BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

poniedziałek, 29 lipca 2013

Do mety jeszcze 2000 m. Takie interwały biegałem ostatnio po 3:50, dam radę i dziś! 1600 m, dam radę. Kilometr do mety, będzie życiówka na 100 procent! Ostatni podbieg. Prawie nie zwalniam, cisnę niewiele wolniej niż 4:00 min/km. Z daleka wypatruję NKŚ, ale one mnie nie widzi, patrzy jakby gdzieś dalej. Dlaczego?! Przebiegam tuż obok i dopiero mnie zauważa, o co chodzi? Wbiegam na metę, zatrzymuję stoper i słyszę NKŚ „Misio, meta jest tam!!”. O jasna dupa, zatrzymałem się na macie z półmetka! Przeskakuję przez płot i przechodzę przez metę 12 sekund po tym, jak minąłem ją po raz pierwszy...

Bieg Powstania Warszawskiego na dystansie 10 km składa się z dwóch pętli po centrum Warszawy. W pewnym momencie jest rozwidlenie i w lewo biegnie się dalej, a w prawo do mety. Jednym uchem usłyszałem tam „piątka na prawo, dziesiątka na lewo”, ale dotyczyło to pierwszej pętli, na drugiej trzeba było już pobiec w prawo. Na maksymalnym zmęczeniu nie pomyślałem logicznie i skończyło się jak skończyło – trzecią z rzędu nie do końca oficjalną życiówką na 10 km. Najpierw była trasa bez atestu (XX Biegi Żnińskie), potem znów bez atestu i to jeszcze za krótka o jakieś 100-200 metrów (5. Bieg Dookoła Zoo), a teraz mój czas ze stopera nie zgadza się z oficjalnym z listy wyników (39:51 vs 40:03)... No nic, wysłałem do orgów maila z odwołaniem do wyników, półmetkowa mata powinna była mnie odczytać, więc może uwzględnią mój prawdziwy wynik.

Podobnie jak rok temu i teraz warunki podczas Biegu Powstania były wybitnie nie biegowe. Przed startem termometry wskazywały jakieś 27-28 stopni, ale przynajmniej był lekki ruch powietrza, nie tak jak rok wcześniej. Już w trakcie rozgrzewki z Leszkiem i Radkiem konkretnie się zgrzaliśmy, a kilka minut spędzonych w przedstartowym tłumie sprawiło, że pot lał się ze mnie strumieniami.

Z Radkiem i Leszkiem jeszcze przed rozgrzewką / fot. RadekBiega.pl

Niestety, z każdym rokiem Bieg Powstania Warszawskiego jest coraz mniej powstańczy. Owszem, był przed startem Mazurek Dąbrowskiego (czy naprawdę tak trudno zdjąć czapkę z łba i być te kilka minut cicho...?), ale chwilę wcześniej uraczono nas hip-hopem (tekst chyba był o Powstaniu, ale średnio zrozumiałem), a podczas biegu inscenizacji powstańczych było jakby mniej niż w ubiegłych latach. A szkoda, bo jest to doskonała okazja, by przybliżyć biegaczom i warszawiakom Powstanie.

Odliczanie od dziesięciu i... poszli! „Tylko się nie spalić, tylko się nie spalić na pierwszym kilometrze!” – powtarzam cały czas. Ustawiłem się w 7-10 rzędzie, bo tak oceniałem swoje szanse w klasyfikacji oceniałem na początek drugiej setki. Oczywiście na pierwszych 200 metrach tłum sprinterów ostro napiera, ale udaje mi się kontrolować tempo i pierwszy kilometr wchodzi w 4:06. Na drugim wchodzę w docelowe 3:59, na Krakowskim Przedmieściu tłumy kibiców, strasznie lubię atmosferę tego biegu. W letni sobotni wieczór warszawskie ulice pełne są ludzi, którzy okazują biegaczom wiele serdeczności, choć nie brakuje i takich, którzy nie są w stanie wytrzymać kilku minut z przejściem na drugą stronę ulicy i walą w tłum.

Karową w dół tradycyjnie pozwalam nogom wykorzystać grawitację i nadrabiam kilka sekund. Część startowych sprinterów już opadła z sił i wyprzedzam kolejne osoby. Wisłostradą równo po 4:00, pod górkę ul. Sanguszki zwalniam tylko trochę i wyprzedzam Leszka, który planował biec minutę wolniej niż ja, chyba przesadził na pierwszych kilometrach skoro był z przodu.



Na półmetku łyk wody i dzida dalej. Znów Bonifraterska, Plac Krasińskich, Miodowa, Krakowskie Przedmieście i tłumy. Tempo około 4:00. Przy Bristolu trzy matrony z publiczności tarabanią się na trasę tuż przede mnie. Ryczę „Z DROGI!!!” tak, że pół Krakowskiego musiało mnie usłyszeć. Matrony się usuwają, ale ich miejsce zajmuje atak kolki. Dobrze, że jest zbieg, mam jakieś 2 minuty na zwalczenie go. Udaje się, na Wisłostradę wybiegam już w pełni sił, a Garmin pokazuje, że ostatni kilometr zrobiłem w 3:49, bosko! Wyprzedzam kolejnych zawodników, dziewiąty kilometr w 3:57, na ostatnim jest podbieg, a robię go w 3:53, wyprzedzając jeszcze kogoś. Epickie wpadnięcie na metę znacie już z pierwszego akapitu...

Oczywiście z wyniku jestem zadowolony, ja wiem, że nabiegałem 39:51, choć w wynikach póki co stoi 40:03. Znów udało mi się kapitalnie rozegrać to taktycznie, nie podpaliłem się na początku i drugą pętle pobiegłem parę sekund szybciej niż pierwszą, nie zwalniając przy tym na całkiem trudnym podbiegu. Jak na warunki pogodowe, był to kapitalny rezultat, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia to jesienią będę chciał pewnie złamać 39, cel nie może być przecież zbyt łatwy do osiągnięcia:)

XXIII Bieg Powstania Warszawskiego – ocena biegu

Organizacja 4/6 – sprawne wydawanie pakietów, wodopój na połowie trasy, kurtyna wodna przy Karowej, na mecie banan i picie oraz bardzo dobra koszulka techniczna Asicsa w pakiecie za 50 zł – tak powinno być na każdym biegu! Na dodatek na trasie sporo było fotografów z Fotomaratonu, więc spodziewam się paru fajnych fotek, którymi pochwalę się na FB. Po stronie minusów warto jednak zapisać kiepskie oznakowanie kilometrowe trasy (zauważyłem tylko flagę na 4/9km, a obiecywano oznakowanie co kilometr), a przede wszystkim niewykorzystanie potencjału powstańczego. O to, żem gamoń i nie trafiłem na metę do organizatorów pretensji mieć nie mogę;)

Trasa 6/6 – trasa nie zmieniła się od paru lat, to był mój trzeci Bieg Powstania Warszawskiego. Znam ją na pamięć i bardzo lubię. Jest długa prosta, jest podbieg, który można sobie odbić na zbiegu, z mojego punktu widzenia nie sposób jej cokolwiek zarzucić.

Kibice 6/6 – ludzi było bardzo dużo i naprawdę kibicowali. Bili brawo, krzyczeli, przybijali piątkę. Ze względu na porę roku i godzinę startu jest to chyba najlepiej obsadzony przez kibiców bieg w Warszawie.

Okiem statystyka
Były cztery międzyczasy, więc jest co analizować:)
Oto tabelka z międzyczasami i moją pozycją na poszczególnych punktach. Po 1,5 km byłem 266., a potem coraz wyżej, to lubię!

punkt
czas
pozycja
1,5 km
0:05:24
266
2,5 km
0:09:20
186
5 km
0:20:11
136
6,5 km
0:25:32
117
7,5 km
0:29:29
105
10 km (nieoficj.)
0:39:51
97
10 km (oficj.)
0:40:03
102

Zapis z Garmina:

14 komentarzy :

  1. Patrząc na pogodę widać, że masz zapas mocy. Dobry prognostyk przed Poznaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiem, by nie była to jedna z moich motywacji przez Poznaniem - zrobić tu b.dobry wynik:)

      Usuń
  2. Epic win! Chciałbym kiedyś tak zapierdalać :) Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie takie tempo to kosmos!

    OdpowiedzUsuń
  4. 39:51... Nieźle śmigasz i to przy takiej pogodzie :) tylko za tydzień żebyś dobrze na metę trafił :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję, że w Poznaniu nie będzie możliwości, by się zgubić... ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. a ić pan w pizdu! zazdroszczę Ci takiej formy w tej części sezonu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, w moim planie na 2013 to ma być drugi szczyt w tym sezonie. Pierwszy na Barcelonę, drugi na Poznań i Borówno..:)

      Usuń
  7. Właśnie opisałeś mój bieg marzenie (no może z wyjątkiem tego minięcia się z metą). A tyś to zrobił przy 28°C! Winszuję!

    OdpowiedzUsuń
  8. Czyli jednak upał troszkę namieszał w głowie skoro zgubiłeś metę ;) Co nie zmienia faktu, że gratuluję takiego wyniku!

    OdpowiedzUsuń
  9. pamiętajmy, że ten Pan biega bez planu. Sam jest sobie sterem i okrętem. A co by było gdyby...asz strach pomyśleć.

    Super wynik w takich warunkach.

    p.s. pomyśl o bieganiu z psem przewodnikiem ;)pociągnie Ciebie do mety ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wynik mega!GRATULACJE! Ale jak to zgubiłeś metę? Pobiegłeś prosto, tam skąd startowało 5km ?
    A kibice byli naprawdę super, fajnie, że tyle osób przyszło i naprawdę dopingowali :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak... Szkoda gadać po prostu;)

      Usuń