BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

środa, 26 lutego 2014

Ruszamy z PK Y. Do końca pozostało 8 punktów. Jędrek i Paweł zostają lekko z tyłu, po kilkuset metrach obracam się i wołam żeby dorzucili do pieca. Odmawiają, podobnie jak Wojtek. Biorę więc szuflę, ładuję węgiel z takim czubkiem, że aż się wysypuje i wrzucam całość do pieca. Ogień buzuje coraz mocniej, tętno zbliża się do granicy drugiego i trzeciego zakresu (170 bpm), a biegowa lokomotywa nabiera prędkości. Poza wkurzającym bólem ścięgna Achillesa nic mi nie przeszkadza, noga ładnie podaje, a metry same lecą. Wyprzedzam kilku zawodników z krótszej trasy, to jest to! W trudnym terenie biegnę po 5:30, w łatwiejszym 5:10 lub szybciej. Nic dziwnego, że chłopaki znikają z tyłu. Przez most w Lubostroniu wracam na prawy brzeg Noteci. Niestety pęd powietrza sprawia, że tracę koncentrację, nie czytam dokładnie mapy i zupełnie bez sensu biegnę kilkaset metrów w przeciwną stronę, co kosztuje mnie 4-5 minut. Kręcę się w kółko aż docierają do mnie Jędrek i Wojtek, z którymi znajduję PK O oraz pobliski N, choć tu znów mylimy leśne przecinki i dopiero po chwili trafiamy w odpowiednie miejsce, gdzie łapie nas Paweł. By to gęś kopła, po kiego było uciekać?

Paweł zostaje z tyłu, we trójkę łapiemy M, R i P w okolicy Pturka i jez. Wolickiego, na którym 20 lat temu uczyłem się podstaw żeglarstwa;) Od P do H mamy najtrudniejszy przelot całego rajdu – to zaorane i dość przez to grząskie pole, nawet marsz jest utrudniony, o sprawnym biegu nie ma co marzyć.

Za PK H następuje kolejna próba urwania się od tramwaju. Po paru chwilach znów jestem sam. Lecę przez pole i...



Chowam telefon i biegnę dalej. Docierając do lasu czuję wiatr we włosach i świeże powietrze w płucach. Wyostrzony słuch wyłapuje odgłosy przyrody, co jakiś czas obracam się, by sprawdzić, czy aby na pewno jestem sam. W takich chwilach oddycham najgłębiej, takie chwile na zawodach kocham. Tego nie da Ci żaden miejski maraton, żadna dycha przebiegnięta poniżej 40 minut. Takie rzeczy można złapać tylko w maratonach na orientację.

W tym wszystkim po raz drugi gubię jednak ostrość wzroku i mylę drogę z poziomicą, a w efekcie PK G szukam na złym zboczu skarby. I znów mija parę minut (ok 7-8!), dochodzą mnie Jędrek i Wojtek i dopiero po chwili zauważam swój błąd, po czym punkt łapiemy już w miarę bez problemu. Podbijamy i…


Robienie fotek telefonem ma tę wadę, że zamiast Jacek skaczący przez rów jest Jacek,
hmmmm, powiedzmy, że na zdjęciu jest Jacek i rów / fot. ja

O niespodzianko, znów się urywam, w nadziei, że to ostatni raz;) Do zaliczenia został jeden punkt, a moja frustracja sięga zenitu. Maksymalnie skupiam się na mapie, uciekam chłopakom i z powodzeniem zaliczam ostatni punkt kontrolny, ufff! Można? Można. No myśleć panocku tylko trzeba, a nie zachłystywać się największym stadem sarenek jakie się widziało.

Jeszcze minuta zamotania w kwestii tego którędy do bazy, wybieram wariant południowy i lecę. Widząc płot okalający szkołę przeskakuję go w najniższym miejscu i chwilę potem oddaję kartę dowiadując się, że zająłem drugie miejsce!:)

Po minucie przychodzi jednak zimny prysznic: pierwszy Mariusz Plesiński był tu niemal dwie godziny temu, co oznacza, że mimo pierwszego w „karierze” pudła na zawodach z cyklu PMnO, będzie to pod względem liczby punktów w Pucharze Polski… mój najsłabszy start od debiutu latem 2011 r. (Izerska Wielka Wyrypa 2011). 31,5 pkt to zdecydowanie poniżej oczekiwań, za poprzednie dwa starty dostałem odpowiednio 45,5 i 39,5 pkt. Cóż, taki urok zawodów PMnO, że bardziej niż miejsce w klasyfikacji, liczy się strata do zwycięzcy.

Nie lubię takiego oznaczenia lampionów - kartka papieru przyklejona do drzewa od tyłu. W efekcie szukaliśmy nie lampionów, a taśmy klejącej na drzewach... A znak? Paweł jest z Inowrocławia, a ja ze Żnina:) / fot. ja

Ale to małe rozczarowanie nie zmienia faktu, że na Złoto dla Zuchwałych warto było pojechać! Miałem pewne obawy, bo w ubiegłym roku organizatorzy nie spisali się na medal – trasa była banalnie łatwa, i nie pozostawiała praktycznie żadnego wyboru wariantów, a punktów do zaliczenia było niewiele, przy czym jednego bodaj brakowało, a inny przesunięty o jakieś 200 metrów – nie pamiętam dokładnie. W każdym razie niesmak pozostał.

W tym roku dostaliśmy do ręki świetnie zaprojektowaną mapę z 24 punktami kontrolnymi, którą można było zrobić na wiele różnych wariantów, dzięki czemu już na początku uniknęliśmy tłoku przy punktach kontrolnych. Ale i tu można by trochę poprawić. Po pierwsze jeden lub dwa punkty były źle postawione (różnica 100-150 m), po drugie zaś fantastyczny pagórkowaty odcinek Jabłowskich Gór aż prosił się o mapę BnO lub choćby rozświetlenia ułatwiające znalezienie punktów. Jak już narzekam, to na wielu zawodach nagród jest trochę więcej niż dla zwycięzców, przykład Mazurskich Tropów pokazuje, że nawet robiąc pierwszą edycję rajdu można postarać się o sponsorów.

Wszystkie drobne niedociągnięcia organizacyjnie są NICZYM przy błędzie ortograficznym w nazwie drużyny... Smashing Pąpkins Wam tego łatwo nie wybaczy!


Skoro było pudło, to jest i zasłużone piwko i kiełbacha!;)
/ fot. 1 Paweł Choiński, fot. 2 ja

Niewątpliwą zaletą Złota dla Zuchwałych była sama lokalizacja zawodów – wokół Lubostronia nie brakowało lasów, pól i mokradeł, które przemierzaliśmy z największą przyjemnością. A ja nawet z dodatkiem dumy, bo zawody odbywały się na terenie powiatu żnińskiego, z którego pochodzę. Szczerze mówiąc na podlubostrońskich pagórkach nigdy nie byłem, a naprawdę warto, to bardzo ciekawa okolica.

Asfaltów na trasie zawodów praktycznie nie było. Po szosach zrobiłem kilka kilometrów, ale gdyby ktoś chciał, to można było i tego uniknąć. Gdyby ktoś chciał, to szosowy kilometraż można tez było zwiększyć, ale kilka razy wybieraliśmy drogę przez pole. Smaczku wszystkiemu dodało takie rozmieszczenie punktów kontrolnych, że żaden z wariantów nie był oczywisty. Można było pokonać Noteć dwa razy tym samym mostem, a można było dwoma, co znacznie różnicowało trasę. Mimo że przed startem poświęciliśmy kilka minut na rozrysowanie sobie przebiegów między PK i kolejności ich zaliczania, to w trakcie zdarzało nam się dyskutować i zastanawiać nad tym, jaki wariant obrać. Wiele innych aspektów organizacyjnych także stało na wysokim poziomie: ja nie skorzystałem, ale kolacja dzień przed zawodami to rzadkość, na mecie posiłek też oczywiście był.



Przed startem warto zainwestować kilka minut w rozrysowanie trasy:)
/ fot. 1 i 2 Szymon Szkudlarek, fot. 3 Karol Chudzyński

Złoto dla Zuchwałych było dla mnie swego rodzaju eksperymentem – po raz pierwszy pobiegłem PMnO z opaską tętna i… jestem mocno zaskoczony. Wydawało mi się zawsze, że to bieg na w miarę niskiej intensywności, że mówiąc, iż zastępuje mi to weekendowe wybiegania, trochę naginam rzeczywistość. Tymczasem podczas ZdZ ponad 2 godziny spędziłem ponad progiem mleczanowym, który mam na 155 uderzeniach serca na minutę, a nie brakowało też odcinków w drugim, a nawet trzecim zakresie. To nie przelewki tylko konkretny trening. Tempo nie było może zabójcze, ale trudny teren robi różnicę. Na trasie nie brakowało przewyższeń, trudno przebieżnych zaoranych pól i innych utrudnień, w efekcie czasem nawet maszerując miałem puls w pierwszym zakresie.

Czy można było pobiec ZdZ lepiej? Zawsze można lepiej! Te kilka błędów kosztowało mnie z 30-40 minut, a PK E i PK D (źle ustawiony) też szukaliśmy dość długo. Poprawiłbym swój dorobek punktowy i czas na tych zawodach, ale Mariusza i tak bym nie przegonił. Nie tu i nie dziś. Ale kiedyś, kto wie… :)

Mapa z naniesionym śladem z Garmina.
Zielonym kolorem bieg, żółtym trucht, a na czerwono marsz i postoje. A tu jest mapa w wysokiej rozdzielczości.


:)

Stats&hints IV Rajd na orientację „Złoto dla Zuchwałych”, trasa TP50
Wynik: czas 6:37; 2/43 miejsce w klasyfikacji open;
Warunki pogodowe: kilka stopni Celsjusza, lekki wiatr, słonecznie z zachmurzeniami;

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty krótkie Inov-8; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R-90, koszulka Icebreaker Merino, bezrękawnik Kalenji; dwa buffy (jeden na szyi, drugi na głowie – po jakimś czasie zdjęty), rękawiczki 4F (w połowie trasy wylądowały w plecaku), Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 musy owocowe Aptonia + 1 chałwa + 1 baton Challenger + 2 żele Agisko + 1 baton Agisko; 1,5 l izo z BCAA w bukłaku. Do mety dotarłem bez zapasów, ale i bez poczucia głodu czy pragnienia.

Dla zainteresowanych zapis z Garmina w serwisie Endomondo:




13 komentarzy :

  1. Fajna relacja. Mam dwa pytania: po pierwsze ten żel Agisko - polecasz? Jak tak to gdzie go kupić - dostałeś do testów czy sam kupiłeś gdzieś i wiesz gdzie je można dostać? A drugie pytanie wynika z tego że nie bardzo rozumiem formułę tych BnO. Jak to jest że to niby wyścig a wy współpracujecie? Nie rozumiem za bardzo tego - przecież ścigacie się ale jednocześnie razem opracowujecie warianty trasy przed wybiegnięciem a na trasie razem szukacie lampionów? To się nie kłóci z tym że rywalizujecie? :)
    No i zasłużone gratulacje. Mam sławnego sąsiada!

    OdpowiedzUsuń
  2. Agisko - kupowałem w NBR i High Level Center na Sadybie.

    BnO - nie ma tam walki o złote gacie i każdy Ci pomoże. Współpraca nie jest zabroniona, jest wręcz powszechna. Owszem, w zespole jest łatwiej, ale czasami prowadzi to doz zguby, bo się traci koncentrację. Ja lubię ponapierać z kimś, ale samemu czuję się też bardzo dobrze i sprawia mi to ogromną satysfakcję. Taka specyfika rajdów jest, że najważniejsze jest fajne spędzenie czasu na łonie natury, a 50 km i tak nikt za nikogo nie przebiegnie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, jeszcze o Agisko. NIe umiem ocenić, które żele działają lepiej, a które gorzej, moim zdaniem trzeba by tu mieć laboratoryjne warunki. Ale wiem, że Agisko mój żołądek i podniebienie tolerują bezproblemowo, więc to mega sprawa:)

      Usuń
  3. właśnie o żel także chciałem zapytać :P ale już wiem wszystko.
    co do tematu który poruszył wyżej kolega Leszek, to moje skromne zdanie jest takie że nie przepadam za bieganiem w parach trójkach a już na pewno nie w grupach np. 6 osobowych bo taką spotkałem na "ŚK", oczywiście fajnie czasem sobie potowarzyszyć ale co ma za sens bieganie w sześć osób z czego jeden nawiguje a reszta trzyma tempo za nim nie spoglądając nawet na mapę a potem na mecie szczycą się jakie to wysokie miejsce zajęli :) trochę żałosne prawda!? :) jednak ja sam nie biegam dla nikogo poza sobą samym więc ogólnie mam to w nosie co kto robi bo liczy się pokonywanie swoich słabości no i dobra zabawa przy bieganiu po lasach i polach tak jak mówisz :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli jest para/trójka współpracująca to może być naprawdę fajne. Całą Ełcką Zmarzlinę zrobiłem z Kwitem i biegło nam się razem super. Jak miał kryzys to go pociągnąłem, jak ja popełniłem nawigacyjny błąd to mnie naprostował. Aczkolwiek jak ktoś się podczepia i tylko biegnie z tyłu to jest to wg mnie totalnie bez sensu.

      Usuń
  4. "Docierając do lasu czuję wiatr we włosach i świeże powietrze w płucach. Wyostrzony słuch wyłapuje odgłosy przyrody, co jakiś czas obracam się, by sprawdzić, czy aby na pewno jestem sam. W takich chwilach oddycham najgłębiej, takie chwile na zawodach kocham. Tego nie da Ci żaden miejski maraton, żadna dycha przebiegnięta poniżej 40 minut. Takie rzeczy można złapać tylko w maratonach na orientację."....
    I O TO TO TO MI CHODZIŁO... TEJ WŁAŚNIE KWINT ESENCJI....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święta racja, dlatego wolę biegać sam :) (Krasus zapewne też) Pięknie opisane... Też czasami się odwracam, by upewnić się, czy na pewno jestem sam. Niesamowite uczucie... (za wyjątkiem sytuacji w którym nie mogę znaleźć jakiegoś punktu kontrolnego)

      Usuń
    2. Z tym oglądaniem się to naprawdę dziwne uczucie. Od bliskiego (na szczęście nie zbyt bliskiego;P) spotkania z dzikami na Ełckiej jakoś bardziej obawiam się przyrody. Jak biegnie się w parze czy grupie to jest luz, ale samemu mam cykora, co dodaje zabawie smaczku:)

      Usuń
  5. Bieganie w grupie jest o niebo łatwiejsze, można sobie pozwolić na momenty dekoncentracji, które nie kończą się nagłym otrzeźwieniem i pytaniem "To gdzie ja k* właściwie jestem?" Ktoś z grupy z reguły wie... Natomiast satysfakcji z dobrze wykonanej samodzielnej pracy nie da się chyba z niczym porównać. W praktyce jednak trudno od początku napierać samotnie, chyba że ruszysz wystarczająco szybko, żeby zgubić resztę. Dopiero po dwóch, trzech punktach jest jakaś szansa, żeby się oderwać i działać "po swojemu". Co jednak gdy biegniesz z kimś, kto ma podobne tempo i jego "po swojemu" jest takie jak Twoje "po swojemu"? Według mnie, im więcej możliwych wariantów trasy tym większa zabawa... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale i grupa bywa zwodnicza. Na Funeksie się po prostu zagadaliśmy i wylecieliśmy w kosmos.. ;) Aczkolwiek oczywiście masz 100% racji z tą satysfakcją. To jest to!

      Usuń
  6. Gratuluję miejsca na pudle :)
    Kurcze to bieganie po bezdrożach, te dystanse, to mi się zaczyna coraz bardziej podobać.
    Chyba w końcu się przełamie i spróbuje sił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcin, z całego serca i szczerze polecam!:)

      Usuń
  7. Rozpędziłem się z tym cytowaniem, bo z racji tego , że zaczynam dopiero przygodę z Pmno ( dzięki korenspondecyjnemukursowiKrasusa) i jak nna razie to biegamy teamem stadnie. Przeważnie 3-4 osobową grupą. I uzupełnieniamy się.

    OdpowiedzUsuń