BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

poniedziałek, 18 sierpnia 2014


Wybiegamy spomiędzy drzew i... „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Masakryczny burak zaliczony w okolicy 10-11 kilometra sprawił, że (prawdopodobnie jako jedyni) odwiedziliśmy imponujący kamieniołom ukryty w lesie. Wtopa jak stąd do Dubrownika, nadłożone 1,5 km i stracone co najmniej 20 minut. Czy to coś znaczy? Czy świat się skończy z tego powodu? Nie. Przecież w czwartek wjechaliśmy razem rowerami na Łącznik i na Stóg Izerski. Zdyszani jak miechy kowalskie, z palącym bólem w udach, z głośnym AAAAAARGH podczas najtrudniejszego kawałka, wjechaliśmy. A na szczycie, pijąc zimne piwo i kontemplując górski widok z żalem spoglądaliśmy na zegarki odmierzające czas do chwili, gdy powinniśmy już zjeżdżać. I potem pędząc ze Świeradowa do Mirska chciało mi się śpiewać i krzyczeć z radości.

Konkurs na głupie miny

Biegniemy leśną drogą. Po bokach głębokie na 30 cm koleiny z wodą/błotem. Napieramy więc środkiem. „Uwaga, ślisko!” dociera do mnie głos Jędrka niemal dokładnie w chwili, gdy prawa noga odjeżdża mi na błotku w prawo i w dół. Szukając ratunku składam się jak scyzoryk i robię piękny przewrót przez lewe ramię zakończony lądowaniem w wodzie i błocie. Oczyma wyobraźni widzę sędziów siedzących za stolikiem, którzy unoszą tabliczki z ocenami za styl: 10, 9, 10, 10, 9 – fikołek niemal idealny! Cały w błotnistej mazi podnoszę się i po paru chwilach lecę dalej. I choć rzucam „k...” i „ch...” na lewo i prawo, to nic się przecież nie stało. Bo wieczorem usiądziemy z ekipą na tarasie, wystawimy wielki gar martynowej pikantnej zupy z soczewicy (pychota!) i będziemy zastanawiać się, czy kozy-zombie nadejdą dziś w nocy z prawej, czy z lewej strony. Będziemy śmiać się z błędów i wtop i planować kolejne starty. Mówić, że było mokro jak diabli, padał deszcz, mapa zamokła, ufajdałem się w błocie jak nigdy, ale było fajnie. Było warto. Zmarzluchy zawiną nogi kocem, ale z zimnego cydru czy piwa nikt nie zrezygnuje. Fikołek w błocie traci znaczenie, bo przypominam sobie piątkowy wyjazd na dwie zapory i najlepszego pstrąga z czosnkiem jakiego jadłem w życiu. I wieczorne wspólne pakowanie plecaków, dyskusje o tym co ubrać, co zabrać i czy jest sens dźwigać czołówkę na sierpniowy rajd.

Jestem już 3 kg ponad wagę startową, dziwicie się?;)

Mimo braku treningów, mimo bolącego pasma, już od 10 czy 15 km (faktem jest, że w ogóle nie powinienem był startować, ale opuścić IWW...?), udało się przez całą trasę utrzymać sensowne tempo na przebiegach (okolice 5:30 min/km), a najszybsze pięć i najszybsze dziesięć kilometrów zrobiliśmy z Jędrkiem w końcówce. Niestety, po raz kolejny nawigacyjne buraki nie pozwoliły mi na zrealizowanie celu, którym było miejsce na pudle. Plasując się na mecie jako dziewiąty zawodnik z czasem 6:12, zawiodłem. Nie spełniłem własnych oczekiwań i nie zrealizowałem celu, który sam sobie wyznaczyłem. Co więcej, nie był to cel nierealny, bo on leżał w zasięgu ręki. Powinienem być wkurzony. Ale jak zobaczyłem siedzących przed drzwiami do bazy Radka z żoną, Bormana i mistrza Mańka, to...






Dla tych najbardziej zainteresowanych bieganiem,
mapy z przebiegami i dowód że, mimo bólu, noga nieźle podawała

Sport jest moją pasją i daje niewyobrażalnie wiele radości, satysfakcji i szczęścia, ale jednocześnie jest sposobem na poznawanie wspaniałych ludzi i spędzanie z nimi czasu w wyjątkowych okolicznościach. „Wszystko maaaaaam!” – przypomniały mi się kultowe już słowa Bo z KarkonoszMana.

Bo życie to suma emocji. To kolekcjonowanie chwil, które chowamy w głowie układając je na półce z takimi etykietami jak „do wspominania” czy „do wzruszania się”. Zbieranie uścisków dłoni osób, które coś znaczą w życiu. Które pojawiają się (czasem nieoczekiwanie) i zostają, na długo. Picie piwa na bujanym fotelu ze wzrokiem wlepionym w Góry Izerskie. Wspólne przesiadywanie na tarasie Magicznego Domku i wypatrywanie nadchodzących zombie (nie, niczego nie paliliśmy, po prostu nadmiar endorfin oraz reset umysłu rozluźniają zwoje mózgowe). Poranne śniadanie (jajecznica z woka jest pyszna!), które ciągnie się godzinę, bo rozmowom nie ma końca. Że zacytuję klasyka Bormana: „Takie dni jak ten są jak poezja, a reszta jak proza życia. Rysiek Riedel miał rację śpiewając, że w życiu piękne są tylko chwile.”

Tak, Izerska Wielka Wyrypa 2014 była kolejną imprezą sportową, w której rywalizacja, wyniki, wyścigi i wszystko inne zeszło na dalszy plan. Te wszystkie przyziemności schowały się za ludźmi. Za osobami, z którymi spędziłem kilka dób gdzieś na drugim końcu Polski. Za tymi, którzy zamiast siedzieć w domu z najbliższymi w sobotnie popołudnie przyjechali 100 kilometrów z Wałbrzycha do Lubania by się z nami zobaczyć. Za tymi, którzy po ukończeniu swojej IWW czekali aż dotrzemy do mety, a potem miast wracać do domów, pojechali z nami zobaczyć Magiczny Domek i kozy zombie na własne oczy. No i za tymi, którzy w ogóle pojechali tam tylko dlatego, że paru popaprańcom zachciało się taplać gdzieś w lesie w błocie. IWW ukryła się za inspirującą rozmową z Bormanem, schowała jak słońce za Magicznym Domkiem, którego czar oplótł kolejnych kilka osób.


11 komentarzy :

  1. PS, wyniki konkursów (tuba musli i PozTri - kto się jeszcze nie wpisał, to SZYBCIOCHEM!!!) będą jutro na Fejsie, nie miałem do tego głowy.. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Byliscie w tych kamieniolomach?...:-) Zgrabnie ujales w slowa moje mysli.To prawda,ze wyrypa to spotkania,rywalizacja jest,ale na dalszym planie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byliśmy, byliśmy. Fantastyczne miejsce! ;)

      Usuń
  3. Aa,gdzie ten pstrag byl?no i moim zdaniem jestes mistrzem glupich min:-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pstrąg jedzony w Gościńcu Perła Zachodu w miejscowości Siedlęcin. POLECAM! :)

      Usuń
    2. Znam Perle Zachodu !Zawsze tam pije kawe.a czasem jogurt grecki z dodatkami.Trza teraz pstraga sprobowac

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Obowiązkowo! To jedna z najlepszych imprez w tym kraju:)

      Usuń
  5. Ależ dobrze się czytało - masz rację, to ludzie tworzą wydarzenia i piękne chwile, nie pakiety startowe ani cyferki z garmina :)

    OdpowiedzUsuń