BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą triathlon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą triathlon. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 września 2014


Dziwny był dla mnie ten triathlon w Borównie. Niby od prawie roku byłem już zapisany. Wiedziałem, że to będzie moje zakończenie sezonu, że będę chciał zakończyć go z pierdolnięciem i dobrym wynikiem. Że dam z siebie wszystko. Ale przez to, że zawaliłem nieco przygotowania, moje oczekiwania i podjarka dziwnie opadły tuż przed startem. Ogromnie cieszyłem się na spotkanie ze znajomymi zawodnikami, nie mogłem doczekać się wsparcia moich fantastycznych kibiców i Garnka Mocy, no i bardzo chciałem zobaczyć cyfrę cztery z przodu za linią mety. Cel został zrealizowany, kibice spisali się na medal, a ja… a ja czuję się dziwnie. Zrobiłem co miałem zrobić i, choć było cholernie ciężko, nie zapamiętałem z tych zawodów wiele. Jedyne co naprawdę wryło mi się w pamięć, to ostatnia prosta. Cała reszta była ciężką orką, w żadnym wypadku nie przyjemnością. Cóż, nie zawsze na zawodach ma się przygodę życia...

Pływanie – jak po sznurku
Zaczęło się naprawdę dobrze. Bo ja coraz pewniej się na tych triathlonach czuję. Tu znajoma twarz, tam znajomy rower, rąsia-rąsia, buzi-buzi, fajnie jest. No, może za wyjątkiem scysji kiedy to ktoś nazwał Pimpusia „Maj Lityl Pony”. Ma szczęście, że ja tej obelgi nie usłyszałem, tylko mi NKŚ doniosła. Byłoby DSQ za bójkę już dzień przed zawodami... O zawodach. Nie to, że na pływaniu ustawiam się z tyłu, o nie! Jak jest szeroki start (a tak było w Borównie czy Nieporęcie) to bez krępacji staję sobie na przedzie. No może nie w pierwszym rzędzie, ale w drugim. I zaczynam i od razu napierniczam! Powtarzam sobie prikazy Pani Trenerki: wyciągaj mocno ręce, rotuj się w barkach, zginaj łokieć i odpychaj się od wody! Ależ to jezioro jest świetne do pływania. Czysta woda, otoczone lasami, szeroko, bezpieczne dno – jak dla mnie to obiekt numer dwa jeśli chodzi o zawody tri, w których startowałem (wygrywa Jezioro Czocha). Wycwaniłem się już trochę w tym pływaniu, uczę się „łapać” nogi i płynąć za kimś. Okazuje się jednak, że sztuką nie jest złapać nogi, tylko złapać dobre nogi. A o dobre nogi to jest trudno. Bo dobre nogi muszą płynąć jednocześnie i szybko i prosto, bo jak zygzakują, to są do bani. Pod koniec z 200 metrów przepłynąłem w ogóle się nie męcząc, bo miałem nogi po prawej i nogi po lewej. Obie pary nóg płynęły równo, dość mocno, a ja po środku, na wysokości kolan, na luzaku:)


Rower – bez planu żywienia
Trochę nieporadnie pakuję się na rower (cel na następny sezon: kupić tri-buty i nauczyć się wskakiwać na rower w biegu) i zaczynam kręcić. Dziury na początku nie pozwalają rozkręcić nogi. Dopiero po kilku kilometrach łapię prędkość przelotową na poziomie 35-37 km/h i jadę, powoli wyprzedzając. Ale nie wszystkich. Niestety, im szybciej wychodzi się z wody, tym mniej jest pływaków do wyprzedzania. Tym razem zdarza się i kilka osób, którym muszę oddać pierwszeństwo. Między innymi kolega Jarek B, który zdrabnia moją ksywkę do „Krasiu” i pyta, czemu jadę tak wolno, cwaniak jeden. „Jeszcze się rozpędzę”, odpowiadam. I co? I 65 km później zobaczyłem 100 metrów przed sobą jego niebieską koszulkę! I choć kryzys pukał już do moich drzwi, spiąłem poślady i wyprzedzając go mogłem krzyknąć „Rozpędziłem się!”;)

A, kryzys. Na całej linii dałem dupska jeśli chodzi o żywienie. Nie miałem konkretnego planu, uznałem, że wiem jak jeść na rowerze. A guzik prawda, trzeba mieć plan. Gdy poczułem, że zaczyna mnie odcinać, było już za późno. Szybko wciągam 129 kcal Agisko i modlę się, by żel zadziałał od razu. Niestety, to trwa. Do 65 km miałem średnią 34,8 km/h, a ostatnie 25 km to już tylko 33,6 km/h i to mimo zjazdu pod koniec. Szkoda, bo była szansa zrobić jeszcze lepszy wynik, choć i z tego mogę być dumny, bo ubiegłoroczny czas (na tej samej trasie) poprawiłem o 18 (!!) minut.


Bieg – z problemami, byle do mety
Wybiegając z T2 miałem niecałe 3:25 na stoperze i na trasę biegową ruszyłem z myślą „Uda się, uda się! Jak nic się uda!”. Zdążyłem jeszcze krzyknąć swoim kibicom, że „Super jest!” i... moje myśli z „uda się” zmieniły się w „będzie ciężko”, a po chwili w „o ja pierdzielę, co się dzieje?”. Nogi mam jak z betonu. Ja wiem, że początek etapu biegowego to zawsze trudność, ale tak źle to jeszcze w mojej „karierze” nie było. Godzę się z faktem, że na wynik poniżej 1:30 nie mam szans. Na każdym punkcie odżywczym przechodzę na chwilę do marszu by coś zjeść i się napić. Bardzo mili i zaangażowani ludzie na punktach żywnościowych robią naprawdę świetną robotę, ale biec za mnie nie pobiegną. Na szczęście moi fantastyczni kibice rozstawili się w kilku miejscach, więc mogę liczyć na wiele ciepłych słów. Czasami także od obcych mi osób, a nawet obcych żon (pozdrowienia dla Gosi B-P!);)

W oddali słyszę dudnienie Garnka Mocy. Nogi same szybciej przebierają, ręce unoszą się w górę, z gardła wydobywa się tradycyjne „GARNEK MOCY!!!”. Widzę Magdalenę, która wali w GAR, widzę Przemysława z aparatem i do głowy przychodzi mi pomysł. #byćjakMKon! „Chcę mieć na trasie zdjęcie z Garnkiem, chcę być jak MKon!” – krzyczę z daleka (wyjaśnienie: rok temu Marcin Konieczny, zwycięzca borówieńskiego triathlonu, zatrzymał się na trasie biegowej by zrobić sobie zdjęcie z Garnkiem i Magdaleną). Fotka zrobiona, cisnę dalej. To dopiero pierwsze kółko, a ja już cierpię i to cholernie cierpię. Do mety 15 kilometrów, przybijam piątkę z rodzicami, widzę NKŚ, macham Łukaszowi i ruszam na drugą pętle. Łojzicku, jak ciężko. Po minie NKŚ wnioskuję, że tę ciężkość po mnie widać. Na początku trzeciego kółka kryzys osiąga apogeum, przebiegam kilometr w 5:01 i jedyne na co mam ochotę to się położyć i nie biec już dalej.

Takie tam sobie małe radości z biegu.. :) / fot. Garnek Mocy

Żołądek wariuje – skręca go od środka, nawet łyk wody mi się strasznie odbija, co jakiś czas muszę sobie też puścić bączka. Ale wiem, że muszę wpychać w sibue węglowodany, bo inaczej to w ogóle padnę. Wciskam więc kolejny żel, popijam i ruszam dalej. Patrzę na zegarek: na pokonanie ostatnich 6 km mam 28 minut. Teoretycznie to pikuś, ale nie dziś, bo właśnie powłóczę nogami po 5:10. W głowie kotłuje mi się od przekleństw i wyzwisk. Sam nie jestem w stanie pojąć swojej głupoty. Lubię swoje luźne podejście do sportu, ale tym razem chyba przesadziłem z brakiem porządnych treningów (żadnej porządnej zakładki!!), nadwyżkowe 2 kg tłuszczyku też czuję. Co zrobić...?

Jakby ktoś miał wątpliwości co do tego,
że tri-Borówno było dla mnie ciężką przeprawą,
niech się przyjrzy kilku minom ze zdjęć.. ;)
fot. Maratomania, MO-K

I budzi się prawdziwy Krasus. Pomiędzy dotknięciem podłoża przez lewą i prawą nogę, w tym pięknym czasie gdy biegnąc jesteś w powietrzu, zbudzony Krasus podpowiada jedyne słuszne rozwiązanie: przyśpieszyć i postawić wszystko na jedną kartę! Rozwalić ten kiosk! Raz kozie śmierć, OGIEŃ! Lecę. Ostatnie spojrzenie na Garnek Mocy („Wyglądałeś jak w amoku” – powie potem Przemo), ostatni podbieg (masakra!), ostatni skręt koło ubranej na fioletowo brunetki i już robi się tłoczno przy barierkach, zbliża się ostatnia prosta. Widzę rodziców, brata z bratową i Wuwkiem oraz oczywiście NKŚ. Skręcam w alejkę prowadzącą do mety i...

fot. Andrzej Kołakowski - Bydgoszcz, Maratomania, MO-K

Czas zwalnia jak w Matriksie. Właściwie to czas się zatrzymuje. Od paru tygodni wizualizowałem sobie tę chwilę. Dokładnie, co do joty, wiedziałem co będę czuł. I teraz moja wizja się realizuje, klatka po klatce. Słyszę niesamowity doping kibiców. Krzyczą jakbym był bohaterem, najlepszym, najszybszym, najmocniejszym, simply the best. Oglądam się za siebie, nikt mnie nie goni, napawam się chwilą. „Żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi” – chyba nie jestem w stanie bardziej żyć z całych sił jak właśnie w tym momencie. Rozdaję uśmiechy, posyłam nawet jakiegoś całusa w kierunku swoich ludzi. Po prawie pięciu godzinach wysiłku wreszcie czuję szczęście. Kumulowałem w sobie te emocje przez cały dystans i teraz chłonę świat każdym dostępnym zmysłem. Mimo mocno amortyzowanych butów, czuję jak stopa pracuje na podłożu, czuję każde odbicie, każdy krok – niemal jakbym biegł na bosaka po plaży. Pęd powietrza owiewa rozpostarte ramiona, frunę na nich jak na skrzydłach. Uśmiecham się, a co tam! Udało się, udało! Mimo ochnastu błędów w okresie przygotowawczym, mimo małej nadwyżki na wadze, mimo zatruwania swojego organizmu shitem przez ostatnie tygodnie, zrobiłem naprawdę dobry wynik. Choć nogi nie dawały rady, a żołądek strajkował, dotarłem do mety. Udało się, bo nie zawiodła głowa, chyba najmocniejszy obecnie element mojej sportowej układanki. Kosztuję krzyku kibiców i wyczuwam smak hałasu, który robią. O tak, ostatnia prosta w takim zgiełku to jest coś wspaniałego. Kocham napieranie po lasach i górach, ale tam nikt nie zrobi Ci takiej atmosfery. Taki smak ma tylko ostatnia prosta dużych zawodów masowych. W triathlonie jest to chyba widoczne jeszcze bardziej niż w biegach ulicznych. Ci wszyscy ludzie dookoła przecież mnie nie znają. Ani ja ich. To anonimowy tłum, ale na te kilka chwil finiszu scalam się z nim i płynę na fali ich dopingu. Warto było dla tych 100 metrów męczyć się przez prawie pięć godzin.



 Bez Was, nie dałbym rady. Nie i ch... DZIĘKUJĘ!



czwartek, 28 sierpnia 2014


Przy obiedzie (to czas na ogarnięcie RSS-a) czytam u Ani i u Avy o przygotowaniach. O ostatnich dniach przed startem, końcowych tygodniach treningów (btw, ja też popełniłem kiedyś fajny poradnik dla początkujących maratończyków: kliku-kliku). W myślach zaznaczam słuszność obu tekstów i wskazówek. Fajnie, że doświadczone biegaczki piszą takie teksty, na pewno wielu osobom się to przyda, bo ludzie robią taaaaakie błędy przecież...

WTEM! W mojej głowie budzi się świadomość. Otwiera jedno oko, przeciąga się. Zamyka to oko i przeciąga się jeszcze raz. Procesy myślowe zaczynają intensywnie działać. Świadomość w ułamku sekundy otwiera oczy, wyskakuje z łóżka i drze ryja na cały regulator. Powoduje to zatrzymanie pracy mojego serca na dwie sekundy, a oddechu na kilkanaście. Widelec z kaszą spada na talerz, a strużka soku marchwiowego wycieka mi z ust i brodą wędruje na spodnie.

KUR... W D... MAĆ! Przecież ja za cztery dni mam jeden z trzech najważniejszych startów w tym sezonie! Nie to żebym o nim zapomniał. Nie no, luz. Wszystko mam obcykane jak ta lala! Logistykę, odwiedziny u Wuwcia, wizytę u Czmochów, nocleg u Kucharzy itd. Niezmiennie od miesięcy trzymam się też tego, że chcę tam złamać pięć godzin na połówce ajronmena. Cóż więc spowodowało zafajdanie dżinsów sokiem z marchewki? Otóż w ostatnich dwóch tygodniach umknęła mi jedna rzecz. Jak się głębiej zastanowić, to jest to rzecz niezwykle istotna: TRENINGI.

Tak, treningi, tak zwane bezpośrednie przygotowanie startowe. Serio, nie żartuję. Zawsze zwracałem na to baczną uwagę, bo będąc „w gazie” czułem się mocny zarówno fizycznie jak i psychicznie. Dodawało mi to dużo pewności siebie. Chodzi o to, by stanąć na starcie (uwaga, będzie cytat nieparlamentarny) „na takiej kurwie, że go zmiatam z powierzchni ziemi. To jest pierwsze pierdolnięcie i on nie żyje.” (jak ktoś nie wie co to za cytat, to kliku-kliku).

Przed wyjazdem do Rotterdamu wiedziałem, że zadanie domowe odrobiłem w 95 lub więcej procentach. Że jestem ostry jak żyleta, szybki jak błyskawica i mocny jak tur. Że rozwalę ten maraton pierwszym pierdolnięciem. I pojechałem tam po swoje. Pobiegłem maraton życia, od startu do mety zgodnie z założeniami i zameldowałem się na linii końcowej z 58-sekundowym zapasem. To było coś! Do dziś mam dreszcze jak wspominam ostatnie kilkaset metrów tego biegu, a jak patrzę na fotki to łza kręci mi się w oku Drugim najwyższym priorytetem sezonu był KarkonoszMan. Ze względu na trudność zawodów (nigdy wcześniej nie jeździłem rowerem po górach) nie zakładałem żadnego konkretnego wyniku, miało być jak najlepiej. Poszło bardzo dobrze, a przede wszystkim była to przygoda jak nigdy. Z rozpędu zrobiłem świetną ćwiartkę w Nieporęcie i biegowe życiówki na 5, 10 i 21,1 kilometrów. To było dobre pół roku!

Trzecim w sezonie startem o priorytecie A jest właśnie Borówno, a to już za kilka dni. Po nie do końca udanych ubiegłorocznych zawodach chciałem się z tym miejscem rozliczyć. Przyjechać tam mocny jak w Rotterdamie, pewny swego jak na Półmaratonie Warszawskim i bez memłania się rozwalić pięć godzin z 10-minutowym zapasem. Jeszcze na początku lipca wszystko wskazywało na to, że się uda. Że tak wypasiony wynik jest możliwy. Forma rowerowa rosła, basenowa trenerka chwaliła postępy w wodzie, a biegało mi się naprawdę dobrze.

I wtedy przypałętał się ból pasma biodrowo-piszczelowego w prawej nodze. Dałoby się z tym żyć i coś trenować, gdyby nie fakt, że kontuzja wdała się w... romans z czymś, czego wcześniej nie znałem: brakiem samodyscypliny i organizacji czasoprzestrzeni. Takie tête-à-tête mogłoby być niegroźne w listopadzie. Pozwoliłoby mi odpocząć w grudniu. Ale, jasna cholera, przed kluczowym startem?! Zamiast biegać tempówki piłem piwo, rowerowe wyjeżdżenia zostały zastąpione przez bliżej nieokreślone marnotrawienie czasu, a treningi funkcjonalne – przekopywanie otchłani internetu.

W ostatnich dwóch tygodniach przed zawodami na rowerze byłem raz, biegałem dwa razy i zrobiłem tyle samo treningów na basenie. Pięć treningów. Do tego minimalna ilość Schoding Pąpkins i nanoilość ćwiczeń w domu. Zwykle robię tyle w niecały tydzień. Teraz wyszło w dwa. Gdybym się uparł, to za jakiś trening mógłbym ewentualnie uznać dwie wycieczki górskie i dwa zrobione podjazdy podczas rekreacyjnej wycieczki rowerowej koło Zurychu. MÓGŁBYM gdyby nie fakt, że wydarzenia te były okraszone browarkiem czy dwoma (a może trzema) i radosnym obżeraniem się shitem. Na wadze przybyły mi dwa kilogramy Krasusa, a fizycznie czuję się na leżenie na sofie, a nie przepłynięcie 1900 metrów, przejechanie 90 kilometrów i przebiegnięcie 21,1. Na dodatek na wczorajszym basenie naciągnąłem sobie coś z tyłu na dole uda i mnie ciągnie calutka noga teraz, więc nawet z dzisiejszego potruchtania też nici.

Do połówki w Borównie podejdę więc na takiej świeżości, jakiej nie miałem nigdy;) Wkurza mnie przede wszystkim brak pewności. Wiecie, ja nie wykluczam, że przyniesie to niezły efekt, bo przecież sportowa forma nie znika ot tak, prawda?:) Ale ta niepewność mnie irytuje. Nie robiąc nic sportowo, robię wszstko wokół. Od 24h nie piłem piwa (yeah!) i zastąpiłem je sokiem z buraków, czyli ekoEPO. Zbieram też szczęśliwe amulety, które mają mi pomóc w osiągnięciu sukcesu. W torbie na wyjazd znalazły się więc: szczęśliwa czapeczka (prezent od MS:*), w której zrobiłem już ochnaście życiówek; szczęśliwy czerwony ręcznik, który układam na kierownicy w T1; ulubiona papierowa taśma do przyklejania żeli i batonów do roweru; najlepszy na świecie Pimpuś; ukochani kibice (w tym Garnek Mocy), a przede wszystkim... Szczęśliwe klapki podrabiane Kuboty czyli Hero by Wrangler z Tesco oraz w zestawie reklamówka z PoloMarketu od Bormana! Chyba będzie dobrze, co?;)

Myślałem, by pobiec w klapkach, wtedy spłynęłoby na mnie najwięcej szczęśliwego szczęścia,
jednak zostawię je sobie na lans przed i po zawodach;)

Tak, na zdjęciu jest fioletowy ręcznik, a nie czerwony.
To dowód na to, że czerwony jest szczęśliwy.
Z fioletowym (w Piasecznie) kompletnie mi nie poszło.

Niestety, szczęśliwe żele z KarkonoszMana już zjadłem, ale bidon Agisko wciąż mam. Będzie git!

To dzięki nim wygrałem Wielki Wyścig 2013, w Borównie/Bydgoszczy też będą!:)

W Poznaniu waliłem w GAR,
w Borównie/Bydgoszczy GAR będzie walił we mnie (swoją mocą:))


poniedziałek, 28 lipca 2014


Zaczęło się już w trakcie przygotowań pierwszej strefy zmian. Podjeżdżam mazdeczką pod stację Veturilo, wypożyczam rumaka, stawiam go koło otwartego bagażnika i... uświadamiam sobie jak to wygląda w oku miejskiego monitoringu: jakiś koleś pakuje miejski rower do bagażnika. Słowem: kradnie go! Rozglądam się, na szczęście nie ma Straży Miejskiej ani Policji, więc jadę – nikt mnie nie goni, uff;) Zajeżdżam pod Sport Guru, organizatora pierwszego Guru Triathlonu Warszawskiego, tam będą T2 oraz meta i tam zaczeka na mnie samochód. Pod sklep podjeżdżają inni zawodnicy, najwięcej uwagi przyciąga fura, na dachu której zamocowano dwa Veturila. Oj, będzie się działo... :)

Niecodzienny widok:) / fot. Guru Triathlon Warszawski

Odliczanie od dziesięciu w dół i lecimy! Wbieg do jeziorka, zaczynam płynąć. Ni chu-chu nie mogę jednak złapać rytmu. Niby nie ma pralki, niby wiem dokąd płynąć i nie mam problemów z nawigacją, ale coś nie gra... Nie wiem co, do dziś nie umiem tego wyjaśnić. Może zmęczenie środowym ciężkim treningiem? Może jednak brak pianki? Na pocieszenie obserwuję, że nie tylko mi idzie coś nie tak, bo jeden facet zamiast prosto na boję płynie w prawo, idealnie w trzciny;) Swój błąd zauważył w ostatniej chwili! Za połową drogi do boi, gdy mam wrażenie, że zaraz będzie już OK, zaczyna się masakra – coraz bliżej powierzchni wody są wodorosty, o które zahaczam rękoma. Im bliżej boi, tym gorzej, bo odległość pomiędzy taflą Jeziorka Czerniakowskiego a wodorostami maleje. Przy samej bojce mam je już i na rękach i na nogach, zaczynam się podtapiać, ale udaje się wyswobodzić i pomoc obecnych tam ratowników nie jest konieczna, ufff. Z wody udaje się wyjść po nieco ponad 12 minutach, mniej więcej w połowie stawki złożonej z 75 zawodników.

Szybka zmiana (zauważyć swoje Veturilo w gąszczu takich samych pocisków nie było łatwo, ale pomógł czerwony ręcznik rozwieszony na kierownicy) i ruszam! Już po parudziesięciu metrach zatrzymuję się jednak, bo jadący trochę przede mną zawodnik zalicza na progu zwalniającym poważną glebę i pomagam mu się podnieść, co zajmuje z minutę, bo kolega zakleszczył się pod rowerem i stojącym na parkingu autem. Mocno zdenerwowany jadę dalej. Udaje się złapać rytm – okazje się, że Veturilo może jechać 30 km/h i więcej! Wyprzedzam paru zawodników i kolejnych i kolejnych. Przez większość trasy mknę z zawodnikiem numer 42 (Grzesiek, pozdro!), mamy podobną prędkość przelotową i ciśniemy.

Prędkość nadświetlna na rowerze miejskim...;) / fot. (oraz to na górze) Marian Gawlikowski

Trzepak roku / fot. Adrian Todorczuk 

 Coś pięknego:) / fot. Agencja Gazeta

Chorda Horda rozpędzonych Veturilo, na wielu z nich ludzie w dziwnych dla cywili tri-strojach, każdy obowiązkowo w kasku – to nie może nie budzić zainteresowania postronnych. Niektórzy wręcz przecierają oczy ze zdziwienia;) Ani na chwilę nie schodzę z najwyższego biegu, kadencja jakaś epicka, napierniczam nogami jak szalony, najgorzej jest gdy but ześlizgnie się z pedału;) Po pokonaniu Mostu Siekierkowskiego docieramy do Wału Miedzeszyńskiego i... kicha. Czerwone światło. No zasady to zasady, trzeba zaczekać (oj nieładnie postąpili ci, którzy oszukali i pojechali na czerwonym, nieładnie!). Niestety, dobijają kolejni zawodnicy i nim robi się zielone, jest tam nas już ośmioro. Ech, przewaga poszła się rypać.

Tego, co nastąpiło po zmianie światła na zielone, nie da się opisać inaczej niż armageddon. Ruszamy wszyscy razem, ktoś coś krzyknął i zaczęło się... „GAZUUUUUUU!!!”, „JABADABA DUUUUUUU!”, „JAZDAAAA!”, „OGIEŃ Z DUPYYYY!” i tak dalej. Pół pobliskiego osiedla musi nas słyszeć, a przechodnie uciekają w popłochu! Jest strefa zmian! W locie zeskakuję z roweru, pędzę z nim po trawie i... dupa zbita. Mimo gustownej reklamówki w koszyku, wyskakują z niego na wertepach okularki pływackie, muszę więc się zatrzymać, cofnąć i zabrać je z trawnika (porzucić w żadnym wypadku, bo to pożyczone – swoich zapomniałem...). Mój Veturilo rumak staje w stajni T1 bodaj 19-ty.

I dzida na biegu. Dystans jest krótki (4 km), nie ma się więc co szczypać, trzeba dawać w palnik od początku! Pierwszy kilometr 3:58 i wyprzedzonych kilka osób. Każdy kolejny podobnie. Pasmo jakoś się nie odzywa (acz dało o sobie znać następnego dnia – niemocno, a jednak), ale na trzecim kaemie łapie mnie kolka. Z tą umiem sobie już radzić i choć atak jest mocny, to zostaje w minutę czy dwie odparty. Do mety jakieś 500 metrów, tempo poniżej 3:50, wyprzedzam kolejnego rywala, ale wygląda na to, że nie sprzeda tanio skóry, więc... przyśpieszam jeszcze bardziej. Na ostatniej prostej jeszcze się oglądam, czy czasem jakaś kontra nie jest wyprowadzana, ale nie, mogę spokojnie wpaść na metę.

To był wzruszający moment. Jeden z braci Pimpusia,
którzy powędrowali w świat, przyjechał mi kibicować!

Siódme miejsce i nieporównywalny z żadnym poprzednim występem czas 52:59. Ale nie o czas i miejsce chodziło w tych zawodach, a o dobrą zabawę:) I... była! Ludzie kochani, tyle co mi radości i endorfin dostarczył ten 10-kilometrowy odcinek jazdy rowerem Veturilo, to ja opisać nie umiem! Nie sądziłem, że miejski rower może tak szybko jeździć, Garmin pokazał mi średnią 28 km/h a maksymalną 37,4! Nie wyobrażam sobie bardziej jajcarskich zawodów niż ściganie się na miejskich rowerach, które jeszcze samodzielnie trzeba było wypożyczyć. Żałuję, że był zakaz udoskonalania, bo gdybym miał Pimpusia na kierownicy...;) Aczkolwiek fabrycznych udoskonaleń nie brakowało: jedni mieli dziurawe koszyki, inni za niskie siodełka (no dobra, to akurat miała większość;)), komuś nie działał jeden bieg albo występował inny defekt. Gdyby tylko trasa pływacka została pociągnięta na północ, a nie na wschód od plaży (tam nie ma wodorostów, one były naprawdę niebezpieczne), byłaby to impreza idealna!:)

To, co najbardziej lubię - ludzie!



środa, 16 lipca 2014



To był dzień konia (do dnia MKona jeszcze mi trochę brakuje, ale może kiedyś?;))! Wszystko zagrało jak miało zagrać. Prawie każda nuta wybrzmiała czysto i w odpowiednim momencie, a te które zafałszowały, były na tyle nieistotne, że trudno było je w ogóle usłyszeć. Była odważna (i zwycięska!) walka w wodzie, było śpiewanie na bajku pod nosem i radosne popiskiwanie Pimpusia w stronę fotografów i kibiców na trasie, a wygłupy te połączyłem z mocną nogą i średnią prędkością jakiej nie mam się co wstydzić. Na biegu zaś: radość, spełnienie i zagrzewanie kibiców do dopingowania, a na mecie uśmiech i pełne zadowolenie z wyniku. A to wszystko okraszone ogromnym wysiłkiem fizycznym, wysokim walorem towarzyskim imprezy i całkiem sporą kolekcją samojebek. Czy podczas 1/4 IM w Nieporęcie mogło być lepiej?:) Zacznijmy od początku...

Czas akcji: późny wieczór przed startem, w tle Oranje łoją brazylijskie dupska. Miejsce akcji: czat na Fejsie. Trwa tajna narada wojenna matki (Bo – życzymy zdrowia!) i jednego z ojców założycieli (Krasus) Smashing Pąpkins przed zawodami 1/4 IM w ramach VTS Nieporęt.

- Na ile jutro celujesz?
- Nie wiem. Serio. Oczywiście chcę złamać 2:20, ale może być różnie, bo 500 metrów trasy rowerowej to ponoć jakaś trylinka, do tego niesprawiedliwa strefa zmian, a jeszcze ja nie wiem co na bieganiu będzie z nogą, która pobolewa od tygodnia. Będę cisnął, ale co wyjdzie – nie wiem.
- Będzie 2:18:45.
- Poniżej 2:19?! Ale Ty miła jesteś, że tak mówisz:P To mało realne, ale dam z siebie wszystko.
- Cóż, teraz nie wypada inaczej;)

2:18:45? Super wynik, ale bez przesady... W przyszłym roku to owszem, z palcem gdzieśtam, ale teraz? Mój prywatny tri-kalkulator mówił, że jak dobrze zawieje, to 2:20 uda się złamać. Przeprowadziłem więc najlepszy możliwy BPS, czyli zbijanie bąków kilka dni przed zawodami plus koncert w weekend startowy – przed Piotrem i Pawłem był to Kult, tym razem Alice in Chains i Metallica (ech, ten Narodowy to jednak ssie jeśli chodzi o koncerty...). Pobolewające biodrowo-piszczelowe kazało mi ostrożnie patrzeć na prognozy kalkulatora i nastawiłem się przede wszystkim na to, by z zawodów czerpać przyjemność, której zabrakło podczas ćwiartki w Piasecznie.

=== === ===

Przypominam, że już wkrótce ostro z kopyta rusza mój kanał na YouTube,
zapraszam do zasubskrybowania go kliku-kliku :)

=== === ===

Pływanie – wiem co robię i jest dobrze
Dzień przed startem przeczytałem gdzieś, że jak bojka jest blisko, to warto ustawić się na linii startu tak, by od razu być po jej zewnętrznej stronie. Unikamy wtedy przepychania się do bojki. No to stanąłem sobie po prawej, w tłumie. Odliczanie i lecimy. Biegniemy. Wciąż biegniemy, więc... wyprzedzam, bo przecież dobrze biegam. Wody do kolan i biegniemy. Wody po uda i biegniemy. Nie wiem, ile tego biegu było, ale na oko to spokojnie z 30-40 metrów. W końcu zaczynamy płynąć i zaczyna się napierdzielanka. Poprawiam swoje pływanie cały czas, ale to oznacza, że z ogonów, gdzie jest w miarę spokojnie, trafiam do środka i tuż przed niego, gdzie jest najtłoczniej. Ktoś mi, ja komuś: bach-jebs-pierdut, ktoś krzyczy „Ludzie, bo mnie utopicie!”. Ale ja zupełnie się tym wszystkim nie przejmuję. Płynę i, uwaga-uwaga, bo to szok i niedowierzanie: wyprzedzam! Cały czas. Spodziewam się niemożebnej ciasnoty na bojce, więc opływam ją po zewnętrznej, a w środku dzieją się jakieś dantejskie sceny. Wszystko się zaczopowało i ludzie nie mogą się ruszyć. A Krasusek sobie ciach-bach opłynął wszystko i wszystkich, a jak ktoś za bardzo go blokował, to po prostu przepływał po nim, o! Kilka razy byłem podtapiany, ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, płynąłem swoje. Finalny wynik to 17:09, poprawa wyniku z Piaseczna o prawie 2,5 minuty! Brzmi niesamowicie, ale trzeba pamiętać o tym bieganiu po wodzie – ja nadal jednak biegam szybciej niż pływam. Czasem nie ma się więc co jarać, ale już miejscem – owszem. 176 miejsce na 467 osób to niecałe 38 proc. stawki. Jeszcze rok temu wychodziłem z wody w 70-80 proc., a Piasecznie byłem niemal równo w połowie. Z jednej strony to efekt poprawy pływania, a z drugiej nabytego doświadczenia. W niedzielę cały czas miałem sytuację pod kontrolą, ani na chwilę nie straciłem koncentracji ani orientacji, cały czas wiedziałem co chcę zrobić.

Pływanie: 0,95 km (zmierzone 0,93 km) / czas 17:09 / m-ce 176 z 467 (37,7%)


Rower – tłok, rwane tempo i pucharki od Endo
Te kilkaset metrów trylinki to wielka męczarnia i strach o Zuzkę. Jakby pękła rama albo moje śliczne kółko, to bym się zapłakał chyba. W końcu zaczyna się asfalt, kładę się na lemondce i dzida. Orajuśku, ale tłok... Wyprzedzam. Bezproblemowo biorę pojedyncze osoby, ale wyprzedzenie 20-osobowego (a niby zasady zabraniają draftu...) peletonu zajmującego całą szerokość jezdni nie jest proste. Wkurzony zjeżdżam więc na lewy pas (akurat wolny) i mykam dalej. Po paru kilometrach uświadamiam sobie, jak dobrze jest. Bez większego problemu jadę 38 km/h, czujemy z Zuzką to magiczne połączenie, które sprawia, że jest dobrze. Bo od początku do końca stanowimy jedność. Pimpuś na przedzie rozbija opór powietrza, płuca i serducho dostarczają tlen mięśniom, a te kręcą nogami doskonale współpracującymi z mechanizmami Zuzki. Do Beniaminowa cisnę niesamowicie – na liczniku często widnieje prędkość 40-45 km/h! Po nawrotce jest trudniej, bo okazuje się, że wieje (stąd też te prędkości wcześniej). Ale i tak jedzie się bardzo dobrze. Czuję flow, którego tak brakowało mi w Piasecznie. W głowie znów muzyka, która momentami z głowy dociera do rzeczywistości i wyprzedzani rywale muszą być zdumieni słysząc mój mały chórek.

Miejsce, do którego uciekam, aby żyć
Miejsce, gdzie moje sanktuarium
Miejsce, do którego nikt
Nie może znaleźć drzwi



Parę razy Pimpuś pozdrawia nielicznych na trasie rowerowej kibiców wydobywając ze swych fioletowych płucek donośny pisk. Na nawrotce przy strefie zmian słyszę „Dalej kur… ty z tym koniem!”, no przynajmniej ktoś od razu skumał, że Pimpuś jest konikiem, a nie krową czy psem!;) Podoba mi się to rowerowanie, bez dwóch zdań. Jadę z poczuciem, że robię dobrą robotę i czas 2:20 wydaje się być coraz bardziej realny.

Radość z jazdy, to kocham! Tylko kurde, do T1 to ja muszę sobie wstawić lusterko,
bo znów jak trzepak z przekrzywionym kaskiem jechałem... ;/ fot. BikeLife.pl

Niestety, są i minusy, a właściwie (poza trylinką na początku i końcu) jeden: na trasie jest za dużo zawodników w stosunku do szerokości drogi i długości odcinka. W połączeniu z pięcioma nawrotkami na 45 km oznacza to, że co kawałek śmigają pociągi. Tu InterCity, tam Przewozy Regionalne, nie brakuje też Pendolino, czyli draftujących osób z czołówki. Trudno mi osądzić, ile z tego było chamskim oszukiwaniem (wg przepisów odległość pomiędzy zawodnikami powinna wynosić min. 10 metrów, za wyjątkiem manewru wyprzedzania oczywiście), a ile wynikało z tego, że inaczej było po prostu trudno. Faktem jest, że na drugiej pętli cały czas szarpałem tempo, bo albo próbowałem jakąś grupę wyprzedzić, albo puścić tych, którzy wyprzedzali mnie. W efekcie średnie prędkości były już odrobinę niższe, a i tak miałem wrażenie, że cały czas jadę w tłumie, męcząc się przy tym przez te próby unikania draftingu. Przy okazji któregoś wyprzedzania dostałem nawet upomnienie od sędziego.

Mała rzecz a cieszy:)

Ostatecznie rower zajął mi 1:15:42, a po odcięciu nieszczęsnego dojazdu po trylince średnia prędkość wyniosła 37,1 km/h! Endziak pokazał aż trzy nowe kolarskie rekordy życiowe, a najszybsze pięciokilometrówki miały średnie 40, 39,5 i 38,7 km/h! Podczas etapu kolarskiego wyprzedziłem ponad 60 osób, a mnie tylko osiem. Ostatecznie wpadając do strefy zmian byłem na 91. pozycji. Nie wiedziałem jakie miejsce zajmuję, ale rowerów w boksach stało wyraźnie mniej niż więcej, co jeszcze poprawiło mój nastrój.

Rower: 45 km (zmierzone 45,3 km) / czas 1:15:42 / m-ce 74 z 467 (15,8%)


Bieg – gorąco, szybko i z pĄpkami
Wylatuję ze strefy zmian i od razu spotykam znajomych:) Przy trasie kibicuje pĄpkinsowy Marcin (dzięki za przybycie!), a na pierwszym kilometrze doganiam łapiącą w locie tri-bakcyla Avę i Aśkę, której drugie imię to właściwie Bakcyl. Macham tylko dziewczynom i lecę swoje. Plan jest taki, by po kilometrze osiągnąć docelowe 4 min/km i trzymać je do mety. Wybiegając ze strefy zmian widzę na cyferblacie 1:36 i wiem, że jeśli nie zaatakuje mnie ITBS, to będzie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Chciałem pobiec w około 42 minuty, to daje szansę na zrobienie wyniku, o jakim dzień wcześniej mówiła Bo. Pojawia się szatański plan, by w razie posiadania paru sekund zapasu, zwolnić w końcówce i wpaść na metę w 2:18:45...;)

Ale nie jest lekko. Upał mocno doskwiera, a wiatr utrudnia zabawę. Pot leje się strumieniami, na punktach korzystam więc z wody, którą popijam zaplanowane jedzenie (szczegóły na końcu). Walczę o utrzymanie tempa, na twarzy klasyczny wyraz umarlaka, ale w duchu gra muzyka! Tym razem Vavamuffin ze swoją „Sektą”. Na głośne śpiewanie nie mam jednak za bardzo sił, więc muzyka pozostaje w środku.



Pruję do przodu: noga za nogą, metr za metrem i... wyprzedzany za wyprzedzanym. Przez 41 minut biegu wyprzedziłem 46 osób, a mnie nikt (przynajmniej nikogo nie zarejestrowały moje zmysły;)) Lecę raz po 4:05, raz poniżej 4:00. Nie jest to może bieg w trupiaka jak ostatnio w Poznaniu, ale jest na maksa. Dyszę głośno jak lokomotywa, sapię, pluję i smarkam na pobocze, ale cisnę do przodu. Tempo dyktuje wiatr i ewentualnie spowolnienia przy punktach odżywczych (pomarańcze, mniam!).

Już czerwony dywan, jeszcze parę kroków i jest! Linię mety mijam, gdy na zegarze jest 2:18:45! Ojtam, że musiałem kilka chwil na ten czas zaczekać, to przynajmniej miałem możliwość porozmawiania z Kaśką i jej kumplem, zrobienia pierwszych ever pĄpek jeszcze przed linią mety i poprzybijania piątek z kibicami:) Daję się też wyprzedzić ośmiu, a może dziesięciu rywalom.


To gdzie jest ta meta? / fot. Triathlonowy.pl (zdjęcie na górze również)

Przecież ja doskonale wiem, na co mnie stać, ostateczny wynik ma niewielkie znaczenie, bo rekordu świata i tak nie będzie, a życiówkę to ja jeszcze zrobię taką, że hoho, a nawet już dziś moja lista najlepszych wyników wygląda ładnie:) Zaczekajcie tylko do przyszłego sezonu, to się dopiero będzie działo! Nieporęt pokazał, że stać mnie na zrobienie dobrego wyniku nie tylko na biegu, ale i na całym tri, a to dla mnie nowość, bo dotąd zawsze coś kulało. Dalej jednak jest pole do poprawy i zamierzam nad tym pracować. Choć start ten był dla mnie ważny, to o złote galoty przecież nie walczę, są rzeczy ważne (wynik) i ważniejsze (#poprostuBo i #wszyscyzaBo), prawda? :)

Bieg: 10,5 km (zmierzone 10,25 km) / czas 00:42:48 / m-ce 40 z 467 (8,6%)


Strefy zmian – wciąż jest co poprawiać
Ze stref zmian w Nieporęcie jestem zadowolony, ale jeszcze trochę można by tu dopracować, szczególnie tę drugą mogłem zrobić lepiej. Po pierwsze bowiem, źle z niej wybiegłem (w złą stronę) i straciłem z 8-10 sekund. Po drugie zaś, znów zapomniałem, że można przecież wziąć czapeczkę w ręce i założyć ją już wybiegając, a ja ruszyłem dopiero jak byłem w pełni gotów do biegu;) W efekcie w T1 wyprzedziłem 30 osób (!!), a w T2 spadłem o trzy pozycje. To się jeszcze dopracuje:)

Podsumowanie – musi być dobra zabawa
Fajnie, że w Nieporęcie zrobiono 1/8 IM, bo dzięki temu wiele osób mogło liznąć triathlonu (serio, by ukończyć 1/8 wystarczy po prostu umieć pływać i być jako-tako aktywną osobą, spróbować może każdy!). Niefajnie jednak, że oznaczało to pozamykanie WSZYSTKICH dróg dojazdowych już o 8 rano, podczas gdy my startowaliśmy o 11:30. Ja z przyjemnością dotarłem wcześniej, ale dla kibiców (szczególnie tych z małymi dziećmi) był to poważny problem. Pod tym kątem miejsce imprezy było fatalne.

Niefajnie wypada także trasa rowerowa. Owszem, była prosta, szybka i płaska, ale... by do niej dojechać trzeba było kilkaset metrów dotelepać się po niemożebnie nierównej trylince. Jechałem tam nie więcej niż 18-20 km/h, a i tak Zuzka krzyczała z bólu, Pimpuś wołał o pomstę do nieba. Ale udało się. Nie wszystkim jednak, bo jedni gubili bidony, inni liczniki, a zdarzyła się i wymiana dętki na pierwszych metrach. No wkurzyłbym się... Dodatkowo organizatorzy imprezy znacząco przegięli z liczbą uczestników i było bardzo ciasno zarówno na trasie pływackiej jak i rowerowej.

No i ten bieg w wodzie był słaby – lepiej jednak byłoby zrobić start z wody, a nie z brzegu, byłoby wtedy bardziej sprawiedliwie, bo byśmy 950 m płynęli, a nie 850 płynęli a 100 biegli.

15 osób (PIĘT-NAŚ-CIE!), jeden z rekordów!
A i tak zapomniałem z kilkoma ważnymi personami zrobić...

A mimo tego, mi się podobało, wiecie?:) To potwierdza, że odbiór i ocena danej imprezy są bardzo subiektywne. W zasadzie w/w minusy powinny przekreślić Nieporęt z moich startów na przyszłość, a jednak...;) Wystarczy mieć dobry dzień i już człowiek inaczej spogląda na całość. Z dobrych rzeczy po raz kolejny muszę pochwalić swoją regenerację. Po niedzielnym występie (jakby na to nie patrzeć, całkiem mocnym!) w poniedziałek miałem już siłę na morderczy trening funkcjonalny, we wtorek dostałem ostre wciry na basenie, a w środę na bajku wpadło 6x5 km bardzo mocno (38-40 km/h). Jest forma i... już się nie mogę doczekać Borówna. Po cichu Wam się przyznam, że żałuję, że nie wystartuję w tym roku w PozTri. Pod każdym względem była to mistrzowska impreza i chętnie bym na nią wrócił.

Do zapamiętania. Podczas 1/4 IM w Nieporęcie zjadłem:
- rano: 1,5 bułki;
- przed startem: pół bułki i banan;
- na rowerze: dwa żele Agisko, pół batona Agisko, dwie kapsułki SaltStick;
- na biegu: żel Agisko, Power Bomba, jedna kapsułka SaltStick;
- w bidonach pół litra izotonika Isostar i pół litra wody. Zużyłem około połowy tego.

Nowością w moim menu były SaltSticki polecone przez kilkoro znajomych. Nie mam warunków laboratoryjnych do sprawdzenia, ale wydaje mi się, że działają. Nie było zjazdu jak w Piasecznie, zarówno podczas zawodów jak i za linią mety czułem się dużo lepiej niż wtedy, a przecież też mocno grzało w baniak.



piątek, 11 lipca 2014



Triathlonowy debiut to zwykle spory stres. Zbierając doświadczenia swoje i kilkorga znajomych, przekazuję Wam więc wskazówki dla debiutantów. Do powstania tekstu zmotywował mnie tegoroczny debiut paru osób. Ania, Jędrek, Krzysiek, Marcin i cała reszta, powodzenia! Trzymam za Was kciuki:)

1) Nie planuj (wyniku)
Triathlon to nie bieg na 10 km. Nie da się spojrzeć na profil trasy i zaplanować każdego kilometra po kolei. Bojka może odpłynąć i dystans pływania wzrosnąć nawet o kilkaset metrów, strefy zmian mają czasem dobre 300-400 metrów i bywają mocno pod górkę. Dokładność pomiarów jest zaś bardzo mocno przybliżona. Nie liczcie na atestowaną trasę, 3 km naddatku na 90-km rowerowej trasie w Poznaniu to norma. Dodatkowo nie wiesz, jak Twój organizm zareaguje na taki rodzaj wysiłku, więc nie nastawiaj się bardzo mocno na jakiś konkretny wynik. Daj z siebie jak najwięcej, a jednocześnie czerp radość z debiutu, zapamiętaj go tak, jak ja zapamiętałem Mrągowo – jako wspaniałą przygodę.

2) Zaplanuj (logistykę)
Tri to bardzo skomplikowana operacja logistyczna. Mamy trzy sporty i dwie strefy zmian, bardzo łatwo jest czegoś ważnego zapomnieć. Do tego dojazd, często nocleg itd. Zaplanuj sobie wszystko z dużym zapasem czasowym biorąc pod uwagę możliwe problemy z dotarciem (korki, zamknięte ulice, brak miejsc parkingowe). Aby niczego nie zapomnieć, na kilka dni przed zacznij przygotowywanie listy rzeczy do zabrania. Na podstawie tego tekstu możesz przygotować sobie swoją listę.

Wielu organizatorów przygotowuje materiały dla zawodników, z których można dowiedzieć się jak będzie wyglądała cała impreza – wizualizacje tras, stref zmian itd. To tak zwane race booki, czyli przewodniki dla zawodników. Zapoznaj się z przewodnikiem, a jak masz wątpliwości to podpytaj doświadczonych znajomych.

Warto też udać się na odprawę. Oprócz zasad, które przeczytacie w przewodniku lub na stronie internetowej organizatora, na odprawie są zwykle kluczowe informacje np. na temat tras. Ma to największe znaczenie na trasie kolarskiej, bo jeśli jest jakaś duża dziura na trasie lub wyjątkowo trudny zakręt, na pewno dowiesz się o tym właśnie na odprawie. Często dzień przed zawodami organizowany jest wspólny objazd trasy rowerowej (ze spacerową prędkością), to też ciekawe rozwiązanie, można poznać nie tylko trasę, ale i ludzi, z którymi przyjdzie nam się mierzyć na zawodach.

Dowiedz się (z przewodnika, regulaminu lub na odprawie) wg jakich zasad odbywać się będzie etap rowerowy. Chodzi o tzw. drafting, czyli jechanie komuś „na kole”, tuż za nim. Na większości zawodów w dystansach ironmanowych jest to zabronione, trzeba jechać co najmniej 10 m za rywalem lub szybko go wyprzedzić. Za łamanie tej zasady są kary. Z kolei na dystansie olimpijskim drafting jest bardzo często dozwolony.


3) Wypocznij, wyśpij się i najedz
Tak jak w przypadku debiutu maratońskiego, ostatnia noc przed tri-debiutem będzie prawdopodobnie nieprzespana przez stres. Ważne jest, by wyspać się kilka dni przed. Pamiętajcie też o dobrym odżywianiu: makaron i pizza dają radę. Dzień przed rozluźniające jedno piwko lub lampka wina na pewno nie zaszkodzi, ale odradzam przesadzenie z procentami, bo to może doprowadzić np. do odwodnienia i sporych problemów. Nie zapominajcie o nawadnianiu już kilka dni przed zawodami. Nawodnienie to nie to samo, co napełnienie żołądka wodą. Chodzi o nawodnienie na poziomie komórkowym, a to proces trochę bardziej skomplikowany niż wypicie butelki wody w sobotę wieczorem.

Nie mniej ważne jest śniadanie w dzień startu. Tu nie ma uniwersalnych prawd, bo jedni wcinają jajówę z pięciu jaj, inni bułkę z dżemem. Trzeba po prostu przetestować na sobie. Ja jem zwykle 2-3 zróżnicowane tosty lub połówki bułek (jedne z wędliną, serem i pomidorem, a inne z dżemem), a potem jeszcze banan przed startem.

4) Minimalizuj ryzyko problemów
Warto przed startem posmarować sobie wrażliwe miejsca kremem, świetnie sprawdza się dostępny w każdej aptece Sudocrem. Oprócz pach i pachwin, otarcia pojawiają się też na karku (od pianki).

5) Znaj swoje miejsce
Odpowiednie ustawienie się na starcie jest bardzo ważne. Jeśli nie jesteś świetnym pływakiem, a ustawisz się z przodu, wiele osób po prostu po Tobie przepłynie i nie będzie to miłe doświadczenie. Przeanalizuj wyniki kilku podobnych zawodów i rozpocznij mniej-więcej tak, jak prawdopodobnie skończysz. Pamiętaj też, że płynąc żabką stanowisz spore zagrożenie dla innych, bo kopiesz nogami na boki i możesz kogoś kopnąć w twarz. Osoby płynące żabką nie są mile widziane tam, gdzie jest największy tłok.

Wiele osób obawia się pralki w wodzie. Rzeczywiście można dostać kopniaka w twarz, czy zostać wielokrotnie uderzonym. Nie wpadaj jednak w panikę, staraj się złapać swój rytm i płynąć.

=== === ===
Subskrybujesz już mój kanał na YouTube?
=== === ===

6) Strefy zmian – szybko, ale bez pośpiechu
W strefie zmian można zmarnować ładnych kilka minut, np. szukając w skrzynce czapeczki biegowej czy skarpetki. Podczas Garmin Iron Triathlon w Piasecznie najszybsza osoba zrobiła strefę T1 w 1:30, najwolniejsza zaś w… 8:27. Spora różnica, prawda? Oczywiście najlepsze czasy robią praktycznie zawsze doświadczeni i mocni zawodnicy, ale to, czy spędzisz w strefie zmian 3 czy 7 minut robi różnicę. Na zmęczeniu i w stresie związanym z debiutem niemal na pewno będą Ci się trząść ręce, staraj się więc poszczególne czynności wykonywać spokojnie, ale jednocześnie sprawnie i szybko. Przejdź sobie w myślach kilka razy po kolei wszystkie kroki jakie musisz wykonać w strefach zmian. Niektórzy wizualizują sobie zadania do wykonania w strefie zmian pod koniec poprzedniego etapu.

Wskazówki dotyczące stref zmian:
a) W triathlonie sprawdza się duża torba plastikowa, taka jak np. z któregoś marketu budowlanego. Ma idealny rozmiar, dzięki czemu sprawnie dostarczysz swoje rzeczy do strefy zmian i zabierzesz je stamtąd nie gubiąc okularów lub buta.

b) Na większości zawodów każdy zawodnik ma w strefie zmian skrzynkę (rzadziej pojawiają się worki), w której trzyma swoje rzeczy. Podziel ubrania na dwie kupki (na rower i na bieg) i poukładaj tak, aby na górze było to, co założysz najszybciej. Jeśli zakładasz koszulkę i spodenki, to niech leżą one na butach, a nie pod nimi. W ten sposób sięgając z góry będziesz mieć odpowiednią kolejność ubierania.

c) Pierwszą strefę zmian (T1) rozpocznij już wychodząc z wody. Podnieś okularki na czoło (nie zdejmuj ich jeszcze!) i zabierz się za rozpinanie pianki. Dobiegając do swojego stanowiska powinieneś (tudzież powinnaś) mieć piankę zdjętą do połowy, a w ręku okularki i czepek. Zdjąć piankę nie jest wcale tak łatwo, zrób to dynamicznym mocnym ruchem, wtedy w miarę sprawnie zejdzie. Z nóg najlepiej zdjąć ją przydeptując sobie część jedną nogą i wyszarpując jednocześnie drugą nogę.

d) Jak uporasz się ze zdjęciem pianki (polecam spróbowanie w domu, to nie jest proste zadanie, ale da się szybko opanować), możesz wrzucić na ząb kawałek wcześniej (przed startem) przygotowanego banana lub batona. Ale tylko kawałek, bo jeśli wrzucisz za dużo, to żołądek może zastrajkować – dopiero co był podczas wysiłku ułożony poziomo, a teraz jesteś w pionie.

e) W T1 mam zawsze kolorowy ręcznik, który wisi na kierownicy. Po pierwsze pozwala z daleka rozpoznać rower, a po drugie niektórzy lubią sobie przetrzeć twarz. Po otarciu twarzy rzucasz go na ziemię i w czasie przebierania się, wycierasz w niego stopy z piachu, który po wyjściu z wody bez wątpienia Ci się tam przykleił.

f) Buty najlepiej by leżały podeszwą do góry – w razie deszczu nie naleje się do nich woda. Warto też zrolować sobie skarpetki (zakładanie rozciągniętych na mokrą nogę jest trudniejsze) i włożyć je odpowiednio w buty: prawa w prawy, lewa w lewy.

g) W strefie zmian mam zawsze małą plastikową łyżkę do butów. Pozwala ona szybciej założyć buty, których nie trzeba rozwiązywać. Świetnym rozwiązaniem do butów biegowych są specjalne triathlonowe sznurowadła – są elastyczne i idealnie trzymają buta (kupić je można za 35-40 zł).

h) Niektórzy triathloniści w ogóle nie używają skarpetek. Jeśli jest ciepło to problemem są jedynie otarcia podczas biegu (na rowerze nic stopalom nie grozi), w przypadku deszczu i niższej temperatury można solidnie zmarznąć. Od otarć robią się czasem bardzo bolesne rany, więc lepiej przetestować to najpierw na treningach. Ja np. w ostatnich kilku startach zakładałem skarpetki pomiędzy rowerem a biegiem. Stopa jest wówczas sucha i założenie idzie sprawniej, a na bieg skarpetki przydają się dużo bardziej.

i) Pasek na numer startowy (ja mam o, taki) to nie fanaberia i bajer, tylko naprawdę przydatna i wygodna rzecz. Na wielu tri-startach prosta wersja paska jest w pakiecie. Przede wszystkim przydaje się on do (co za niespodzianka!) przytwierdzenia numeru. Chodzi nie tylko o to, by nie dziurawić agrafkami ulubionej koszulki, ale przede wszystkim o możliwość odwrócenia numeru do przodu lub do tyłu. Na etapie rowerowym bowiem numer musi być z tyłu, a na biegowym – z przodu. Domyślasz się zapewne, że przepinanie numeru przyczepionego na agrafki w T2 jest bardzo złym pomysłem… ;) Dodatkowo niektóre paski (jak np. podlinkowany powyżej Compressport) mają elastyczne uchwyty na żele, które naprawdę świetnie działają - sprawdziłem na maratonie i półmaratonie. Pasek z numerem wieszam zwykle na kierownicy, by na pewno o nim nie zapomnieć.

j) Nie wolno też zapomnieć o kasku. Wg zasad panujących na większości zawodów za ruszenie bez zapiętego kasku (bądź rozpięcie go przed dotarciem do strefy zmian) grozi dyskwalifikacja!

k) Okularki na rower też się przydają. Raz, że do ochrony przed słońcem, dwa przed wiatrem (oczy nieźle łzawią po kilku godzinach jazdy na wietrze), a trzy – przed insektami, które mogą wpaść do oka.

l) Okulary trzymaj w kasku, który powinien być tak ułożony, byś założył (-a) go jednym ruchem. Oksy zakładasz przed kaskiem. Jest to wprawdzie wbrew zasadom kolarskiej stylówy (hehe;)), ale w tri jest praktyczniejsze. Zdejmując w T2 kask zrzucisz oksy i trzeba będzie ich szukać.

m) Wszystko masz? Łap rower i leć! Pamiętaj jednak, że nie możesz na niego wsiąść przed opuszczeniem strefy zmian, czyli tzw. belką. To miejsce z pomiarem czasu oznaczone przez organizatora.

Na koniec krótki schemat jak działać W T1, bo to ta zmiana jest bardziej skomplikowana:
- wychodząc z wody rozpinasz piankę i zdejmujesz jej górną część, potem ściągasz okularki i czepek;
- piankę zdejmuj dynamicznymi silnymi ruchami;
- możesz w tym czasie złapać gryza banana lub kawałek batona (przygotuj to sobie wcześniej);
- jeśli nie masz pod pianką tri-stroju, zakładasz koszulkę i spodenki oraz numer startowy (tak, by był widoczny z tyłu);
- zakładasz skarpetki (nieobowiązkowe) i buty (raczej obowiązkowe);
- zakładasz okularki i kask (w tej kolejności);
- łapiesz rower i dzida!

Druga strefa zmian jest dużo łatwiejsza. Odstawiasz rower, ściągasz kask, zakładasz czapeczkę biegową (lub też nie), zmieniasz buty (łyżka do butów rulez!) i lecisz. Nie zapomnij tylko odwrócić numeru startowego na przód.

7) Wiem co (i gdzie) jem
Ze wspomnianym powyżej jedzeniem w T1 jest różnie. Ja coś małego zawsze biorę i problemów nie miałem, ale warto być ostrożnym.

Za to w T2 nie radzę jeść. Zmiana z kolarstwa na bieg jest bardzo trudna dla układu trawiennego (chodzi o to, że na rowerze go ściskamy, a potem na biegu rozciągamy) i często wywołuje kolkę, a zdarzają się nawet wymioty. Dlatego zalecane jest nie jeść w ostatnim kwadransie trasy kolarskiej, w drugiej strefie zmian oraz przez pierwszych kilka minut biegu. Po kilometrze biegu organizm przyzwyczai się do nowego wysiłku i można coś wrzucić na ząb.

Z tym wrzucaniem na ząb to oczywiście ostrożnie. Organizatorzy często na punktach odżywczych dają nie tylko wodę i izotonik, ale i żele energetyczne, ale jeśli na treningach ich nie jadasz, to raczej sobie daruj. Jedz to, co sprawdzone. Na dystansie 1/4 IM niektórzy prosi w ogóle nie jedzą, potrzebę energetyczną zaspokajając izotonikiem.

Normalnie staram się jeść co 40-45 minut. Czyli np. na dystansie 1/4 IM jem po kwadransie roweru, potem 60 min. po rozpoczęciu bajka i po 10-15 min biegu. Łącznie dwa-trzy żele lub np. dwa żele i baton. Częstotliwość picia zależy od pogody i potliwości zawodnika. Ja staram się pić co około 10 minut po łyku. Ale nie wszyscy w ogóle jedzą, dystans 1/4 IM niektórzy szybcy zawodnicy robią czerpiąc energię tylko z izotonika.

Wiele osób przykleja żele i batony do roweru (na ramę) papierową taśmą (taką malarską). Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, ale pamiętajcie, że w słoneczną pogodę niektóre batony (te z czekoladą) mogą się mocno rozpłynąć.

Tak wyglądają żele przyklejone do ramy Zuzki:)

8) A co jeśli się zachce…?
Słyszałeś (-aś) już to? Triathloniści sikają do pianek! Żart? Nie, rzeczywistość. Piankę zaczynasz ubierać czasami nawet na 20-30 minut przed startem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nim w ogóle rozbrzmi strzał startera zachce Ci się siku. Nie bój się, sikaj. Zabrzmi jak odkrycie Ameryki, ale najłatwiej sika się stojąc, próbowałem kiedyś w trakcie etapu pływackiego i to se ne da. Ale znam takich, co potrafią, wot technika! Na pewno jednak warto zrobić to w oczekiwaniu na start, np. podczas wejścia do wody. W przypadku niskiej temperatury otoczenia i wody nasikanie do pianki może dać też korzyści termalne;)

Podczas ubiegłorocznego PozTri bardzo, ale to bardzo zachciało mi się siku na rowerze. Pozwólcie, że zacytuję sam siebie: „No przecież nie zatrzymam się przy drodze, bo to co najmniej minuta lub dwie w plecy. Przepraszam Zuzkę i korzystając z padającego deszczu oraz zjazdu, staję w pedałach i załatwiam sprawę przy prędkości niemal 40 km/h. Ogromna ulga i zdobyta nowa umiejętność;)”. Wcześniej próbowałem to zrobić w czasie pedałowania i mi się nie udało, pomógł dopiero zjazd i stanięcie w pedałach.

Na etapie biegowym problem ten praktycznie nie istnieje – zwykle są krzaczki lub tojki, choć widziałem kiedyś sytuację, w której ktoś odpuścił sobie takie farmazony i robił to w biegu. Nieciekawy widok.

9) Działa? Działa!
Tuż przed wstawieniem roweru do strefy zmian sprawdź, czy wszystko działa. Brzmi jak dowcip, ale w trakcie transportu może się coś poluzować, mi np. przez Piasecznem spadł czujnik kadencji. Dopilnuj też, by rower był ustawiony na niskim przełożeniu, byś bez problemu mógł (mogła) ruszyć.

10) Ostrożnie z tempem
Zmiana z roweru na bieg jest bardzo niebezpieczna, bo zwykle człowiek przyzwyczajony do szybkiego pedałowania, chce tak samo szybko przebierać nogami i łatwo jest spalić się na początku. Trzeba się pilnować i pierwsze kilkaset metrów przebiec wolniej niż tempo docelowe, potem zacząć przyśpieszać, by po tysiącu metrów złapać swój rytm i biec już do końca. Jeśli spalisz się na początku, zapewne zabraknie Ci sił w drugiej części biegu.

11) Strój – nie od razu Żnin zbudowano!
Jeśli dopiero zaczynasz, to nie musisz mieć wszystkiego. Tri-strój to naprawdę fajna i praktyczna rzecz, ale da się ukończyć zawody bez niego. Jeśli robisz ćwiartkę, to 45 km na rowerze dasz radę przejechać bez pieluchy, załóż więc zwykłe spodenki. Dobrze, by były obcisłe, wtedy założysz je pod piankę i nie będziesz musiał ubierać w T1.

Wybierając koszulkę zwróć uwagę, by była jak najbardziej przylegająca. Na rowerze aerodynamika robi dużą różnicę, a furkocząca koszulka może Cię naprawdę spowolnić.

12) Inne przydatne gadżety i sprawy
a) Żel USG – kosztuje kilka złociszy, a znacznie ułatwia założenie i zdjęcie pianki, bo nadaje nadgarstkom i stopom (tam smarujemy) poślizgu. Najlepiej poprosić swojego kibica o posmarowanie. Tłuste dłonie do zły pomysł, bo utrudniają chwyt wody.

b) Worek foliowy – nasunięcie go na stopę lub dłoń ułatwia włożenie pianki.

c) Zasypka dla dzieci – chłonie wodę i pot, warto wsypać ją do butów kolarskich i biegowych oraz skarpetek. Będzie przyjemniej i spada ryzyko otarć.

d) Prosi wskakują i zeskakują z roweru w biegu, dosłownie. Mają buty wpięte w rower i przez T1 biegną na bosaka, wskakując na bajka po przebiegnięciu belki. Buty zakładają i zapinają w czasie jazdy, oszczędzając kilka sekund. Kolejnych kilka sekund kradną w T2, przed którym zdejmują buty. To jednak trzeba umieć;) Jeśli nie potrafisz, daj spokój.

A wygląda to o:


e) Jeśli zapowiada się patelnia, warto choćby kark posmarować kremem UV. Można się nieźle zjarać już na etapie pływackim, na rowerowym dopiec, a to boli. Bardzo.

f) Przy rowerze warto mieć obowiązkowy zestaw naprawczy: dętka, łyżki i mała pompka. Przećwicz też w domu kilka razy wymianę dętki. Miej nadzieję, że nic się nie stanie, ale na (odpukać w niemalowane!) w razie czego lepiej wiedzieć, jak się do sprawy zabrać.

13) Zadbaj o kibiców
Istnieje duża szansa, że Twój triathlonowy debiut oglądać będą bliscy. W trakcie zawodów i po nich, daj im odczuć, jak ważni są. Bo są! Kibice potrafią dodać niesamowitej energii, zrób wszystko, by na trasie pojawiło się ich jak najwięcej.

Mam nadzieję, że poradnik przyda się początkującym osobom, pamiętajcie, że to nie jakaś lista obowiązkowa, po prostu parę rzeczy, które mogą Wam ułatwić triathlonowe życie. A bardziej doświadczonych czytelników zapraszam do dyskusji!

A na koniec powtórzę to, co napisałem już na początku: pamiętaj, że sport to radość i przyjemność. Od nadmiernej spinki boli dupsko i człowiek zapomina po co to właściwie robi!;)


wtorek, 24 czerwca 2014

Trafiło mi się, że pojechałem tam z grupą niesamowitych ludzi i dzięki nim, cały ten weekend był niesamowity. Wspólne przygotowania, planowanie trasy, szykowanie bajków i genialny pomysł Wybieganego, by okleić samochody taśmą malarską w motywujące napisy. No i kultowa już, jak dla mnie, naklejka na szybę „KARKONOSZMAN OFFICIAL SUPPORT”, z którą dumnie jeżdżę teraz po Wawie. Do tego emocjonalna Bo na mecie, wspólne głupawe zdjęcia, gotowanie kilograma makaronu, nalewka aroniowa, radości, strachy i durne pomysły jak puszczenie naszego filmiku na wyświetlaczu w centrum Karpacza. To zrobiło różnicę, nie mogło być lepiej.

Pływanie – wspólne zaplatanie warkoczy
72 osoby w wodzie. Ale fajnie, nie będzie pralki! Nie będzie? Bach-bach kopem w twarz, płynę po kimś, ktoś płynie po mnie. Ręka, noga, mózg na ścianie! Oj Krasusie, chyba „ustawienie się” w samym środku było głupim pomysłem... Biednemu zawsze słońce w oczy, nie? Trudno jest nawigować, bo każda próba spojrzenia przed siebie oznacza słońce rażące w oczy. Nie kombinuję z oddechem – walę cały czas na prawą rękę, a co kilka oddechów patrzę do przodu. W międzyczasie nawiguję na zamek, drzewa i chmury. Pływanie u stóp Zamku Czocha jest niesamowite, samo wspomnienie tego widoku „z dołu” wywołuje ciary na plecach.

O, a koło mnie z lewej to jakaś kobiałka chyba, bo pod czepkiem widać zwinięte włosy. O, znajome oksy. Nie no, nie może być tak, byśmy z Bo płynęli razem. Tego jeszcze nie grali! O, z prawej taka sama! Płynę z dwiema Bo? Przebiegła z niej bestia, rozdwoiła się, by zwiększyć swoje szanse na wygranie Wielkiego Wyścigu! O, ta z lewej zniknęła. O, z prawej też nie ma. Co się dzieje, gdzie jest Bo?! O, jest z przodu. Za chwilę znów z lewej, przepływam po jej nogach i jest po prawej. Ale ładnie warkoczujemy... BOska, chyba oboje powinniśmy poćwiczyć nawigację w ołpenłoterze;)

Nie umiem sobie wyobrazić bardziej urokliwego miejsca do pływania / fot. Marcin Oliva Soto

I tak se płyniemy. Łódki, którą mamy opłynąć nie widać, w ogóle raczej niewiele widać, ale... (nie spodziewałem się, że kiedyś to napiszę) płynie mi się przyjemnie. Woda ma idealną temperaturę, nie ma już tłoku, jako-tako ogarniam technikę. Przed nawrotem puszczam koleżankę przodem, niech ma (po raz ostatni dziś!). Raz jestem z przodu, raz z lewej, raz z prawej – sam już nie wiem, które z nas gorzej nawiguje, ale gdyby ktoś obserwował to mizianie z góry, miałby niezły ubaw... Z wody wyłazimy niemal razem (tu już nie było puszczania przodem, czas mam o 2 sek. lepszy).

Pływanie: 1,9 km (zmierzone 2,5 km) / czas 52:03 / m-ce 46 z 72 (63,9%)
Mocno wydłużony dystans przepłynąłem w 52:03, najszybszy kilometr robiąc w 19:52, mam być z czego zadowolony, choć miejsce w drugiej połowie stawki mnie nie raduje. Chciałem się nie zamęczyć i udało się, z wody wyszedłem całkiem świeży. Warto by nauczyć się dobrze nawigować i pływać komuś w nogach.

Drogę do T1 pokonujemy oczywiście razem, a przy nas supporty, Wybiegany (Bo) i Jędrek (mój). Chłopaki pomagają się rozebrać, ubrać, podają picie i jedzenie. Ale nie śpieszę się. Wiem, że rower będzie mocno pod górę, więc chcę go zacząć w miarę na spokojnie. Ostatecznie schodzi mi prawie 5 minut (co było wynikiem w połowie stawki), ale bez problemów się nie obywa – nie mogłem się wpiąć w pedały, bo pod górkę to dość trudne zadanie, na dodatek skitrałem Garmina i musiałem go włączyć od nowa podczas wyjazdu z zamku Czocha, a było bardzo, bardzo stromo.

Rower – z górki na pazurki, a pod górkę...
Pomijając spadnięty łańcuch na pierwszym podjeździe (czemu nikt nie powiedział, by nie zmieniać przerzutek po kilka jednocześnie podczas podjazdu, huh?) jedzie mi się bardzo równo – coraz trudniej. Płaskiego nie było wiele, w zasadzie cały czas pod górę lub z góry (czy wspomniałem, że pływanie też było jakby pod górach, bo płynęliśmy z prądem i pod prąd?). Pod górę cierpię. Staram się nie jechać na najmniejszej przerzutce, to zawsze kilka km/h więcej, ale w wielu przypadkach inaczej się po prostu nie dało. By mięśnie miały lżej, co jakiś czas zmieniam pozycję. To w górnym chwycie, to na lemondce, w dolnym, na stojąco. Jedno jest pieprzonym constansem: jest cholernie ciężko. Od Orłowic przez 10 km jest cały czas pod górkę. Dziesięć-pieprzonych-kilometrów jazdy pod górę.

Za podjazdem zlokalizowano P1, czyli pierwszy parking, na którym supporty czekają na zawodników. Wymieniam bidon, biorę pół banana, przyjmuję na twarz krem przeciwsłoneczny, a wszystko to w kilka sekund! Czułem się jak bolid F1, który wjeżdża do pitstopu i wyćwiczeni jak automaty ziomale wszystko mu robią. Mój support spisał się na najbardziej złoty ze złotych medali! Jesteście zajebiści do kwadratu, a nawet sześcianu.

Trochę odpoczynku, bo jest prawie płasko (prawie, czyli tylko trochę pod górę) do Szklarskiej, a potem przerażający odcinek prawie 8 km zjazdu. Odpoczynek? Cały czas napięte wszystkie możliwe mięśnie, koncentracja na poziomie stratosfery i przykurczone dłonie gotowe zahamować w momencie zagrożenia. Jezusicku, jak ja się boję! Na którymś ze znajzdów Iroman dodaje otuchy słowami: „Wszyscy na tych zjazdach zginiemy!”;) Na prostej to nawet pedałuję, by szybciej przyśpieszać, ale na zakrętach zwalniam, bo cykam się jak diabli. Na zegarek oczywiście nie mam odwagi spojrzeć, ale potem Garmin powiedział, że moja maksymalna prędkość to 63,8 km/h. Ojaciepitole.

=== === ===

kĄkurs: Zarymuj karczycho!
A pamiętacie, że wciąż trwa karko-kĄkurs? I to nie byle jaki, bo karkonoski kĄkurs na karki, a właściwie to na rymowanki z karkami! Dwie najfaniejsze rymowanki (Ava, liczymy na Ciebie!) o karczychach nagrodzimy:) I to nie byle czym, bo fantastycznymi buffami (co lepiej ogrzeje zmarznięty kark jeśli nie buff?) od ulubionego sklepu dla biegaczy Natural Born Runners! Na rymowanki czekamy do połowy tygodnia (25 czerwca, środa, 23:59).


Ogłoszenie wyników kĄkursu typerskiego!
Tym razem tych typów nie było zbyt wiele, bo trochęśmy się zagapili i kĄkurs ogłosili w długi weekend, gdy większość z Was już wypoczywała. To dla nas też nauczka. Najbliżej ostatecznego rozstrzygnięcia był Piotr Pazdej, który otrzymuje książkę „Bez ograniczeń” Chrissie Wellington. Dwie pozostałe nagodzone osoby to Dorota Kałkowska („Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego”) oraz KA („Triatlon od A do Z”). GRATULUJEMY i prosimy o kontakt mailowy lub fejsbukowy!

=== === ===

Na zjazdach wyprzedziły mnie ze dwie osoby, ale z nawiązką odbijam sobie to na podjazdach, a tych nie brakuje. Fakt, że wyprzedzam pod górkę jest dla mnie miłą niespodzianką, bo skąd ja mam niby mieć na to siłę? Widocznie inni mają siły jeszcze mniej. I jakie dantejskie sceny... jeden zatrzymuje się, kładzie na kierownicy i wygląda jakby właśnie wypluwał duszę, inny ponoć zostawił rower na środku drogi i wskoczył do strumienia... Kawałek płaskiego i znów pod górę – pętelka przez Przesiekę. Doganiam jedną z dziewczyn. Jedzie „na krótko” i z zimna aż się telepie, niestety – nie mam jej czym poratować. Robi się trochę towarzysko, pojawia się jeszcze jeden zawodnik. Miła gadka-szmatka podczas piłowania pod górkę, ale panie Krasusie, pan nie przyjechał tu na podryw, tylko się upodlić! Trzeba zapier... do przodu, koniec pogaduszek! („Mam nadzieję, że się nieźle upodliłeś – sms od MS po zakończeniu mówi wszystko;)). Chyba odjechałem im bez słowa, za co towarzyszy przepraszam, zmęczenie nie tłumaczy braku kultury!

Najwolniej jadę 12-13 km/h – najniższa przerzutka i staram się trzymać kadencję ponad 90 rpm. Sił dodają kibice z samochodów (w tym GARNEK MOCY!!!), wyprzedzające nas supporty oraz piesi przechodzący wzdłuż drogi. Raz trafiłem na 6-7 osobową grupę osób, która stanęła w szeregu i robiła taki hałas, że aż musiałem przyśpieszyć! Krzyczeli, piszczeli, bili brawo, o raju, ludzie, gdziekolwiek jesteście, DZIĘKUJĘ WAM!

Nasza karko-drużyna w komplecie 

Samojebka z GARKIEM MOCY, marzenia się spełniają!:) 

Medal, dziubek, pĄ-oksy 

Współautorzy mojego dotarcia do mety. Supporcie, byliście genialni!

Przy zjeździe z Przesieki do Podgórzyna na jednej z serpentyn (pewnie miałem „tylko” z 40-45 km/h) autobus jadący z przeciwnej strony ścina łuk. Zaciskam hamulce, Zuzką zarzuca lewo-prawo, więc odpuszczam hamulce z myślą „a ch... tam”, najwyżej i mijamy się na 1,5-2 metry. Niby bezpieczna odległość, ale gdybym tylko miał czym, bez wątpienia w tym momencie zmoczyłbym spodnie ze strachu. Kawałek później podczas kolejnego hamowania (hamowałem oboma hamulcami delikatnie i po równo, by nie stracić kontroli nad rowerem, dobrze?) przedni zaczyna piszczeć i czuję swąd. Omatkoboskokolarsko, a co się robi w takiej sytuacji? Co to znaczy? Że mam po hamulcach? Odpuszczam hamowanie na chwilę, potem jest OK, ale przy kolejnym konkretnym zjeździe to samo.

Od 72 do 77 km jest płasko. Dziwne mam wtedy odczucia. Wiem już, że jest dobrze. Że na pewno zmieszczę sie w limicie, że sobie poradzę, że przeżyłem na tych strasznych zjazdach, że dotrę do mety (nawet nie dopuszczam opcji zawalenia biegu) i... chce mi się płakać. Jadę sobie przez jakieś miejscowości i nie jestem w stanie powstrzymać łez. Emocje puszczają, bo to co najtrudniejsze dla mojej głowy mam już za sobą. Zostało najtrudniejsze dla nóg. Zaczyna się ostatni podjazd do Karpacza. Momentalnie redukuję przerzutkę i zaczynam wspinaczkę. Na dystansie ponad 7,5 km mam do podjechania ponad 400 metrów. Niby nachylenie relatywnie niewielkie, porównywalne z Agrykolą, ale calutki czas pod górę, noga za nogą, pedałłnięcie za pedałłnięciem (tak, wiem, że nie ma takiego słowa) przez 7,5 km... Bez płaskich odcinków, bez jednej chwili odpoczynku, zatrzymania czy relaksu z górki. Nie można puścić luzu, bo wtedy rower się zatrzyma od razu. No to cisnę. Równe tempo, na wykresie niemal idealna kreska. Jadę, ledwie już żyw, krzyczę gdzieś w las AAAAAARGH dla dodania sobie animuszu, a po chwili....

Ding-ding-ding-ding.... Co to? Ze zmęczenia mam chyba jakieś dźwiękowe haluny. Głos cichnie. Cisnę dalej. Ding-ding-ding-ding... Jezusicku, znów! Tym razem dźwięk nie ustaje, nasila się. Ding-ding-ding-ding! To nie haluny, to nie zjawa, to nie ściema, to jedyny, najprawdziwszy, najlepszy i najwspanialszy GARNEK MOCY!!! Magdalena i Przemysław stoją dzielnie w najtrudniejszym chyba punkcie trasy rowerowej. Oczywiście dociskam mocniej pedały, oczywiście przez pot zalewający mi twarz się uśmiecham i dziękuję im za doping. Mówią, że koniec już blisko, ale dla mnie nawet 100 metrów wydaje się być dalekim dystansem. W końcu T2 pojawia się jakby znikąd, NKŚ do mnie macha, robi się płasko.

Rower: 85 km / czas 3:31:48 / m-ce 32 z 72 (44,4%)
03:31:48 to wynik jakiego mniej-więcej się spodziewałem. Moje techniczne i mięśniowe możliwości jazdy po górach nie pozwoliły na więcej. Jak mawiają, wyżej dupy nie podskoczysz. Endo twierdzi, że ostatni podjazd zajął mi około 31 minut, jeśli czytają to inni zawodnicy, ciekaw jestem Waszych czasów, pochwalcie się. W T2 Jędrek łapie ode mnie rower (zajefajna rzecz taki support:)), truchtam do swojego miejsca i przebieram się. Długą koszulkę z wełny merynosów (mega rzecz, obowiązkowy kawałek garderoby dla każdego wytrzymałościowca!) zamieniam na pĄ-koszulkę, kask rowerowy na czapeczkę biegową, no i buty przyda się zmienić. Chwilę rozmawiam z Jędrkiem (głównie coś w stylu „Kur... ale było ciężko” i „Ja pier... te podjazdy chciały mnie zabić”) i rozpoczynam bieg.

Bieg – byle do przodu i do góry
Taktyka jest prosta: zacząć spokojnie, wysikać się na pierwszym kilometrze, a potem nabrać prędkości i wyprzedzać. Na pierwszym podbiegu staram się trzymać poniżej 6 min/km i łapię dwie osoby. Sprawdzam, czy mają numer startowy i zaliczam do punktacji jedną – druga nie ma numeru, więc pewnie jest wsparciem. Po 2,5 km zaczyna się zbieg i puszczam nogi. Co spojrzę na chwilowe tempo, to Garmin pokazuje 3:25 albo 3:36 albo inną niebywałą wręcz prędkość. Ale skoro grawitacja mi pomaga, to korzystam z niej jak mogę. Przede mną kolejnych kilka osób, które łykam.

Wpadam na asfalt i tak lekko już nie jest, bo zaczyna się podbieg. Skończy się za 9 km. Dziewięć kilometrów do przodu i ponad siedemset metrów w górę... Dopóki jest tylko stromo, staram się truchtać, ale jak zaczyna się bardzo stromo (właściwa droga na Przełęcz Karkonoską), mam ochotę zapłakać. Tam jest ze 20 proc. nachylenia! Idę. Dynamicznie, ale idę. Przede mną i za mną wszyscy idą. Ale w ten sposób kuźwa nikogo nie wyprzedzę! Dobra, 30 kroków biegu. Odpoczynek w marszu i 40 kroków biegu. Wyprzedzam kogoś. Odpoczynek i 50 kroków biegu, znów wyprzedzam. To wyprzedzanie nakręca, ale więcej niż 50 kroków biegu nie jestem w stanie zrobić. Kolejna 50-tka, kolejna osoba wyprzedzona i jeszcze następna. Łącznie na liczniku już ze sześć, a może siedem. Przed samą przełęczą doganiam jednego z zawodników i chwilę rozmawiamy, razem docieramy do punktu z wodą, ale nie za bardzo mam siłę utrzymać jego tempo i odpuszczam. Napieram dalej w górę sam, oglądając jego plecy.

Skończył się asfalt i teraz rządzą kamulce, a na nich moja kostka przy każdym kroku zagrożona jest kolejnym wykręceniem. Patrzę głównie pod nogi, ale udaje mi się wyprzedzić kolejną osobę. I nagle, niczym feniks z popiołów, z mgły i zza potu pokrywającego moje gałki oczne, wyłania się Jędruś! To już! To ten moment, gdy wsparcie będzie mi pomagać i razem dotrzemy do mety, ufff, jak dobrze! Jędrek pilnuje, bym regularnie pił, jadł i podpowiada, którą stroną ścieżki najbezpieczniej biec. Dostaję nowych sił, ale tylko na chwilę, zmęczenie mocno daje się we znaki i co jakiś czas wydobywa się ze mnie „Nie mogę, poczekaj...”. Jędrek cierpliwie czeka, ale jednocześnie motywuje do dalszej walki, mówi co dalej będzie na trasie, że wkrótce zobaczymy Śnieżkę i w ogóle tuż-tuż jest kolejny zawodnik do wyprzedzenia. Wybór na support osoby, która zna Karkonosze był doskonałym pomysłem:) Jak tylko nawierzchnia pozwala, narzucam mocniejsze tempo, miejscami lecimy po 4:15. Słyszę, że jak pociśniemy to złamię siedem godzin, a to jeszcze tak daleko! Znak szlaku mówi, że do Domu Śląskiego jest 20 minut. „Za 7 minut będziemy” – słyszę. I jesteśmy po siedmiu minutach! Tam znów GARNEK MOCY i jeszcze Iza, która specjalnie dla nas wtarabaniła się tu na górę, by dopingować. Kapelusze z głów przed Wami, ludziska!


I Błażejowi też dziękuję!

Jeszcze tylko ostatni kawałek. Jeszcze tylko podejście na Śnieżkę... Podejście, bo po prawie siedmiu godzinach wysiłku nie ma mowy o podbiegu. Idę, ale staram się mocno stawiać kroki, do czego motywuje mnie jeden z rywali kilka metrów wyżej. Wyprzedzony. Jędrek mówi, że zbliżamy się do kolejnego, to ten, który odsadził mnie na Przełęczy Karkonoskiej! Niewiele widzę, bo deszcz pada poziomo, wieje okrutny wiatr i chyba jesteśmy w chmurze, ale wygląda na to, że kolega niemal słania się na nogach, support nie jest w stanie zdopingować go do zwiększenia tempa, a ja, zataczając się, dorzucam do pieca i biegnę! Mam poczucie, że jestem na granicy zasłabnięcia, ale stawiam wszystko na jedną kartę, wyprzedzam Tomka (pozdrawiam!) na kilkadziesiąt metrów przed metą. Ostatnie metry cały czas oglądam się do tyłu, czy czasem nie wyprowadza kontrataku, ale nie, nic mi już nie grozi.

Bieg: 21,1 km / czas 2:28:32 / m-ce 12 z 72 (16,7%)
Muszę dopracować bieganie w trudnym nierównym terenie. Na kamulcach zwalniałem, bo bałem się o skręconą tydzień wcześniej kostkę. Czas wyszedł dobry, ale mały niedosyt gdzieś pozostaje, bo liczyłem na miejsce w pierwszej dziesiątce na tym etapie. Na mecie muszę się na chwilę położyć, by odetchnąć. Uściski dla najlepszego supportu na świecie (bez Was dwojga nie dałbym rady tak ukończyć Triathlonu Karkonoskiego, nie ma bata, nie dałbym, DZIĘKUJĘ!), gratulacje od dyrektora imprezy, medal na szyi i woda w dłoni. Udało się. Ukończyłem pierwszą edycję Triathlonu Karkonoskiego, najbardziej ekstremalnych zawodów triathlonowych w tym kraju. Łzy wzruszenia, radość, nieopisana satysfakcja – wszystko mi się miesza.

Przyjechałem tu po przygodę i dostałem jej taką dawkę, że głowa mała. Porcja emocji i przeżyć była tak ogromna, że nie przespałem potem kilku nocy. Czas 6:59:38 dał mi 24 miejsce w stawce 72 zawodników, którzy wyruszyli na trasę, czyli dokładnie w jednej trzeciej. Jak na całkowity brak treningów rowerowych na wzniesieniach oraz wydłużoną trasę pływacką (moja najsłabsza dyscyplina), mogę być chyba z tego zadowolony. Tu czy tam minuta była do urwania, ale nie miałem na to napiny, miało być pięknie, przygodowo i radośnie. I było. Był flow na rowerze, był strach na zjazdach, ale i śpiewany pod nosem Vavamuffin gdy wszystko szło dobrze. I było też cholernie ciężko, był krzyk dodający animuszu, ból ud od pedałowania pod górę Było dokładnie tak, jak miało być. No i wciąż trwa karkowy kĄkurs, do dzieła!.

Dla takiego amatora jak ja, niesamowitą frajdą była otoczka tej imprezy. Od miejsca startu (Zamek Czocha naprawdę robi wrażenie! Oglądany z boku, z dołu i od środka!), poprzez strefę zmian na dziedzińcu i megastromne podejście do niej, aż na wszystkim co związane z supportem skończywszy. No i te podjazdy, te podbiegi, ta Śnieżka... Trafiło mi się, że pojechałem tam z grupą niesamowitych ludzi i dzięki nim, cały ten weekend był niesamowity. Wspólne przygotowania, planowanie trasy, szykowanie bajków i genialny pomysł Wybieganego, by okleić samochody taśmą malarską w motywujące napisy. No i kultowa już, jak dla mnie, naklejka na szybę „KARKONOSZMAN OFFICIAL SUPPORT”, z którą dumnie jeżdżę teraz po Wawie. Do tego emocjonalna Bo na mecie, wspólne głupawe zdjęcia, gotowanie kilograma makaronu, nalewka aroniowa, radości, strachy i durne pomysły jak puszczenie naszego filmiku na wyświetlaczu w centrum Karpacza. To zrobiło różnicę, nie mogło być lepiej, to była przygoda mojego dotychczasowego życia.




Za te chwile, piątce osób, z którą spędziłem ten weekend DZIĘKUJĘ!

Jasne, było trochę niedociągnięć organizacyjnych. Przede wszystkim od strony informacyjnej – mapki na stronie były nieaktualne, brakowało informacji o sposobie działania wsparcia, a i oznaczenia na trasach dałoby się poprawić. Wynajęcie dmuchanej mety też chyba nie jest problemem, co?;) Ale te drobiazgi nie zmieniają tego, że gdybym mógł wystartować tylko w jednej imprezie triathlonowej w roku, byłby to KarkonoszMan. Amen.

Inne relacje naszego drimtimu z KarkonoszMana (warto czytnąć):
Bo;
Jędrek;
Wybiegany.

=== === ===

MKON, człowiek-kosmita, zwycięzca KarkonoszMana i idol wielu triathlonistów-amatorów, rzucił wyzwanie. Za każdą minutę marszu na KarkonoszManie wpłacamy 10 gr na konto Fundacji SYNAPSIS, która pomaga dzieciom i dorosłym z autyzmem oraz ich rodzinom. Pomożemy i my, prawda?

Garmin mówi, że w tempie wolniejszym niż 9 min/km spędziłem na trasie 41:10. Dołączycie i przelejecie 4 zł? Niewiele, prawda?:) A Was trochę jest, ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka... Wystarczy wejść na stronę, wpisać ręcznie kwotę tam gdzie jest „WPISZ DOWOLNĄ KWOTĘ” i po paru kliknięciach jest:) Ja sam zadeklarowałem, że wpłacę 10 gr za każdą minutę w ogóle spędzoną na trasie biegowej. Zeszło mi 2:28:32, czyli 148,5 minuty (14,85 zł). Ale że to triathlon, to potrajam kwotę i wpłacam na konto fundacji 44,55 złociszy:) Kto mnie przebije, temu stawiam piwo!

Nie da się chyba lepiej podsumować Wielkiego Wyścigu niż tym zdjęciem.
Rywalizacja rywalizacją, ale... / 
fot. Marcin Oliva Soto

Choć na mecie tegorocznego Wielkiego Wyścigu byłem pierwszy i to ze sporym zapasem,
to wynik Bo zasługuje na to, bym ukląkł u jej stóp. Kapelusze z głów Koleżanko! / fot. Marcin Oliva Soto