BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

wtorek, 7 sierpnia 2012

Kręcą pętle, jest ich kilkadziesiąt (max 50) osobników, a grupa jest niemal idealnie podzielona na trzy części: białe, czarne i brązowo-złote. Raz są niemal niewidzialne, bo układają się płasko, po chwili błyszczą w popołudniowym słońcu pełnią tych trzech barw. Czy ktoś wie, co to mogły być za ptaki? Raczej niewielkie, mniejsze od gołębi. Były zbyt daleko żebym mógł dokładniej je opisać, ale zauroczyły mnie na całego, nie mogłem oderwać od nich wzroku. Pomożecie?

Spotkałem je w ostatniej części VII edycji Nawigatora, mniej-więcej po 40-42 kilometrach. Chwilę wcześniej pożegnałem jednego z tymczasowych współtowarzyszy podróży, z numerem 46. Jeśli czytasz tę relację to się Gościu odezwij, chętnie zobaczyłbym zdjęcia, które robiłeś:) 46-tka (niestety, nie zapytałem o imię) pomógł mi znaleźć jeden z punktów oznaczonych jako szczyt wzniesienia. Pomyliłem górki i dopiero jego podpowiedź rozjaśniła sytuację. A nad tą pomyloną górką krążyło sporo kruków. To bardzo dziwne uczucie. Kręci się człowiek po nieznanym lesie szukając drogi, a nad głową krążą mu kruki... kra! kra! kra!

Potem z 46-tką mijaliśmy się jeszcze kilkakrotnie, by ostatecznie pożegnać się „przy ptakach”. Takich powitań i pożegnań było tego dnia sporo, a wszystko za sprawą pogody, która mocno dała się we znaki i sprawiła, że część uczestników w drugiej połowie zabawy opadła nieco z sił, dzięki czemu mogłem ich dogonić i wyprzedzić.

Pamiątkowy medal z pieszego maratonu na orientację Nawigator VII

Start był bardzo mocny, bo też stawka zawodników niczego sobie, pojawiło się parę osób ze ścisłej czołówki 50-kilometrowców. Zacząłem w towarzystwie Pawła, pierwsze 5 km zrobiliśmy w czasie 27:11, zajmując około 15-20 miejsce (wystartowało ponad 50 uczestników). Po 9 km Paweł spasował i dalej podreptałem sam, powoli doganiając kolejnych zawodników, bo żar zaczął lać się z nieba. PK2 pilnowała dziwnie wychudzona krowa, tam trafiłem na kilka osób i chwilami napieraliśmy we czwórkę, chwilami we trójkę, a raz na przykład biegnąc układem numerów 20-30-40, na co zwrócił uwagę któryś z bardziej spostrzegawczych biegaczy;)

Potem kilka chwil spędziłem z jednym z warszawiaków, akurat wtedy Gremlin poinformował o zrobieniu półmaratonu, okazało się, że dla kolegi było to już najdłuższe wybieganie w życiu, bo więcej niż 21,1 km nigdy nie zrobł. Uznał więc, że nie ma się co forsować i znów potruchtałem sam.

Na 33. Kilometrze największa atrakcja dnia: rzeka Świder. Mogłem nadłożyć kilometr czy półtora i przejść ją mostem, ale… po co?;) Podpytałem wędkarzy o to, gdzie jest najlepsze miejsce do pokonania rzeki w bród, spakowałem mapę do plecaka i krok po kroku zacząłem zagłębiać się w orzeźwiającą toń, trzymając plecak nad głową. Problem pojawił się, gdy wody miałem już do brody, a do drugiego brzegu zostało około 4 metrów. Miałem pomysł, by rzucić plecak na brzeg (dorzuciłbym chyba, nie?;)) i podpłynąć, ale okazało się, że trafiłem na jakieś zagłębienie w dnie i udało się je obejść. Jeszcze przed wyjściem z wody, dla ochłodzenia, zanurzyłem się cały w Świdrze i wygramoliłem się na ląd. Nieco zdziwił się tylko jeden z lokalnych gospodarzy jak zobaczył człowieka wychodzącego z wody w ubraniu i butach, ale zamieniliśmy kilka słów na temat tego jak tu kiedyś pięknie ryby brały i poleciałem dalej.

Kolejnym współpodróżnikiem (spotkaliśmy się jakoś niedługo po przekroczeniu Świdra) był Piotrek Kwitowski, ale nie wytrzymałem jego tempa zbyt długo. Na mecie okazało się jednak, że wybrałem lepszy wariant trasy i udało mi się ukończyć bieg kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt minut wcześniej.

Ostatnie kilometry były heroiczną walką z samym sobą, gorącem i z czasem. Upał cały czas dawał się we znaki, obrałem taktykę biegu w słońcu i ewentualnego odpoczywania w cieniu – chodziło o zminimalizowanie czasu spędzanego w wyższej temperaturze. Chyba był to niezły pomysł, bo udało się uniknąć odwodnienia i w jako-takim stanie dotarłem do mety. 54,9 km pokonałem w 6:57, co jest jednym z najlepszych czasów w moich dotychczasowych startach w PMNO na 50 km. Dało mi to bodaj dziewiąte miejsce na 52 uczestników, do siódmej pozycji straciłem minutę, bywa.

Rozpiska punktów kontrolnych informowała, że trasa ma 52,5 km, ale chyba nikt tyle nie zrobił. Z pierwszych rozmów po zakończeniu wynikało, że średni przebieg wynosił 54-55 km, a bywali i tacy, którzy nabiegali ponad 64 km! Wygrali ex aequo Rafał Klecha i Janek Lenczowski z czasem 5:42. Szczególny respect dla tego drugiego, który zapultał się gdzieś na samym początku i potem musiał wszystkich gonić i wyprzedzać. Ostatnie miejsce na pudle zajął Piotr Chyczewski. Wśród kobiet bezkonkurencyjna była Dagmara Kozioł z czasem 6:56.

Mój wynik cieszy, szczególnie ze względu na warunki pogodowe, bo nie od dziś wiadomo, że nie przepadam za upałami. Na starcie było ok. 20 stopni i pochmurnie, ale potem wszystko poszło w złym kierunku – słońce przegnało chmury i z każdą minutą było coraz cieplej, z 26-28 stopni w apogeum. Trasa była nietrudna, bez punktów mylnych czy stowarzyszonych, nastawiona na biegaczy, a nie nawigatorów – organizatorzy przygotowali tylko 9 punktów kontrolnych. Największa odległość między PK wyniosła 8,5 km – zdecydowanie za dużo. Teren doliny Świdra to ładna okolica, ale trasa Azymut Orient podobała mi się bardziej, szczególnie ze względu na ciekawie umiejscowione punkty. W Nawigatorze były one najczęściej na skrzyżowaniu dróg, drogi z rowem lub na pagórku – nic ciekawego. Dobrze jednak, że spora część trasy prowadziła lasem, było przynajmniej odrobinę chłodniej.

Ale za to na mecie prawdziwe mistrzostwo świata – pamiątkowy medal dla każdego, drożdżówki, pączki, ciepły strogonoff i… zimne piwo. A w planie grill i impreza pożegnalna oraz bilet do aqua parku dla każdego. Wielkie brawa za tak wspaniałą organizację!

Kolejne PMNO już za dwa tygodnie i będą to najważniejsze zawody w tym roku, bo w randze mistrzostw Polski. Izerska Wielka Wyrypa zapowiada się zaprawdę zacnie, trasa ma być wymagająca nawigacyjnie i mieć ok. 2500 m przewyższenia. Oj, będzie się działo…!

UPDATE: Organizatorzy IWW poprawili się w temacie przewyższenia, ma go być 1600, a nie 2500 metrów, phi!

Tradycyjnie track z GPS-a dla zainteresowanych.


Stats&hints Nawigator VII:
Wynik: czas 6:57; 9. miejsce na 52 osób w klasyfikacji open (w tym 8 kobiet).

Warunki pogodowe: od 20-21 stopni rano do ok. 27-28 później. Trochę chmur, ale głównie słonecznie.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; czapka z daszkiem; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; koszulka Adidas z Półmaratonu Warszawskiego; Garmin FR305; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: kanapka; 3 batony + 2 żele energetyczne; 2,2 l napoju w bukłaku + 0,7 l wody w butelce. Wody oczywiście zabrakło, uzupełniałem dwukrotnie po ok. 0,3-0,4 l.

niedziela, 29 lipca 2012





Mawiają, że na Igrzyskach Olimpijskich najgorsze miejsce to czwarte. Jest się tak blisko upragnionego medalu, a jednak poza podium. Dla biegacza-amatora takim czwartym miejscem olimpijskim jest wynik o kilka sekund gorszy od rekordu życiowego. Ustanowiłem swój rekord bliskości życiówki - 1 sekunda.

Założenia były ambitne. Karową zbiegać ile sił, wytrzymać bez zwalniania na Sanguszki, a na płaskich odcinkach biec w tempie 4:20.

Ale już od początku wszystko poszło nie tak. Przede wszystkim było za gorąco! Samochodowy termometr pokazywał przed startem 33, a po zakończeniu 29 stopni Celsjusza. Gorąc dosłownie buchał od nagrzanego asfaltu, a do tego potworna duchota – warunki zdecydowanie nie sprzyjały uprawianiu sportu. Na dodatek koncertowo spieprzyłem początek. Za długo zwlekałem z pójściem na linię startu, nie stanąłem odpowiednio blisko i przez to pierwsze 2 km były męczarnią wyprzedzania wolniejszych zawodników. Trucht w tłumie - sprint jak było miejsce do wyprzedzania - trucht - sprint; i tak cały czas... Próbowałem biec chodnikiem tam gdzie się dało i dzięki temu utrzymałem jako-tako sensowne tempo, acz takie rwanie jest bardzo męczące.

Rozpędziłem się dopiero na Karowej, a luźno zrobiło się na Wisłostradzie. Przed startem miałem nadzieję, będzie tam trochę chłodniej, bo jest przestrzeń i Wisła. Ale było zupełnie inaczej, zamiast ochłody było jeszcze goręcej i wcale nie mniej duszno. W efekcie tempo poniżej 4:30 trzymałem tylko na drugim i trzecim kilometrze, czwarty to już 4:30, a piąty – szkoda gadać – 4:37. Na półmetku miałem ok. 22:30 i jasnym było, że ambitne 44:00 jest nierealne. Kolejne dwa kilometry po 4:31, potem sprint Karową i znów męczarnia na Wisłostradzie, na której jedynym orzeźwieniem były fontanny.

Ostatni kilometr to podbieg legendarną dla warszawskich biegaczy ulicą Romana Sanguszki (swoją drogą, wiecie kim on był? Księciem, hetmanem polnym i jednym z najwybitniejszych dowódców litewskich za czasów Jagiellonów!). Mając mroczki przed oczami ze zmęczenia zrobiłem ostatnie 1000 metrów w tempie 4:17. Niestety, przez to kluczenie między ludźmi na początku biegu, wg Gremlina przebiegłem aż 10,07 km. Jak spojrzałem na zegarek pod koniec podbiegu, myślałem, że mam do mety 200 metrów i byłem przekonany, że będzie nowa życiówka. Niestety, metrów było 270 i stoper pokazał na mecie 44:53. 244. miejsce na 2784 osoby, które ukończyły zawody, oficjalny czas to 44:52, czyli o 1 sek. (jedną sekundę!) gorzej od rekordu życiowego z ubiegłorocznego Biegu Niepodległości… Jestem przekonany, że w normalnych warunkach miałbym czas o 1,5-2 minuty lepszy. Nie mogę się doczekać jesieni i biegania w korzystniejszych okolicznościach przyrody!:)

Leszek nabiegał 46:33, o 2 min, gorzej od swojego rekordu. Pokonanie go ma dla mnie szczególny słodki smak, bo to lokalny rywal z sąsiedniej miejscowości;) Ale w życiówkach na najważniejszych dystansach nadal jest 2:1 dla niego, nie prześcignął mnie jeszcze tylko w maratonie. Mam nadzieję, że jesienią proporcje te się odwrócą!

Na biegu spotkałem też kilku innych znajomych, szczególne gratulacje należą się debiutantom, mieli arcyciężką przeprawę i za ukończenie należą im się ogromne brawa! Był też znany wszystkim Bosy Biegacz ze swoją flagą Polski.

Atmosfera biegu? Kapitalna! Przed startem orgowie zmotywowali nas świetnym utworem zespołu Sabaton „Uprising” opowiadającym właśnie o Powstaniu Warszawskim. Podobnie jak w ubiegłym roku swoistą atrakcją było zaś przebieganie koło Pałacu Prezydenckiego. Tym razem „obrońcy krzyża” uraczyli nas „Zdrowaś Mario”. Ogromny plus za medal – umieszczony w cegłach znak Polski Walczącej się kręci, jest to mój pierwszy ruchomy medal w kolekcji:)



Po stronie minusów trzeba wpisać brak stref startowych. Szkoda, że WOSiR robi je podczas Biegu Niepodległości, a już na Biegu Powstania Warszawskiego – nie. Sprawia to sporo trudności na starcie. Ze względu na potworny upał i duchotę przydałoby się też przygotować w paru miejscach kurtyny wodne – pozwoliłoby to biegaczom się nieco orzeźwić. Na mecie woda i izotonik, dawno nie widziałem, by napoje cieszyły się taką popularnością, warunki zrobiły swoje:)

Ale bieg i tak uznaję za bardzo udany, a najlepsze co w nim jest to oczywiście sami Powstańcy. Wczoraj mieliśmy zaszczyt być oklaskiwani m.in. przez gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego. Szkoda tylko, że każdego roku Powstańców jest coraz mniej. Pamiętajcie, by 1 sierpnia oddać im cześć.

sobota, 7 lipca 2012

Masakryczny upał i lekkie odwodnienie organizmu, potem burza z deszczem padającym poziomo prosto w twarz, a w końcu znów duchota i skwar. Do tego świetnie krajoznawczo rozmieszczone punkty – to najkrótsze podsumowanie Rajdu na Orientację „Azymut Orient” 2012, który odbył się 30 czerwca br. w okolicach Zalewu Koronowskiego.

Są miejsca, które kojarzą się jednoznacznie. Tatry – wolność, Bałtyk – uspokajający szum fal, Zalew Koronowski – ... no właśnie. Kto młodzieńcze lata spędził w okolicy Bydgoszczy nie może Zalewu kojarzyć inaczej niż działkowe imprezy, tanie wina i jeszcze tańsze namiastki piw. Ale od ubiegłej soboty moje skojarzenia będą zupełnie inne.

Start rajdu miał miejsce o 8 rano w Koronowie. Nocowałem u przyjaciół w Bydgoszczy, więc wstać trzeba było o 5:20. W momencie pobudki na zewnątrz było 20 stopni Celsjusza i z każdym kwadransem temperatura rosła. Na starcie parę znajomych twarzy, m.in. Beata i Marcin Brudło, których poznałem na Izerskiej rok temu. Ale ogólnie tłoku nie ma, atmosfera jest bardzo kameralna. Łącznie w dwóch trasach pieszych i dwóch rowerowych wystartowało 50-60 osób. Na 50 km chętnych było mniej niż 20, ale ekipa zebrała się mocna, m.in. Piotr Chyczewski (aktualny lider klasyfikacji pucharowej), Edward Fudro, Stanisław Adam Olbryś czy sam Michał Jędroszkowiak, który jak już gdzieś się pojawi to zwykle wygrywa.

Kilka minut przed startem dostajemy mapy – są nadspodziewanie aktualne, bo mają nie 40-50, a jakieś 10-15 lat. Do zaliczenia 11 punktów kontrolnych (kolejność dowolna), które są rozmieszczone ciekawie, bo nie da się zrobić trasy w kształcie nieskomplikowanego okręgu. Jakiego by wariantu nie wybrać, wracając do mety trzeba będzie kilka kilometrów dodać. Wybrana kolejność: 1-11-5-10-7-3-2-9-8-4-6. Z moich obserwacji wynika, że był to najpopularniejszy wariant tego dnia. Jeśli ktoś z Was wybrał inny wariant, chętnie go poznam, najlepiej razem z trackiem z GPS.

Pierwsze kilometry jak zwykle tłumnie, PK1 znajdujemy bez większych problemów, do PK11 trzeba się przedostać przez Brdę. Znana mi z Bydgoszczy Brda to szeroka rzeka, tu jednak, dzięki kamieniom, można przejść ją suchą stopą. Można, ale nie trzeba. Na jednym z zabłoconych kamieni uślizga mi się lewa noga i cały but ląduje w wodzie, a właściwie jakimś szlamie. Na szczęście punkt lokalizujemy szybko, praktycznie w 6-8 osób jednocześnie. Wracając przez rzekę tracę minutę na przepłukanie buta, co kończy się oderwaniem od czołówki. Na szczęście szybko odzyskuję kontakt wzrokowy z poprzedzającym mnie zawodnikiem. Razem znajdujemy otoczony polem pokrzyw PK5 (przy którym nadziewam sobie udo na krzak jeżyn), ale upał nie pozwala mi dotrzymać mu tempa w drodze na PK10 (genialna lokalizacja! więcej o tym pod koniec relacji) i zwalniam. W międzyczasie skracam sobie drogę wybiegając przez łąkę w sadzie u pracujących tamże ludzi. Mało zresztą towarzyskich, bo na moje staropolskie „Szczęść Boże!” odpowiadają tylko karpiem na twarzy.

Za mną dopiero 14 km, a przez temperaturę jestem okrutnie zmęczony i zaczynam odczuwać pierwsze objawy odwodnienia organizmu. Co jest mocno dziwne, bo cały czas popijam wodę z bukłaka. Do PK7 prowadzi prosta droga przez las, przynajmniej jest cień. Napieram w towarzystwie Mirka Sobczyka. Trochę gadamy i oczywiście tracimy czujność, wylatując za bardzo na wschód. Ratuje nas doskonała mapa – jest na tyle aktualna, że zgadzają się numery kwartałów leśnych i dzięki temu łatwo określić swoją lokalizację. Tuż za nami jest Staszek Olbryś. Mimo cienia zmęczenie daje się we znaki i odłączam się od Mirka. Punkt znajduję ze Staszkiem, ale i on szybko mi ucieka. Dogonienie go było na szczęście łatwe, bo od PK3 dzieliła nas woda, przez którą przedostać można się było jedynie promem. A prom pływał raz na kilkanaście minut i spotkaliśmy się czekając na niego. PK3 wchodzi dość łatwo, tak samo łatwo ucieka mi po paru minutach Staszek. Przebiegamy przez działki w Wielonku, gdzie korzystam z uprzejmości jednego z działkowiczów i moczę czapkę w wodzie do podlewania ogródka. Zawsze trochę ochłody.

Po opuszczeniu Wielonka popełniam drugi tego dnia błąd nawigacyjny. Upał i zmęczenie (29 km w nogach) dają się we znaki. Trafiam w złą ścieżkę i zamiast duktu w stronę wsi Nowy Jasiniec wybieram leśną przecinkę, która jest coraz węższa i w końcu znika w kolejnym polu pokrzyw. Tracę tam z 10 minut i trochę sił.

Niebo zasuwają grube i ciężkie chmury, a w oddali pojawiają się pomruki burzy. Będzie ciekawie. Po 10 minutach jestem już kompletnie przemoczony, bo leje jak z cebra, do tego mocno wieje i trzaska piorunami. Ta zmiana pogody orzeźwia mnie jednak, deszcz chłodzi organizm i zaczynam znów biec, a nie maszerować. Do szybszego przemieszczania motywuje też obawa o pioruny – podstawową zasadą podczas burzy jest nie chować się pod drzewem, ale jak uniknąć tego w lesie?

Docieram do Nowego Jasińca, a tam wybawienie – sklep! Uzupełniam płyny, wrzucam drożdżówkę na ruszt i po krótkiej rozmowie z „lokalnym elementem” spożywającym napoje wyskokowe, napieram dalej. PK2 nazywa się „ruiny”, co zapowiada kolejny ciekawy obiekt. I rzeczywiście. To przepiękne ruiny średniowiecznego zamku, gdybyście byli w okolicy to polecam wizytę w Nowym Jasińcu, warto!

W międzyczasie przestaje padać i znów robi się coraz cieplej. PK9 i PK8 znajduję bez większych problemów i napieram w stronę PK4. Na wejściu na groblę (punkt umieszczono na wyspie) biwakuje kilka osób, siedzą przy grillu i beztrosko spijają piwko. Muszą być mocno zdziwieni faktem, że co jakiś czas przebiega obok nich dziwnie wyglądający człowiek. Znalezienie PK4 nie było takie proste i zajęło mi kilka minut, ale w końcu się udało.

Teraz już tylko powrót do Koronowa i znalezienie PK6 określonego mianem „wodospadu”. Deszcz rozpuścił trochę mapy i miejscami są białe plamy. Tyłek ratuje mi Staszek Olbryś, który wracając z punktu dość precyzyjnie określa mi jego lokalizację. Wodospad okazuje się być malutkim ciekiem spływającym w błotnistym parowie. Znów jest upalnie, ale do mety jeszcze tylko 2 km. W bazie melduję się o 15:56 – czas 7:56 i ósme miejsce. Mirek był tu 6, a Staszek 11 min. przede mną. Na ostatnich 20 km nie straciłem więc dużo, szkoda błędu w lesie między PK3 i PK2.

W osiągnięciu lepszego wyniku zdecydowanie przeszkodził upał. Nienawidzę gorąca, po stokroć bardziej odpowiadało mi kilkanaście stopni mrozu podczas tegorocznego Skorpiona niż ten skwar. Widocznie płynie we mnie krew Eskimosów, bo zimą funkcjonuje mi się dużo sprawniej.

Bazą rajdu był Miejsko-Gminny Ośrodek Sportu i Rekreacji w Koronowie i była to zdecydowanie najlepsza baza w krótkiej historii moich startów w PMNO. Dużo przestrzeni, brak problemów z toaletami, prysznicami, ciepłą wodą, miejscem do parkowania, czy przebrania się. Nie zauważyłem posiłku regeneracyjnego na mecie, ale nie byłem nim zainteresowany, więc nie zwróciłem na to uwagi.

Problemem były za to słabej jakości mapa i karta startowa. Mimo że trzymałem je w mapniku, deszcz dał się im we znaki. Kartę oddałem rozczłonkowaną, a PK6 znalazłem tylko dzięki pomocy jednego z zawodników, bo na podstawie swojej mapy nie miałbym na to szans. Wolałbym dopłacić kilka złotych więcej za start, ale dostać mapę na wodoodpornym papierze, która przetrwałaby całe zawody.

Ale to drobiazgi przy tym, jak świetnie zorganizowany był Azymut Orient. O bazie już pisałem, ale największe pochwały należą się orgom za umiejscowienie punktów. Niby nawigacja była prosta, ale punkty zawsze były schowane z drugiej strony drzewa i znalezienie ich nie było tak oczywiste. W kilku miejscach, by dotrzeć do punktu trzeba było zignorować znak „zakaz wstępu”, a to jeszcze dodawało całej zabawie smaku. Okolice Zalewu Koronowskiego to bardzo ładne krajoznawczo tereny, o urokliwych ruinach w Nowym Jasińcu oraz promie już wspominałem, a jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie wiadukt w Buszkowie. Ma 30 metrów wysokości i przechodzi nad drogą krajową nr 25, widok z góry – powalający! Przejeżdżając dołem warto poświęcić kwadrans i wdrapać się na górę (w krzakach po wschodniej stronie wiaduktu są zarośnięte schody, którymi można dostać się na górę).

Jeszcze tradycyjnie track z GPS-a, który polecam szczególnie osobom z okolic Bydgoszczy, może przebiegałem blisko Waszej działki?:)


Stats&hints:
Wynik: czas 7:56; 8. miejsce na 15 sklasyfikowanych mężczyzn (+ 1 kobieta).

Warunki pogodowe: od 22-23 stopni rano do ok. 32-33 później. W słońcu jak nic ponad 40. W międzyczasie burza i ulewa.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; czapka z daszkiem; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; koszulka Adidas z Półmaratonu Warszawskiego; Garmin FR305. Azymut Orient był debiutem zakupionego kilka dni wcześniej kompasu Silva Ranger – spisał się świetnie, kiedyśtam napiszę o nim więcej. Zrezygnowałem z czołówki i kurtki przeciwdeszczowej – słusznie.

Jedzenie/picie: kanapka; 2 batony + 2 żele energetyczne; 2,2 l napoju w bukłaku + 0,7 l wody w butelce. Dokupiłem 1,5 l wody, napój 0,6 l i drożdżówkę.

piątek, 22 czerwca 2012

Niewiele w mym biegowym życiu się ostatnio dzieje (acz dziać się będzie – w najbliższych tygodniach biegnę nocne 10 km w Gdyni i 50 km na orientację w okolicach Zalewu Koronowskiego), pora nadrobić zaległości i zrecenzować trochę sprzętu. Na pierwszą linię rzucam buty do biegania w terenie – Adidas Kanadia TR4 przeznaczone dla osób z pronującą stopą. TR3 to wersja dla stopy neutralnej.

Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre. Buty są dość lekkie (ok. 350 gramów dla rozmiaru 45 1/3), sprawiają wrażenie dynamicznych, wręcz drapieżnych. Kwestia kolorów to oczywiście sprawa gustu, wersja niebiesko-grafitowa z żółtymi odblaskowymi wstawkami jest dla mnie OK, acz na kolana nie powala. W internecie widziałem też kilka innych wersji kolorystycznych.
Wypustki na podeszwie ułatwiają bieganie w terenie

Podeszwa Adidas Kanadia TR4 jest zbudowana takich jakby wypustek wypustek, które mają umożliwić bieganie w trudnym terenie (łącznie z błotem). I rzeczywiście: buty bardzo dobrze sprawdzają się na piachu, śniegu, czy w lesie. W porównaniu do Asicsów Gel Trabuco IX, które miałem poprzednio, dają dużo lepszą przyczepność i stabilność biegu, największą różnicę odczuwałem biegając po śniegu. Na dodatek Adidasy są sporo od Asicsów lżejsze. In plus zapisuję im także przewiewność, która sprawia, że gdy do butów dostanie się woda, dość szybko się z nich wydostanie, a buty wysychają.

Można też kupić wersję z goreteksem (droższa o kilkadziesiąt złociszy), ale ja nie mam do tego rozwiązania przekonania. Latem noga mocno się nagrzewa, a zimą dłuższy bieg w śniegu i tak doprowadza do przemoczenia stopy, mimo GTX.

Buty mają wbudowany system amortyzacji adiPRENE, w mojej ocenie działa on bardzo dobrze. Nawet po 12h napierania w śniegu na Skorpionie stopy czuły się dobrze, po żadnym z 50-kilometrowych rajdów nie odczuwałem jakichkolwiek niedogodności. Ostatnio buty przetestowałem też biegając po Tatrach i byłem mile zaskoczony. Obawiałem się, że na kamieniach i skałach mogą nie mieć dobrej przyczepności, a było inaczej – nawet gdy padało, Adidasy zachowywały się poprawnie. A różnica w wadze w porównaniu do butów trekkingowych jest kolosalna.

Teren to naturalne okoliczności przyrody dla tych butów

Do czego można się przyczepić to Mud Release Surface, rodzaj podeszwy, do której wg Adidasa nie przylega błoto. Owszem, nie tworzy się jakaś wielka skorupa utrudniająca bieganie, ale nie jest znów tak, że błoto do tej podeszwy nie przylega. Mówiąc krótko, Mud Release Surface to marketingowa ściema.

Ze względu na budowę podeszwy buty te niezbyt nadają się do biegania po asfalcie. Nie chodzi bynajmniej o wygodę, a o to, że na twardej nawierzchni podeszwa może się szybko zetrzeć. W swoich Adidasach zrobiłem na razie ok. 300 km (90 proc. z tego w terenie) i wyglądają dobrze – cholewka wewnątrz nie ma żadnych przetarć, podeszwa też jest w bardzo dobrym stanie.

Podsumowując: trialowe buty Adidas Kanadia TR4 polecam do biegania w każdym terenie innym niż asfalt/beton. Kupiłem je pod kątem 50-kilometrowych pieszych maratonów na orientację, ale świetnie sprawdzają się podczas treningów w lesie, szczególnie zimą, a także w górach tam, gdzie nie jest wymagana sztywna podeszwa. Kupić można je już za 200 zł, co na pewno nie jest zaporową ceną.

niedziela, 3 czerwca 2012

Biegowa forma jest jak przebiegły kocur – czasami nie wiadomo gdzie jest i wtem niespodziewanie pojawia się znikąd.









19.05.2012 r., uBIEGnij Raka (10 km), Powsin, ciepło i słonecznie, teren leśny.
Ruszamy. Dość szybko na początku (pierwszy kilometr w 4:36), ale już po 1,5 km moje tętno przekracza poziom 180 uderzeń na minutę – wiem, że nie jest to mój dzień na bieganie i zwalniam. Po 5 km czuję ból z boku kolana i postanawiam zakończyć zabawę na trzech z czterech pętli. Garmin naliczył 6,65 km biegu, a ja byłem zziajany jakbym zrobił co najmniej półmaraton. Przyczyny są oczywiste – przez ostatnie tygodnie więcej czasu spędziłem na łóżku rehabilitacyjnym niż w butach do biegania. Od Harpagana (21 kwietnia br.) zrobiłem ze 30 km. Godzę się ze swoim losem i schodzę z trasy.

27.05.2012 r., XXIV Bieg im. Tomasza Hopfera (10 km), Janowiec Wlkp., ciepło i słonecznie, szosa.
Start, jest gorąco (początek biegu w południe to jedyny zarzut jaki mam do organizatorów), jak dla mnie za ciepło o jakieś 12-15 stopni. Ale pierwszy kilometr biegnę w 4:26 i wcale nie czuję się zmęczony. Zwalniam do 4:35-4:40 tylko ze względu na rozsądek. Ale po 5 km nadal czuję się doskonale, tętno dopiero teraz zaczyna zbliżać się do 180 uderzeń na minutę, zaczynam więc przyspieszać.4:21, 4:30, 4:30, 4:26 i jeszcze mam siłę, by ostatni kilometr zrobić w 4:10! Na skrzydłach niesie mnie doping zgromadzonej przy janowieckim rynku publiki, wśród której najgoręcej dopingują moi najbliżsi i „Autystyczny” Luxtorpedy w uszach (to chyba najlepszy kawałek do biegania ever!). 61 miejsce na 136 osób, czas 45:05 netto, ledwie o 14 sek. gorzej od życiówki z ubiegłorocznego Biegu Niepodległości w Warszawie!

Bieg odbył się dzień po Dniu Matki:)

Trochę musiałem się zastanowić nad tym, skąd tak dobry wynik w Janowcu Wlkp. i wydaje mi się, że to efekt kilku wizyt na siłowni i ćwiczenia siły biegowej. Na internetach znalazłem fajny zestaw ćwiczeń, które bez problemu można wykonywać w domu, płotek zastąpić można szafą, drzwiami, czy dowolnym innym meblem. Zestaw ćwiczeń znajdziecie tu: ćwiczenia siły biegowej, a ja trafiłem na niego na portalu Treningbiegacza.pl. Do tego proste ćwierć-/półprzysiady na jednej nodze i wyniki same się poprawiają, polecam!

Oczywiście 45:05 nijak mnie na dłuższą metę nie satysfakcjonuje, ale mocno podniosło na duchu, bo ostatnie tygodnie nie były najlepsze pod względem biegowym. Nadal chcę jesienią zejść w okolice 40 minut na 10 km, a wygląda na to, że ITBS mam już prawie z głowy, więc będzie już tylko lepiej. Dziś bez żadnego bólu zrobiłem 13 km, jak uda się przebiec 25 km i nadal będzie dobrze to wracam do PMNO. 30 czerwca w okolicach Zalewu Koronowskiego jest Azymut Orient, a to moje okolice i akurat na tamten weekend wybieram się w rodzinne strony.

niedziela, 20 maja 2012

Start imprezy opóźniony o jakieś pół godziny, oznakowanie trasy tak fatalne, że chyba nikt nie przebiegł 10 km jak powinien, zresztą trasa i tak nijak miała się do mapki opublikowanej na stronie organizatora, na dodatek zrobiłem tylko trzy z czterech pętli ze względu na kontuzję.

I wiecie co? To była jedna z najfajniejszych imprez sportowych, w jakich brałem udział!:) uBIEGnij Raka to inicjatywa grupy uczniów przedmaturalnej klasy z Amerykańskiej Szkoły w Warszawie. Główny bieg miał 10 km, a oprócz tego można było pobiec 2,5 km lub 5 km. Dla najmniejszych szkrabów zorganizowano wyścig na 200 metrów. Była to impreza charytatywna, całość wpisowego (minimum 35 zł, ale jak sądzę zdecydowana większość uczestników wpłaciła więcej) trafiła na konto Fundacji Towarzystwo Przyjaciół Centrum Zdrowia Dziecka, która przekazała je klinice onkologicznej.

Jeszcze nigdy nie byłem na tak międzynarodowej imprezie sportowej, a wszystko dzięki temu, że jej współorganizatorem była amerykańska szkoła – w Powsinie pojawiły się dziesiątki mieszanych rodzin. Mnogość języków dookoła nie dała się porównać z żadnym znanym mi miejscem w Warszawie. Najbardziej urzekła mnie rodzina, w której mama mówiła do dzieci po polsku, tato po niemiecku, a one odpowiadały po angielsku;) Do tego piękna wiosenna pogoda i urocze okoliczności przyrody – atmosfera imprezy była kapitalna.


Podobnie zresztą wyglądał sam bieg. Zupełnie bez napinki, na luzie. 3,2,1... START i ruszamy! Na czele kilkunastu biegaczy, za nimi z górką sto osób, z dziećmi, całymi rodzinami. Trasa w lesie oznaczona miała być kolorowymi wstążkami, ale już na pierwszym rozwidleniu kolorów się zgubiliśmy, bo wstążki nie były zawieszone jednoznacznie. Kolejny raz uznałem, że coś się nie zgadza gdy biegłem wąską ścieżką w lesie, a okazało się, że w odwrotnym kierunku biegną ludzie z dziećmi;) Teoretycznie powinienem zrobić cztery pętle po 2,5km, ale zrobiłem trzy z nich, a Garmin pokazał... 6,65 km. Pod koniec trzeciej pętli poczułem ból z boku lewego kolana i wiedziałem, że lepiej się zatrzymać, co uczyniłem.

Jako że był to bardzo luźny bieg charytatywny to nikt nie mierzył czasów i nie sprawdzał ile pętli zrobił który biegacz, więc i medal otrzymałem:) Zresztą przez zamieszanie z trasą nie sądzę, by ktokolwiek z osób planujących przebiec 10 km pobiegł rzeczywiście tyle. Nie mam pojęcia jak wg organizatorów miała wyglądać trasa, bo większość osób biegła tak jak ja. Jeśli czyta to ktoś kto biegł i miał urządzenie pomiarowe, to ciekaw jestem jego odczytu. Przede wszystkim mapka zamieszczona na stronie orgów zupełnie nie zgadzała się z rzeczywistym przebiegiem trasy, a jeszcze w jej oznakowaniu był taki bałagan, że trudno było się zorientować jak biec. Ale nikt nie miał o to pretensji, uczestnicy z uśmiechem przyjmowali swoje zakłopotanie i biegli dalej.

Absolutnym mistrzostwem świata podczas uBIEGnij Raka był za to catering. Sami zobaczcie!


Można było napić się wody, izotonika, a jak ktoś chciał to i napoju energetycznego. Jako uzupełnienie energii doskonale służył chleb z wyśmienitym smalcem i ogórkiem, nie zabrakło też pysznych kanapek i czekoladowych babeczek polanych karmelem. Trudno było sobie odmówić takich smakowitości! Na dodatek w pakiecie startowym były dwie buteleczki wyciągu z owoców aronii i czarnej porzeczki oraz miodu (Nectar Alfa). Catering był dostępny praktycznie od początku, osobiście na wzmocnienie przed startem przekąsiłem czekoladową babeczkę;)

Mimo totalnej klapy jeśli chodzi o sportowy wymiar biegu, do domu wracałem z uśmiechem i poczuciem, że było to przesympatycznie spędzona sobota, a kilka złociszy trafi w miejsce, które może pomóc ludziom chorym na raka. Serdeczne dzięki dla wszystkich organizatorów, do zobaczenia za rok!

piątek, 11 maja 2012


A miało być tak pięknie
Miało nie wiać w oczy nam...




Plany:
Piątek to zwykle dzień pakowania i przedstartowej ekscytacji. Nadchodzi pogorszenie pogody, więc chyba długa koszulka by się przydała. Plus obowiązkowo czapeczka z daszkiem na głowę, bo w razie deszczu nie lubię jak mi kapie po oczach. Ze względu na wielce prawdopodobny deszcz, poważnie rozważałbym zabranie lekkiej przeciwdeszczówki, ostateczna decyzja zapadłaby pewnie tuż przed startem. Do tego dwa żele energetyczne, dwa batony, cukierki, izotonik pół na pół z wodą w bukłaku i coś pożywnego na śniadanie przed startem. Sprawdzenie baterii Garmina, obowiązkowy mapnik (deszcz+mapy=porażka), kompas itd. 3, 2, 1, 0... START! Niezły wynik na Harpaganie wyostrzył apetyt i myślałem o kolejnej poprawie czasu – zejściu w okolice 6 godzin. Ale DYMNO słynie z trudnej nawigacji, więc niewykluczone, że wszystkie plany wzięłyby w łeb. W niedzielę – jak zwykle po PMNO – poszedłbym do sauny, porozciągałbym się i oczywiście napisałbym relację z rajdu na blogaska.

Rzeczywistość:
„Zwykle”, „by się przydała”, „rozważałbym”, „poszedłbym”, „porozciągałbym się”, „napisałbym” – by, by, by, by... to dunder świsnął! O ITBS (zespół pasma biodrowo-piszczelowego) napisano już w internecie elaboraty, więc kto nie wie to sobie poczyta, bo to bardzo popularna kontuzja u biegaczy. Niestety, moje pasmo nie wytrzymało combo w postaci maraton+Harpagan (50 km) z pięciodniową przerwą i zmuszony byłem odpocząć dwa tygodnie. Ból minął, ale tylko na chwilę: wrócił po 5 km biegu w ostatni poniedziałek. Skończyło się wizytą u lekarza i dziś rozpocząłem fizjoterapię. Mam nadzieję, że maści i ćwiczenia oraz masaże spełnią swoje zadanie i za kilka dni zacznę truchtać (aktualnie znów bólu już nie czuję), za tydzień będę biegać, a za dwa tygodnie jest Kierat. Czy pasmo wytrzyma 100 km po górach? Och, jak chciałbym tam wystartować...

Frustracja związana z niemożnością biegania czy choćby jeżdżenia na rowerze sięga zenitu, musi więc być dobrze i to szybko! Kto żyw trzyma kciuki:)

(oczywiście są i negatywne scenariusze, znamy takich co z ITBS bujają się od wielu, wielu miesięcy, ale zamierzam być optymistą!)

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Jakże genialnym krokiem homo sapiens było pierwsze przytroczenie źródła światła do głowy wie każdy, kto choć raz po ciemku rozbijał namiot albo... biegał po lesie czy bawił się w rajdy na orientację. Dotąd do chodzenia po górach czy na rajdach na orientację korzystałem z czołówki Petzl Tikka Plus. Sprawdzona marka gwarantowała wysoką jakość, a wielofunkcyjność sprawiała, że wobec latarki tej nie miałem żadnych zarzutów. No, może poza ceną – nawet najniższa internetowa cena (109 zł plus koszty wysyłki) dla wielu może być przeszkodą.

Chętnie zdecydowałem się więc na propozycję przetestowania tańszej alternatywy do Petzla. Outdoor Pro Luxeon Rebel Led firmy MacTronic (naprawdę nazwa nie mogła być mniej skomplikowana?) pierwszego wrażenia nie robi najlepszego, mi wydała się... po prostu brzydka. Ale latarka ma świecić, a nie wyglądać;) Jeden paluszek AAA (Petzl wymaga trzech) i już działa. I tu zwrot wrażenia o 180 stopni! Snop światła tworzony dzięki skupiającej soczewce nałożonej na diodę Luxeon Rebel ma zaskakująco dobry zasięg. Producent podaje, że ma on moc 80 lumenów, podczas gdy Tikka Plus „zaledwie” 50 lumenów. Organoleptyczne porównanie z Petzlem przeprowadzone w Tatrach potwierdziło pierwszą opinię: dioda Luxeon Rebel świeci kapitalnie, zasięg strumienia światła jest dużo większy od tego wytwarzanego przez Petzla.


Latarce nie brakuje także funkcji dodatkowych: skupiającą soczewkę można jednym ruchem ręki zamienić na rozpraszającą i już światło ma mniejszy zasięg, ale za to szerszy strumień. Latarka może też świecić na czerwono albo światłem dwóch słabszych diod, które oczywiście pozwolą zaoszczędzić nieco baterii. Jest to funkcjonalność porównywalna z Tikką Plus, produktowi firmy MacTronic brakuje jedynie światła pulsacyjnego.

Jeśli chodzi o wygodę to nie odczułem różnicy. Obie opaski dobrze przylegają do głowy i nie ma kłopotu ze zsuwaniem się latarki, czy innymi niekontrolowanymi ruchami, także podczas biegania. W obu przypadkach wygodnie można też regulować kąt nachylenia strumienia światła. Tikka Plus jest nieco cięższa, a to ze względu na to, że działa na trzy baterie AAA, a nie na jedną. Różnica w wadze jest jednak mało odczuwalna. Obie latarki są wodoodporne, zwykły deszcz czy wpadnięcie pod kran nic im złego nie robią, sprawdziłem.

Parametry techniczne (za producentami):
Outdoor Pro Luxeon Rebel Led – Petzl Tikka Plus
jasność: 80 lumenów – 50 lumenów;
czas pracy na bateriach: 10h – 140h;
waga z bateriami: 83 g – 72 g;
cena: od 77 zł – od 109 zł (za ceneo.pl).

Jeden z kluczowych parametrów, czas pracy na bateriach, wygląda w obu latarkach skrajnie różnie. Moim zdaniem to kwestia tego, że Petzl podaje czas pracy w trybie ekonomicznym, a MacTronic, na silnej diodzie Luxeon Rebel. Niestety, nie mam możliwości sprawdzenia tego faktu jeśli chodzi o MacTronica.

Podsumowując: Outdoor Pro Luxeon Rebel Led jest bardzo ciekawą alternatywą dla renomowanych latarek do biegania czy w góry. Ze względu na to, że działa na jedną baterię warto pamiętać, by drugą mieć w pogotowiu, bo np. przy zimowym nocnym PMNO jedno ogniwo raczej nie wystarczy. Trudno ocenić jej wytrzymałość i awaryjność po raptem kilkudniowym użytkowaniu, to pytanie pozostawiam niestety na razie bez odpowiedzi. Ale jeśli ktoś z Was ma jakieś nietypowe doświadczenia z czołówkami, zapraszam do dyskusji.

wtorek, 24 kwietnia 2012


Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem
Wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem







Na pewno znacie ten fantastyczny hicior disco-polo z czasów, gdy ten rodzaj plumkania określano jeszcze per muzyka chodnikowa. Skąd wziął się on w relacji z pieszego maratonu na orientację? Czytajcie dalej:)

Stało się. W moich zabawach w rajdy na orientację woda przestała być przeszkodą nie do pokonania. Podczas ERnO Harpagan-43 niesuchą stopą pokonałem dwa cieki wodne: najpierw strumyk głęboki do połowy łydek, a potem kanał w którym zmoczyłem się ponad pas w lodowatej wodzie. Z tym drugim przejściem przygodę miało wielu uczestników, bo mapa sugerowała w tym miejscu mostek;) Ale po kolei.


Harpagan zaczął się od wielkiego ŁAAAŁ! Ponad tysiąc osób, ogromne przedsięwzięcie logistyczne i fantastyczna atmosfera. Niestety, nie do końca ogarnąłem się od momentu otrzymania mapy do startu i układanie mapy w mapniku oraz ostateczne zapinanie plecaka przeprowadzałem w biegu. Już pierwsze kilometry dały wyraźnie odczuć, że uczestnictwo w PMNO w zaledwie sześć dni po drugim w życiu maratonie nie było najlepszym pomysłem. Dość mocno czułem ścięgna i mięśnie, życie utrudniało jeszcze bolące gardło. Do 1 PK udało się jednak utrzymać kontakt wzrokowy z czołówką. Tak się to poukładało, że od początku napierałem w towarzystwie Jędrka Giełdy z drużyny PTSD. Pomiędzy PK1 i PK2 zaliczyliśmy nawigacyjną wtopę i nadłożyliśmy 20 minut i z 17/18 pozycji na PK1 spadliśmy na 28/29 na PK2. Na dodatek strata do liderów wzrosła z 3 do 20 minut.

Kolejny błąd to zbyt pochopne ubranie przeciwdeszczówki. Bardziej zmoczył mnie pot niż zmókłbym od tego deszczu. Po kilkunastu minutach męczenia się, kurtka wylądowała w plecaku. Z Jędrkiem napieraliśmy przez 21,1 km. Po symbolicznym półmaratonie (kilka km przed PK4) rozdzieliliśmy się, bo bolące kolano nie pozwoliło mu dalej biec i musiał przejść do marszu.

Z kolei moim największym rywalem był ból z boku lewego kolana, który storpedowałem paracetamolem – pomogło i dalej cisnąłem już sam, powoli nadrabiając stratę z PK2. Na PK 3-6 melduję się na 26/27 miejscu. Przygodą było dotarcie do PK6 umiejscowionego w okolicy Kręgów Kamiennych (może się słabo rozglądałem, ale kręgów ani wyróżniających się kamieni to ja nie zauważyłem). Wybrałem tam wariant długą prostą przez las, która po przekroczeniu Kanału Wdy miała mnie wyprowadzić do wsi Miedzno. Po dobiegnięciu do kanału niespodzianka – mostu brak! Biegnę 100 metrów w prawo i w lewo, ale nie widać innej przeprawy. Dno wygląda na muliste i wydaje się być około metra pod powierzchnią wody. Docierają trzy kolejne osoby, chwilę wahamy się co robić, wreszcie najodważniejszy (na zdj. poniżej) wchodzi do wody i przy akompaniamencie okrzyków wyrażających negatywne nastawienie do jej temperatury, przechodzi na drugą stronę. Ja w obawie przed odciskami i oparzeniami (do mety jeszcze 15-17 km) zdejmuję buty i skarpety i z nimi oraz plecakiem nad głową pokonuję kanał. Rozbieranie i ubieranie się jest okazją do chwili wytchnienia dla nóg.



Po PK6 łączę siły z Robertem Janusem, we dwójkę łatwiej utrzymać tempo. Ale też trudniej o koncentrację przy pracy mapą. W efekcie popełniamy błąd przed PK7 i tylko pomarańczowemu kolorowi namiotu zawdzięczamy znalezienie punktu – nawet w lesie było go widać z daleka. A błąd doskonale widać na tracku z GPS-a – zrobiliśmy pętelkę jak się patrzy. Na ostatnim punkcie kontrolnym jestem na 22. pozycji. Nie mam siły, by utrzymać tempo Roberta, więc zostaję z tyłu, znów sam. Parę km dalej dobija do mnie trójka młodych chłopaków (przedstawiają się jako Artur, Piotrek i Sebek) biegnących setkę: „Rzygamy mapą, możemy się podpiąć?”. Wychodzi z tego ciekawy układ win-win: ja nawiguję, a oni nadają tempo. Sprawdza się to doskonale, ostatnich 7 km pokonujemy w 46 min., czego sam na pewno bym nie dokonał. Szczególnie, że końcowe 2 km biegliśmy w tempie szybszym niż 5:30/min. Łącznie od PK6 do mety miałem szósty czas ze wszystkich uczestników 50-tki!

Meta o godzinie 14:19. Czas 6:49 daje mi 20 miejsce na 213 startujących. Szkoda tych wtop nawigacyjnych (porównanie tracków z GPS wykazało, że 2-3 km spokojnie mogłem zaoszczędzić), bo do 15 miejsca zabrakło tylko 7 minut. Następnym razem będzie jeszcze lepiej! 43 Harpagan był bardzo udany i posiłek na mecie też mi smakował – to odnosząc się do dyskusji na forum. Było pokonywanie rzek, wielkie lasy (wszak były to Bory Tucholskie - zajmujący 3 tys. kilometrów kwadratowych jeden z największych kompleksów leśnych w Polsce!), zabrakło jedynie gór do pokonania, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Jedyne na co warto zwrócić orgom uwagę to jakość mapy. I nie mam tu na myśli aktualności czy dokładności (bo przecież cała w tym zabawa, że były mosty-widma, a sama mapa była wyraźnie sklejona z dwóch różnych), ale po prostu jej wykonanie. Każda kropla wody powodowała znaczne obniżenie jej czytelności, przy odwracaniu w mapniku łatwo też było o rozdarcie. Nie narzekałbym też na trudniejszą nawigację. Wolontariuszy pilnujących sprzętu na punktach kontrolnych i ich namioty było widać z daleka i o szukaniu punktów nie było mowy. Ale mimo to wiele osób porobiło błędy, więc nie było tak źle.

W dużej mierze Harpagana-43 zapamiętam pozytywnie dzięki ludziom. Oprócz wymienionych w relacji, z którymi miałem przyjemność przemierzać trasę, szczególne podziękowania należą się Andrzejowi Skupieniowi z ekipy Znajomi i Przyjaciele Królika, który kabanosem urozmaicił mi śniadanie (ser i wędlina zostały w korpo-lodówce:/) i Klaymanowi za bezinteresowne użyczenie buffa, którego ochrona złagodziła uprzykrzający mi życie ból gardła. Dzięki i do zobaczenia na kolejnych rajdach!

Jeszcze tradycyjnie przebieg z GPS-a:


Stats&hints:
Warunki pogodowe: od 5 stopni rano do ok. 13-15 w południe, rano lekki i umiarkowany deszcz.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32 + skarpety Innov-8 (tak dotąd chwalone przedziurawiły się i lądują w koszu, po zaledwie kilkunastu przebiegach!); legginsy; cienka koszulka techniczna z długim rękawem + koszulka z krótkim rękawem + przez kilka km kurtka do biegania Tchibo; czapka z daszkiem; plecak Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; Garmin FR305. W plecaku nieużyta czołówka Petzl Tikka Plus. Do rozważenia jest rezygnacja z mapnika, a przede wszystkim zakup lżejszego i wygodniejszego kompasu.

Jedzenie/picie: bułka + banan; 2 batony + 2 żele energetyczne + chałwa; 2,2 l napoju w bukłaku + 0,7 l wody w butelce. Na mecie miałem jeszcze ok. 0,5 l wody.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Jeszcze w czwartek i piątek byłem przekonany, że ten wpis będzie miał tytuł „Mądry Polak po szkodzie”. Jak ostatni głupek, na 5 dni przed drugim maratonem w życiu, wybrałem się pograć w piłkę. I świetnie się grało! Gole, asysty i zwycięstwo:) Szkoda tylko, że wieczorem wyszedł klops: okazało się, że lekko naciągnąłem mięsień lewego uda! Na szczęście trzy dni oszczędnego chodzenia i okładania lodem przyniosły efekt i w sobotę wieczorem na przedmaratońskiej rozgrzewce praktycznie nie czułem bólu. Same 42195 m też przebiegłem bez żadnych urazów, ani nawet odcisków czy otarć:) Trzymany w kieszeni na czarną godzinę przeciwból wrócił do domu.



Ach, co ze mnie za blogista (bo mianem blogera nie śmiem się określać;)), piszę pierdu-pierdu, a Wy pewnie czekacie na konkrety! Dbam o Zdrowie Łódź Maraton ukończyłem z czasem 3:38:13, na prawie 1200 startujących (ukończyło 1011 osób) plasując się na 320 miejscu!:)

Skąd zatem tytuł wpisu? Po sukcesie na Półmaratonie Warszawskim trochę za bardzo uwierzyłem w siebie i porwałem się na wynik 3:30. Do 32 km szło dobrze, ale potem odcięło mi zasilanie (co wyraźnie widać na poniższym wykresie tempa poszczególnych kilometrów) i końcówkę biegłem już dużo wolniej, wykorzystując punkty żywieniowe na chwilowe odpoczynki w marszu. Na półmetku miałem 1:44:15, co wróżyło ogromny sukces. Ale się nie udało. Na końcowych kilometrach każdy metr biegu był drogą przez mękę, próbowałem się podczepiać pod innych ludzi, ale wytrzymywałem ledwie kilkaset metrów. Przyczyną porażki jest mała liczba długich (25 i więcej km) treningów, co zamierzam w najbliższych miesiącach zmienić i w Poznaniu lub Warszawie postawiony cel już zrealizować:) Chyba sobie na lodówce zawieszę karteczkę z napisem „DŁUGIE WYBIEGANIA, GŁUPCZE!”;)



Sam maraton był dobrze zorganizowany, kibiców na trasie nie brakowało (także w zorganizowanych grupach, robiły one dużo hałasu:)), a strefa mety w Atlas Arenie zorganizowana wręcz wzorcowo – ostatnie 100 m biegliśmy po czerwonym dywanie, niesamowite wrażenie! Zarzuty można mieć jedynie do fatalnego przyjmowania depozytów, które szło tak wolno, że musiano przesunąć start o 10 minut. Szkoda też, że nikt nie poinstruował dzieciaków (skądinąd bardzo miłych), że podawanie biegnącej osobie pełnego kubka izotonika jest bardzo złym pomysłem. Trasa była OK, choć kostka na jednej z ulic bardzo nierówna i wystające fragmenty sprawiały stopom ból, współczuję osobom biegnącym w lekkich butach na cienkiej podeszwie.

Gorzkie słowa należą się też za wybór pacemakera* na 3:30. Mimo uwag grupy, biegł on dużo za szybko (połówka w ok. 1:43:30, a na mecie miał 03:26:06!). Zupełnie nie wywiązał się ze swojego zadania. I nie jest to odosobniona opinia. Kuluarowe rozmowy w kolejce do masażu (warto było czekać pół godziny – jakość masażu to kolejny plus łódzkiego maratonu) pokazały, że to samo zastrzeżenie mieli inni biegnący.

Jeszcze raz dziękuję kibicom, szczególnie tym, których znam, Wasza obecność i zagrzewanie do walki znaczą naprawdę wiele:)

Na końcowych kilometrach powtarzałem jedno: „Nigdy więcej maratonu, nigdy więcej maratonu”. No to do treningów i widzimy się w Poznaniu i Warszawie jesienią, howgh! A za tydzień 50 km na orientację - Harpagan, zgłoszonych jest we wszystkich kategoriach łącznie ponad 1000 osób, będzie się działo:D

* - pacemaker to osoba wybrana przez organizatorów biegu, której zadaniem jest ukończenie biegu w określonym czasie i poprowadzenie grupy uczestników, która chce ten czas uzyskać. Pacemaker ubiera specjalną koszulkę (z czasem na który biegnie) i ma widoczny z większej odległości balonik z napisanym na nim czasem.

I jeszcze tradycyjnie mapka: