BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

środa, 9 kwietnia 2014

Towarzyska rozmowa z Bestią w ostatni weekend uświadomiła mi, że będzie to chyba najważniejszy start w moim życiu. ABN AMRO Marathon Rotterdam... Ciężar wyniku jaki chcę osiągnąć, postępu jaki wymarzyłem sobie dokonać i fakt, że będzie to mój ostatni maraton sprawiają, że to chyba rzeczywiście najważniejszy bieg ever. Umyśliłem sobie, że jeśli uda się trójaka złamać, to więcej w ulicznym maratonie ścigać się nie będę. Bardziej kręci mnie mapa, góry, teren, ultra, a symboliczny czas poniżej 3h fajnie zamknie ten etap mojego biegania. Nie wykluczam, że maraton uliczny pobiegnę, ale jako zając lub towarzysko, ot dla radości z biegania.

fot. marathonrotterdam.org

I trochę czuję presję, którą sam wytworzyłem. Zrobiłem to, by mieć motywację do treningów i... ten motywator sprawdził się nieźle. Pół roku temu powiedziałem, że chcę zejść poniżej 3h w maratonie i to własnymi, trochę niestandardowymi, metodami. Wielu osobom pomysł ten wydał się szalony i nie do zrealizowania. Szczególnie, że chciałem zrobić to z quasi-planem treningowym mojego własnego autorstwa, który zamiast konkretnych treningów miał tylko bardziej lub mniej ogólne założenia. Czy udało się je zrealizować? Pora wyłożyć karty na stół!


=== === ===
  • będę biegał 3-4 razy w tygodniu (w połączeniu z trzema basenami i dwoma-trzema trenażerami powinno to wystarczyć) – za wyjątkiem kilku tygodni, plan został zrealizowany, nie było też tygodnia bez ani jednego treningu. Dużo mniej od założeń było roweru, raczej raz w tygodniu niż dwa-trzy.
  • będę w szczycie przygotowań robił 70-80 km w tygodniuniestety, brak konkretnej rozpiski treningowej sprawił, że wyszło 60-70 km tygodniowo. Na szczęście nie było miesiąca poniżej 200 km, a w rekordowym tygodniu (w trakcie obozu biegowego w Tatrach) zrobiłem 117 km. Luty i marzec, jako szczyt przygotowań, przyniosły odpowiednio 300 i 242 kilometry, nie jest źle.
  • będę startował w Zimowych Biegach Górskich w Falenicy (kros aktywny)zrealizowane.
  • będę w miarę możliwości dużo biegał po wydmach i lesie w Magdalenceporażka, byłem tam tylko dwa razy.
  • będę co najmniej raz w tygodniu wracał biegiem z pracy (17 km z możliwością wydłużenia)zrealizowane.
  • będę część biegów spokojnych robił z metronomem wybijającym rytm biegu (kadencja 180 kroków/min)zrealizowane.
  • będę regularnie chodził na treningi funkcjonalne, a w domu ćwiczył 4-5 razy w tygodniu po pół godzinyzrealizowane, choć w ostatnich tygodniach z regularnością ćwiczeń było już słabo.
  • dwa lub trzy starty w PMNO na 50 km potraktuję jako weekendowe długie wybiegania, ale w marcu już je odpuszczęzrealizowane.
  • będę chodził po schodach do i z biura (pięć pięter)zrealizowane.
  • w ostatnich sześciu tygodniach przygotowań do długich biegów dodam przyśpieszenie do tempa maratońskiegoprzyśpieszenia zrealizowane, ale najtrudniejszego treningu (15 km spokojnie + 15 km tempem maratońskim) zrobić się nie udało, zabrakło pary i skapitulowałem.
  • jeden dzień w tygodniu będzie bez biegania/pływania/roweruzrealizowane.
  • startem testowym będzie Półmaraton Warszawski, który pobiegnę w 1:241:23:10, pozamiatałem!
=== === ===

Uczciwie przyznam, że swoje założenia treningowe traktowałem z ograniczoną obowiązkowością, dopiero teraz widzę, że trochę zabrakło kilometrażu, a to jednak przede wszystkim tam powinno być napisane „zrealizowane”. W ramach przygotowań zrobiłem tylko dwa „klasyczne” długie wybiegania ponad 30 km. Ale za to był obóz biegowy w Tatrach, gdzie w osiem dni nabiegałem 140 km, no i 50-tki na orientację, z których trzy były praktycznie całe przebiegnięte i to na dość wysokiej intensywności. Mam nadzieję, że to zaprocentuje.

Po stronie plusów muszę też zapisać zdrowie, które nie zawiodło. Jakieś przeziębienia próbowały się do mnie dobierać, ale bez efektu. Za jednym wyjątkiem, gdy rozłożyło mnie na trzy dni, ale szybko udało się wrócić do sił. W urodziny się z kolei skontuzjowałem, ale i tu dopisało szczęście – stosując się do Waszych wskazówek udało mi się w ekspresowym tempie pozbyć urazu. Wprawdzie kostka wciąż pobolewa, ale tylko po bieganiu terenowym, a trasa ABN AMRO Marathon Rotterdam biegnie zdecydowanie po ulicach miasta, więc nie powinno być to problemem.

Do szybkiego maratonu potrzeba mi szybkości, wytrzymałości i siły. Szybkość mam (półmaraton), wytrzymałość też (starty w PMNO), z siłą również nie jest źle (treningi funkcjonalne plus obóz w Tatrach). Jedyne co może trochę martwić, to te braki w kilometrach. Czułbym się pewniej gdyby stało tam czyste „zrealizowane”.

Wczoraj rano zrobiłem ostatni przedmaratoński trening. Właściwie teraz to już trudno nazywać to treningiem, ot trzasnąłem trzy razy po trzy kilometry w docelowym tempie maratońskim. Już nic się nie poprawi, już nic się nie wytrenuje, w ostatnim tygodniu to trzeba na siebie chuchać i dmuchać, oby tylko nic się nie skitrało! A Wy w tym czasie szykujcie siły na dmuchanie w odpowiednią stronę w niedzielę. Niech holenderski wiatr cały czas wieje w plecy! Trzymane kciuki też na pewno wiele pomogą, niech wszystko pójdzie jak na warszawskiej połówce. Po tamtym starcie jestem dobrej myśli, ale wiadomo: maraton to nie dwie połówki. Skurczybyk nie wybacza błędów i niedociągnięć. Potrafi z partyzanta przypierdzielić lewym sierpowym gdy najmniej się tego spodziewasz.

A organizatorzy przygotowali bardzo fajną rzecz: na 37 km i na 500 m przed metą będą wyświetlacze, na których pojawią się wiadomości dla przebiegających zawodników. Wystarczy wejść o tutaj kliku-kliku, wprowadzić mój numer startowy 3930 i... wiecie co robić!:) Za każdą wiadomość bardzo mocno DZIĘKUJĘ!

A w międzyczasie, typując do 10:30 gdy maraton startuje, możecie małe co nieco wygrać, o tutaj: KLIKU-KLIKU.





środa, 2 kwietnia 2014

Nie ma wątpliwości, że największym wynalazkiem w historii ludzkości jest piwo.
Och, koło też jest świetne, ale nie pasuje tak dobrze do pizzy.
Dave Barry, amerykański laureat nagrody Pulitzera

319 uczestników, z czego 309 aktywnych (96-proc. „skuteczność” to ewenement na polu endomondowych rywalizacji!), spalone ponad 3 mln kalorii i wybiegane 39 tys. 968 kilometrów – oto bilans pierwszej edycji spontanicznej zabawy „Biegiem po Piwo”. Taka liczba kilometrów oznacza, że prawie obiegliśmy ziemię! Gdybyśmy 1 marca wyruszyli z Warszawy na północ i przez Biegun Północny polecieli dalej na południe, a potem chcieli wrócić do stolicy od południa, dziś bylibyśmy w okolicach Radomia. A stąd to już rzut beretem... :)

Esencją tej zabawy była nagroda. Piwo, sztuk jeden. Oczywiście butelkowane:) Jedno piwko specjalnie wybrane dla zwycięzcy! Jedni lubią radlery, inni pilsy, lagery, koźlaki czy portery. Stąd też nagroda jest nieokreślona do momentu kontaktu ze zwycięzcą i poznania jego preferencji.

Tajemnicze piwo – nagroda w pierwszej edycji „Biegiem po Piwo”

W pionierskiej edycji „Biegu po Piwo” udział wzięło 319 osób, z których 309 dodało choć jeden trening (przypominam, że liczy się bieganie, bieganie na orientację oraz bieganie na bieżni mechanicznej). Z tych 309 w losowaniu udział wzięło 284 uczestników, którzy nabiegali co najmniej 19,99 km i otrzymali choć jeden los. Przypominam bowiem, że za każde 19,99 km przysługuje jeden los. Łącznie wybiegaliście 1847 losów, a zwycięzcą został...

Przemysław Kasprowicz!

Skontaktowałem się z Przemkiem i okazało się, że smakuje mu Książęce Czerwony Lager. W tempie półmaratońskiej życiówki popędziłem do wypasionego sklepu piwnego i drogą kupna nabyłem dwa wiedeńskie lagery: jeden dla Przemka a drugi dla mnie. W niedzielę Przemek biegnie w Półmaratonie Poznańskim, więc jeśli Poczta Polska spisze się na medal, wieczorem opijemy jego sukces:)

Żeby nie było, że sobie zmyśliłem taką popularność zabawy;)

Jednocześnie zapraszam do kolejnej edycji zabawy. Kwietniowy „Biegiem po Piwo” już został uruchomiony, wystarczy kliknąć o tu: KLIKU-KLIKU. Zasady pozostają niezmienione, bawimy się dalej, nie?:)

=== === ===
Zasady zabawy BIEGIEM PO PIWO:
1) Dołączamy do rywalizacji Biegiem po Piwo na Endomondo.
2) Biegamy, (liczy się bieganie, bieganie na orientację i bieganie na bieżni) i odnotowujemy swoje treningi w serwisie.
4) Po zakończeniu miesiąca następuje podsumowanie i losowanie.
5) Każde 19,99 km to jeden los.
6) Losuję zwycięzcę i kontaktuję się z nim. Uzgadniamy jakie piwo lubi, wybieram dla niego jedno i wysyłam lub przekazuję osobiście jeśli jest taka możliwość.
7) Proste? Proste!:) Dołączacie?
8) Pamiętajcie, że ze względu na nagrody jest to zabawa tylko dla osób, które ukończyły 18 lat.
=== === ===

wtorek, 1 kwietnia 2014

Ostre zęby Agrykoli nawet mnie nie pomiziały, szybko wracam do swojego rytmu, a tempo wędruje poniżej 4:00 min/km. Rozpędzam się. Czuję, że jest lekko z górki i wykorzystuję to z premedytacją. Na ostatnim punkcie żywieniowym biorę łyk wody, a Krasus_trener, patrząc na zegarek, mówi do Krasusa_biegacza: „Chłopaku, dałeś radę! Cel poniżej 1:24 zostanie osiągnięty na pewno, ale teraz pokaż co potrafisz i skop kilka tyłków, które są jeszcze przed Tobą!” Biorę więc kilka szufli węgla i dorzucam je do pieca. Wchodzę na obłędne tempo 3:45 i pokonuję tak 2 km. Tętno skacze ponad trzeci zakres, na twarzy mam zapewne potworny grymas bólu i zmęczenia, ale w duszy gra mi muzyka radości! Zbiegając z mostu przyśpieszam jeszcze bardziej, spotykam pĄ-kibiców i... co robię? Wciskam pedał do dechy! Kilometr wchodzi w 3:38! Przecież to jest tempo szybsze niż życiówka na 5 km, a do mety jeszcze ponad tysiąc metrów. Nie zwalniam. 21. kilometr to kolejne 3:38 i cały czas wyprzedzam. Ramiona w górze, okrzyk radości i przeogromna satysfakcja: POTRAFIĘ! Zatrzymuję stoper i nie wierzę: 1:23:15! Kamera, mikrofon, radość, totalny odjazd. Uściski z finiszującymi ze mną, rąsia-rąsia ze znajomymi. Niektórzy narzekają na 1:19, inni cieszą się ze złamania 1:23, a ja wciąż nie wierzę, że aż o 45 sekund przeskoczyłem wymarzone 1:24...:) Potem okazało się, że finalny wynik to 1:23:10! Godzina-dwadzieściatrzy-i-dziesięćsekund!!!

Ruszamy zgodnie z planem. My, bo na wspólny bieg umówiłem się z kolegą Łukaszem z Obozów Biegowych. Spokojnie, za zającami z balonikami 1:25. Po dwóch kilometrach strata do planowanego średniego tempa 3:59, którym mieliśmy złamać 1:24, wynosi 18 sekund, jest dobrze. Wkrótce wchodzimy na tempo docelowe i na macie oznaczającej 5 km mamy 20:16, 21 sekund za dużo w stosunku do średniej, czyli.. jest dobrze. Na półmaratonie biegam negative splits, czyli druga połowa szybsza od pierwszej. Zbieg do Wisłostrady to okazja do nadrobienia paru sekund, potem długaśna prosta, która o dziwo w ogóle mi się nie dłuży. Tu niestety kończy się my, bo niemal równo z tabliczką 8 km Łukasz odpada. Kilka dni temu dorwało go przeziębienie i od początku nie wyglądał dobrze:( Szkoda, biegnę dalej sam. A biegnie mi się genialnie! Wypatruję ludzi przed sobą, powoli ich doganiam i wyprzedzam. Ta dziewczyna, ten gość, tamten w czarnym, Olgaw czerwonym i w pomarańczowym. Cały czas przesuwam się do przodu!

Wisłostradowy tunel jak zwykle jest niesamowity. Tupot stóp i powoli zbliżający się głos chóru. Chór słychać coraz bardziej, choć jeszcze nie widać. Aż w końcu jest tuż obok, co za czad! Czuję ogromne zmęczenie, ale jednocześnie jestem w biegowym transie, w którym wszystko pasuje idealnie. Ból czy zmęczenie są na akceptowalnym poziomie, a trudności w oddechu są rekompensowane przez fantastycznych kibiców wzdłuż trasy. Przebieg pod Mostem Poniatowskiego to tradycyjnie szpaler kibiców, kocham biegać po Warszawie!

Zaraz za wylotem z tunelu znacznik 10 km. Z uśmiechem na ustach przyjmuję czas 40:00 (10 sek. straty do 1:24). Wiem, że jest dobrze, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to cały czas rozgrzewka. Zjadam planowy żel, przepijam wodą i dzida. Kawałek dalej pĄ-kibice. Fotka, piona, uśmiech, radość, ojaciepieprzę, to jest to, co kocham w bieganiu! Mimo że jestem w trzecim zakresie, na pysku jest ogromny zaciesz:)

Zaciesz po 10 km:)

Odrabiam kolejne sekundy. Tu jedna, tam dwie, a nawet trzy. Odczyty dystansu z Garmina nieco odbiegają od oznaczeń organizatorów, więc przy każdej fladze naciskam lap, by wyrównać kilometry. Przy tej „15 km” do 1:24 tracę 1 sek. Jedną sekundę. Kurde, czy może być tak idealnie realizowana taktyka? Dokładnie tak chciałem to zrobić, radość w duchu.

Swoją drogą, śmieszne te Łazienki. Fundacja tak się chwaliła tym, że przebiegamy przez Łazienki, a... dużą część biegliśmy wzdłuż metalowego niebieskiego płotu, bo chyba jakiś remont się dział. Lekka żenada, ale co tam.

Po 15,5 km planowej rozgrzewki rozpoczyna się prawdziwy wyścig, prawdziwy 9. PZU Półmaraton Warszawski. Wybiegam z Łazienek, skręcam w lewo i widzę ją. Mruczy, ale jestem nieczuły. Warczy, a mi powieka nawet nie drgnie! Ona już wyje, a ja oczy w pulsometr, noga za nogą i jazda, jakby jej nie było. Czuję jej obecność, ale nawet nie spojrzę, nawet jednym gestem nie dam jej poznać, że to ona decyduje o tym, co będzie dalej. Wyprzedzam kilka osób. Wyprzedzam kilkanaście osób! Agrykola szaleje, ale ja jestem skupiony na swoim celu. Nie zwracam uwagi na tempo, pilnuję tylko tętna – byle nie przekroczyło 180 bpm. Dobiegam na górę i... WOW! Na szczycie Agrykoli, w najtrudniejszym punkcie Półmaratonu Warszawskiego, ustawiły się dwie Blog@czki: Emilia i Kasia ze specjalnie przygotowanym transparentem. Ojacie, ileż energii i radości daje widok znajomych twarzy! Mam ochotę je ucałować i uściskać, ale w obawie o obecność ich silniejszych połówek przybijam tylko piątki i lecę dalej;) Pół minuty odpoczynku w tempie 4:00, a potem kosmos. Następuje coś, czego się nie spodziewam, nie oczekuję i nie sądziłem, że jestem do tego zdolny.

Relacja relacją, ale zobaczcie ile pięknych zdjęć mam!
A na fotkach udało mi się złapać tylko część znajomych:)

Ostre zęby Agrykoli nawet mnie nie pomiziały, szybko wracam do swojego rytmu, a tempo wędruje poniżej 4:00 min/km. Rozpędzam się. Czuję, że jest lekko z górki i wykorzystuję to z premedytacją. Na ostatnim punkcie żywieniowym biorę łyk wody, a Krasus_trener, patrząc na zegarek, mówi do Krasusa_biegacza: „Chłopaku, dałeś radę! Cel poniżej 1:24 zostanie osiągnięty na pewno, ale teraz pokaż co potrafisz i skop kilka tyłków, które są jeszcze przed Tobą!” Biorę więc kilka szufel węgla i dorzucam je do pieca. Wchodzę na obłędne tempo 3:45 i pokonuję tak 2 km. Tętno skacze ponad trzeci zakres, na twarzy mam zapewne potworny grymas bólu i zmęczenia, ale w duszy gra mi muzyka radości! Zbiegając z mostu przyśpieszam jeszcze bardziej, spotykam pĄ-kibiców i... co robię? Wciskam pedał do dechy! Kilometr wchodzi w 3:38! Przecież to jest tempo szybsze niż życiówka na 5 km, a do mety jeszcze ponad tysiąc metrów. Nie zwalniam. 21. kilometr to kolejne 3:38 i cały czas wyprzedzam. Ramiona w górze, okrzyk radości i przeogromna satysfakcja: POTRAFIĘ! Zatrzymuję stoper i nie wierzę: 1:23:15! Kamera, mikrofon, radość, totalny odjazd. Uściski z finiszującymi ze mną, rąsia-rąsia ze znajomymi. Niektórzy narzekają na 1:19, inni cieszą się ze złamania 1:23, a ja wciąż nie wierzę, że aż o 45 sekund przeskoczyłem wymarzone 1:24...:) Potem okazało się, że finalny wynik to 1:23:10! Godzina-dwadzieściatrzy-i-dziesięćsekund!!! Wiedziałem, że stać mnie na solidne złamanie 1:24, w śmiałych snach marzyłem o 1:23:30, ale 1:23:10? Ludzie, no naprawdę nie spodziewałem się!

Truchtam z powrotem na trasę, gdzie pĄ-kibice wypatrują kolejnych członków Smashing Pąpkins, po drodze widzę zbierającą się do finiszu pĄ-Marzenkę i kilkoro innych znajomych, a potem spędzam dobre pół godziny na oklaskiwaniu półmaratończyków na 2 km przed metą, atmosfera jest fantastyczna.

A dziś jest poniedziałek wieczór, półmaratońskie emocje cały czas we mnie buzują. Nie umiem opisać, jak fantastyczny bieg to był. Owszem, przydałoby się więcej toalet w okolicy startu najszybszych stref (przydałyby się w ogóle jakiekolwiek, mniej osikalibyśmy wtedy most od dołu:P), było trochę za ciepło dla biegaczy (idealnie dla kibiców!), a ten płot w Łazienkach to śmiechowy był, ale nie ma co ukrywać: 9. PZU Półmaraton Warszawski był kapitalnie zorganizowaną imprezą, a mi udało się dostosować do tego poziomu:)


Wiedziałem, że jestem mocny. Wiedziałem, że stać mnie na bardzo dobry wynik. Treningi pokazały, że mogę biegać poniżej 4:00 min/km, ale średnie tempo 3:56? 3 sek/km to jednak różnica, szczególnie, że jak dla mnie to było za ciepło. W śmiałych snach marzyłem o 1:23:30, ale 1:23:10? Ludzie, no naprawdę nie spodziewałem się. Na 11215 osób, które wystartowały, do mety dotarło 11149, a ja byłem 202. Zmieściłem się w 1,78 proc. całkiem mocno obsadzonego i bardzo dużego biegu. Na dodatek zająłem trzecie miejsce (!!!) w klasyfikacji dziennikarzy! Szkoda tylko, że organizatorzy wycofali się z dekoracji, nagród i innych wyróżnień.

Wszystko zagrało mi IDEALNIE! Miałem świetny plan na trasę (zacząć spokojnie, potem nadrobić do 15 km, zwolnić pod górkę i od szczytu ogień z d...!) i z żelazną precyzją go zrealizowałem. Dobrze jadłem, odpowiednio się ubrałem (zagadką dnia są osoby biegnące w czarnych bluzach z długim rękawem – WTF?!), a noga podawała jak powinna. Czy to, że na końcówce prawie zrobiłem życiówkę na 5 km oznacza, że miałem zapas sił? Nie, pamiętajcie, że było tam głównie z górki, więc można było cisnąć. Tempo pierwszej 15-tki było idealne, nie dałbym rady urwać z niego już nic, bo wtedy bym się zakwasił i byłoby pozamiatane. Nie było żadnego kryzysu, nie było chwili, w której musiałbym zwolnić, cały czas biegłem na granicy (lekko przesuniętej przez próbę ataku kolki na Wisłostradzie, który to siłą woli i mięśni brzucha odparłem) swoich możliwości. Gdybym pierwszą dychę zrobił choćby o 30 sek. szybciej, byłoby ze mną źle.

1:23:10 to efekt dobrze przepracowanej zimy i to nie tylko na treningach biegowych, ale i w domu przy pĄpkach i brzÓszkach oraz na sali przy Myśliwieckiej, gdzie co poniedziałek Aga z Olkiem ordynują nam zestaw ćwiczeń wzmacniających każdy możliwy mięsień, łącznie z tymi, o których istnieniu nie miałem pojęcia;) Aga, Olek, dzięki! No i Tygrysowi kurde dziękuję, bo to on w maju na biwaku powiedział mi: „chłopaku, dasz radę szybko biegać!”, a ja w to uwierzyłem. Potem Aga z Olkiem rozwinęli we mnie te myśli i wyszło jak wyszło.

Bardzo mocna końcówka sprawiła, że poprawiłem większość rekordów życiowych odnotowanych przez Endomondo, aczkolwiek należy przy tym pamiętać, że końcówka była lekko w dół, a Endo nie jest wyznacznikiem wszystkiego, co nie zmienia faktu, że takie rzeczy cieszą. Szczerze przyznam, że nie mogę się doczekać jakiegoś startu na 10 km, bo sprawdziłbym moc w nogach na tym dystansie, na którym ostatnio na maksa pobiegłem na przełomie lipca i sierpnia ubiegłego roku. Ale na razie myślami czas wrócić do najważniejszych zawodów tej wiosny: już za 13 dni ABN AMRO Marathon Rotterdam. 1:23:10 zwiększyło moją pewność siebie i daje realne szanse na osiągnięcie celu 2:59:xx, ale znów muszę mieć dobry dzień i pogoda nie może być zbyt wietrzna i wszystko inne musi zagrać w mojej orkiestrze.

W Półmaratonie Warszawskim wystąpiła kilkunastoosobowa reprezentacja ekipy Smashing Pąpkins. W klasyfikacji drużynowej zajęliśmy świetne 27 miejsce (na chwilę obecną w wynikach widnieje 95 drużyn), ale nie miejsce i nie czasy były najważniejsze. Obejrzyjcie poniższe zdjęcia. Gdyby była klasyfikacja uśmiechów, radości z biegu lub zajebistości ludzi i koszulek, bylibyśmy pierwsi bez dwóch zdań!:) Szkoda, że nie udało się złapać na fotkach wszystkich razem, ale organizacyjnie team dopiero raczkuje i będzie już tylko lepiej! Dzięki dziewczyny i chłopaki, bieganie z Wami to ogromna radość i zaszczyt:)

Wspólna rozgrzewka w Skaryszaku dodała nam pĄ-sił:)




pĄ-radość po 20 kilometrach biegu! 

Wojtas w brzuchu zaliczył jedną z największych imprez biegowych w Polsce.
Czy podobnie jak wujek będzie biegaczem?:)

środa, 26 marca 2014

- Iga! Iga! Tylko Iga!
- Super jest, ale Robert wymiótł.
- O nie moi mili, to Ava wymiotła!
- Halo, halo, ale miały być maksymalnie cztery wersy, a ona napisała pięć!
- Ignorancie Ty! Dziewczyna napisała najprawdziwszy limeryk, a Ty będziesz jej wypominał jedną linijkę różnicy?!

Tak mniej-więcej wyglądały obrady jury, które przy wirtualnym stole zebrało się, by rozwiązać wierszykowy pĄ-kĄkurs. Kurde, sami widzicie, że lekko nie było, ale summa summarum, posiłkowani przez przedstawiciela Zalando.pl Pąpkinsi zdecydowali, że stówkę na zakupy w tym jakże fajnym sklepie dostanie….

AVA, która stworzyła takie oto arcydzieło:

Rzekła do brata dziewoja z Tolkmicka
Wątłość ramion mych jest zaiste epicka
Do Smashing Pąpkins wstąp lepiej drużyny
by pĄpek dwie stówki trzaskać w pół godziny
odparł brat prężąc sześciopak i bicka.

OK, jest lekko nieregulaminowe, ale przecież zasady są po to, by je łamać;) A wierszyk jest absolutnie genialny! Przyznajcie, z ręką na sercu, rozwalający, nie?:) Uważam, że autorka powinna zmienić formę bloga i zacząć pisać o bieganiu wierszem. Ava Avą, ale jak wspomniałem, podobało nam się jeszcze kilka innych wierszyków. Wyróżnienia, za które nagrodą jest publikacja wierszyka na najfajniejszym blogu świata otrzymują:

IGA PRUCIAK
Codziennie, z mocą i determinacją
Gołymi rękami walczy z grawitacją -
PĄpując, brzÓchując, każdy dzień wita
PĄpkowo-BrzÓchowa Elit Elita!

Oraz ROBERT MUSZYŃSKI
Wielka siła w rękach drzemie.
Wielka moc z brzócha bucha.
Tylko Smashing pąpkins
Zrobi z Ciebie ekstra zucha!

Jak zwykle w takich sytuacjach spisaliście się na medal, za udział w obu kĄkursach bardzo wszystkim dziękuję, mieliśmy z wierszyków naprawdę dużo pĄ-śmiechu:)

Nagroda specjalna:)
Pozwólcie, że na chwilę wrócę jeszcze do poprzedniego kĄkursu, w którym typowaliście mój wynik na 5 km. W kĄkursowy dzień pobiegłem przeziębiony, z fatalnym samopoczuciem i wyszło 18:50, za co stówkę dostał już Iroman. Ale tydzień później w pełni zdrowia wyszło 18:19, a dokładnie co do sekundy typował tyle Leszek! Trzeba przyznać, że facet idealnie wyczuł moje możliwości, ale stówek od Zalando już nie mam. Jednak... w tajnym sejfie znalazłem jeszcze jednego brata bliźniaka Pimpusia! Leszku, co Ty na to?:)

1:24, 1:24, 1:24...
Za kilka dni Półmaraton Warszawski. Już czuję przedstartową nerwówkę, już mam zaplanowany strój, żywienie i piwo, jakie wypiję po zakończeniu:) Kurde-blaszka. No nigdy jeszcze na żadnym starcie nie miałem tak wysoko zawieszonej poprzeczki jak teraz w Warszawie i za dwa tygodnie w Rotterdamie. Udało mi się mocno przepracować zimę, kostka prawie nie boli (choć prawie robi różnicę, nie...?) ale 1:24 i 3:00, które chcę połamać to w tej chwili śliska granica moich możliwości. Obserwując zmęczenie i tętno na treningach wnioskuję, że jedno i drugie jest do zrobienia przy stuprocentowo sprzyjających okolicznościach. Łydka jest prężna, udo mocne, a brzuch i klata takie, że dziś fizjoterapeuta, u którego dawno nie byłem, przywitał mnie słowami: „Widzę, że jest forma!”:) Ale zniweczyć ciężko przepracowaną zimę i ambitne plany może wszystko. Pogoda, zły dzień, problemy zdrowotne, upadek itd.

Tak wyglądać będzie pĄ-koszulka, w której zaatakuję warszawską połówkę:)

Już dziś zachęcam więc szanownych czytelników blogaska do wspierania na trasie wszystkich półmaratończyków. I tych szybkich i tych mniej szybkich. A Gdyby ktoś chciał wypatrzyć mnie, to pobiegnę zapewne w pĄ-koszulce, z czerwonym numerem startowym i planuję biec na czas 1:24, co oznacza tempo nieco poniżej 4 min/km. Zatem na przykład na 10 km powinienem być w okolicy godziny 9:40 10:40, a na mecie o 10:24 11:24, bo zakładam, że linię startu przekroczę dość szybko, więc różnica pomiędzy czasem netto i brutto nie będzie duża. Jak mnie go zobaczy to niech drze pyszczka ile tylko się da, każda forma wsparcia mile widziana!:)

Pamiętajcie, że kibicowanie to nie tylko stanie na trasie i czekanie na swojego człowieka. Dajcie jak najwięcej energii każdemu przebiegającemu!

A trasa półmaratonu wyglądać będzie tak:

poniedziałek, 24 marca 2014

Bardzo dobra jakość wykonania i świetny materiał, ale zupełny brak… „seksu” – to w największym skrócie moja opinia o koszulce z długim rękawem Berghaus Relaxed LS ZIP, którą dostałem od sklepu outdoorowego Alpenski.pl. Zapraszam do lektury mojej recenzji.

Pierwsze wrażenie: mieszane uczucia
Koszulka sprawia bardzo dobre wrażenie, ale… trzeba najpierw w ogóle na nią zwrócić uwagę. Stąd właśnie moje pierwsze wrażenie nie jest jednoznaczne. Nie ma efektu ŁAŁ, nie poczułem mrowienia za uszami gdy ją zobaczyłem po raz pierwszy. Tak jak w swojej recenzji napisała Kasia, koszulka nie przyciąga wzroku oglądacza. Na sklepowej półce, czy na stronie internetowej mój wzrok tylko by po niej przemknął. Ale gdy już się ją zauważy i weźmie do ręki, to wrażenie jest świetne. Koszulka została bardzo dobrze wykonana, uwagę zwraca wysokiej jakości materiał, który jest zarówno mocny, jak i delikatny, lekki, elastyczny oraz przyjemny w dotyku.



Materiał: Argentium Eyelet robi różnicę
Koszulka została w 100 proc. zrobiona z poliestru, podobnie jak inne tego rodzaju, a jednak jest to lepszy poliester niż w wielu innych. Według informacji na stronie Alpenski.pl materiał to „Argentium Eyelet”, który został opracowany specjalnie dla Berghausa. To widać (słychać) i czuć. Koszulka jest oddychająca, przewiewna i wygodna. Co ciekawe, materiał ma też ochronę przed promieniowaniem UV, co przydaje się podczas letnich wędrówek po górach. Dodatkowo, włókna pokryto jonami srebra, które zmniejszają wydzielanie nieciekawych zapachów. Aczkolwiek w porównaniu do koszulki z wełny merynosów działa to kiepsko.

Funkcjonalności: bez rewelacji
Jak wspomniałem na wstępie, koszulce Berghaus Relaxed LS ZIP brakuje „seksu”. Jest ona... nijaka, nie ma niczego, co przyciągnęłoby uwagę. Jakiś czas temu kupiłem w Tchibo bluzę, która urzekła mnie żarówiastym kolorem wnętrza kaptura. Wygląda to po prostu kapitalnie i o to właśnie chodzi. Berghaus nie ma ani kaptura, ani kieszonki żadnej (np. na telefon komórkowy lub klucze), ani nawet wydłużanych rękawów z otworem na kciuk. Nie ma też jakichś kolorowych wstawek lub choćby odblaskowych elementów.

Po stronie plusów warto za to zwrócić uwagę na wyższy kołnierzyk – to praktyczne rozwiązanie chroniące gardło zimą przed przemarznięciem. Zaletą jest też filtr UV, ale tego jak on działa nie umiem stwierdzić. O tym, że istnieje wiem tylko z informacji producenta i sklepu.

Niestety jednak, o ile jakość i wykonanie bluzy mają zdecydowanie więcej plusów (właściwie same plusy), to w tym punkcie więcej jest na nie.


W sesji zdjęciowej miała wziąć udział Anja Rubik,
ale chwilowo nie miała czasu, skończyło się więc na moim braciszku;)

Zastosowanie: bardziej góry niż bieganie
Nie do końca wiem, jakie jest z założenia zastosowanie Berghaus Relaxed LS ZIP. Otóż od Alpenski.pl otrzymałem ją jako „koszulkę biegową”, ale moim zdaniem nie jest to pierwsza warstwa, a raczej jedna z zewnętrznych, czyli raczej bluza niż koszulka. I tak też w niej biegałem – zakładając jako druga lub trzecia warstwa.

W mojej ocenie jej parametry i zastosowanie bardziej pasują do korzystania podczas górskich wędrówek niż biegania. Bo na przykład filtr UV dla biegacza będzie bezużyteczny – jak jest słońce, które może zagrozić skórze, to zwykle i tak biegamy już w krótkich rękawkach, a nie bluzach z długim. Ale za to długie górskie wędrówki pasują tutaj jak najbardziej.

Pasuje tu też sam producent, czyli Berghaus – brytyjska firma (choć szkoda, że na metce widnieje napis „Made in China”) specjalizująca się w sprzęcie outdoorowym. Oczywiście nie jest tak, że rzeczy do chodzenia po górach nie nadają się do biegania i odwrotnie, ale moim zdaniem Berghaus Relaxed LS ZIP pazur pokazuje w zastosowaniach trekkingowych, na wiosenno-letni sezon będzie jak znalazł. W górach bowiem brak kieszonki czy innych bajerów jest mniejszym problemem, bo zwykle ma się plecak i takie drobiazgi mają mniejsze znaczenie. Bluza Berghausa jest lekka, a po złożeniu nie zajmuje dużo miejsca.

Podsumowanie
W sklepie Alpenski.pl bluza kosztuje 169 złotych. Jak na markową i bardzo dobrze wykonaną odzież jest to cena adekwatna. Szkoda tylko, że nie dodano jej czegoś przyciągającego wzrok. Trochę kolorów, odblaskowych elementów lub innych tego typu rozwiązań na pewno by się przydało.


sobota, 22 marca 2014

Ubiegłotygodniowy Parkrun pobiegłem nie czując się dobrze. Przeziębienie nie sprzyja bieganiu na maksa, do tego wiało jak diabli i 5 km weszło w 18:50. Ale ja nie lubię niedosytu. Wiele się więc nie zastanawiałem i po tygodniu znów pojawiłem się w sobotę rano w Parku Skaryszewskim. Tym razem wszystko było lepiej. Samopoczucie doskonałe, pogoda idealna, a i nastrój do szybkiego biegania był całkiem-całkiem.

Do startu podszedłem z głową i zrobiłem porządną rozgrzewkę w miłym towarzystwie dwojga Pąpkinsów, z którymi za tydzień biegniemy Półmaraton Warszawski. Do 20 minut truchtu dodałem kilka szybkich przebieżek i wiedziałem, że jest dobrze. Na starcie stawiło się więcej ludzi niż w ubiegłym tygodniu gdy pobiegło tylko 65 osób. Nie brakowało wymiataczy, a wśród nich kilku zawodników z mocnej ekipy Warszawiaky oraz popularny na TwarzoKsiążce Amator Runner - Hubert Kred.

Że takie przecinaki poszły od pierwszych metrów do przodu, to ja rozumiem, ale znów tłum zwariował na pierwszych metrach. Po 200-300 metrach byłem w trzeciej dziesiątce! Tylko że potem wszyscy oni zwolnili, a ja przyśpieszyłem:) I kawałek po kawałku przeskakiwałem do przodu... Tu kolega w koszulce Barcelony (chciałem zagadać o niedzielne El Clásico, ale bieg ponad trzecim zakresem nie sprzyja konwersacji;)), tam gość w pomarańczowym, ktoś w czarnym itd.

Pierwszy kilometr w 3:49, a tętno doszło do 172, czyli zgodnie z planem. Drugi km w 3:50 przy średnim tętnie 173 i nadszedł czas na zwiększenie obrotów. Takie było założenie: po dwóch kilometrach przyśpieszyć. Trzeci wszedł w 3:43 (średnie tętno 179), a czwarty w 3:45 (średnie tętno 182). Moja pozycja poprawiała się co kilkaset metrów, byłem 16, 14, 13, 12 i potem długo 11.

Na ostatnim kilometrze postanowiłem dorzucić do pieca i wg Garmina średnie tempo z tego odcinka to 3:33, a tętno 185 (max 188)! Finiszując wyprzedziłem jeszcze jednego z Warszawiaków i na metę wpadłem na dziesiątej pozycji. Garmin zmierzył znów tylko 4,91 km, mam wrażenie, że cwaniak coś skraca. Ale to dobra wiadomość w zasadzie, bo oznacza, że rzeczywiste tempo jest o kilka sek/km lepsze niż to co mi mierzy zegarek. Wolę przekłamanie w tę stronę:)

A mój Wynik? Tydzień temu w relacji napisałem tak: „Moc w nogach jest i mam pełną świadomość, że przy pełni zdrowia i bez mocnego wiatru jaki wiał w sobotę, co najmniej 20-30 sek. jest jeszcze do urwania.” Jak myślicie, ile dziś urwałem? Tak jest, niemal równe pół minuty!:) Mój pomiar wykazał 18:20, jak będę oficjalne wyniki to uzupełnię, ale różnicy większej niż 1 sek. nie przewiduję. Mój finalny wynik to 18 minut i 19 sekund, co oznacza średnie tempo równe 3:40.

Ciężka praca na roli przez całą zimę przynosi teraz plony:)

Teraz jestem ze swojego wyniku zadowolony i mogę sobie dać póki co z piątkami spokój;) W czwartek podczas treningu zrobiłem życiówkę na 10 km (39:29), teraz poprawiłem się na 5 km i kilka innych dystansów (wg Endomondo), a za tydzień pęknie półmaraton. Nie mogę się doczekać Warsaw Track Cup, bo i 1 km bym chętnie poprawił. Kilka miesięcy ciężkiej pracy przynosi teraz wymierne efekty.

Dziś w Skaryszaku biegło mi się bardzo dobrze i to jest najważniejsze. Już na pierwszym kilometrze złapałem swój rytm i trzymałem dość równe tempo, lekko przyśpieszając na każdym kolejnym etapie biegu. Po raz kolejny udało mi się rozłożyć siły tak, że właściwie wyszedł z tego bieg z narastającą prędkością.

18:20 to oczywiście nie jest jeszcze moje ostatnie słowo. Nie robiłem teraz treningów szybkościowych, koncentrując się na przygotowaniach do półmaratonu i maratonu. Gdybym trochę zmienił treningi to pewnie w ciągu kilku tygodni 18-tka by pękła. Ale priorytety są inne, najważniejszy jest Rotterdam.

Tydzień temu bieg mój był związany z kĄkursem typerskim, ale okoliczności przyrody i zdrowia nie pozwoliły mi rozwinąć skrzydeł. Te całkiem ładnie zadziałały tym razem, a oficjalne wyniki pokażą, czy dobrze wytypował Leszek (18:19) czy Robert (18:20). Panowie, dzięki za wiarę we mnie, macie ode mnie piwo!

Dla zainteresowanych jeszcze całość zrzucona z Garmina do Endomondo:


poniedziałek, 17 marca 2014

Mój jakże elastyczny plan treningowy zmienia się czasem z dnia na dzień. W ostatni weekend miałem sprawdzić zdobytą podczas obozu w górach moc i zrobić wypasioną życiówkę w Falenicy, jednak kontuzja kostki jakiej się nabawiłem podczas jednego z treningów sprawiła, że plan musiałem zmienić, ostre bieganie w trudnym terenie byłoby po prostu zbędnym ryzykiem. Zasiedliśmy więc z trenerem przy butelce niepasteryzowanego i wydumaliśmy, że pora poprawić życiówkę na 5 km, a Parkrun w Skaruszaku (polecam – fajne kameralne bieganie bez opłaty wpisowej) idealnie się ku temu nadaje. Potem luźna dyszka w Falenicy i dzida na rodzinny weekend na Lubelszczyźnie, a długie wybieganie zrobi się w poniedziałek wieczorem. Proste? Proste.

Ale w czwartek wieczorem kilka razy kichnąłem i w piątek z noska kapało już solidnie, chciało mi się spać, a w gardle drapało. Wieczorem wytoczyłem więc najcięższe działa: ogrzewacz do stóp, czosnek i rozgrzewającą herbatę z imbirem, a przyprawiłem to wszystko proszkami z apteki. Poszedłem spać i... nie mogłem zasnąć. Od takiej porcji leków cały czas chciało mi się pić, a jak się pije, to i trzeba do WC biegać, więc drogę sypialnia-WC pokonałem tej nocy kilka razy.

Brutalna terapia przyniosła jednak efekt, bo przeziębienie poszło w diabły, ale skutkiem ubocznym były niewyspanie i lekki „haj” związany pewnie z chemią ze środków, które zjadłem. Już podczas rozgrzewki przed startem wiedziałem, że to nie jest dobry dzień na ściganie się, ale postanowiłem spróbować, bo nie po to w sobotę wstawałem przed 7 rano, żeby zrezygnować na starcie.

A na linii startu trochę niespodziewanie spotkałem kilka znajomych twarzy: był Przemek oraz Bartek i Tomek, którzy regularnie łoją mi tyłek na zawodach na orientację. Chciało mi się ich choć na płaskim obiec...

Po pierwszych 1000 m biegu wiedziałem już, że z mojego planu złamania 18:30 nic nie będzie, a Bartka i Tomka ledwie z przodu widziałem. Zamiast przyśpieszyć, odrobinę więc zwolniłem i starałem się trzymać tempo w okolicy 3:50. Ale i tak wyprzedzałem hurtowo, bo tradycyjnie ludzie na pierwszych kilkuset metrach postradali zmysły i wystrzelili jak z rakiety. Po 200-300 metrach byłem w połowie stawki. Po 1 czy 1,5 km biegłem już na 11 miejscu i tak było przez większość wyścigu.

Cały czas miałem w zasięgu wzroku Bartka i Tomka, ale odległość między nami zaczęła maleć dopiero na ostatnim kilometrze. Rozpoczynając finisz jakieś 500-700 metrów przed metą doszedłem Bartka, ale nie wyraził chęci do przyśpieszenia i poleciałem dalej. Na ostatniej prostej było już naprawdę ciężko, ale udało się wyprzedzić Tomka i jeszcze jednego zawodnika, na metę wpadłem więc ósmy z czasem 18:50.

Najważniejsze jest, by Garmina zatrzymać idealnie na linii mety!;) W tle trójka, którą wyprzedziłem w końcówce /
fot: Biegowy Omnibus - Erudyta wśród biegowych blogów.

Cieszyć się, czy nie? Zważywszy na to, jak czułem się rano oraz na to, co zjadłem w piątek przed snem, sobotni wynik jest świetny. Moc w nogach jest i mam pełną świadomość, że przy pełni zdrowia i bez mocnego wiatru jaki wiał w sobotę, co najmniej 20-30 sek. jest jeszcze do urwania.

Taki czas oznacza, że do rozstrzygnięcia kĄkursu potrzeba było losowania! Iroman stawiał 18:49, a Błażej /Suchą Szosą/ 18:51. Więcej szczęścia miał Iroman i to do niego powędruje bon na 100-złotowe zakupy w Zalando!:) A jeśli ktoś jeszcze ma ochotę na stówkę, to przypominam, że druga jest do wzięcia w kĄkursie poetyckim, wystarczy ułożyć krótką rymowankę związaną ze Smashing Pąpkins i wkleić ją pod kĄkursowym wpisem (kliku-kliku).

tja.... ;)

Prosto z Parkruna pojechałem po Avę, której nowa ksywka to Lokomotywa i trafiliśmy do Falenicy. Miałem pobiec z nią w okolicach 50 minut, co byłoby dla mnie w miarę spokojnym biegiem. Najważniejsze było uważać na kostkę. Ale okazało się, że nie możemy wystartować razem, bo Ava była w grupie średniej, a ja po rezygnacji z szybkiej, trafiłem do ostatniej. Wystartowałem więc dwie minuty później i musiałem koleżankę gonić.

Przycisnąłem na początku i pod koniec pierwszego kółka zobaczyłem charakterystyczną kurtkę. Mogłem więc zwolnić i skupić się na podłożu oraz motywowaniu koleżanki do walki. O ile prowadzenie kogoś na płaskim jest zadaniem w miarę łatwym, bo trzeba równo trzymać tempo, lekko zmieniając je ewentualnie na podbiegach i zbiegach, to w Falenicy są właściwie głównie podbiegi i zbiegi i to strome. Ava świetnie radziła sobie pod górkę, ale nad puszczaniem nóg na zbiegach musi jeszcze popracować, więc trochę zajęło mi wyczucie wspólnego tempa.

Kilka razy noga uślizgnęła mi się lekko na jakiejś nierówności czy korzeniu, ale ani razu nie poczułem bólu, kończyło się na strachu. Kostka szybko wraca do zdrowia i to jest najważniejsze. Moc w nogach też całkiem niezła drzemie, mam poczucie, że zima została całkiem nieźle przepracowana:)

Ren i Paweł trochę niewyraźni, ale mina Wero rekompensuje wszystko;)


czwartek, 13 marca 2014

No więc znów biegam. Przez kilka dni żyłem w naprawdę solidnym stresie, bo mocno obawiałem się o to, czy uda się szybko wrócić do biegania po tym jak mi się kostka wygła Na TwarzoKsiążce dostałem od Was dużo dobrych słów i porad, jak szybko wrócić do zdrowia. No to się do tych porad stosowałem. Kostka była chłodzona i trzymana w górze, była smarowana Voltarenem, na noc była zaś okładana kapustą (choć spanie w worku foliowym, na dodatek z nogą na podwyższeniu nie jest najwygodniejsze). Przede wszystkim jednak ją oszczędzałem, masowałem, głaskałem i zaklinałem, by szybko wracała do zdrowia.

Byłem po milionkroć zdeterminowany by wrócić szybko do biegania i… udało się! Po czterech dniach od urazu wyszedłem na lekkie pobieganie, a dzień później trenowałem już tempo maratońskie. Na razie muszę trzymać się równych nawierzchni, bo nierówności sprawiają mi ból. Najbliższy start w Falenicy niestety więc odpuszczam:( Pojadę odebrać medal i pewnie przebiegnę sobie ją towarzysko. Może jest ktoś chętny na wspólny bieg? Czas nie lepszy niż 48 minut, a chętnie nawet 50 i więcej.

Przygotowania do warszawskiej połówki i rotterdamskiej całki idą całkiem-całkiem, ale przyznam, że miewam niezłe wahania nastroju. Kurde, 1:24 i 3:00 to naprawdę mocne wyniki, postęp jaki sobie wymarzyłem jest kosmiczny i osiągnięcie go będzie ogromnym sukcesem. Biegam tempo półmaratońskie i biegam maratońskie, ale wciąż trudno mi wyobrazić sobie utrzymanie jednego i drugiego przez odpowiednio 21,1 i 42,2 km.

Ale na przykład wczoraj pobiegłem 15 km biegu spokojnego, a potem dorzuciłem do pieca i zrobiłem dychę w maratońskim. Na pierwszym i drugim kilometrze przyśpieszenia kląłem na czym świat stoi i chciałem przerwać trening, ale potem się rozpędziłem i biegło mi się bardzo komfortowo, a tętno ani na chwilę nie wyszło ponad pierwszy zakres (maksymalny odczyt to 164 bpm). I gdyby nie fakt, że śpieszyłem się na mecz (Visca el Barça!), mógłbym bez problemu biec dalej. Jest czad, co nie?:) To naprawdę dobry znak, bo biegi długie z przyśpieszeniem do tempa maratońskiego to jedne z najtrudniejszych treningów w ramach przygotowania do królewskiego dystansu.

A... co jeśli się nie uda? Jeśli nie będę miał 13 kwietnia dobrego dnia i 3:00 nie pęknie? I tak będzie pięknie, bo tygodniowy urlop z NKŚ w Holandii to perspektywa, która niezmiernie mnie cieszy:)


Tak wygląda życiówkowy finisz, czy w Rotterdamie również będzie tak dobrze?

Ale, ale! Ja tu o treningu, o bieganiu, a są dla Was wieści nie mniej ciekawe! Zastanawiacie się pewnie, o co kaman ze stówką (a nawet dwiema stówkami) w tytule postu. Dawno nie było kĄkursu, nie? No to teraz będzie, a nawet będą, bo to dwa, a w każdym do wygrania stówka!:) Sto polskich złociszy! Naturalnie nie dostaniecie ich ode mnie w kopercie, tylko od sponsora w formie voucheru. A sponsorem dwóch marcowych kĄkursów jest….

Fanfary, oklaski, ukłony….
ZALANDO!
Znacie? No pewnie, że znacie.

To jeden z niewielu sklepów internetowych, w których wysyłka jest za darmo, a co więcej, odsyłka (gdybyście w razie kupili np. buty w złym rozmiarze) również. Asortyment Zalando jest tak duży, że samo jego przejrzenie zajęłoby mi pewnie dwa tygodnie, ale szczególnej uwadze polecam ichniejszy sklep biegowy, w którym można znaleźć spory wybór m.in. butów dla biegaczy na każdym poziomie zaawansowania. Ale do rzeczy, do kĄkursów!

KĄkurs 1 – „Stówka dla typera”
Pierwszy kĄkurs będzie typerski – w najbliższą sobotę pobiegnę 5 km podczas warszawskiego Parkrun w Parku Skaryszewskim i zachęcam Was do wytypowania mojego wyniku. Zamierzam pobiec tę piątkę ma maksa i poprawić życiówkę, która obecnie wynosi 19:34. Typujemy w formacie mm:ss w komentarzach pod tym postem. Podpowiedzi? Jejku, nie wiem.... Ostatnio 1000-metrowe interwały VO2max biegałem po 3:41 (z 2-min. przerwą), ale żadnego większego odpoczynku od treningów przed zawodami nie robię, na dodatek ma mocno wiać wiatr i padać deszcz. Nie wiem, czy uda mi się dobre tempo utrzymać na całym dystansie. Raz-dwa-trzy – typujesz Ty! Typować można do soboty 15 marca br. do godziny 9 rano, bo wtedy startuje Parkrun. Osoba, która trafi mój oficjalny wynik lub będzie najbliżej, wygrywa stówkę od Zalando. W przypadku remisu, robimy losowanie.

KĄkurs 2 – „Stówka dla wierszoklety”
Że Smashing Pąpkins to najlepsza drużyna sportowa jaka ever powstała, to wiadomo. No więc kto stworzy najfajniejszą rymowankę na temat SP, pĄpowania, brzÓchowania i pokrewnych (maksimum cztery wersy), wygrywa stówkę. W skład jury wejdą kapitanowie Smashing Pąpkins oraz przedstawiciel Zalando. Wierszyki wstawiamy w komciach pod tym postem, a macie na to równy tydzień od chwili publikacji wpisu.

Swoją drogą, widzieliście to?

Wygląda na to, że akcja poka swoją pĄpkę zatacza coraz szersze kręgi, czekamy też na Twoją relację!

A czy wiecie, że drużyna Smashing Pąpkins wystąpi w Półmaratonie Warszawskim? Zgłoszenie już mam gotowe, na liście jest dziesięć DWANAŚCIE fantastycznych biegaczek i biegaczy, ale jeśli chcesz dołączyć na ostatnią chwilę, to migusiem mailuj na smashing.papkins (małpeczka) gmail.com. Tym, którzy już są zapisani oraz tym, którzy jeszcze się zapiszą, proponuję tydzień przed startem wspólne pobieganie. Co Wy na to? Będą chętni na poznanie się przed startem? Tradycyjnie Las Kabacki, może sobota przed południem? Zrobimy dychę w jakimś wspólnym tempie.

O tym, że to ostatnia szansa na zamówienie koszulki Smashing Pąpkins to wiecie, nie? 39 zł za koszulkę techniczną to niewiele, a gdy doda się do tego lans na dzielni z okazji biegania z takim logo na piersi, to okaże się, że jest to wręcz za darmochę!:)


wtorek, 4 marca 2014

Znacie to uczucie? Ten biegowy flow (że też nikt polskiego odpowiednika nie wymyślił...)? Łapiesz swój rytm, nogi doskonale współgrają z płucami, całe ciało działa w harmonii biegu. Czujesz, że biegniesz ładnie technicznie, że sprawia Ci to największą możliwą przyjemność.

Lecę 3 razy 5 km w tempie maratońskim. Pierwszy kilometr to zawsze dla mnie rozpędzenie, potem łapię rytm. Po 2-3 km jestem w tym momencie, w którym jest idealnie. Myślę sobie o tym Rotterdamie, że właściwie zupełnie nie znam miasta. Nie będzie jak w Warszawie, Poznaniu czy Barcelonie, gdzie wiedziałem czego się spodziewać, wiedziałem co chcę zobaczyć. Rotterdam to dla mnie wielka zagadka, dziś pierwszy raz oglądałem trasę biegu i poza kształtem, nic mi ona nie powiedziała. To też będzie ciekawa przygoda.

Biegnę wzdłuż Wołoskiej, nawet światła mi się układają i nie muszę się zatrzymywać. Ale by zdążyć na zielonym przebiec przez Domaniewską muszę przyśpieszyć. Udało się, lekko zwalniam, spoglądam na Gremlina i widzę odczyt tętna: 157 bpm. Stopińdziesiątsiedem uderzeń serca na minutę po 4 km biegu w tempie 4:17! Tętno na początku pierwszego zakresu – jest świetnie. Czuję się jeszcze lepiej, przebiegam między „białymi kołnierzykami”, które właśnie wychodzą z korpo-zagłębia i pchają się na przystanek tramwajowy. Chciałbym rozpostrzeć ręce i niemal odlecieć. Haj endorfinowy w pełni.

JEBUT!! Krzywo stanąłem na wystającej z chodnika studzience lub innym elemencie miejskiego krajobrazu i skręciłem kostkę. Natychmiast się zatrzymuję, boli jak cholera. Próbuję rozmasować i rozruszać, ale nie pomaga. Odpoczywam kilka minut spacerując w jedną i drugą stronę. Wydaje się, że jest OK, próbuję więc truchtać i łapie mnie taki ból, że łzy pojawiają się w oczach. A może to łzy złości, a nie bólu...?
Memory-fajf-NKŚ i podwózka do domu. Koniec treningu na dziś. Piękny kurka-felek prezent urodzinowy sobie sprawiłem...

Winowajca na 5 minut po zdarzeniu

Okładam nogę lodem i zaklinam kostkę, by nie było to nic poważnego. Boli cały czas, ale spuchło tylko trochę, no i ruszać mogę, ból odczuwam tylko przy chodzeniu. Na pewno więc niczego nie zerwałem ani nie złamałem, a to już coś. Miałem w tej nodze zerwane więzadła kilkanaście lat temu i od tego czasu kostka jest słabsza, stąd często się skręca. O ile skręcenie takie w trakcie spaceru oznacza minutę bólu i potem nie istnieje, to jednak w trakcie dość szybkiego biegu jest nieco inaczej... Ale ja wiem swoje: za dwa dni będę mógł biegać, tak będzie i już!

Coś pecha mi przynoszą te biegowe powroty z pracy. Tydzień temu chciano mnie przejechać (biały fial palio weekend) i jeszcze opieprzono, że to moja wina (przejście dla pieszych, ja w odblaskach i z mrugającą na czerwono opaską na ramieniu), a dziś skręcona kostka. Ale co nas nie zabije to nas wzmocni, nie?

Aha, jak wiecie, za 4 tygodnie biegniemy Półmaraton Warszawski. Będzie to oficjalny debiut teamu Smashing Pąpkins w klasyfikacjach drużynowych. Jeśli ktoś ma ochotę pobiec z nami Pąpkinsami to zapraszam do kontaktu, najlepiej na maila: smashing.papkins (małpka) gmail.com. Proszę o podanie imienia i nazwiska, numeru startowego oraz roku urodzenia.


sobota, 1 marca 2014

Nigdy nie ukrywałem, że lubię piwo. Owszem, odkąd świadomie uprawiam sport, to zwracam większą uwagę na to co, ile i kiedy jem oraz piję, a skrzynka z browarkami nie opróżnia się tak szybko jak kiedyś, ale nadal przy fajnej okazji chmielowego napoju sobie nie odmówię. Trochę wkurza mnie takie napinanie i nakręcanie się na ultrazdrowy tryb życia, jakiego w internecie jest coraz więcej. Wypiłeś piwo? Pójdziesz do piekła! Zjadłeś pięć pączków – zniknij, zgiń, przepadnij! Stop! Wszystko jest dla ludzi, byle zachować rozsądek. Nie namawiam do nadmiernego używania alkoholu, ale przy zachowaniu sensownego podejścia, piwo tu czy tam nie jest niczym złym.

Bieganie (czy ogólnie amatorsko uprawiany sport) ma być przede wszystkim przyjemnością i nie powinno wpływać na inne przyjemności jakie czerpiemy z życia. Jeśli ktoś lubi oglądać Dynastię – jego wola. Ja lubię usiąść z piwem i obejrzeć dobry mecz albo pogadać z kumplami. Nie robię tego każdego dnia, ale uważam, że na naszym amatorskim poziomie jedno piwko nawet dzień przed zawodami nie zaszkodzi, a czasem pomoże rozładować stres. Alkohol utrudnia regenerację i nie powinno się go pić po starcie. Ale ja piwo lubię i jest dla mnie nagrodą za dobre zawody:)

Jak już narzekam, to wkurza mnie na FB jeszcze jedno: permanentne nawoływanie do treningu. „Biegałeś?!” „Trening zrobiony?!” – ciekawe, czy istnieje na tym świecie ktoś, kto po zobaczeniu takiego wpisu zmienił zdanie. Miał tego dnia nie biegać, ale wyszedł na trening. Ktoś, kto słuchałby się tych wszystkich pseudo-social-ninja prowadzących biegowe fanpejdże przetrenowałby się przed zakończeniem pierwszego etapu przygotowań.

Ale do rzeczy. O co chodzi z tym piwem? Ano o to, że będziemy biegać i będzie można dostać piwo!:) I to nie zwykłe koncernowe piwo, jakich w każdym markecie pełno. Będzie to za każdym razem inne piwo, zawsze dopasowane do odbiorcy i będę się starał wybierać takie piwa, których raczej nie znacie. A jeśli ktoś bardzo nie lubi żadnego piwa, nawet radlerów, to dostanie coś innego, a co tam, dogadamy się.


A jak to, co to i za co? Wielu z Was pamięta zapewne formułę Endo-rywalizacji podczas Wielkiego Wyścigu dla Bartka. Sprawdziła się, więc wykorzystam ją po raz kolejny.

=== === === 

Zasady zabawy BIEGIEM PO PIWO:

1) Dołączamy do rywalizacji Biegiem po Piwo na Endomondo.

2) Biegamy, (liczy się bieganie, bieganie na orientację i bieganie na bieżni) i odnotowujemy swoje treningi w Endomondo.

4) Po zakończeniu miesiąca następuje podsumowanie i losowanie. 

5) Każde 19,99 km to jeden los.

6) Kontaktuję się z wylosowaną osobą i uzgadniamy formę przekazania nagrody (dla bywających w stolicy odbiór osobisty!), a od 1 dnia kolejnego miesiąca rusza kolejna edycja.

7) Proste? Proste!:) Dołączacie?

8) Pamiętajcie, że ze względu na nagrody jest to zabawa tylko dla osób, które ukończyły 18 lat.

=== === ===

A swoją drogą, jest 1 marca, co oznacza, że za kilka dni skończę 33 lata. Z tej okazji zamierzam przebiec dziś w Lesie Kabackim 33,33 km. To już ponad półtora losu! W ramach życzeń przez cały weekend przyjmuję na Endomondo ładne biegi z trójką przez cały weekend!:)

A poza tym, to przypominam, że zanim złożycie PIT za 2013, to warto przekazać komuś 1 procent swojego podatku. To nic nie kosztuje!