, że w naszej układance treningowej coś jest nie tak.

=== === ===

Tyle od ekspertów. A co ja o tym sądzę? Postaram się nie pisać tego, o czym wspominali już Mateusz i Michał, by Was nie zanudzić;)

Wg mnie badania wydolnościowe mają dla amatora duże znaczenie jeszcze z jednego powodu: trenuje on stosunkowo niewiele godzin w tygodniu, warto więc, by czas ten był wykorzystany jak najbardziej efektywnie. To swego rodzaju inwestycja w siebie. Kiedyś w internecie (niestety, nie pamiętam gdzie) przeczytałem bardzo fajne stwierdzenie, że badanie wydolnościowe pomaga przygotować trening uszyty na miarę, tak jak dobrze skrojony garnitur. Pomaga też efektywnie wykorzystać urządzenia treningowe takie jak pulsometry, trenażery czy bieżnie. Rękami i nogami się pod tym podpisuję:)

Jestem doskonałym przykładem tego, że uszycie garnituru własnym sumptem może być dalekie od tego, co uczyni wprawny krawiec. Okazało się bowiem, że w moim przypadku rzeczywisty pierwszy zakres tętna zaczyna się tam, gdzie wg obliczeń teoretycznych się kończył. Czyli tak naprawdę często biegałem za wolno, a efektywność treningu była niska.

Sama wartość VO2max to tak naprawdę ciekawostka, której amator nie ma za bardzo jak wykorzystać w treningu. Ot, fajnie mieć wyższe niż koledzy, bo to znaczy, że jestem lepiej wytrenowany i mam większy potencjał:)

Badanie wydolnościowe – człek wygląda trochę jak kosmita;)

Dużo większe znaczenie ma kilka innych wartości – przede wszystkim progi LT i AT. Poznanie ich pozwala na wyznaczenie takiej intensywności treningu, w której serce zapewniać będzie mięśniom optymalną ilość tlenu (próg LT – powyżej niego wykonujemy trening areobowy, czyli „w tlenie”) oraz wyznaczenie punktu (próg AT), poza którym wysiłek (anareobowy) jest tak intensywny, że układ krwionośny nie nadąża z dostarczaniem tlenu do mięśni i pozbywaniem się kwasu mlekowego. Wysiłek w najwyższych intensywnościach (beztlenowy) prowadzi do szybkiego zmęczenia i nadmiernego zakwaszenia mięśni, co określa się mianem zakwasów.

Korzystając z tabelki tzw. stref tętna (gdzie mamy wyznaczone przedziały tętna, w których zachodzą poszczególne procesy) można trenować pod określony cel. Np. trening poniżej progu AT powoduje rozszerzanie strefy tlenowej, co pozwala na zawodach dłużej biec z większą prędkością bez zbyt szybkiego zakwaszenia mięśni – jest to najważniejsza jednostka treningowa dla osób biegających długie dystanse.
Swoje badanie przeprowadziłem w 4 Sport LAB, poniżej prezentuję przygotowaną przez nich tabelkę, w której rozpisano poszczególne strefy tętna i efekt, jaki przynosi praca w nich.

=== === ===
AR (active recovery) – strefa aktywnego wypoczynku – wykonywana w niej praca ma za zadanie przyśpieszyć procesy wypoczynku po intensywnych wysiłkach.
PRÓG LT
LI (low intensity) – strefa niskiej intensywności, w której wykonywana praca ma za zadanie zwiększać zdolność do wykonywania długotrwałych wysiłków w warunkach umiarkowanego zmęczenia.
MI (middle intensity) – strefa średniej intensywności, w której wykonywana praca ma za zadanie zwiększać zdolność do wykonywania wysiłków o charakterze tlenowym (aerobowym).
PRÓG AT
HI (high intensity) – strefa wysokiej intensywności, w której wykonywana praca ma za zadanie sprzyjać adaptacji do wysiłków o znaczącym udziale metabolizmu beztlenowego.
VHI (very high intensity) –- strefa bardzo wysokiej intensywności,  w której wykonywana praca ma za zadanie sprzyjać adaptacji do wysiłków krótkotrwałych o maksymalnej intensywności wykonywanych w czasie do 60 s.
=== === ===

Najważniejsze z punktu widzenia amatora jest, by mieć poprawnie wyznaczone progi LT i AT i jak najwięcej trenować w przedziale pomiędzy nimi. Wówczas trening przyniesie najlepszy efekt. Dlatego badania wydolnościowe należy potraktować jak najbardziej poważnie i nie przychodzić niewyspanym, po zakrapianej imprezie, czy dzień po ciężkim treningu lub zawodach – wtedy będzie to wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Teoretycznie badania powinno się przeprowadzać cyklicznie, np. co 6 lub 8 tygodni, ale... Zapomnijcie o tym. Ze względu na koszty (średnio ok. 300 zł) dla większości amatorów będzie to po prostu nierealne. Dlatego moment zrobienia badań warto przemyśleć. Ja popełniłem błąd z badaniami na rowerze (rozpoczynając przygotowania do triathlonu zrobiłem badanie biegowe i rowerowe) – poszedłem na nie nim w ogóle rozpocząłem treningi. W efekcie już po kilku tygodniach treningu wyznaczone mi strefy intensywności stały się nieaktualne i tak naprawdę powinienem wykonać ponowne badanie. Dlatego osobom, które w ogóle zaczynają biegać lub jeździć na rowerze badania nie polecam. Lepiej potrenować miesiąc-dwa i dopiero wtedy je zrobić – wynik będzie bardziej miarodajny i dłużej utrzyma aktualność.

Podsumowując: badanie wydolnościowe ułatwi dostosowanie treningu do naszych możliwości i daje sporą szansę na lepsze wyniki. Na pewno warto zrobić, ale nie za wszelką cenę. Nie jest bowiem tak, że bez nich nie da się być świetnym biegaczem. Jasne, że się da! Znamy takiego, co w życiu na oczy nie widział trenera, nie robił badań, a dychę biega w 35 min.:)

Informacje praktyczne o badaniu wydolnościowym:
- w internecie z łatwością znajdziecie firmy zajmujące się przeprowadzeniem badań. Nim podejmiecie decyzję sprawdźcie doświadczenie badających;
- koszt: kilkaset złotych – warto polować na promocje;
- badania są przeprowadzane w fitness klubach – ubierzcie się tak jak na trening na bieżni lub na trenażerze i nie zapomnijcie o wodzie do picia;
- przed badaniem warto być wypoczętym i zrelaksowanym, jego wynik będzie wówczas najbliższy prawdzie;
- przed badaniem warto choć kilka razy pobiegać na bieżni, by przyzwyczaić się do tego rodzaju biegu. W przypadku badań kolarskich polecam pojeździć na trenażerze.
- pamiętajcie, że aby badanie było jak najdokładniejsze, musicie zmusić się do maksymalnego wysiłku. Przygotujcie się więc na hektolitry potu, a nawet możliwość upadku na bieżni.

niedziela, 3 lutego 2013

Rok 2013 zacząłem z przytupem. Ponad 39 gorączki i ostra infekcja górnych dróg oddechowych zafundowały mi tygodniową przerwę we wszelkich treningach i „Sylwester z Polsatem”. Przez tydzień siedziałem w domu, by potem powoli wrócić do ruchu. Starałem się zajęcia wprowadzać spokojnie, by choroba nie wróciła. Pierwszy raz biegać na zewnątrz wyszedłem tydzień po powrocie do świata żywych.

Jak już wróciłem do treningów to po tygodniu… znów mnie pierdyknęło, tym razem zainfekowały mi się dolne drogi (bynajmniej nie oddechowe!), a gorączka dochodziła do 40 st. Celsjusza. Znów prawie tydzień w plecy. Ogólnie w styczniu trenowałem tylko w 18/31 dni, czyli o 9 mniej od zakładanego (przyjąłem sobie jeden dzień tygodniowo na regenerację, całkowicie bez sportu).


Łącznie w styczniu sportowałem się (oprócz biegania, basenu i spinningu jeszcze dwa razy doszła ścianka wspinaczkowa i po razie siłownia i ping pong) przez 25,5h w porównaniu do 38h w grudniu. Słabo, słabo... Ale jest mocne postanowienie poprawy! Żadnych infekcji ani innych syfiksów i ostro ciśniemy! Najważniejsze w lutym jest bieganie. Raz, że Barcelona coraz bliżej, a dwa – punkt kulminacyjny miesiąca to mistrzostwa Polski w pieszych maratonach na orientację na dystansie 50 km, czyli Skorpion. Ale tak naprawdę to cały ten styczeń i luty to tylko pretekst do tego, by się czymś pochwalić...:) Kto nie zagląda na blogowego Fejsa ten dowie się właśnie z tego wpisu.

Bo od paru dni serducho bije mocniej, z linii produkcyjnej zeszła bowiem już Ona (no wiem, że rower to rodzaj męski, ale co, że niby się Nim tak jaram?! Ta, Ona, brzmi zdecydowanie lepiej!). Zobaczcie jaka smukła, zgrabna i powabna...:)

 Póki co nie mam pomysłu na imię (rower musi mieć imię, nie?!),
wszelkie sugestie mile widziane w komciach:)

Tak, tam na kierownicy jest kucyk. Fioletowy kucyk. To jest megaopływowy kuc wyścigowy spełniający przy okazji funkcję dzwonka (wszak to obowiązkowy element wyposażenia każdego roweru!). Proszę więc nie drwić, nie nabijać się, tylko brać ze mnie przykład i montować na rowerach dzwonki.

Najprawdopodobniej za tydzień będę już mógł pojeździć, na razie oczywiście tylko w domu, ale jednak, to zupełnie inna sprawa niż kręcenie na spinningu na siłowni. A potem oczekiwanie na wiosnę. Na pierwszy słoneczny, suchy i ciepły dzień, w który z duszą na ramieniu po raz pierwszy wybierzemy się na wspólną wycieczkę…:)

I wiecie co? Ja naprawdę nie mogę się tego dnia doczekać!