BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

piątek, 22 czerwca 2012

Niewiele w mym biegowym życiu się ostatnio dzieje (acz dziać się będzie – w najbliższych tygodniach biegnę nocne 10 km w Gdyni i 50 km na orientację w okolicach Zalewu Koronowskiego), pora nadrobić zaległości i zrecenzować trochę sprzętu. Na pierwszą linię rzucam buty do biegania w terenie – Adidas Kanadia TR4 przeznaczone dla osób z pronującą stopą. TR3 to wersja dla stopy neutralnej.

Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre. Buty są dość lekkie (ok. 350 gramów dla rozmiaru 45 1/3), sprawiają wrażenie dynamicznych, wręcz drapieżnych. Kwestia kolorów to oczywiście sprawa gustu, wersja niebiesko-grafitowa z żółtymi odblaskowymi wstawkami jest dla mnie OK, acz na kolana nie powala. W internecie widziałem też kilka innych wersji kolorystycznych.
Wypustki na podeszwie ułatwiają bieganie w terenie

Podeszwa Adidas Kanadia TR4 jest zbudowana takich jakby wypustek wypustek, które mają umożliwić bieganie w trudnym terenie (łącznie z błotem). I rzeczywiście: buty bardzo dobrze sprawdzają się na piachu, śniegu, czy w lesie. W porównaniu do Asicsów Gel Trabuco IX, które miałem poprzednio, dają dużo lepszą przyczepność i stabilność biegu, największą różnicę odczuwałem biegając po śniegu. Na dodatek Adidasy są sporo od Asicsów lżejsze. In plus zapisuję im także przewiewność, która sprawia, że gdy do butów dostanie się woda, dość szybko się z nich wydostanie, a buty wysychają.

Można też kupić wersję z goreteksem (droższa o kilkadziesiąt złociszy), ale ja nie mam do tego rozwiązania przekonania. Latem noga mocno się nagrzewa, a zimą dłuższy bieg w śniegu i tak doprowadza do przemoczenia stopy, mimo GTX.

Buty mają wbudowany system amortyzacji adiPRENE, w mojej ocenie działa on bardzo dobrze. Nawet po 12h napierania w śniegu na Skorpionie stopy czuły się dobrze, po żadnym z 50-kilometrowych rajdów nie odczuwałem jakichkolwiek niedogodności. Ostatnio buty przetestowałem też biegając po Tatrach i byłem mile zaskoczony. Obawiałem się, że na kamieniach i skałach mogą nie mieć dobrej przyczepności, a było inaczej – nawet gdy padało, Adidasy zachowywały się poprawnie. A różnica w wadze w porównaniu do butów trekkingowych jest kolosalna.

Teren to naturalne okoliczności przyrody dla tych butów

Do czego można się przyczepić to Mud Release Surface, rodzaj podeszwy, do której wg Adidasa nie przylega błoto. Owszem, nie tworzy się jakaś wielka skorupa utrudniająca bieganie, ale nie jest znów tak, że błoto do tej podeszwy nie przylega. Mówiąc krótko, Mud Release Surface to marketingowa ściema.

Ze względu na budowę podeszwy buty te niezbyt nadają się do biegania po asfalcie. Nie chodzi bynajmniej o wygodę, a o to, że na twardej nawierzchni podeszwa może się szybko zetrzeć. W swoich Adidasach zrobiłem na razie ok. 300 km (90 proc. z tego w terenie) i wyglądają dobrze – cholewka wewnątrz nie ma żadnych przetarć, podeszwa też jest w bardzo dobrym stanie.

Podsumowując: trialowe buty Adidas Kanadia TR4 polecam do biegania w każdym terenie innym niż asfalt/beton. Kupiłem je pod kątem 50-kilometrowych pieszych maratonów na orientację, ale świetnie sprawdzają się podczas treningów w lesie, szczególnie zimą, a także w górach tam, gdzie nie jest wymagana sztywna podeszwa. Kupić można je już za 200 zł, co na pewno nie jest zaporową ceną.

niedziela, 3 czerwca 2012

Biegowa forma jest jak przebiegły kocur – czasami nie wiadomo gdzie jest i wtem niespodziewanie pojawia się znikąd.









19.05.2012 r., uBIEGnij Raka (10 km), Powsin, ciepło i słonecznie, teren leśny.
Ruszamy. Dość szybko na początku (pierwszy kilometr w 4:36), ale już po 1,5 km moje tętno przekracza poziom 180 uderzeń na minutę – wiem, że nie jest to mój dzień na bieganie i zwalniam. Po 5 km czuję ból z boku kolana i postanawiam zakończyć zabawę na trzech z czterech pętli. Garmin naliczył 6,65 km biegu, a ja byłem zziajany jakbym zrobił co najmniej półmaraton. Przyczyny są oczywiste – przez ostatnie tygodnie więcej czasu spędziłem na łóżku rehabilitacyjnym niż w butach do biegania. Od Harpagana (21 kwietnia br.) zrobiłem ze 30 km. Godzę się ze swoim losem i schodzę z trasy.

27.05.2012 r., XXIV Bieg im. Tomasza Hopfera (10 km), Janowiec Wlkp., ciepło i słonecznie, szosa.
Start, jest gorąco (początek biegu w południe to jedyny zarzut jaki mam do organizatorów), jak dla mnie za ciepło o jakieś 12-15 stopni. Ale pierwszy kilometr biegnę w 4:26 i wcale nie czuję się zmęczony. Zwalniam do 4:35-4:40 tylko ze względu na rozsądek. Ale po 5 km nadal czuję się doskonale, tętno dopiero teraz zaczyna zbliżać się do 180 uderzeń na minutę, zaczynam więc przyspieszać.4:21, 4:30, 4:30, 4:26 i jeszcze mam siłę, by ostatni kilometr zrobić w 4:10! Na skrzydłach niesie mnie doping zgromadzonej przy janowieckim rynku publiki, wśród której najgoręcej dopingują moi najbliżsi i „Autystyczny” Luxtorpedy w uszach (to chyba najlepszy kawałek do biegania ever!). 61 miejsce na 136 osób, czas 45:05 netto, ledwie o 14 sek. gorzej od życiówki z ubiegłorocznego Biegu Niepodległości w Warszawie!

Bieg odbył się dzień po Dniu Matki:)

Trochę musiałem się zastanowić nad tym, skąd tak dobry wynik w Janowcu Wlkp. i wydaje mi się, że to efekt kilku wizyt na siłowni i ćwiczenia siły biegowej. Na internetach znalazłem fajny zestaw ćwiczeń, które bez problemu można wykonywać w domu, płotek zastąpić można szafą, drzwiami, czy dowolnym innym meblem. Zestaw ćwiczeń znajdziecie tu: ćwiczenia siły biegowej, a ja trafiłem na niego na portalu Treningbiegacza.pl. Do tego proste ćwierć-/półprzysiady na jednej nodze i wyniki same się poprawiają, polecam!

Oczywiście 45:05 nijak mnie na dłuższą metę nie satysfakcjonuje, ale mocno podniosło na duchu, bo ostatnie tygodnie nie były najlepsze pod względem biegowym. Nadal chcę jesienią zejść w okolice 40 minut na 10 km, a wygląda na to, że ITBS mam już prawie z głowy, więc będzie już tylko lepiej. Dziś bez żadnego bólu zrobiłem 13 km, jak uda się przebiec 25 km i nadal będzie dobrze to wracam do PMNO. 30 czerwca w okolicach Zalewu Koronowskiego jest Azymut Orient, a to moje okolice i akurat na tamten weekend wybieram się w rodzinne strony.

niedziela, 20 maja 2012

Start imprezy opóźniony o jakieś pół godziny, oznakowanie trasy tak fatalne, że chyba nikt nie przebiegł 10 km jak powinien, zresztą trasa i tak nijak miała się do mapki opublikowanej na stronie organizatora, na dodatek zrobiłem tylko trzy z czterech pętli ze względu na kontuzję.

I wiecie co? To była jedna z najfajniejszych imprez sportowych, w jakich brałem udział!:) uBIEGnij Raka to inicjatywa grupy uczniów przedmaturalnej klasy z Amerykańskiej Szkoły w Warszawie. Główny bieg miał 10 km, a oprócz tego można było pobiec 2,5 km lub 5 km. Dla najmniejszych szkrabów zorganizowano wyścig na 200 metrów. Była to impreza charytatywna, całość wpisowego (minimum 35 zł, ale jak sądzę zdecydowana większość uczestników wpłaciła więcej) trafiła na konto Fundacji Towarzystwo Przyjaciół Centrum Zdrowia Dziecka, która przekazała je klinice onkologicznej.

Jeszcze nigdy nie byłem na tak międzynarodowej imprezie sportowej, a wszystko dzięki temu, że jej współorganizatorem była amerykańska szkoła – w Powsinie pojawiły się dziesiątki mieszanych rodzin. Mnogość języków dookoła nie dała się porównać z żadnym znanym mi miejscem w Warszawie. Najbardziej urzekła mnie rodzina, w której mama mówiła do dzieci po polsku, tato po niemiecku, a one odpowiadały po angielsku;) Do tego piękna wiosenna pogoda i urocze okoliczności przyrody – atmosfera imprezy była kapitalna.


Podobnie zresztą wyglądał sam bieg. Zupełnie bez napinki, na luzie. 3,2,1... START i ruszamy! Na czele kilkunastu biegaczy, za nimi z górką sto osób, z dziećmi, całymi rodzinami. Trasa w lesie oznaczona miała być kolorowymi wstążkami, ale już na pierwszym rozwidleniu kolorów się zgubiliśmy, bo wstążki nie były zawieszone jednoznacznie. Kolejny raz uznałem, że coś się nie zgadza gdy biegłem wąską ścieżką w lesie, a okazało się, że w odwrotnym kierunku biegną ludzie z dziećmi;) Teoretycznie powinienem zrobić cztery pętle po 2,5km, ale zrobiłem trzy z nich, a Garmin pokazał... 6,65 km. Pod koniec trzeciej pętli poczułem ból z boku lewego kolana i wiedziałem, że lepiej się zatrzymać, co uczyniłem.

Jako że był to bardzo luźny bieg charytatywny to nikt nie mierzył czasów i nie sprawdzał ile pętli zrobił który biegacz, więc i medal otrzymałem:) Zresztą przez zamieszanie z trasą nie sądzę, by ktokolwiek z osób planujących przebiec 10 km pobiegł rzeczywiście tyle. Nie mam pojęcia jak wg organizatorów miała wyglądać trasa, bo większość osób biegła tak jak ja. Jeśli czyta to ktoś kto biegł i miał urządzenie pomiarowe, to ciekaw jestem jego odczytu. Przede wszystkim mapka zamieszczona na stronie orgów zupełnie nie zgadzała się z rzeczywistym przebiegiem trasy, a jeszcze w jej oznakowaniu był taki bałagan, że trudno było się zorientować jak biec. Ale nikt nie miał o to pretensji, uczestnicy z uśmiechem przyjmowali swoje zakłopotanie i biegli dalej.

Absolutnym mistrzostwem świata podczas uBIEGnij Raka był za to catering. Sami zobaczcie!


Można było napić się wody, izotonika, a jak ktoś chciał to i napoju energetycznego. Jako uzupełnienie energii doskonale służył chleb z wyśmienitym smalcem i ogórkiem, nie zabrakło też pysznych kanapek i czekoladowych babeczek polanych karmelem. Trudno było sobie odmówić takich smakowitości! Na dodatek w pakiecie startowym były dwie buteleczki wyciągu z owoców aronii i czarnej porzeczki oraz miodu (Nectar Alfa). Catering był dostępny praktycznie od początku, osobiście na wzmocnienie przed startem przekąsiłem czekoladową babeczkę;)

Mimo totalnej klapy jeśli chodzi o sportowy wymiar biegu, do domu wracałem z uśmiechem i poczuciem, że było to przesympatycznie spędzona sobota, a kilka złociszy trafi w miejsce, które może pomóc ludziom chorym na raka. Serdeczne dzięki dla wszystkich organizatorów, do zobaczenia za rok!

piątek, 11 maja 2012


A miało być tak pięknie
Miało nie wiać w oczy nam...




Plany:
Piątek to zwykle dzień pakowania i przedstartowej ekscytacji. Nadchodzi pogorszenie pogody, więc chyba długa koszulka by się przydała. Plus obowiązkowo czapeczka z daszkiem na głowę, bo w razie deszczu nie lubię jak mi kapie po oczach. Ze względu na wielce prawdopodobny deszcz, poważnie rozważałbym zabranie lekkiej przeciwdeszczówki, ostateczna decyzja zapadłaby pewnie tuż przed startem. Do tego dwa żele energetyczne, dwa batony, cukierki, izotonik pół na pół z wodą w bukłaku i coś pożywnego na śniadanie przed startem. Sprawdzenie baterii Garmina, obowiązkowy mapnik (deszcz+mapy=porażka), kompas itd. 3, 2, 1, 0... START! Niezły wynik na Harpaganie wyostrzył apetyt i myślałem o kolejnej poprawie czasu – zejściu w okolice 6 godzin. Ale DYMNO słynie z trudnej nawigacji, więc niewykluczone, że wszystkie plany wzięłyby w łeb. W niedzielę – jak zwykle po PMNO – poszedłbym do sauny, porozciągałbym się i oczywiście napisałbym relację z rajdu na blogaska.

Rzeczywistość:
„Zwykle”, „by się przydała”, „rozważałbym”, „poszedłbym”, „porozciągałbym się”, „napisałbym” – by, by, by, by... to dunder świsnął! O ITBS (zespół pasma biodrowo-piszczelowego) napisano już w internecie elaboraty, więc kto nie wie to sobie poczyta, bo to bardzo popularna kontuzja u biegaczy. Niestety, moje pasmo nie wytrzymało combo w postaci maraton+Harpagan (50 km) z pięciodniową przerwą i zmuszony byłem odpocząć dwa tygodnie. Ból minął, ale tylko na chwilę: wrócił po 5 km biegu w ostatni poniedziałek. Skończyło się wizytą u lekarza i dziś rozpocząłem fizjoterapię. Mam nadzieję, że maści i ćwiczenia oraz masaże spełnią swoje zadanie i za kilka dni zacznę truchtać (aktualnie znów bólu już nie czuję), za tydzień będę biegać, a za dwa tygodnie jest Kierat. Czy pasmo wytrzyma 100 km po górach? Och, jak chciałbym tam wystartować...

Frustracja związana z niemożnością biegania czy choćby jeżdżenia na rowerze sięga zenitu, musi więc być dobrze i to szybko! Kto żyw trzyma kciuki:)

(oczywiście są i negatywne scenariusze, znamy takich co z ITBS bujają się od wielu, wielu miesięcy, ale zamierzam być optymistą!)

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Jakże genialnym krokiem homo sapiens było pierwsze przytroczenie źródła światła do głowy wie każdy, kto choć raz po ciemku rozbijał namiot albo... biegał po lesie czy bawił się w rajdy na orientację. Dotąd do chodzenia po górach czy na rajdach na orientację korzystałem z czołówki Petzl Tikka Plus. Sprawdzona marka gwarantowała wysoką jakość, a wielofunkcyjność sprawiała, że wobec latarki tej nie miałem żadnych zarzutów. No, może poza ceną – nawet najniższa internetowa cena (109 zł plus koszty wysyłki) dla wielu może być przeszkodą.

Chętnie zdecydowałem się więc na propozycję przetestowania tańszej alternatywy do Petzla. Outdoor Pro Luxeon Rebel Led firmy MacTronic (naprawdę nazwa nie mogła być mniej skomplikowana?) pierwszego wrażenia nie robi najlepszego, mi wydała się... po prostu brzydka. Ale latarka ma świecić, a nie wyglądać;) Jeden paluszek AAA (Petzl wymaga trzech) i już działa. I tu zwrot wrażenia o 180 stopni! Snop światła tworzony dzięki skupiającej soczewce nałożonej na diodę Luxeon Rebel ma zaskakująco dobry zasięg. Producent podaje, że ma on moc 80 lumenów, podczas gdy Tikka Plus „zaledwie” 50 lumenów. Organoleptyczne porównanie z Petzlem przeprowadzone w Tatrach potwierdziło pierwszą opinię: dioda Luxeon Rebel świeci kapitalnie, zasięg strumienia światła jest dużo większy od tego wytwarzanego przez Petzla.


Latarce nie brakuje także funkcji dodatkowych: skupiającą soczewkę można jednym ruchem ręki zamienić na rozpraszającą i już światło ma mniejszy zasięg, ale za to szerszy strumień. Latarka może też świecić na czerwono albo światłem dwóch słabszych diod, które oczywiście pozwolą zaoszczędzić nieco baterii. Jest to funkcjonalność porównywalna z Tikką Plus, produktowi firmy MacTronic brakuje jedynie światła pulsacyjnego.

Jeśli chodzi o wygodę to nie odczułem różnicy. Obie opaski dobrze przylegają do głowy i nie ma kłopotu ze zsuwaniem się latarki, czy innymi niekontrolowanymi ruchami, także podczas biegania. W obu przypadkach wygodnie można też regulować kąt nachylenia strumienia światła. Tikka Plus jest nieco cięższa, a to ze względu na to, że działa na trzy baterie AAA, a nie na jedną. Różnica w wadze jest jednak mało odczuwalna. Obie latarki są wodoodporne, zwykły deszcz czy wpadnięcie pod kran nic im złego nie robią, sprawdziłem.

Parametry techniczne (za producentami):
Outdoor Pro Luxeon Rebel Led – Petzl Tikka Plus
jasność: 80 lumenów – 50 lumenów;
czas pracy na bateriach: 10h – 140h;
waga z bateriami: 83 g – 72 g;
cena: od 77 zł – od 109 zł (za ceneo.pl).

Jeden z kluczowych parametrów, czas pracy na bateriach, wygląda w obu latarkach skrajnie różnie. Moim zdaniem to kwestia tego, że Petzl podaje czas pracy w trybie ekonomicznym, a MacTronic, na silnej diodzie Luxeon Rebel. Niestety, nie mam możliwości sprawdzenia tego faktu jeśli chodzi o MacTronica.

Podsumowując: Outdoor Pro Luxeon Rebel Led jest bardzo ciekawą alternatywą dla renomowanych latarek do biegania czy w góry. Ze względu na to, że działa na jedną baterię warto pamiętać, by drugą mieć w pogotowiu, bo np. przy zimowym nocnym PMNO jedno ogniwo raczej nie wystarczy. Trudno ocenić jej wytrzymałość i awaryjność po raptem kilkudniowym użytkowaniu, to pytanie pozostawiam niestety na razie bez odpowiedzi. Ale jeśli ktoś z Was ma jakieś nietypowe doświadczenia z czołówkami, zapraszam do dyskusji.

wtorek, 24 kwietnia 2012


Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem
Wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem







Na pewno znacie ten fantastyczny hicior disco-polo z czasów, gdy ten rodzaj plumkania określano jeszcze per muzyka chodnikowa. Skąd wziął się on w relacji z pieszego maratonu na orientację? Czytajcie dalej:)

Stało się. W moich zabawach w rajdy na orientację woda przestała być przeszkodą nie do pokonania. Podczas ERnO Harpagan-43 niesuchą stopą pokonałem dwa cieki wodne: najpierw strumyk głęboki do połowy łydek, a potem kanał w którym zmoczyłem się ponad pas w lodowatej wodzie. Z tym drugim przejściem przygodę miało wielu uczestników, bo mapa sugerowała w tym miejscu mostek;) Ale po kolei.


Harpagan zaczął się od wielkiego ŁAAAŁ! Ponad tysiąc osób, ogromne przedsięwzięcie logistyczne i fantastyczna atmosfera. Niestety, nie do końca ogarnąłem się od momentu otrzymania mapy do startu i układanie mapy w mapniku oraz ostateczne zapinanie plecaka przeprowadzałem w biegu. Już pierwsze kilometry dały wyraźnie odczuć, że uczestnictwo w PMNO w zaledwie sześć dni po drugim w życiu maratonie nie było najlepszym pomysłem. Dość mocno czułem ścięgna i mięśnie, życie utrudniało jeszcze bolące gardło. Do 1 PK udało się jednak utrzymać kontakt wzrokowy z czołówką. Tak się to poukładało, że od początku napierałem w towarzystwie Jędrka Giełdy z drużyny PTSD. Pomiędzy PK1 i PK2 zaliczyliśmy nawigacyjną wtopę i nadłożyliśmy 20 minut i z 17/18 pozycji na PK1 spadliśmy na 28/29 na PK2. Na dodatek strata do liderów wzrosła z 3 do 20 minut.

Kolejny błąd to zbyt pochopne ubranie przeciwdeszczówki. Bardziej zmoczył mnie pot niż zmókłbym od tego deszczu. Po kilkunastu minutach męczenia się, kurtka wylądowała w plecaku. Z Jędrkiem napieraliśmy przez 21,1 km. Po symbolicznym półmaratonie (kilka km przed PK4) rozdzieliliśmy się, bo bolące kolano nie pozwoliło mu dalej biec i musiał przejść do marszu.

Z kolei moim największym rywalem był ból z boku lewego kolana, który storpedowałem paracetamolem – pomogło i dalej cisnąłem już sam, powoli nadrabiając stratę z PK2. Na PK 3-6 melduję się na 26/27 miejscu. Przygodą było dotarcie do PK6 umiejscowionego w okolicy Kręgów Kamiennych (może się słabo rozglądałem, ale kręgów ani wyróżniających się kamieni to ja nie zauważyłem). Wybrałem tam wariant długą prostą przez las, która po przekroczeniu Kanału Wdy miała mnie wyprowadzić do wsi Miedzno. Po dobiegnięciu do kanału niespodzianka – mostu brak! Biegnę 100 metrów w prawo i w lewo, ale nie widać innej przeprawy. Dno wygląda na muliste i wydaje się być około metra pod powierzchnią wody. Docierają trzy kolejne osoby, chwilę wahamy się co robić, wreszcie najodważniejszy (na zdj. poniżej) wchodzi do wody i przy akompaniamencie okrzyków wyrażających negatywne nastawienie do jej temperatury, przechodzi na drugą stronę. Ja w obawie przed odciskami i oparzeniami (do mety jeszcze 15-17 km) zdejmuję buty i skarpety i z nimi oraz plecakiem nad głową pokonuję kanał. Rozbieranie i ubieranie się jest okazją do chwili wytchnienia dla nóg.



Po PK6 łączę siły z Robertem Janusem, we dwójkę łatwiej utrzymać tempo. Ale też trudniej o koncentrację przy pracy mapą. W efekcie popełniamy błąd przed PK7 i tylko pomarańczowemu kolorowi namiotu zawdzięczamy znalezienie punktu – nawet w lesie było go widać z daleka. A błąd doskonale widać na tracku z GPS-a – zrobiliśmy pętelkę jak się patrzy. Na ostatnim punkcie kontrolnym jestem na 22. pozycji. Nie mam siły, by utrzymać tempo Roberta, więc zostaję z tyłu, znów sam. Parę km dalej dobija do mnie trójka młodych chłopaków (przedstawiają się jako Artur, Piotrek i Sebek) biegnących setkę: „Rzygamy mapą, możemy się podpiąć?”. Wychodzi z tego ciekawy układ win-win: ja nawiguję, a oni nadają tempo. Sprawdza się to doskonale, ostatnich 7 km pokonujemy w 46 min., czego sam na pewno bym nie dokonał. Szczególnie, że końcowe 2 km biegliśmy w tempie szybszym niż 5:30/min. Łącznie od PK6 do mety miałem szósty czas ze wszystkich uczestników 50-tki!

Meta o godzinie 14:19. Czas 6:49 daje mi 20 miejsce na 213 startujących. Szkoda tych wtop nawigacyjnych (porównanie tracków z GPS wykazało, że 2-3 km spokojnie mogłem zaoszczędzić), bo do 15 miejsca zabrakło tylko 7 minut. Następnym razem będzie jeszcze lepiej! 43 Harpagan był bardzo udany i posiłek na mecie też mi smakował – to odnosząc się do dyskusji na forum. Było pokonywanie rzek, wielkie lasy (wszak były to Bory Tucholskie - zajmujący 3 tys. kilometrów kwadratowych jeden z największych kompleksów leśnych w Polsce!), zabrakło jedynie gór do pokonania, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Jedyne na co warto zwrócić orgom uwagę to jakość mapy. I nie mam tu na myśli aktualności czy dokładności (bo przecież cała w tym zabawa, że były mosty-widma, a sama mapa była wyraźnie sklejona z dwóch różnych), ale po prostu jej wykonanie. Każda kropla wody powodowała znaczne obniżenie jej czytelności, przy odwracaniu w mapniku łatwo też było o rozdarcie. Nie narzekałbym też na trudniejszą nawigację. Wolontariuszy pilnujących sprzętu na punktach kontrolnych i ich namioty było widać z daleka i o szukaniu punktów nie było mowy. Ale mimo to wiele osób porobiło błędy, więc nie było tak źle.

W dużej mierze Harpagana-43 zapamiętam pozytywnie dzięki ludziom. Oprócz wymienionych w relacji, z którymi miałem przyjemność przemierzać trasę, szczególne podziękowania należą się Andrzejowi Skupieniowi z ekipy Znajomi i Przyjaciele Królika, który kabanosem urozmaicił mi śniadanie (ser i wędlina zostały w korpo-lodówce:/) i Klaymanowi za bezinteresowne użyczenie buffa, którego ochrona złagodziła uprzykrzający mi życie ból gardła. Dzięki i do zobaczenia na kolejnych rajdach!

Jeszcze tradycyjnie przebieg z GPS-a:


Stats&hints:
Warunki pogodowe: od 5 stopni rano do ok. 13-15 w południe, rano lekki i umiarkowany deszcz.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32 + skarpety Innov-8 (tak dotąd chwalone przedziurawiły się i lądują w koszu, po zaledwie kilkunastu przebiegach!); legginsy; cienka koszulka techniczna z długim rękawem + koszulka z krótkim rękawem + przez kilka km kurtka do biegania Tchibo; czapka z daszkiem; plecak Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; Garmin FR305. W plecaku nieużyta czołówka Petzl Tikka Plus. Do rozważenia jest rezygnacja z mapnika, a przede wszystkim zakup lżejszego i wygodniejszego kompasu.

Jedzenie/picie: bułka + banan; 2 batony + 2 żele energetyczne + chałwa; 2,2 l napoju w bukłaku + 0,7 l wody w butelce. Na mecie miałem jeszcze ok. 0,5 l wody.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Jeszcze w czwartek i piątek byłem przekonany, że ten wpis będzie miał tytuł „Mądry Polak po szkodzie”. Jak ostatni głupek, na 5 dni przed drugim maratonem w życiu, wybrałem się pograć w piłkę. I świetnie się grało! Gole, asysty i zwycięstwo:) Szkoda tylko, że wieczorem wyszedł klops: okazało się, że lekko naciągnąłem mięsień lewego uda! Na szczęście trzy dni oszczędnego chodzenia i okładania lodem przyniosły efekt i w sobotę wieczorem na przedmaratońskiej rozgrzewce praktycznie nie czułem bólu. Same 42195 m też przebiegłem bez żadnych urazów, ani nawet odcisków czy otarć:) Trzymany w kieszeni na czarną godzinę przeciwból wrócił do domu.



Ach, co ze mnie za blogista (bo mianem blogera nie śmiem się określać;)), piszę pierdu-pierdu, a Wy pewnie czekacie na konkrety! Dbam o Zdrowie Łódź Maraton ukończyłem z czasem 3:38:13, na prawie 1200 startujących (ukończyło 1011 osób) plasując się na 320 miejscu!:)

Skąd zatem tytuł wpisu? Po sukcesie na Półmaratonie Warszawskim trochę za bardzo uwierzyłem w siebie i porwałem się na wynik 3:30. Do 32 km szło dobrze, ale potem odcięło mi zasilanie (co wyraźnie widać na poniższym wykresie tempa poszczególnych kilometrów) i końcówkę biegłem już dużo wolniej, wykorzystując punkty żywieniowe na chwilowe odpoczynki w marszu. Na półmetku miałem 1:44:15, co wróżyło ogromny sukces. Ale się nie udało. Na końcowych kilometrach każdy metr biegu był drogą przez mękę, próbowałem się podczepiać pod innych ludzi, ale wytrzymywałem ledwie kilkaset metrów. Przyczyną porażki jest mała liczba długich (25 i więcej km) treningów, co zamierzam w najbliższych miesiącach zmienić i w Poznaniu lub Warszawie postawiony cel już zrealizować:) Chyba sobie na lodówce zawieszę karteczkę z napisem „DŁUGIE WYBIEGANIA, GŁUPCZE!”;)



Sam maraton był dobrze zorganizowany, kibiców na trasie nie brakowało (także w zorganizowanych grupach, robiły one dużo hałasu:)), a strefa mety w Atlas Arenie zorganizowana wręcz wzorcowo – ostatnie 100 m biegliśmy po czerwonym dywanie, niesamowite wrażenie! Zarzuty można mieć jedynie do fatalnego przyjmowania depozytów, które szło tak wolno, że musiano przesunąć start o 10 minut. Szkoda też, że nikt nie poinstruował dzieciaków (skądinąd bardzo miłych), że podawanie biegnącej osobie pełnego kubka izotonika jest bardzo złym pomysłem. Trasa była OK, choć kostka na jednej z ulic bardzo nierówna i wystające fragmenty sprawiały stopom ból, współczuję osobom biegnącym w lekkich butach na cienkiej podeszwie.

Gorzkie słowa należą się też za wybór pacemakera* na 3:30. Mimo uwag grupy, biegł on dużo za szybko (połówka w ok. 1:43:30, a na mecie miał 03:26:06!). Zupełnie nie wywiązał się ze swojego zadania. I nie jest to odosobniona opinia. Kuluarowe rozmowy w kolejce do masażu (warto było czekać pół godziny – jakość masażu to kolejny plus łódzkiego maratonu) pokazały, że to samo zastrzeżenie mieli inni biegnący.

Jeszcze raz dziękuję kibicom, szczególnie tym, których znam, Wasza obecność i zagrzewanie do walki znaczą naprawdę wiele:)

Na końcowych kilometrach powtarzałem jedno: „Nigdy więcej maratonu, nigdy więcej maratonu”. No to do treningów i widzimy się w Poznaniu i Warszawie jesienią, howgh! A za tydzień 50 km na orientację - Harpagan, zgłoszonych jest we wszystkich kategoriach łącznie ponad 1000 osób, będzie się działo:D

* - pacemaker to osoba wybrana przez organizatorów biegu, której zadaniem jest ukończenie biegu w określonym czasie i poprowadzenie grupy uczestników, która chce ten czas uzyskać. Pacemaker ubiera specjalną koszulkę (z czasem na który biegnie) i ma widoczny z większej odległości balonik z napisanym na nim czasem.

I jeszcze tradycyjnie mapka:

poniedziałek, 26 marca 2012

Około 3 km przed metą łapie mnie kryzys. Wiejący na Wisłostradzie wiatr mocno utrudnia bieg, sił coraz mniej, mięśnie i ścięgna działające na najwyższych obrotach zaczynają już wyć o linię mety. Tu nie ma już miejsca na równy oddech czy ładny techniczny bieg. Sapię jak parowóz, pluję i smarkam na lewo i prawo, pot zalewa mi twarz. Na szczęście szybka kalkulacja dodaje mi sił: wygląda na to, że dam radę zejść poniżej 1:40! Robię wszystko żeby plecy pacemakera nie oddalały się, a przybliżały. I udaje się! Nie wiem skąd mam siły żeby na ślimaku na most biec szybciej niż inni, ale tak było, wyprzedzam kolejnych kilka osób. Na samym moście doganiam pacemakera, który głośnym krzykiem zagrzewa biegaczy do finiszowania. Z mostu zakręt o 180 stopni w kierunku Stadionu Narodowego - nie był to najlepszy pomysł, bo wielu biegaczy wytraciło tam rytm. Do mety zostało 300 metrów, ale mam do pokonania jeszcze trzy łagodne zakręty, dopiero po ostatnim moim oczom ukazują się zegar i meta. Te ostatnie zakręty to już prawdziwy sprint wśród tłumu kibiców. A każdy z nich wiwatuje nie tylko swoim zawodnikom, ale wszystkim biegaczom, bo każdy z biegnących jest przecież bohaterem tego dnia. Na końcowych metrach wyprzedzam kilkanaście osób, na metę wpadam z rękoma w górze: wygrałem!

Myśląc miesiąc czy dwa miesiące temu o starcie w 7. Półmaratonie Warszawskim celowałem w spokojne złamanie 1:45 i ukończenie go w czasie ok. 1:43. Wprawdzie kalkulator biegowy na Bieganie.pl wskazywał (na podstawie jesiennej życiówki na 10 km 44:51), że mój czas w półmaratonie to 1:39:16, ale kto by tam wierzył kalkulatorom?;) Dobry wynik na Rajdzie Dolnego Sanu tydzień temu i brak jakichkolwiek dolegliwości po nim zmotywowały mnie do zaatakowania czasu 1:40. Uznałem, że jeśli skończą mi się siły pod koniec to najwyżej wyjdzie 1:41-1:42, co i tak będzie sukcesem. Ostatecznie okazało się, że kalkulator wcale taki zły nie jest, bo od wczoraj mój rekord w półmaratonie to 1:39:19! Kto wie, może gdybym nie wypadł z rytmu na zawrotce z mostu w stronę mety, wyszłoby dokładnie co do sekundy?:)

Trasa była fajna i zróżnicowana, a narzekanie na podbieg na Agrykoli uważam za śmieszne. Niektórzy chyba chcieliby biec całe 21 km z górki. Dopisała pogoda i dopisali Warszawiacy, którzy tłumnie wyszli na ulice. Najwięcej energii dodawali nie tylko zauważeni na trasie znajomi kibice (Strzelba, za to kuszenie browarem na Agrykoli to wiesz...!), ale i obcy ludzie bijący brawo biegaczom. No i te fantastyczne zespoły bębniarzy porozstawiane na trasie, orkiestra policyjna na Krakowskim Przedmieściu i rockmani grający pod Mostem Łazienkowskim. Wszystkim Wam i każdemu z osobna należą się ogromne pokłony i podziękowania, jesteście świetni.

Cóż za nagromadzenie pozytywnych emocji, właśnie za to kocham bieganie:)

Dla zainteresowanych track z GPSa: 7. Półmaraton Warszawski, a na wykresie tempo kilometr po kilometrze.


Wrażenia dot. organizacji
Na dzień dobry miłe zaskoczenie. Mimo rekordowej liczby uczestników (7,2 tys.), w strefie startu panował porządek. Nie miałem żadnego problemu z dostaniem się do depozytu, skorzystaniem z toalety, czy trafieniem do swojej strefy startowej i spokojnym ustawieniem się w niej. Miejsce parkingowe na Saskiej Kępie też udało się bez problemu znaleźć. Na starcie stanąłem niedaleko za pacemakerem na 1:40 i spędziłem za nim następne ponad 1,5 godziny. Nie spojrzałem niestety na nr startowy z imieniem, nie jestem więc dziś w stanie napisać nic więcej jak bezimienne „dziękuję Ci, było naprawdę świetnie!”.

Dzięki podziałowi na strefy startowe nawet na wąskim Nowym Świecie nie było tłoku. Także organizacja za linią mety była kapitalna. Zero kolejek do depozytu, masażu czy po jedzenie/picie/medal. Niewpuszczenie do strefy mety kibiców ma oczywiście taki minus, że nie można się z nimi wyściskać zaraz po biegu, ale z drugiej strony dzięki temu był większy porządek. Gratulacje od kibicujących mi po raz pierwszy rodziców zebrałem pół godziny po biegu, po spotkaniu na trybunach stadionu. Co zresztą też było świetnym rozwiązaniem, bo dla wielu była to jedyna okazja by zobaczyć największy obiekt sportowy w naszym kraju od wewnątrz. Mam nadzieję, że korzystanie ze Stadionu Narodowego stanie się w Warszawie biegową tradycją.

Już za 4 tygodnie Łódź Marato Dbam o Zdrowie. Początkowo celowałem w 3:45, ale... przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, prawda?:)

poniedziałek, 19 marca 2012

17. miejsce z czasem 7:59 w Rajdzie Dolnego Sanu to na razie najlepszy dla mnie wynik w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km. Mam nadzieję, że to dobry prognostyk na przyszłość i takie (lepsze!) czasy będę już osiągał regularnie. Przywitanie wiosny uważam za bardzo udane!

Już na początku roku uznałem, że ze względów logistycznych będę brał udział głównie w tych PMNO, które mieszczą się w promieniu 250 km od Warszawy. Rajd Dolnego Sanu się tu kwalifikował, a ciekawe relacje z poprzednich edycji zachęcały do odwiedzenia okolicy Sandomierza. Z Bernardem i Pawłem Choińskim z drużyny PTSD przenocowaliśmy w Sandomierzu (kwatery „Zielone Wzgórze”), gdzie próbowaliśmy skosztować nieco wieczorno-nocnego życia, ale okazało się, że przepiękny rynek nie przyciąga Sandomierzan. Z kilku knajp do których zajrzeliśmy, zapełnienie gośćmi większe niż 20% było tylko w jednej. Jako sportowcy ograniczyliśmy się dwóch Pereł Chmielowych i strzałka do łóżek. Rano pobudka i śmigamy do oddalonych o ok. 10 km Gorzyc. Odprawa przebiega bardzo sprawnie, o 8:30 dostajemy mapy i mamy czas na wybór wariantu pokonywania trasy. Decydujemy się na wariant odwrotny, czyli od PK9 do PK1. Punkty o wyższych numerach wyglądają na łatwiejsze i decyduje argument o potrzebie wejścia w rytm biegu i nawigacji.



O 9:00 start, z bram szkoły nasza trójka wybiega w ścisłej czołówce, ale szybko nadkładamy kilkaset metrów w drodze do PK9 i wyprzedza nas grupka około siedmiu osób. Do PK8 kawałek uderzamy przełajem po jakichś pościnanych krzaczorach. Trudno jest tam biec, średnio się nawet idzie. Ale dostajemy się do drogi i biegniemy prosto na punkt, gdzie hasa niewielka sarna. Spotykanie przyrody to jedna z najfajniejszych rzeczy w PMNO. Potem wpadamy na wał i nim biegniemy kolejnych kilka kilometrów wzdłuż malowniczego San. Bernard jest coraz dalej z przodu, my z Pawłem po raz pierwszy tego dnia wyprzedzamy Pawła Szarlipa, organizatora EInO Skorpion. Mostem przedostajemy się na drugą stronę Sanu i niestety przy punkcie tracimy z Pawłem kilka minut. Na wejściu przeoczyłem dobrze widoczny lampion, Paweł pobiegł za mną i zupełnie bez sensu kręciliśmy się parę minut po krzakach. Na szczęście PK6 i PK5 znajdujemy bez problemu, po drodze, w Zbydniowie, po raz pierwszy tego dnia zatrzymując się na zakup wody (słońce bardzo mocno daje się we znaki). Wg Garmina lokalny sklepik jest metą półmaratonu, robimy go w 2:26:17.

W drodze do PK4 (parę chwil wcześniej rozłączyłem się z Pawłem, który chciał oszczędzać siły na później) spotykam w lesie Irka Kociołka, który robi trasę od drugiej strony. Szybkie pozdrowienie i napieram dalej. Wychodzę z lasu i popełniam kolejny błąd. Zamiast rozejrzeć się dokładnie w terenie, pędzę dookoła pola po drodze nadkładając grubo ponad kilometr. A wystarczyło zlustrować teren – była tam droga prowadząca niemal prosto w stronę punktu. Do czwórki docieram obserwując (po raz kolejny tego dnia) plecy Pawła Szarlipa.

Przy PK4 zatrzymuję się na posiłek i dogania mnie Paweł Choiński. To co nastąpiło potem stanowi esencję mojej miłości do PMNO. Nie bacząc na mapę zapowiadającą bagna oraz ostrzeżenie jednego ze współuczestników, który postanowił zawrócić i ostrzegł nas, że „tam jest za mokro”, idziemy, w kierunku zupełnie innym niż większość uczestników, która wraca do drogi. Same bagna nie były wielkim problemem, bo rosły na nich kępki czegoś i stąpając po nich można było przejść duchą stopą. Gorzej, że co kawałek trafialiśmy na różne cieki wodne. Mniejsze dało się przeskoczyć, większe musieliśmy pokonywać korzystając z prowizorycznych mostków w postaci jednego lub dwóch drzew.



Dwumetrowej szerokości (i ponad metrowej głębokości) rzeczkę przeszliśmy po chybocącej się brzózce, podpierając się wbitym w dno kijem (potem okaże się, że dokładnie tym samym kijem – jakiś taki czerwony był – podpierał się jeszcze inny uczestnik). Emocji było sporo, zabieraliśmy się do tego przejścia jak „pies do jeża”, ale udało się nie wpaść do wody i popędzić dalej, a zmoczone lekko buty szybko wyschły od biegu. Kolejne dwa kilometry nadłożyliśmy odwiedzając Grębów, gdzie po raz kolejny uzupełniliśmy zapas wody w spożywczaku. Następnym razem skorzystam chyba z patentu Irka Kociołka i Pawła Pakuły, którzy zawinęli po prostu do mijanego gospodarstwa i tam poprosili o wodę – wychodzi dużo szybciej niż szukanie we wsi sklepu:)

Zamieszczony na słupie energetycznym PK3 znaleźliśmy bez problemu i wtedy nastąpiło kolejne tego dnia (ostatnie już) rozdzielenie z reprezentantem PTSD. Licząc na zmieszczenie się w 8 godzinach postanowiłem pobiec do mety, na co Paweł nie miał sił. Betonowa droga prowadzi mnie do wału, po nim docieram do PK2 i pędzę dalej, w kierunku PK1. Po drodze po raz kolejny wyprzedzam Pawła Szarlipa (on mnie nie wyprzedzał ani razu, co znaczy, że dużo lepiej nawigował, szacuneczek!), bez problemu wpadam na punkt i... popełniam kolejny błąd. Zamiast przyciąć wzdłuż lasku, postanawiam obiec dookoła duktami i niepotrzebnie nadkładam pół kilometra. Irytuje mnie to i postanawiam bardziej skupić się na mapie. Już bez przygód biegnę do Orlisk i wałem do Gorzyc w kierunku bazy. Emocji co nie miara, bo chcąc zmieścić się w 8h muszę cały czas co najmniej truchtać. Do Gorzyc wpadam sprintem, na zegarku organizatorów godzina 16:59 – udało się! Czas 7:59 (17. miejsce w klasyfikacji mężczyzn na 67, którzy wystartowali i 64, którzy ukończyli) to nowa życiówka w PMNO na 50 km. Garmin pokazuje, że zrobiłem 58,6 km. Część to na pewno błąd pomiaru, ale sporo nadłożyłem, czego dowodem choćby kilkakrotne wyprzedzanie Pawła Szarlipa.



Ogromna radość, satysfakcja i wreszcie chwila odpoczynku. Na mecie spotykam Benka (kapitalny czas 7:28 i 12. pozycja, a byłoby dużo lepiej gdyby nie ból kolana w końcowej części) i Irka, który z wrodzoną skromnością stwierdza, że jest w szoku, że zajął drugie miejsce;) W bazie jest cała czołówka Pucharu Polski, m.in. najwięksi wymiatacze PMNO: Michał Jędroszkowiak (wygrał setkę z czasem 11:50), Maciej Więcek (drugie miejsce w setce z czasem 12:31) i trzeci dziś, a drugi na Skorpionie miesiąc temu Paweł Pakuła. Szkoda tylko, że nie udało się osobiście poznać „sąsiadki” ze wsi obok, czyli Tofalarii, która ukończyła rajd kilka minut po tym jak wyjechaliśmy z bazy. Następnym razem! Nie zdołaliśmy też odnaleźć głównego organizatora, czyli Huberta i podziękować mu za świetną imprezę. Hubercie, dziękujemy!

Pięćdziesiątkę wygrał Rafał Klecha z czasem 5:42. 40 min. po mnie do mety dociera Paweł Choiński, który również robi życiówkę (8:39). Szybki (i tradycyjnie zimny) prysznic, wzmacniający posiłek (strogonof był pyszny!) i zbieramy się do domu. Na sofie z piwem zdążyłem zasiąść akurat na końcówkę meczu Sevilla-Barcelona:)

RDS zapisuję jako bardzo udaną imprezę. Najważniejsze, że (mimo słońca) udało się biec przez większość czasu. Najszybsze 10 km to 1:00:31, a mając już w nogach maraton, końcowe 16,6 km, od PK3 do mety (włączając w to zaliczenie dwóch punktów karnych i odwiedzenie leśnej toalety;)) zrobiłem w 1:54 – tempo 6:52/km. Z tego jestem zadowolony najbardziej, bo daje szansę, że wkrótce będę w stanie utrzymać średnie tempo około 7 min/km przez cały rajd, co pozwoliłoby mi osiągnąć wynik w okolicach 6h 30min. Nawigacja nie była trudna, a brak punktów stowarzyszonych i łatwe umiejscowienie lampionów (poza głupią wpadką na PK7 nie miałem z nimi żadnego problemu) sprawiły, że można było skupić się na bieganiu. Życie utrudniały jedynie wszędobylskie cieki, kilka bagienek i mapa sprzed prawie 40 lat. W wielu miejscach w tym czasie pojawił się lasek lub droga i dzięki temu było ciekawiej. RDS był imprezą całkowicie inną od ekstremalnego Skorpiona, ale równie fajną (w Gorzycach zabrakło jedynie kompotu na mecie, którego w Batorzu było pod dostatkiem).

Opisywany jakiś czas temu nowy plecak z bukłakiem do biegania spisał się świetnie, większy tekst o jego wadach i zaletach napiszę za parę (może nawet -naście...) dni.

Pozostałe (niepodlinkowane w tekście) relacje z rajdu:
Sabina Giełzak;
Krzysztof Drożdżyński;
Tomek Koguciuk;
- Wojtek Wanat.

Stats&hints:
Warunki pogodowe: od 5 stopni rano do 15 w południe, słonecznie, śniegu praktycznie brak, poza bagnami dość sucho.

Sprzęt i ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32 + skarpety Innov-8 (niedawny zakup – świetne są!); legginsy; dwie koszulki techniczne z długim rękawem (grubsza powędrowała do plecaka po 2 godz.); czapka z daszkiem; plecak Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; Garmin FR305. W plecaku nieużyta czołówka Petzl Tikka Plus.

Jedzenie: 2 kanapki + 3 kabanosy; 3 batony + dwa żele energetyczne + cukierki energetyczne + Kopiko; 2 l napoju w bukłaku + 0,7 l izotonika w bidonie. Ostały się kabanosy, zabrakło wody (1-1,5 litra).

Link to tracka w Endomondo: Rajd Dolnego Sanu 2012
(niestety, od kilku dni E. działa raz lepiej raz gorzej i czasami pokazuje mało dokładne mapy, mam nadzieję, że szybko usuną te problemy)

wtorek, 13 marca 2012

Dziś będzie krótko, ale konkretnie.

Jako że moje stare Asicsy dopełniają już żywota, zostałem zmuszony do szybkiego zakupu nowych butów do biegania. Był pośpiech, bo za tydzień 7. Półmaraton Warszawski (numer startowy 2209 – dopingujcie!), stare buty sprawiają moim stopom coraz większy dyskomfort, a nowe trzeba trochę rozbiegać. Wstępny research i kilka prób biegu po sklepie pozostawił na placu boju dwa modele: Brooks Pure Cadence i Nike Zoom Structure+ 15. To buty bardzo różne, jedyną łączącą je cechą jest przeznaczenie: dla pronatorów. Brooksy są bardziej miękkie, klasyfikowane wręcz jako buty do biegania naturalnego. Nike zaś są sztywniejsze, mają większą amortyzację i są cięższe. Ostatecznie zdecydowałem się na Brooksy, przeważyła waga (70 g mniej na sztuce), wygoda oraz chęć skierowania się trochę ku naturalnemu bieganiu. Buty całkowicie naturalne już mam (Adidas ClimaCool Ride), Brooksy mają amortyzację i podparcie dla pronatorów, spośród innych butów, które miałem na nogach wyróżnia je ciekawa podeszwa, która jest tak jakby... mięsista. Pierwsza próba butów jutro rano, większy test napiszę w kwietniu, jak już trochę w nich pobiegam, czekajcie cierpliwie.



Drugi zakup to plecak do biegania w PMNO i po górach. Praktycznie byłem zdecydowany na decathlonowy QuechuaDiosaz 10 Raid, ale na miejscu okazało się, że pojawił się nowy model. Quechua Trail 10 Team. Nieskończone przymiarki zajęły mi grubo ponad pół godziny, wygrała ta druga opcja. Zdecydowały mniejsza waga (pecak netto bez bukłaka waży tylko 320 gramów, o 230 mniej od Diosaza), większa odblaskowość, poręczniejsze kieszenie na pasie biodrowym oraz dodatkowe uchwyty na bidony na zewnątrz plecaka. Wielu uczestników PMNO twierdzi, że 2-litrowy bukłak wystarcza na 50-tkę w zupełności, ale mi nie. I nic na to nie poradzę, więc ta ostatnia cecha była bardzo ważna. Plecak przetestuję już w najbliższą sobotę na Rajdzie Dolnego Sanu i mam zamiar za kilkanaście dni zamieścić tu dłuższy opis jego funkcjonalności i komfortu biegania w nim.



A tymczasem zapraszam na trasę Półmaratonu Warszawskiego, to już za niecałe dwa tygodnie. Kto biegnie temu życzę życiówki, a kto nie – niech dopinguje innych, to naprawdę ważne! Z orienteeringowcami czytającym blogaska widzimy się w weekend na trasie RDS-u, do zo!:)

PS Sto lat Michasiu! Wymieć tam w Suszu, niech im kopary poopadają z wrażenia;)