BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi uliczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi uliczne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2014

Ostre zęby Agrykoli nawet mnie nie pomiziały, szybko wracam do swojego rytmu, a tempo wędruje poniżej 4:00 min/km. Rozpędzam się. Czuję, że jest lekko z górki i wykorzystuję to z premedytacją. Na ostatnim punkcie żywieniowym biorę łyk wody, a Krasus_trener, patrząc na zegarek, mówi do Krasusa_biegacza: „Chłopaku, dałeś radę! Cel poniżej 1:24 zostanie osiągnięty na pewno, ale teraz pokaż co potrafisz i skop kilka tyłków, które są jeszcze przed Tobą!” Biorę więc kilka szufli węgla i dorzucam je do pieca. Wchodzę na obłędne tempo 3:45 i pokonuję tak 2 km. Tętno skacze ponad trzeci zakres, na twarzy mam zapewne potworny grymas bólu i zmęczenia, ale w duszy gra mi muzyka radości! Zbiegając z mostu przyśpieszam jeszcze bardziej, spotykam pĄ-kibiców i... co robię? Wciskam pedał do dechy! Kilometr wchodzi w 3:38! Przecież to jest tempo szybsze niż życiówka na 5 km, a do mety jeszcze ponad tysiąc metrów. Nie zwalniam. 21. kilometr to kolejne 3:38 i cały czas wyprzedzam. Ramiona w górze, okrzyk radości i przeogromna satysfakcja: POTRAFIĘ! Zatrzymuję stoper i nie wierzę: 1:23:15! Kamera, mikrofon, radość, totalny odjazd. Uściski z finiszującymi ze mną, rąsia-rąsia ze znajomymi. Niektórzy narzekają na 1:19, inni cieszą się ze złamania 1:23, a ja wciąż nie wierzę, że aż o 45 sekund przeskoczyłem wymarzone 1:24...:) Potem okazało się, że finalny wynik to 1:23:10! Godzina-dwadzieściatrzy-i-dziesięćsekund!!!

Ruszamy zgodnie z planem. My, bo na wspólny bieg umówiłem się z kolegą Łukaszem z Obozów Biegowych. Spokojnie, za zającami z balonikami 1:25. Po dwóch kilometrach strata do planowanego średniego tempa 3:59, którym mieliśmy złamać 1:24, wynosi 18 sekund, jest dobrze. Wkrótce wchodzimy na tempo docelowe i na macie oznaczającej 5 km mamy 20:16, 21 sekund za dużo w stosunku do średniej, czyli.. jest dobrze. Na półmaratonie biegam negative splits, czyli druga połowa szybsza od pierwszej. Zbieg do Wisłostrady to okazja do nadrobienia paru sekund, potem długaśna prosta, która o dziwo w ogóle mi się nie dłuży. Tu niestety kończy się my, bo niemal równo z tabliczką 8 km Łukasz odpada. Kilka dni temu dorwało go przeziębienie i od początku nie wyglądał dobrze:( Szkoda, biegnę dalej sam. A biegnie mi się genialnie! Wypatruję ludzi przed sobą, powoli ich doganiam i wyprzedzam. Ta dziewczyna, ten gość, tamten w czarnym, Olgaw czerwonym i w pomarańczowym. Cały czas przesuwam się do przodu!

Wisłostradowy tunel jak zwykle jest niesamowity. Tupot stóp i powoli zbliżający się głos chóru. Chór słychać coraz bardziej, choć jeszcze nie widać. Aż w końcu jest tuż obok, co za czad! Czuję ogromne zmęczenie, ale jednocześnie jestem w biegowym transie, w którym wszystko pasuje idealnie. Ból czy zmęczenie są na akceptowalnym poziomie, a trudności w oddechu są rekompensowane przez fantastycznych kibiców wzdłuż trasy. Przebieg pod Mostem Poniatowskiego to tradycyjnie szpaler kibiców, kocham biegać po Warszawie!

Zaraz za wylotem z tunelu znacznik 10 km. Z uśmiechem na ustach przyjmuję czas 40:00 (10 sek. straty do 1:24). Wiem, że jest dobrze, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to cały czas rozgrzewka. Zjadam planowy żel, przepijam wodą i dzida. Kawałek dalej pĄ-kibice. Fotka, piona, uśmiech, radość, ojaciepieprzę, to jest to, co kocham w bieganiu! Mimo że jestem w trzecim zakresie, na pysku jest ogromny zaciesz:)

Zaciesz po 10 km:)

Odrabiam kolejne sekundy. Tu jedna, tam dwie, a nawet trzy. Odczyty dystansu z Garmina nieco odbiegają od oznaczeń organizatorów, więc przy każdej fladze naciskam lap, by wyrównać kilometry. Przy tej „15 km” do 1:24 tracę 1 sek. Jedną sekundę. Kurde, czy może być tak idealnie realizowana taktyka? Dokładnie tak chciałem to zrobić, radość w duchu.

Swoją drogą, śmieszne te Łazienki. Fundacja tak się chwaliła tym, że przebiegamy przez Łazienki, a... dużą część biegliśmy wzdłuż metalowego niebieskiego płotu, bo chyba jakiś remont się dział. Lekka żenada, ale co tam.

Po 15,5 km planowej rozgrzewki rozpoczyna się prawdziwy wyścig, prawdziwy 9. PZU Półmaraton Warszawski. Wybiegam z Łazienek, skręcam w lewo i widzę ją. Mruczy, ale jestem nieczuły. Warczy, a mi powieka nawet nie drgnie! Ona już wyje, a ja oczy w pulsometr, noga za nogą i jazda, jakby jej nie było. Czuję jej obecność, ale nawet nie spojrzę, nawet jednym gestem nie dam jej poznać, że to ona decyduje o tym, co będzie dalej. Wyprzedzam kilka osób. Wyprzedzam kilkanaście osób! Agrykola szaleje, ale ja jestem skupiony na swoim celu. Nie zwracam uwagi na tempo, pilnuję tylko tętna – byle nie przekroczyło 180 bpm. Dobiegam na górę i... WOW! Na szczycie Agrykoli, w najtrudniejszym punkcie Półmaratonu Warszawskiego, ustawiły się dwie Blog@czki: Emilia i Kasia ze specjalnie przygotowanym transparentem. Ojacie, ileż energii i radości daje widok znajomych twarzy! Mam ochotę je ucałować i uściskać, ale w obawie o obecność ich silniejszych połówek przybijam tylko piątki i lecę dalej;) Pół minuty odpoczynku w tempie 4:00, a potem kosmos. Następuje coś, czego się nie spodziewam, nie oczekuję i nie sądziłem, że jestem do tego zdolny.

Relacja relacją, ale zobaczcie ile pięknych zdjęć mam!
A na fotkach udało mi się złapać tylko część znajomych:)

Ostre zęby Agrykoli nawet mnie nie pomiziały, szybko wracam do swojego rytmu, a tempo wędruje poniżej 4:00 min/km. Rozpędzam się. Czuję, że jest lekko z górki i wykorzystuję to z premedytacją. Na ostatnim punkcie żywieniowym biorę łyk wody, a Krasus_trener, patrząc na zegarek, mówi do Krasusa_biegacza: „Chłopaku, dałeś radę! Cel poniżej 1:24 zostanie osiągnięty na pewno, ale teraz pokaż co potrafisz i skop kilka tyłków, które są jeszcze przed Tobą!” Biorę więc kilka szufel węgla i dorzucam je do pieca. Wchodzę na obłędne tempo 3:45 i pokonuję tak 2 km. Tętno skacze ponad trzeci zakres, na twarzy mam zapewne potworny grymas bólu i zmęczenia, ale w duszy gra mi muzyka radości! Zbiegając z mostu przyśpieszam jeszcze bardziej, spotykam pĄ-kibiców i... co robię? Wciskam pedał do dechy! Kilometr wchodzi w 3:38! Przecież to jest tempo szybsze niż życiówka na 5 km, a do mety jeszcze ponad tysiąc metrów. Nie zwalniam. 21. kilometr to kolejne 3:38 i cały czas wyprzedzam. Ramiona w górze, okrzyk radości i przeogromna satysfakcja: POTRAFIĘ! Zatrzymuję stoper i nie wierzę: 1:23:15! Kamera, mikrofon, radość, totalny odjazd. Uściski z finiszującymi ze mną, rąsia-rąsia ze znajomymi. Niektórzy narzekają na 1:19, inni cieszą się ze złamania 1:23, a ja wciąż nie wierzę, że aż o 45 sekund przeskoczyłem wymarzone 1:24...:) Potem okazało się, że finalny wynik to 1:23:10! Godzina-dwadzieściatrzy-i-dziesięćsekund!!! Wiedziałem, że stać mnie na solidne złamanie 1:24, w śmiałych snach marzyłem o 1:23:30, ale 1:23:10? Ludzie, no naprawdę nie spodziewałem się!

Truchtam z powrotem na trasę, gdzie pĄ-kibice wypatrują kolejnych członków Smashing Pąpkins, po drodze widzę zbierającą się do finiszu pĄ-Marzenkę i kilkoro innych znajomych, a potem spędzam dobre pół godziny na oklaskiwaniu półmaratończyków na 2 km przed metą, atmosfera jest fantastyczna.

A dziś jest poniedziałek wieczór, półmaratońskie emocje cały czas we mnie buzują. Nie umiem opisać, jak fantastyczny bieg to był. Owszem, przydałoby się więcej toalet w okolicy startu najszybszych stref (przydałyby się w ogóle jakiekolwiek, mniej osikalibyśmy wtedy most od dołu:P), było trochę za ciepło dla biegaczy (idealnie dla kibiców!), a ten płot w Łazienkach to śmiechowy był, ale nie ma co ukrywać: 9. PZU Półmaraton Warszawski był kapitalnie zorganizowaną imprezą, a mi udało się dostosować do tego poziomu:)


Wiedziałem, że jestem mocny. Wiedziałem, że stać mnie na bardzo dobry wynik. Treningi pokazały, że mogę biegać poniżej 4:00 min/km, ale średnie tempo 3:56? 3 sek/km to jednak różnica, szczególnie, że jak dla mnie to było za ciepło. W śmiałych snach marzyłem o 1:23:30, ale 1:23:10? Ludzie, no naprawdę nie spodziewałem się. Na 11215 osób, które wystartowały, do mety dotarło 11149, a ja byłem 202. Zmieściłem się w 1,78 proc. całkiem mocno obsadzonego i bardzo dużego biegu. Na dodatek zająłem trzecie miejsce (!!!) w klasyfikacji dziennikarzy! Szkoda tylko, że organizatorzy wycofali się z dekoracji, nagród i innych wyróżnień.

Wszystko zagrało mi IDEALNIE! Miałem świetny plan na trasę (zacząć spokojnie, potem nadrobić do 15 km, zwolnić pod górkę i od szczytu ogień z d...!) i z żelazną precyzją go zrealizowałem. Dobrze jadłem, odpowiednio się ubrałem (zagadką dnia są osoby biegnące w czarnych bluzach z długim rękawem – WTF?!), a noga podawała jak powinna. Czy to, że na końcówce prawie zrobiłem życiówkę na 5 km oznacza, że miałem zapas sił? Nie, pamiętajcie, że było tam głównie z górki, więc można było cisnąć. Tempo pierwszej 15-tki było idealne, nie dałbym rady urwać z niego już nic, bo wtedy bym się zakwasił i byłoby pozamiatane. Nie było żadnego kryzysu, nie było chwili, w której musiałbym zwolnić, cały czas biegłem na granicy (lekko przesuniętej przez próbę ataku kolki na Wisłostradzie, który to siłą woli i mięśni brzucha odparłem) swoich możliwości. Gdybym pierwszą dychę zrobił choćby o 30 sek. szybciej, byłoby ze mną źle.

1:23:10 to efekt dobrze przepracowanej zimy i to nie tylko na treningach biegowych, ale i w domu przy pĄpkach i brzÓszkach oraz na sali przy Myśliwieckiej, gdzie co poniedziałek Aga z Olkiem ordynują nam zestaw ćwiczeń wzmacniających każdy możliwy mięsień, łącznie z tymi, o których istnieniu nie miałem pojęcia;) Aga, Olek, dzięki! No i Tygrysowi kurde dziękuję, bo to on w maju na biwaku powiedział mi: „chłopaku, dasz radę szybko biegać!”, a ja w to uwierzyłem. Potem Aga z Olkiem rozwinęli we mnie te myśli i wyszło jak wyszło.

Bardzo mocna końcówka sprawiła, że poprawiłem większość rekordów życiowych odnotowanych przez Endomondo, aczkolwiek należy przy tym pamiętać, że końcówka była lekko w dół, a Endo nie jest wyznacznikiem wszystkiego, co nie zmienia faktu, że takie rzeczy cieszą. Szczerze przyznam, że nie mogę się doczekać jakiegoś startu na 10 km, bo sprawdziłbym moc w nogach na tym dystansie, na którym ostatnio na maksa pobiegłem na przełomie lipca i sierpnia ubiegłego roku. Ale na razie myślami czas wrócić do najważniejszych zawodów tej wiosny: już za 13 dni ABN AMRO Marathon Rotterdam. 1:23:10 zwiększyło moją pewność siebie i daje realne szanse na osiągnięcie celu 2:59:xx, ale znów muszę mieć dobry dzień i pogoda nie może być zbyt wietrzna i wszystko inne musi zagrać w mojej orkiestrze.

W Półmaratonie Warszawskim wystąpiła kilkunastoosobowa reprezentacja ekipy Smashing Pąpkins. W klasyfikacji drużynowej zajęliśmy świetne 27 miejsce (na chwilę obecną w wynikach widnieje 95 drużyn), ale nie miejsce i nie czasy były najważniejsze. Obejrzyjcie poniższe zdjęcia. Gdyby była klasyfikacja uśmiechów, radości z biegu lub zajebistości ludzi i koszulek, bylibyśmy pierwsi bez dwóch zdań!:) Szkoda, że nie udało się złapać na fotkach wszystkich razem, ale organizacyjnie team dopiero raczkuje i będzie już tylko lepiej! Dzięki dziewczyny i chłopaki, bieganie z Wami to ogromna radość i zaszczyt:)

Wspólna rozgrzewka w Skaryszaku dodała nam pĄ-sił:)




pĄ-radość po 20 kilometrach biegu! 

Wojtas w brzuchu zaliczył jedną z największych imprez biegowych w Polsce.
Czy podobnie jak wujek będzie biegaczem?:)

sobota, 22 marca 2014

Ubiegłotygodniowy Parkrun pobiegłem nie czując się dobrze. Przeziębienie nie sprzyja bieganiu na maksa, do tego wiało jak diabli i 5 km weszło w 18:50. Ale ja nie lubię niedosytu. Wiele się więc nie zastanawiałem i po tygodniu znów pojawiłem się w sobotę rano w Parku Skaryszewskim. Tym razem wszystko było lepiej. Samopoczucie doskonałe, pogoda idealna, a i nastrój do szybkiego biegania był całkiem-całkiem.

Do startu podszedłem z głową i zrobiłem porządną rozgrzewkę w miłym towarzystwie dwojga Pąpkinsów, z którymi za tydzień biegniemy Półmaraton Warszawski. Do 20 minut truchtu dodałem kilka szybkich przebieżek i wiedziałem, że jest dobrze. Na starcie stawiło się więcej ludzi niż w ubiegłym tygodniu gdy pobiegło tylko 65 osób. Nie brakowało wymiataczy, a wśród nich kilku zawodników z mocnej ekipy Warszawiaky oraz popularny na TwarzoKsiążce Amator Runner - Hubert Kred.

Że takie przecinaki poszły od pierwszych metrów do przodu, to ja rozumiem, ale znów tłum zwariował na pierwszych metrach. Po 200-300 metrach byłem w trzeciej dziesiątce! Tylko że potem wszyscy oni zwolnili, a ja przyśpieszyłem:) I kawałek po kawałku przeskakiwałem do przodu... Tu kolega w koszulce Barcelony (chciałem zagadać o niedzielne El Clásico, ale bieg ponad trzecim zakresem nie sprzyja konwersacji;)), tam gość w pomarańczowym, ktoś w czarnym itd.

Pierwszy kilometr w 3:49, a tętno doszło do 172, czyli zgodnie z planem. Drugi km w 3:50 przy średnim tętnie 173 i nadszedł czas na zwiększenie obrotów. Takie było założenie: po dwóch kilometrach przyśpieszyć. Trzeci wszedł w 3:43 (średnie tętno 179), a czwarty w 3:45 (średnie tętno 182). Moja pozycja poprawiała się co kilkaset metrów, byłem 16, 14, 13, 12 i potem długo 11.

Na ostatnim kilometrze postanowiłem dorzucić do pieca i wg Garmina średnie tempo z tego odcinka to 3:33, a tętno 185 (max 188)! Finiszując wyprzedziłem jeszcze jednego z Warszawiaków i na metę wpadłem na dziesiątej pozycji. Garmin zmierzył znów tylko 4,91 km, mam wrażenie, że cwaniak coś skraca. Ale to dobra wiadomość w zasadzie, bo oznacza, że rzeczywiste tempo jest o kilka sek/km lepsze niż to co mi mierzy zegarek. Wolę przekłamanie w tę stronę:)

A mój Wynik? Tydzień temu w relacji napisałem tak: „Moc w nogach jest i mam pełną świadomość, że przy pełni zdrowia i bez mocnego wiatru jaki wiał w sobotę, co najmniej 20-30 sek. jest jeszcze do urwania.” Jak myślicie, ile dziś urwałem? Tak jest, niemal równe pół minuty!:) Mój pomiar wykazał 18:20, jak będę oficjalne wyniki to uzupełnię, ale różnicy większej niż 1 sek. nie przewiduję. Mój finalny wynik to 18 minut i 19 sekund, co oznacza średnie tempo równe 3:40.

Ciężka praca na roli przez całą zimę przynosi teraz plony:)

Teraz jestem ze swojego wyniku zadowolony i mogę sobie dać póki co z piątkami spokój;) W czwartek podczas treningu zrobiłem życiówkę na 10 km (39:29), teraz poprawiłem się na 5 km i kilka innych dystansów (wg Endomondo), a za tydzień pęknie półmaraton. Nie mogę się doczekać Warsaw Track Cup, bo i 1 km bym chętnie poprawił. Kilka miesięcy ciężkiej pracy przynosi teraz wymierne efekty.

Dziś w Skaryszaku biegło mi się bardzo dobrze i to jest najważniejsze. Już na pierwszym kilometrze złapałem swój rytm i trzymałem dość równe tempo, lekko przyśpieszając na każdym kolejnym etapie biegu. Po raz kolejny udało mi się rozłożyć siły tak, że właściwie wyszedł z tego bieg z narastającą prędkością.

18:20 to oczywiście nie jest jeszcze moje ostatnie słowo. Nie robiłem teraz treningów szybkościowych, koncentrując się na przygotowaniach do półmaratonu i maratonu. Gdybym trochę zmienił treningi to pewnie w ciągu kilku tygodni 18-tka by pękła. Ale priorytety są inne, najważniejszy jest Rotterdam.

Tydzień temu bieg mój był związany z kĄkursem typerskim, ale okoliczności przyrody i zdrowia nie pozwoliły mi rozwinąć skrzydeł. Te całkiem ładnie zadziałały tym razem, a oficjalne wyniki pokażą, czy dobrze wytypował Leszek (18:19) czy Robert (18:20). Panowie, dzięki za wiarę we mnie, macie ode mnie piwo!

Dla zainteresowanych jeszcze całość zrzucona z Garmina do Endomondo:


poniedziałek, 17 marca 2014

Mój jakże elastyczny plan treningowy zmienia się czasem z dnia na dzień. W ostatni weekend miałem sprawdzić zdobytą podczas obozu w górach moc i zrobić wypasioną życiówkę w Falenicy, jednak kontuzja kostki jakiej się nabawiłem podczas jednego z treningów sprawiła, że plan musiałem zmienić, ostre bieganie w trudnym terenie byłoby po prostu zbędnym ryzykiem. Zasiedliśmy więc z trenerem przy butelce niepasteryzowanego i wydumaliśmy, że pora poprawić życiówkę na 5 km, a Parkrun w Skaruszaku (polecam – fajne kameralne bieganie bez opłaty wpisowej) idealnie się ku temu nadaje. Potem luźna dyszka w Falenicy i dzida na rodzinny weekend na Lubelszczyźnie, a długie wybieganie zrobi się w poniedziałek wieczorem. Proste? Proste.

Ale w czwartek wieczorem kilka razy kichnąłem i w piątek z noska kapało już solidnie, chciało mi się spać, a w gardle drapało. Wieczorem wytoczyłem więc najcięższe działa: ogrzewacz do stóp, czosnek i rozgrzewającą herbatę z imbirem, a przyprawiłem to wszystko proszkami z apteki. Poszedłem spać i... nie mogłem zasnąć. Od takiej porcji leków cały czas chciało mi się pić, a jak się pije, to i trzeba do WC biegać, więc drogę sypialnia-WC pokonałem tej nocy kilka razy.

Brutalna terapia przyniosła jednak efekt, bo przeziębienie poszło w diabły, ale skutkiem ubocznym były niewyspanie i lekki „haj” związany pewnie z chemią ze środków, które zjadłem. Już podczas rozgrzewki przed startem wiedziałem, że to nie jest dobry dzień na ściganie się, ale postanowiłem spróbować, bo nie po to w sobotę wstawałem przed 7 rano, żeby zrezygnować na starcie.

A na linii startu trochę niespodziewanie spotkałem kilka znajomych twarzy: był Przemek oraz Bartek i Tomek, którzy regularnie łoją mi tyłek na zawodach na orientację. Chciało mi się ich choć na płaskim obiec...

Po pierwszych 1000 m biegu wiedziałem już, że z mojego planu złamania 18:30 nic nie będzie, a Bartka i Tomka ledwie z przodu widziałem. Zamiast przyśpieszyć, odrobinę więc zwolniłem i starałem się trzymać tempo w okolicy 3:50. Ale i tak wyprzedzałem hurtowo, bo tradycyjnie ludzie na pierwszych kilkuset metrach postradali zmysły i wystrzelili jak z rakiety. Po 200-300 metrach byłem w połowie stawki. Po 1 czy 1,5 km biegłem już na 11 miejscu i tak było przez większość wyścigu.

Cały czas miałem w zasięgu wzroku Bartka i Tomka, ale odległość między nami zaczęła maleć dopiero na ostatnim kilometrze. Rozpoczynając finisz jakieś 500-700 metrów przed metą doszedłem Bartka, ale nie wyraził chęci do przyśpieszenia i poleciałem dalej. Na ostatniej prostej było już naprawdę ciężko, ale udało się wyprzedzić Tomka i jeszcze jednego zawodnika, na metę wpadłem więc ósmy z czasem 18:50.

Najważniejsze jest, by Garmina zatrzymać idealnie na linii mety!;) W tle trójka, którą wyprzedziłem w końcówce /
fot: Biegowy Omnibus - Erudyta wśród biegowych blogów.

Cieszyć się, czy nie? Zważywszy na to, jak czułem się rano oraz na to, co zjadłem w piątek przed snem, sobotni wynik jest świetny. Moc w nogach jest i mam pełną świadomość, że przy pełni zdrowia i bez mocnego wiatru jaki wiał w sobotę, co najmniej 20-30 sek. jest jeszcze do urwania.

Taki czas oznacza, że do rozstrzygnięcia kĄkursu potrzeba było losowania! Iroman stawiał 18:49, a Błażej /Suchą Szosą/ 18:51. Więcej szczęścia miał Iroman i to do niego powędruje bon na 100-złotowe zakupy w Zalando!:) A jeśli ktoś jeszcze ma ochotę na stówkę, to przypominam, że druga jest do wzięcia w kĄkursie poetyckim, wystarczy ułożyć krótką rymowankę związaną ze Smashing Pąpkins i wkleić ją pod kĄkursowym wpisem (kliku-kliku).

tja.... ;)

Prosto z Parkruna pojechałem po Avę, której nowa ksywka to Lokomotywa i trafiliśmy do Falenicy. Miałem pobiec z nią w okolicach 50 minut, co byłoby dla mnie w miarę spokojnym biegiem. Najważniejsze było uważać na kostkę. Ale okazało się, że nie możemy wystartować razem, bo Ava była w grupie średniej, a ja po rezygnacji z szybkiej, trafiłem do ostatniej. Wystartowałem więc dwie minuty później i musiałem koleżankę gonić.

Przycisnąłem na początku i pod koniec pierwszego kółka zobaczyłem charakterystyczną kurtkę. Mogłem więc zwolnić i skupić się na podłożu oraz motywowaniu koleżanki do walki. O ile prowadzenie kogoś na płaskim jest zadaniem w miarę łatwym, bo trzeba równo trzymać tempo, lekko zmieniając je ewentualnie na podbiegach i zbiegach, to w Falenicy są właściwie głównie podbiegi i zbiegi i to strome. Ava świetnie radziła sobie pod górkę, ale nad puszczaniem nóg na zbiegach musi jeszcze popracować, więc trochę zajęło mi wyczucie wspólnego tempa.

Kilka razy noga uślizgnęła mi się lekko na jakiejś nierówności czy korzeniu, ale ani razu nie poczułem bólu, kończyło się na strachu. Kostka szybko wraca do zdrowia i to jest najważniejsze. Moc w nogach też całkiem niezła drzemie, mam poczucie, że zima została całkiem nieźle przepracowana:)

Ren i Paweł trochę niewyraźni, ale mina Wero rekompensuje wszystko;)


środa, 13 listopada 2013

Nie byłoby mojego biegania, gdyby nie muzyka. Jeśli nie mam słuchawek w uszach, to zawsze cośtam sobie w głowie śpiewam. Zwykle jako motywator doskonale działa mi Luxtorpeda, która uratowała mnie podczas triathlonu w Poznaniu, gdy praktycznie byłem już praktycznie na przegranej pozycji w Wielkim Wyścigu, właściwie w momentach kryzysu na zawodach prawie zawsze pomaga mi grana gdzieś w środku muzyka. Tym razem od pierwszego do ostatniego kilometra w uszach grał mi jeden kawałek.



Wpada w ucho, co? To efekt weekendu w towarzystwie dwójki przesłodkich urwisów;) Dzieciaki uwielbiają ten kawałek.

No, ale do rzeczy: XXV Bieg Niepodległości. Najważniejszym założeniem taktycznym było: nie dać się pociągnąć tłumowi na starcie. Pobiec pierwszy kilometr spokojnie, a potem zacząć przyśpieszać i wyprzedzać tych, co się podpalili. Ustawiłem się więc w drugiej części pierwszej strefy, a pierwszy kilometr spędziłem niemal cały czas gapiąc się na zegarek żeby tylko nie pobiec za szybko. Miałem w pamięci tegoroczne Biegnij Warszawo 2013, gdzie siły skończyły mi się po kilku kilometrach, więc miał to być mój bufor bezpieczeństwa.

Wyszło 4:18, pięknie. W planie było potem puścić nogi w tempie 4:00 min/km i przebiec tak równo siedem kolejnych kilometrów. Plan został zrealizowany w stu procentach. Kolejne tysiączki zaliczyłem w 4:00, 4:03, 4:02, 3:58, 4:00, 3:59 i 3:58 – lekko przyśpieszając w drugiej części. Dziwiło mnie tylko niskie tętno, które przez 6 km nie przekraczało nawet 175 bpm, podczas gdy na Biegnij Warszawo na tym poziomie było już na drugim kilometrze.

Biegowe samojebki ze znajomymi kibicami i współbiegaczami to już tradycja:)

Wyprzedzać zacząłem właściwie już po kilometrze, gdy tylko przyśpieszyłem. Po 2,5 km byłem 693., w połowie dystansu 532., a na 7,5 km 406. Końcowy wynik dał mi zaś 337. miejsce. Przez 7,5 km wyprzedziłem ponad 350 osób, co oczywiście sprawiało mi wielką radość i motywowało do dalszego trzymania tempa;)

Po powtórnym minięciu Ronda ONZ i sąsiadującego z nim mojego studenckiego mieszkania przy ul. Pereca, postanowiłem zwiększyć obroty. Nie miałem założonego tempa na te dwa ostatnie kilometry – chciałem po prostu pobiec je szybciej. Wszedłem w rytm tempa ok. 3:50 min/km i... żałowałem, że nie zrobiłem tego wcześniej, bo biegło mi się doskonale! Złapałem biegowy flow w swoje łapy i razem przebiegliśmy tak dobre półtora kilometra.

Na kilkaset metrów przed metą nie wierzyłem w możliwość poprawienia 39:51 z Biegu Powstania, ale po minięciu swojej grupki kibiców (własny prywatny osobisty Chrześniak mnie dopingował!!) uznałem, że brak walki do końca to zupełnie nie w moim stylu i dodałem gazu. Wyprzedzałem kolejne osoby i co chwilę spoglądałem na zegarek. Co chwilę zmieniałem zdanie co do tego, czy uda mi się poprawić życiówkę, ale nie poddawałem się. Ostatnie metry to już naprawdę sprint, wg Garmina finiszowałem w tempie 2:40 min/km.

Estetycznie nie wypadło to chyba najlepiej, bo widząc, że do mety mam nie więcej niż kilkanaście metrów, a by złamać życiówkę muszę przebiec je w kilka sekund, rzuciłem się do jeszcze bardziej intensywnego biegu, co na tym poziomie zmęczenia musiało wyglądać fatalnie. Za technikę biegu byłaby dwója. Mam tylko nadzieję, że nikt nie uchwycił tego na fotce, bo zapewne wyglądało to pokracznie.

Ale mocny finisz nie zmienia faktu, że w trupa tym razem nie pobiegłem, tuż za metą miałem nawet siłę zrobić kilka „pąpek” i... udzielić wywiadu Panoramie, która mnie zgarnęła;) Niestety, moja opowieść o fladze, hymnie Polski i życiówce nie była dla nich zbyt ciekawa i moją wypowiedź olano. Mam teorię, że to przez wspomnienie o naszej pąpkowej akcji – pewnie ObozyPompkowe.pl mają tam swoje wtyki;)

A na mecie? Endorfiny aż mi kipiały z uszu, uwielbiam ten stan! Dzięki temu, że pobiegłem dość spokojnie (po tętnie to widać – na finiszu doszło do 183 bpm, podczas gdy na BW taki poziom osiągnąłem już po 4km!), doskonale taktycznie i jeszcze zrobiłem życiówkę, miałem z tego biegu pełną i niczym nie zmąconą radość. Chciałbym Wam tu opisać epicką walkę z kryzysami, mordercze podbiegi i to, jak ostatnimi nogami ciągnąłem się na czyichś plecach, ale nic takiego się nie wydarzyło. Po prostu świetnie mi się biegło od startu do mety, a życiówka zrobiona na takim luzie jest dla mnie przemiłą niespodzianką:)

Przy okazji tego biegu poprawiłem nie tylko życiówkę na 10 km, ale wg Endomondo także... pięć innych! O ile rekordy na milę, 3 mile czy 3 km nic dla mnie nie znaczą, bo tych dystansów nigdy nie biegam, to nowy rekord w teście Coopera (3,16 km) oraz na 5 km (19:23) sprawiły mi ogromną frajdę. Oczywiście to pomiar GPS, więc obarczony jakąśtam niedoskonałością, ale wg wyników BN drugą piątkę pobiegłem w 19:27, co i tak jest lepszym wynikiem niż dwa starty na 5 km w łódzkim Parkrunie.

Ładnie się prezentuje, prawda?:)

Na dodatek po biegu zupełnie nie byłem zmęczony. Po startach na 10 km cośtam zwykle jednak boli, potrzebuję jednego-dwóch dni na regenerację. Tymczasem w poniedziałek... mógłbym iść biegać już wieczorem. Czułem się jak po mocniejszym treningu i nic więcej. To, a także rekord na 5 km oraz niskie tętno pozwalają mi z optymizmem spojrzeć na przyszły sezon, bo widać, że jest potencjał do dalszej poprawy wyników.

Ach, dodać trzeba jeszcze, jak wyglądał mój BPS, czyli bezpośrednie przygotowanie startowe, które obejmowało najpierw cztery trudne treningi w ciągu tygodnia (tempo progowe, podbiegi i dwa razy interwały), a potem... mało snu, trzy piwka każdego wieczoru, dużo jedzenia przy gościnnym stole i 2 kg ponad wagę startową – to już ostatnie trzy dni. Ot, towarzyski długi weekend mi się trafił;) Faktem jednak jest, że nie polecam takiego BPS-u, bo gdyby nie te browarki to pewnie spokojnie 39:30 bym zrobił, a pewnie i lepiej.

I znów zostałem przyłapany na trzaskaniu sobie słit foci...;) /
fot. BM, PrzebiecMaraton.pl Kasia, rusz-sie.pl

Warszawski Bieg Niepodległości jest na polskiej mapie biegowej imprezą wyjątkową. Organizatorzy dają dwa kolory koszulek: białe i czerwone. Sugerują też ustawienie się po odpowiedniej stronie ulicy, co sprawia, że biegnący wyglądają jak niekończąca się biało-czerwona flaga. To niesamowity widok, a być tam w środku jest fantastycznym uczuciem. Przed startem naturalnie Mazurek Dąbrowskiego (czy mi się zdaje, czy poprzednio było więcej niż dwie zwrotki?), przy którym niezmiennie czuję dreszcze wzruszenia.

Jak dodać do tego najszybszą trasę w Warszawie, piękną pogodę, bardzo dobrą organizację i sporo kibiców na trasie to nie ma innego wyjścia, jak powiedzieć, że było to świetne zakończenie sezonu 2013. Początkowo chciałem ten bieg ująć jako rozpoczęcie sezonu 2014, ale byłoby to chyba przesadą. Nowy sezon zaczął się wczoraj rano skoro świt od 8,5 km biegu spokojnego. Treningi na wiosenny maraton uważam za rozpoczęte!

Ach, byłbym zapomniał! Kibice! Jak fajnie jest mieć biegowych znajomych, och jak fajnie! Nie od dziś wiadomo, że biegacze biegaczom są na trasie wodą na młyn, a mi ich nie brakowało! Najpierw zauważyłem przy ulicy Avę, a przy powrocie w podobnym miejscu stała Hankaskakanka z rodziną, z którą przybiłem piątkę około ósmego kilometra:) Przed SGH-em, na wysokości ul. Batorego wywołał mnie z tłumu (no, może nie takiego tłumu, ale z grupy biegaczy;)) ktoś jeszcze, ale go nie poznałem. Kim jesteś dobry człowieku, który dodał mi sił w połowie trasy? Ujawnij się, proszę:)

środa, 9 października 2013

Biegnij Warszawo 2013 było w moim wydaniu chyba najgorszym biegiem ever. Lista błędów z przygotowań i samego dnia startu sięga stąd na Księżyc, a czas na 10 km gorszy o 2 min. od życiówki, którą chciałem poprawić o kilkadziesiąt sekund, był tylko naturalną ich konsekwencją. A mimo tego od niedzieli chodzę dumny jak paw, bo dawno żaden bieg nie sprawił mi tyle radości i nie przyniósł tyle satysfakcji. Jak to?

A tak to, że w tegorocznym Biegnij Warszawo mój start był mało ważny, bo wystartowały w nim także doskonale Wam już znana NKŚ (fanfary) oraz nasza bliska kumpela D. Ich przygoda z bieganiem trwa dłużej z większymi przerwami (NKŚ) lub krócej bez przerw (D), ale tej jesieni rozwija się niesamowicie. Dziewczyny zaczynały od marszobiegów wg rozpiski Trenera Tygrysa z portalu TreningBiegacza.pl i z żelazną konsekwencją (no, przynajmniej tak w miarę) zwiększały proporcję pomiędzy biegiem a marszem, klepiąc w tym roku po prawie 200 km.

Truchtingowałem z nimi, zdarzyło nam się nagiąć schemat treningowy, bo chciałem im udowodnić, że dadzą radę pokonać 10 km i oczywiście dały radę. Na ostateczny test czas przyszedł 6 października 2013 r. Pożegnaliśmy się przed startem, bo wolały pobiec same niż ze mną i poszły konie po betonie. Mój Dream Team dotarł do mety nawet nieco szybciej niż oczekiwałem, po 1:04 od przekroczenia linii startu. Dzięki mądrej taktyce (nie ma jak pożyczony Garmin na ręku;)) dziewczyny przeszły do marszu tylko raz, przy punkcie z wodą) i przyśpieszyły w drugiej połowie dystansu.

A ja... widząc je wbiegające na metę (no dobra, zauważyłem tylko jedną, druga pędziła tak, że jej nie dostrzegłem;)) wzruszyłem się bardziej niż przy jakimkolwiek swoim starcie. Najważniejszy były ich uśmiechy od ucha do ucha na mecie i duma z siebie, przy której i moja radość rosła jak na drożdżach.

Dawno już chciałem napisać, że to co sprawia mi największą radość w bieganiu to wcale nie życiówki, dystanse i własne „osiągnięcia”, ale wciąganie w nałóg najbliższych. Gdy D po którymś truchtingu wyznała mi, że jak kilka dni nie pobiega, to ją cholera strzela, byłem w siódmym niebie, a każde spojrzenie na medale NKŚ (już dwa!) sprawia, że uśmiecham się pod nosem. Znajomych, którzy biegają, mam coraz więcej i bardzo mi się to podoba:)

A moje Biegnij Warszawo? Wydawało się, że powinienem poprawić 39:51 z Biegu Powstania Warszawskiego, bo przecież tam było gorąco, dwa podbiegi itd itp. Zacząłem tak, jakbym chciał zrobić życiówkę nad życiówkami. Wg Garmina pierwsze trzy kilometry to 4:03, 3:56 i 3:59 – początek dobry na łamanie 39, a nie 40 minut. Potem nastąpił kilometrowy podbieg ulicami Spacerową i Goworka i pierwszy raz w historii podczas wbiegu na Skarpę Warszawską byłem wyprzedzany, a nie wyprzedzałem. Tętno doszło do 183-184 i na kolejnych kilometrach nie mogłem go zbić, mimo zwolnienia do 4:15 (6. i 7. km).

Układ trawienny wariował, a gdy próbowałem przyśpieszać, natychmiast pojawiał się odruch wymiotny (?!) i wolałem zwolnić. Na miękkich nogach poleciałem ostatni kilometr w 3:45 (z górki – rok temu biegłem tu w podobnym tempie na całkowitym luzie!) i mimo zachęt ze strony kolegi triathlonisty, który rozpoznał mnie po opasce na numer, powstrzymałem się od tradycyjnego finiszu. Za metą z nieznanych przyczyn odbiło mi się rybą.

Pomysł na BW był taki, by robić sobie zdjęcia ze znajomymi, poszło nieźle:)

Okazuje się, że po ponaddwutygodniowym odpoczynku i raptem dwóch dobrych treningach nie da się dobrze pobiec 10 km. Gdy dodać do tego zapuszczenie się w codziennej gimnastyce i ćwiczeniach siłowych, brak basenu i roweru, nadmiar piwka oraz niezdrowe odżywianie, to mamy prosty przepis na to, jak nie biegać życiówek. A listę moich błędów dopełnia niedzielne śniadanie, które było prawdopodobną przyczyną problemów żołądkowych. Zamiast tradycyjnej białej bułki z dżemem, zjadłem ciemną bułę z wędliną i chrzanowym serkiem kanapkowym. NIE RÓBCIE TEGO W DOMU!;)

Za półtora tygodnia Półmaraton Kampinoski, marzyło mi się pobiec go w tempie 4:10-4:12. Z oficjalnego wyniku BW wynika, że moje średnie tempo w tych zawodach wyniosło 4:11. Jak znalazł;)

A wiecie, że Półmaraton Kampinoski nie będzie dla mnie najważniejszym wydarzeniem biegowym tamtego weekendu? Dzień później w Parku Skaryszewskim będzie Praska Dycha i członkinie Dream Teamu będą tam atakować swoją życiówkę:)

poniedziałek, 29 lipca 2013

Do mety jeszcze 2000 m. Takie interwały biegałem ostatnio po 3:50, dam radę i dziś! 1600 m, dam radę. Kilometr do mety, będzie życiówka na 100 procent! Ostatni podbieg. Prawie nie zwalniam, cisnę niewiele wolniej niż 4:00 min/km. Z daleka wypatruję NKŚ, ale one mnie nie widzi, patrzy jakby gdzieś dalej. Dlaczego?! Przebiegam tuż obok i dopiero mnie zauważa, o co chodzi? Wbiegam na metę, zatrzymuję stoper i słyszę NKŚ „Misio, meta jest tam!!”. O jasna dupa, zatrzymałem się na macie z półmetka! Przeskakuję przez płot i przechodzę przez metę 12 sekund po tym, jak minąłem ją po raz pierwszy...

Bieg Powstania Warszawskiego na dystansie 10 km składa się z dwóch pętli po centrum Warszawy. W pewnym momencie jest rozwidlenie i w lewo biegnie się dalej, a w prawo do mety. Jednym uchem usłyszałem tam „piątka na prawo, dziesiątka na lewo”, ale dotyczyło to pierwszej pętli, na drugiej trzeba było już pobiec w prawo. Na maksymalnym zmęczeniu nie pomyślałem logicznie i skończyło się jak skończyło – trzecią z rzędu nie do końca oficjalną życiówką na 10 km. Najpierw była trasa bez atestu (XX Biegi Żnińskie), potem znów bez atestu i to jeszcze za krótka o jakieś 100-200 metrów (5. Bieg Dookoła Zoo), a teraz mój czas ze stopera nie zgadza się z oficjalnym z listy wyników (39:51 vs 40:03)... No nic, wysłałem do orgów maila z odwołaniem do wyników, półmetkowa mata powinna była mnie odczytać, więc może uwzględnią mój prawdziwy wynik.

Podobnie jak rok temu i teraz warunki podczas Biegu Powstania były wybitnie nie biegowe. Przed startem termometry wskazywały jakieś 27-28 stopni, ale przynajmniej był lekki ruch powietrza, nie tak jak rok wcześniej. Już w trakcie rozgrzewki z Leszkiem i Radkiem konkretnie się zgrzaliśmy, a kilka minut spędzonych w przedstartowym tłumie sprawiło, że pot lał się ze mnie strumieniami.

Z Radkiem i Leszkiem jeszcze przed rozgrzewką / fot. RadekBiega.pl

Niestety, z każdym rokiem Bieg Powstania Warszawskiego jest coraz mniej powstańczy. Owszem, był przed startem Mazurek Dąbrowskiego (czy naprawdę tak trudno zdjąć czapkę z łba i być te kilka minut cicho...?), ale chwilę wcześniej uraczono nas hip-hopem (tekst chyba był o Powstaniu, ale średnio zrozumiałem), a podczas biegu inscenizacji powstańczych było jakby mniej niż w ubiegłych latach. A szkoda, bo jest to doskonała okazja, by przybliżyć biegaczom i warszawiakom Powstanie.

Odliczanie od dziesięciu i... poszli! „Tylko się nie spalić, tylko się nie spalić na pierwszym kilometrze!” – powtarzam cały czas. Ustawiłem się w 7-10 rzędzie, bo tak oceniałem swoje szanse w klasyfikacji oceniałem na początek drugiej setki. Oczywiście na pierwszych 200 metrach tłum sprinterów ostro napiera, ale udaje mi się kontrolować tempo i pierwszy kilometr wchodzi w 4:06. Na drugim wchodzę w docelowe 3:59, na Krakowskim Przedmieściu tłumy kibiców, strasznie lubię atmosferę tego biegu. W letni sobotni wieczór warszawskie ulice pełne są ludzi, którzy okazują biegaczom wiele serdeczności, choć nie brakuje i takich, którzy nie są w stanie wytrzymać kilku minut z przejściem na drugą stronę ulicy i walą w tłum.

Karową w dół tradycyjnie pozwalam nogom wykorzystać grawitację i nadrabiam kilka sekund. Część startowych sprinterów już opadła z sił i wyprzedzam kolejne osoby. Wisłostradą równo po 4:00, pod górkę ul. Sanguszki zwalniam tylko trochę i wyprzedzam Leszka, który planował biec minutę wolniej niż ja, chyba przesadził na pierwszych kilometrach skoro był z przodu.



Na półmetku łyk wody i dzida dalej. Znów Bonifraterska, Plac Krasińskich, Miodowa, Krakowskie Przedmieście i tłumy. Tempo około 4:00. Przy Bristolu trzy matrony z publiczności tarabanią się na trasę tuż przede mnie. Ryczę „Z DROGI!!!” tak, że pół Krakowskiego musiało mnie usłyszeć. Matrony się usuwają, ale ich miejsce zajmuje atak kolki. Dobrze, że jest zbieg, mam jakieś 2 minuty na zwalczenie go. Udaje się, na Wisłostradę wybiegam już w pełni sił, a Garmin pokazuje, że ostatni kilometr zrobiłem w 3:49, bosko! Wyprzedzam kolejnych zawodników, dziewiąty kilometr w 3:57, na ostatnim jest podbieg, a robię go w 3:53, wyprzedzając jeszcze kogoś. Epickie wpadnięcie na metę znacie już z pierwszego akapitu...

Oczywiście z wyniku jestem zadowolony, ja wiem, że nabiegałem 39:51, choć w wynikach póki co stoi 40:03. Znów udało mi się kapitalnie rozegrać to taktycznie, nie podpaliłem się na początku i drugą pętle pobiegłem parę sekund szybciej niż pierwszą, nie zwalniając przy tym na całkiem trudnym podbiegu. Jak na warunki pogodowe, był to kapitalny rezultat, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia to jesienią będę chciał pewnie złamać 39, cel nie może być przecież zbyt łatwy do osiągnięcia:)

XXIII Bieg Powstania Warszawskiego – ocena biegu

Organizacja 4/6 – sprawne wydawanie pakietów, wodopój na połowie trasy, kurtyna wodna przy Karowej, na mecie banan i picie oraz bardzo dobra koszulka techniczna Asicsa w pakiecie za 50 zł – tak powinno być na każdym biegu! Na dodatek na trasie sporo było fotografów z Fotomaratonu, więc spodziewam się paru fajnych fotek, którymi pochwalę się na FB. Po stronie minusów warto jednak zapisać kiepskie oznakowanie kilometrowe trasy (zauważyłem tylko flagę na 4/9km, a obiecywano oznakowanie co kilometr), a przede wszystkim niewykorzystanie potencjału powstańczego. O to, żem gamoń i nie trafiłem na metę do organizatorów pretensji mieć nie mogę;)

Trasa 6/6 – trasa nie zmieniła się od paru lat, to był mój trzeci Bieg Powstania Warszawskiego. Znam ją na pamięć i bardzo lubię. Jest długa prosta, jest podbieg, który można sobie odbić na zbiegu, z mojego punktu widzenia nie sposób jej cokolwiek zarzucić.

Kibice 6/6 – ludzi było bardzo dużo i naprawdę kibicowali. Bili brawo, krzyczeli, przybijali piątkę. Ze względu na porę roku i godzinę startu jest to chyba najlepiej obsadzony przez kibiców bieg w Warszawie.

Okiem statystyka
Były cztery międzyczasy, więc jest co analizować:)
Oto tabelka z międzyczasami i moją pozycją na poszczególnych punktach. Po 1,5 km byłem 266., a potem coraz wyżej, to lubię!

punkt
czas
pozycja
1,5 km
0:05:24
266
2,5 km
0:09:20
186
5 km
0:20:11
136
6,5 km
0:25:32
117
7,5 km
0:29:29
105
10 km (nieoficj.)
0:39:51
97
10 km (oficj.)
0:40:03
102

Zapis z Garmina:

niedziela, 28 kwietnia 2013

Lubicie komiksy, c'nie?:)





Zostałem wezwany do rozsądzenia tej sprawy, bo kto to widział, by po sześciu dniach poprawiać życiówkę?! Szybko wyjaśniło się, że Goryl miał rację, a świadkami wydarzenia, podczas którego nabiegałem 40:15, były między innymi antylopy, foki, żubry, zebry i wielbłądy zamieszkujące Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie. Ale właśnie jeden z wielbłądów, którego prapradziadek od strony babki matki żył na Saharze, zwrócił mi uwagę, że to 10 km nie do końca miało 10 tys. metrów, bo wg jego garbu (a nawet dwóch) to wyszło tego nie więcej niż 9900 metrów. Życiówkę uznaję więc za lekko nieoficjalną. Choć nawet gdyby meta była o 100 metrów dalej, to życiówka i tak by była, więc zmiana na wystawce medali nastąpić musi!

Aktualna wystawka, na najwyższym stopniu podium maratońskie 3:19:14 z Barcelony:)

Lekkie zamieszanie z długością trasy nie zmienia faktu, że biegło mi się doskonale. Składająca się z trzech pętli trasa była dość kręta i często trzeba było szarpać tempo, by nadrobić zawrotkę lub ostry zakręt. Zacząłem spokojnie (4:11), by potem powoli przyśpieszać. Kolejne kilometry wskoczyły w 4:08, 4:06 i 4:04. Po 4 km byłem na 54. miejscu. Wiedziałem już, że tego dnia 39:XX nie nabiegam, lecz postanowiłem do upadłego walczyć o jak najlepszy czas. Dalej 4:07 (w tym podbieg, dlatego trochę wolniej), 4:05, 4:01 i 4:06, a tętno na dobre zadomowiło się na poziomach wyższych niż 182 bbm. Po 8 km zajmowałem już 40. pozycję praktycznie co minutę kogoś wyprzedzając. Nie było więc takiej integracji jak w Żninie, bo najdłużej z jedną osobą to biegłem chyba z 3-4 minuty.

Uśmiech to zbędny wydatek energetyczny, skupienie przede wszystkim!

Widzicie spojrzenie zawodnika z nr 733? On już wie...:D
Na mecie byłem pół minuty przed nimi!

Przedostatni kilometr to znów podbieg, ale odbiłem sobie go na długiej prostej i dziewiątka weszła w 4:03. Przy oznaczeniu „9 km” Gremlin pokazał 9,00 km co trochę mnie zdziwiło, bo zwykle zegarek dolicza około 1 proc. dystansu. Ale co robić, ostatni kilometr trzeba lecieć w trupa, docisnąłem więc gazu i poszły konie po betonie. Wyprzedzam tłumy (dublowanych) i jednostki (wyprzedzanych „normalnie”) i niemal frunę, bo wiem, że życiówka jak-ta-lala na pewno będzie. Metę przeskakuję z rękoma w górze i okrzykiem radości, na dużym wyświetlaczu jest mniej niż 40:30, a mój zegarek wskazuje 40:15.


Finisz na ostatniej prostej!

Mimo braku złamania wymarzonego 40:00 jestem po biegu w pełni usatysfakcjonowany:) Taktycznie rozegrałem go doskonale, a na lepszy wynik nie pozwoliły moje obecne możliwości oraz kręta trasa. Mam jednak poczucie, że jeszcze w tym sezonie 39:XX osiągnę i to dopiero będzie wydarzenie!

Miłym zaskoczeniem było miejsce w klasyfikacji generalnej. Na 843 osoby, które ukończyły bieg byłem 28! W swojej kategorii wiekowej (M30) na 249 uczestników zająłem 10. miejsce, tak wysoko nie byłem jeszcze nigdy.

5 Bieg Dookoła Zoo (ocena)

Organizacja 4/6 – ja tego nie potrzebowałem, ale byli tacy, co narzekali na brak wodopoju – w sumie było dość ciepło i jak ktoś biegnie przez godzinę to nic dziwnego, że chciałby się schłodzić. To spore niedociągnięcie. Trasa była za to dobrze oznakowana, z wydawaniem pakietów startowych też problemów nie było. Trzeba jednak zwrócić uwagę na bardzo wysokie wpisowe – 80 zł za bieg na dystansie 10 km to sporo. Za to w pakiecie jest techniczna koszulka, która jest JEDYNĄ w mojej kolekcji koszulką biegową bez logo sponsora. Podoba mi się to i na pewno będę z niej często korzystał!

Klimat 6/6 – świetny jest pomysł na konkurs przebierańców – bieg był dzięki temu bardzo kolorowy, a kibicowanie kolejnym biegaczom na ostatniej prostej było wyjątkowo przyjemne i wesołe. Do tego otoczenie biegu w postaci ogrodu zoologicznego, kapitalne!

Nie sądziłem, że motyle są tak szybkie!;)

Trasa 4/6 – jeszcze tydzień temu napisałem „nie lubię agrafek, nie lubię pętli, nie lubię wielu zakrętów o 90 stopni”. Chyba zmienię jednak zdanie co do pętli, bo w Zoo mi się one bardzo podobały. Miałem dzięki temu kilka szans, by rozejrzeć się wśród zwierzaków, mam też sporo zdjęć, bo kibicujące mi Magdę i Olę widziałem aż sześciokrotnie. Agrafek i ostrych zakrętów jednak nadal nie lubię, a tu było ich wyjątkowo dużo, acz należy to chyba uznać za koszt biegu w tak specyficznym miejscu, jakim jest ogród zoologiczny.

Kibice 4/6 – ładna pogoda przyciągnęła na trasę sporo spacerowiczów, ale za wyjątkiem ostatniej prostej i moich prywatnych kibicek, większość ludzi raczej biernie stała niż dopingowała. Barcelońskie szaleństwa wysoko postawiły mi poprzeczkę jeśli chodzi o ocenę dopingu na trasie. Za wielki plus należy za to uznać obecność zespołu bębniarzy, bo nic tak nie dodaje energii jak bębny. Dzięki temu, że biegliśmy po pętli to mijałem ich trzykrotnie, świetna sprawa!

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Wychodzę z namiotu, jest jeszcze ciemno. Robię kilka kroków i coś jest nie tak – nawierzchnia jest dziwnie sypka i chrzęści. Piasek? Przyglądam się, a to śnieg! O nie, koniec kwietnia, a my mamy biegać w śniegu?! Przecież nie wziąłem terenowych butów! Ale moment, moment, miało być pod 15 stopni, przecież aż tak prognozy się nie mylą. Ha, wiem! To sen, muszę się obudzić.

PSTRYK!

Wychodzę z namiotu, nadal jest ciemno. Sprawdzam nawierzchnię: ufff, normalny beton, po śniegu nie ma śladu. Czyli już się obudziłem. Wracam do namiotu, szykuję sobie strój na bieg. Włączam Gremlinka, by łapał zasięg GPS. Zapala się w nim intensywnie czerwona dioda, wcześniej takowej nigdy nie widziałem, o co chodzi? No ale nic, nie ma czasu, trzeba się szykować dalej. Obok leżą już gotowe ubrania Michała. Ej, stop, coś znowu jest nie tak! Przecież on biegnie Orlen w Warszawie (2:45! Imaginujecie z kim ja na co dzień bytuję w Fabryce?), a ja w XX Biegach Żnińskich. Ha, wiem! To sen, muszę się obudzić…

PSTRYK!

Nareszcie obudziłem się naprawdę i jestem u rodziców w domu. Łyk wody i wracam dalej spać… Pierwszy raz w życiu miałem sen we śnie (jak w filmie „Incepcja”) i w trakcie jego trwania sobie to uświadomiłem;) Rano pomyślałem, że taki sen to na pewno wróży hiperzajefajną życiówkę i uwierzyłem, że te 39:5X nabiegam. Ale w połowie rozgrzewki zaczynam czuć kolkę. Rozmasowuję i stwierdzam, że na pewno zaraz przejdzie, bo przecież nigdy mi się to nie zdarza. Będzie dobrze!

Odliczanie do startu 5… 4… 3… 2… 1… START! O, pistolet startowy nie zadziałał.

No nic, ruszamy bez niego. Ustawiłem się gdzieś w 3-5 rzędzie, bo tak oceniłem swoje szanse po ubiegłorocznych wynikach. Okazuje się, że wiele osób stojących za mną koniecznie chce pobić rekord prędkości na pierwszych 100 metrach i dzieją się dantejskie sceny. Udaje mi się nie upaść i lecimy. Po paruset metrach patrzę na zegarek – no jasny gwint! Dałem się porwać temu szalonemu tłumowi i biegnę w tempie 3:30. Zwalniam i wyrównuję tempo.

Pierwszy kilometr 3:57, za szybko, ale czuję się dobrze i biegnę już w swoim rytmie, w kilkuosobowej grupie, w której jest m.in. jedna z szybszych dziewczyn (potem się okazało, że ukończyła jako trzecia) oraz Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie. Jest dobrze.

Było dobrze. Już nie jest, bo w pewnej chwili kolka wysyła sygnał do mózgu: „MAM CIĘ!”. Okazuje się, że poranny ból nie był taki od czapy. Próbuję rozmasować brzuch, ale biegnąc tempem 4:06 min/km (drugi kilometr) przy tętnie 180 bpm trudno jest się masować… Lekkie skłony też nie pomagają, a wiatr poza miastem dodatkowo utrudnia żywot. Boli. Przypominają mi się słowa Bo, która wzięła się za jazdę na rowerze: „Biegacze, co Wy wiecie o wietrze, który niby przeszkadza w treningach szybkościowych! Nic nie wiecie!”. Nie bacząc na ból i wiatr lecę dalej. Bratowa z Bratem czekają w umówionym miejscu z aparatem, na pierwszym z dwóch kółek nawet prawie udało mi się uśmiechnąć!

Pierwsze kółko i próba uśmiechu mimo bólu.
Obok mnie Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie

Półmetek w 20:42. Szans na złamanie 40 min. nie mam. Boli, ale nie zamierzam się poddawać w walce o jak najlepszy czas. Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie słabnie i zostaje kilka metrów z tyłu, biegnę równo z Szybką_dziewczyną, po raz drugi wylatujemy poza miasto.

Krok w krok obok siebie. Kadencję kroku każde z nas ma inną, ale oboje sapiemy jak lokomotywy, w takim samym rytmie. Dobry kwadrans takiego wspólnego dyszenia bez jednego nawet słowa, bo byłby to zbędny wydatek energetyczny. Na drugim kółku kolka i wiatr zbierają swoje żniwo – siódmy kilometr robimy w 4:16. Ale skoro boli i jest ciężko to na nawrocie (2,5 km do mety) co trzeba zrobić? Tak jest mili Państwo, przyśpieszyć! Ósmy w 4:08, dziewiąty w 4:02. Biegnę już sam, ale słyszę dosłownie pół kroku za mną kilka osób.

Poznajcie Szybką_dziewczynę,
jeszcze nigdy z nikim nie biegłem tak długo;)

Wyłączam myślenie i skupiam się na najbliższych możliwych celach, czemu sprzyja znajomość trasy: do restauracji Czapla, do domu rodziców Tomola, do Czarneckich, do Dużego Kościoła, do lodów, monopolu, Ekonomika i ostatnia prosta! W końcówce dorzucam do pieca, wyprzedzam jeszcze z dwie osoby (mnie też jakiś sprinter łyknął) i metę mijam po 41:23 (wg mojego zegarka). Oficjalny wynik to 41:25 i 48 miejsce na 235 osób, które wystartowały (jedna nie ukończyła). Rekord z ubiegłej jesieni poprawiony o prawie minutę, ale do mańkowego 40:50, które było kluczowym celem na ten dzień, zabrakło w cholerę i jeszcze trochę.

:)

Za metą bardzo ładny medal, który w domu ląduje na wystawkę z tymi najważniejszymi – z aktualnych życiówek. Tak, wiem, półmaratońska ma grubo ponad rok, ale jak tylko nawinie się w okolicy ciekawy bieg na 21,1 km to obiecuję ją poprawić:)

Wystawa z życiówkowych medali:)

Ocena biegu

Organizacja 3/6 – był punkt z wodą w połowie dystansu, widziałem, że niektórzy korzystali, mi szkoda było czasu, a aż tak ciepło nie było. Zorganizowano świetne zaplecze w budynku szkoły, gdzie po biegu można było coś zjeść i się napić, ale bałagan przy wydawaniu numerów startowych był spory.

Ale to i tak nic przy ogromnej wtopie z obsługą trasy – osobie, która biegła jako pierwsza w pewnym momencie źle pokazano trasę (na skrzyżowaniach stali strażacy i harcerze wskazujący kierunek biegu), przez co prowadzący wypadł z rytmu, zgubił kilka sekund i stracił pierwszą pozycję. Straszne niedociągnięcie.

Za minus uznaję też 40-złotowe wpisowe. Niby cena jak na bieg nie jest to wygórowana, ale oczekiwałbym, że organizatorom (nie był to przecież ich debiut, bo to XX edycja!) uda się znaleźć kilku sponsorów i w pakiecie startowym znajdzie się coś więcej niż wydrukowany na zwykłej kartce numer włożony w koszulkę foliową i promocyjny informator o regionie.

Trasa 4/6 – nie lubię agrafek, nie lubię pętli, nie lubię wielu zakrętów o 90 stopni i nie lubię wylatywania poza miasto, a to wszystko było w niedzielę. Ale… obiektywnie patrząc w takim małym Żninie trudno wiele z trasy wyciągnąć, bo jedyne długie proste ulice to przelotówki (droga krajowa/wojewódzka), których raczej zamykać się nie powinno dopóki nie powstanie obwodnica. Ale i tak było nieźle, bo ładny kawałek miasteczka zwiedziliśmy, a przynajmniej było bardzo płasko, co jest dużym plusem. Lepsze to niż wybiegnięcie na całą trasę poza miasto.

Kibice 6/6 – spotkałem tłumy znajomych twarzy, to ogromna zaleta biegania „u siebie”. W pełni rozumiem tych, którzy biegną w rodzinnym mieście maraton mimo tego, że nijak w planie startów i treningów im to nie pasuje. Leszku, biegnij w Lęborku, ja zrobiłbym tak samo!:) W niedzielę na trasie stawiło się więcej członków mojej rodziny niż mogłem się spodziewać, do tego ukochany chrześniak z rodziną, łącznie ponad 20 osób pochodzących z czterech pokoleń! Przekrój wieku moich kibiców to od 10 miesięcy to 88 lat! Się ma najlepszych fanów na świecie, co?:)

Bez dwóch zdań ze względu na ostatni punkt za rok też zamierzam się pojawić na Biegach Żnińskich:)

Ciekawostką jest, że wspomniana powyżej Szybka_dziewczyna to nie byle kto, tylko mistrzyni świata w nordic walking z 2010 roku! Ale w zacnym towarzystwie biegałem, co?:)

Ciekawostką numer dwa jest to, że wracając do Misiowa pisałem sobie w głowie tę relację i tak mnie to zajęło, że... nie zauważyłem postawionego przy drodze białego kółka z czerwoną obwódką i „60” wypisaną w środku;) Negocjacje z miłymi panami siedzącymi w niebiesko-białej Kii zakończyły się dla mnie zwiększeniem kosztu życiówki o 100 złociszy...

czwartek, 28 marca 2013

Przez ostatnich kilka miesięcy pracowałem nad przygotowaniem się do maratonu w Barcelonie. Jak nigdy biegałem długie treningi, rozmyślałem nad tempem i strategią, a przede wszystkim nakręcałem się na ten bieg. Wyobrażałem sobie miasto, kibiców, jak kilometr po kilometrze zbliżam się do upragnionego celu i jak mijam metę w wymarzonym czasie.

17 marca br. wszystko to się zrealizowało, a ja… poczułem pustkę. Przyzwyczaiłem się do tego nakręcania tak, że teraz mi tego brakuje. Owszem, już za trzy tygodnie będę atakował życiówkę na 10 km i to nie byle gdzie, bo w rodzinnym Żninie, gdzie wśród kibiców nie zabraknie zapewne osób mi znanych i bliskich, ale jednak 10 km to nie to samo co maraton, królewski dystans. Dyszkę można na maksa pobiec co miesiąc i bić życiówki, do maratonu przygotowania to kilka miesięcy pracy, długich treningów i wystarczy jeden błąd czy pech (np. problem zdrowotny) i wszystko idzie w diabły.

W relacji z maratonu obiecałem jeszcze kilka słów na temat Zurich Marató Barcelona i zdjęcia, będzie więc małe podsumowanie i ocena tego, jak w Hiszpanii robią maratony.

Organizacja – 5/6
Wbrew temu co marudziłem pod nosem przed startem, organizacja startu nie była wcale taka zła, ot po prostu pomyliłem godzinę startu;) Aczkolwiek potem dowiedziałem się od kibiców, że problemy były. Strefa, z której startowałem była za mała w stosunku do liczby biegaczy i wiele osób się w niej nie zmieściło, po prostu nie mogli wejść i wystartować normalnie. W efekcie kilkuset biegaczy biegnących na 3:15-3:30 wystartowało dużo później, za wolniejszymi grupami. Prawdopodobnie źle oszacowano liczbę osób, które mogą zmieścić się w tej strefie. Mimo tego start kilkunastu tysięcy biegaczy przebiegł bardzo sprawnie.

Słabo też wypadają zdjęcia organizatorów. Minęły prawie dwa tygodnie od biegu, a w systemie mam zaledwie cztery, musiałbym zapłacić za nie 25 euro, daruję sobie;) Są za to dostępne nagrania video, najfajniejsze jest to nazwane Av. M Cristina, widać na nim jak przekraczam linię mety (z flagą). Filmiki można zobaczyć tutaj.

Pajacyki na rozgrzewkę

Ale to drobne zarzuty jeśli chodzi o kwestie organizacyjne. Nie było horrendalnych kolejek do depozytów jak w Łodzi'12, nie było tłoku za linią mety jak na Półmaratonie Warszawskim'13, ani żadnych innych tego typu wpadek. Za metą na uczestników czekały nie tylko woda i izotoniki, ale i stoły pełne owoców oraz bakalii. Świeżych, przepysznych owoców. Przy pomarańczach spędziłem chyba z dziesięć minut;)

Punkty żywieniowe – 6/6
Pomarańcze oraz rodzynki i orzechy były też na punktach odżywczych na trasie. Bardzo orzeźwiające i dodające energii, gdyby nie było ich na 40 km, nie wiem czy dałbym radę ukończyć maraton w zakładanym czasie. Punkty były dwustronne (znów nawiążę do polskiego podwórka – niewiele mniejszy Półmaraton Warszawski miał jednostronne), długie i było ich dużo. Na niektórych były tylko napoje, na innych też owoce, a nawet żele energetyczne. Z tych ostatnich nie korzystałem, bo nie lubię eksperymentować na zawodach, o ich jakości się więc nie wypowiem.

Jedyną wadą organizacji punktów odżywczych była kolejność napoi. Najpierw była woda, a potem izotonik. A każdy trochę doświadczony biegacz wie, że nie należy kończyć posilania się izo, bo słodki posmak w ustach jest potem nie do zniesienia. Wody było za to do oporu, dawano ją w niedużych butelkach, co ułatwia picie w stosunku do stosowanych w Polsce kubeczków.




Wśród wielu zalet Barcelony nie sposób nie wymienić jedzenia!
(oczywiście to nie punkty żywieniowe na maratonie;))

Trasa maratonu – 6/6
Niebagatelną zaletą Zurich Marató Barcelona była trasa. Wiodła ona głównie szerokimi ulicami miasta (bardzo dużo ulic jest tam jednokierunkowych i mają po 3-4 pasy), w żadnym miejscu nie było za ciasno. Bardziej wąsko było pod koniec, ale wtedy stawka jest już rozciągnięta i nie ma problemu. A w Warszawie w Nowy Świat wbiegamy już po 1,5 kilometra…

Maraton poprowadzono tak, by biegacze mogli zobaczyć jak najwięcej atrakcji miasta. Nie wyprowadzono nas w pole jak to na polskich maratonach często bywa. Na początek dla fanów futbolu był Camp Nou, legendarny piłkarski stadion mieszczący prawie 100 tys. widzów. Dla tych, którzy oczekiwali tam fajerwerków było to jednak wielkie rozczarowanie, bo największy stadion w Europie jest wkopany w ziemię i z zewnątrz praktycznie w ogóle go nie widać. Pod tym względem nasz Stadion Narodowy jest dużo lepszy:)

Camp Nou od środka robi wrażenie! 

Potem przelatujemy obok Casa Milà, czyli jednego z najwspanialszych budynków zaprojektowanych przez Antonio Gaudíego. Katalończycy nazywają ten budynek La Padrera, co oznacza Kamieniołom. Bo rzeczywiście wygląda on jak wykuty w skale. Budynek charakteryzuje się tym, że praktycznie nie ma w nim linii prostych. Zdecydowanie jest to jeden z punktów obowiązkowych podczas wizyty w Barcelonie.

Casa Milà – arcydzieło barcelońskiej architektury

Dwa kilometry kolejny barceloński must-see – Sagrada Família. Uważany za szczytowe osiągnięcie Gaudíego kościół jest budowany już od ponad 130 lat (budowę rozpoczęto w 1882 r.), a koniec prac przewidywany jest na okolice 2030 roku. Monumentalna świątynia robi niesamowite wrażenie, a że był to dopiero 17 kilometr maratonu, można było ją podziwiać.

Sagrada Familia – 130 lat i wciąż w budowie

Potem jeszcze m.in. wizyta nad morzem, Parc de la Ciutadella, Arc de Triomf i pomnik Krzysztofa Kolumba. Barcelona jest fantastycznym miastem z duszą i tę duszę czuć było na każdym kilometrze.

Kibice – 6/6
Ale tym, co najbardziej urzekło mnie podczas barcelońskiego maratonu byli kibice! To był mój piąty maraton, ale gdybym zsumował liczbę i entuzjazm kibiców z czterech poprzednich (Warszawa, Łódź, Poznań, Warszawa) to z Barceloną i tak by nie wygrały. Na każdym kilometrze byli ludzie. Na balkonach, na ulicach, dosłownie wszędzie! Oczywiście najwięcej ich było w najpopularniejszych miejscach, takich tłumów jak przy Sagrada Famílii nie było nigdzie poza metą. No, ewentualnie przy Łuku Triumfalnym.

12 km – radość, uśmiech i moc w nogach!

42 km – nie dałem rady się nawet uśmiechnąć

Ale nie ilość się liczy, lecz jakość. Polscy kibice mają to do siebie, że dopingują głównie swoich bliskich. Często po prostu stoją i tyle. Dopiero po maratonie w Barcelonie to zauważyłem, bo dotąd myślałem, że zawsze tak jest. Okazuje się, że nie, w Hiszpanii jest inaczej! Bez względu na to, kto biegł ludzie cały czas robili hałas. Krzyczeli, bili brawo, cieszyli się.

Do tego bardzo dużo muzyki. Oprócz zespołów były i bębny. Dużo bębnów! Naliczyłem pięć punktów, w których bębniarze zagrzewali maratończyków do biegu, a to naprawdę działa i motywuje.

A warto zaznaczyć, że pogoda była, jak na Hiszpanię, wyjątkowo antykibicowska. Przez dużą część biegu padał deszcz (niezbyt mocno, ale jednak), było też dość chłodno, bo „zaledwie” 11 stopni. Aż trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałby maraton w Barcelonie gdyby było słońce i kilka stopni więcej.

Ale jest i łyżka dziegciu w tej całkiem sporej beczce miodu. Głupota ludzi jest taka sama w Polsce jak i w Hiszpanii. Znaleźli się tacy, którzy chcąc przejść na drugą stronę ulicy na 40 km wtarabaniali się w grupkę biegaczy. Podobnie zresztą biegacze – spotkałem się z osobą, która by zawiązać buta zatrzymała się dokładnie na środku trasy powodując mały karambol biegaczy.

Ten mały minus, który zdecydowanie został zbilansowany przez bardzo wiele plusów. Do nich warto jeszcze dodać niesamowitą wielonarodowość biegaczy. Na polskich biegach obcokrajowiec to wciąż wyjątek, w Barcelonie’13 ludzie spoza Hiszpanii stanowili ponad 40 proc. uczestników! Dla porównania, w Warszawie’12 obcokrajowcy stanowili niespełna 5 procent.

Okiem statystyka
Na koniec kilka statystyk. A właściwie jeszcze jeden minus. Organizatorzy nie udostępniają wyników w pliku XLS, by można sobie było je przeanalizować. Ale z tego co udostępniają widać, że biegłem dobrze.

Oto tabelka z międzyczasami i moją pozycją co 5 km. Na każdym kolejnym punkcie byłem wyżej, a na ostatnich 2,195 km wyprzedziłem niemal 200 osób!

odcinek
pozycja
czas
0-5 km
3132
23:47
5-10 km
3023
23:16
10-15 km
2928
23:21
15-20 km
2909
23:25
20-25 km
2868
23:28
25-30 km
2782
24:11
30-35 km
2558
23:50
35-40 km
2339
23:23
40 km-meta
2145
10:26

Łącznie maraton ukończyło 14777 osób, niestety nie wiem, ile spośród 18 tys. Zapisanych wystartowało.

W jednym zdaniu: z całego serca i z pełną odpowiedzialnością polecam maraton w Barcelonie, zapisy na 2014 r. już się zaczęły, do dzieła!:)