BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Jakże genialnym krokiem homo sapiens było pierwsze przytroczenie źródła światła do głowy wie każdy, kto choć raz po ciemku rozbijał namiot albo... biegał po lesie czy bawił się w rajdy na orientację. Dotąd do chodzenia po górach czy na rajdach na orientację korzystałem z czołówki Petzl Tikka Plus. Sprawdzona marka gwarantowała wysoką jakość, a wielofunkcyjność sprawiała, że wobec latarki tej nie miałem żadnych zarzutów. No, może poza ceną – nawet najniższa internetowa cena (109 zł plus koszty wysyłki) dla wielu może być przeszkodą.

Chętnie zdecydowałem się więc na propozycję przetestowania tańszej alternatywy do Petzla. Outdoor Pro Luxeon Rebel Led firmy MacTronic (naprawdę nazwa nie mogła być mniej skomplikowana?) pierwszego wrażenia nie robi najlepszego, mi wydała się... po prostu brzydka. Ale latarka ma świecić, a nie wyglądać;) Jeden paluszek AAA (Petzl wymaga trzech) i już działa. I tu zwrot wrażenia o 180 stopni! Snop światła tworzony dzięki skupiającej soczewce nałożonej na diodę Luxeon Rebel ma zaskakująco dobry zasięg. Producent podaje, że ma on moc 80 lumenów, podczas gdy Tikka Plus „zaledwie” 50 lumenów. Organoleptyczne porównanie z Petzlem przeprowadzone w Tatrach potwierdziło pierwszą opinię: dioda Luxeon Rebel świeci kapitalnie, zasięg strumienia światła jest dużo większy od tego wytwarzanego przez Petzla.


Latarce nie brakuje także funkcji dodatkowych: skupiającą soczewkę można jednym ruchem ręki zamienić na rozpraszającą i już światło ma mniejszy zasięg, ale za to szerszy strumień. Latarka może też świecić na czerwono albo światłem dwóch słabszych diod, które oczywiście pozwolą zaoszczędzić nieco baterii. Jest to funkcjonalność porównywalna z Tikką Plus, produktowi firmy MacTronic brakuje jedynie światła pulsacyjnego.

Jeśli chodzi o wygodę to nie odczułem różnicy. Obie opaski dobrze przylegają do głowy i nie ma kłopotu ze zsuwaniem się latarki, czy innymi niekontrolowanymi ruchami, także podczas biegania. W obu przypadkach wygodnie można też regulować kąt nachylenia strumienia światła. Tikka Plus jest nieco cięższa, a to ze względu na to, że działa na trzy baterie AAA, a nie na jedną. Różnica w wadze jest jednak mało odczuwalna. Obie latarki są wodoodporne, zwykły deszcz czy wpadnięcie pod kran nic im złego nie robią, sprawdziłem.

Parametry techniczne (za producentami):
Outdoor Pro Luxeon Rebel Led – Petzl Tikka Plus
jasność: 80 lumenów – 50 lumenów;
czas pracy na bateriach: 10h – 140h;
waga z bateriami: 83 g – 72 g;
cena: od 77 zł – od 109 zł (za ceneo.pl).

Jeden z kluczowych parametrów, czas pracy na bateriach, wygląda w obu latarkach skrajnie różnie. Moim zdaniem to kwestia tego, że Petzl podaje czas pracy w trybie ekonomicznym, a MacTronic, na silnej diodzie Luxeon Rebel. Niestety, nie mam możliwości sprawdzenia tego faktu jeśli chodzi o MacTronica.

Podsumowując: Outdoor Pro Luxeon Rebel Led jest bardzo ciekawą alternatywą dla renomowanych latarek do biegania czy w góry. Ze względu na to, że działa na jedną baterię warto pamiętać, by drugą mieć w pogotowiu, bo np. przy zimowym nocnym PMNO jedno ogniwo raczej nie wystarczy. Trudno ocenić jej wytrzymałość i awaryjność po raptem kilkudniowym użytkowaniu, to pytanie pozostawiam niestety na razie bez odpowiedzi. Ale jeśli ktoś z Was ma jakieś nietypowe doświadczenia z czołówkami, zapraszam do dyskusji.

wtorek, 24 kwietnia 2012


Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem
Wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem







Na pewno znacie ten fantastyczny hicior disco-polo z czasów, gdy ten rodzaj plumkania określano jeszcze per muzyka chodnikowa. Skąd wziął się on w relacji z pieszego maratonu na orientację? Czytajcie dalej:)

Stało się. W moich zabawach w rajdy na orientację woda przestała być przeszkodą nie do pokonania. Podczas ERnO Harpagan-43 niesuchą stopą pokonałem dwa cieki wodne: najpierw strumyk głęboki do połowy łydek, a potem kanał w którym zmoczyłem się ponad pas w lodowatej wodzie. Z tym drugim przejściem przygodę miało wielu uczestników, bo mapa sugerowała w tym miejscu mostek;) Ale po kolei.


Harpagan zaczął się od wielkiego ŁAAAŁ! Ponad tysiąc osób, ogromne przedsięwzięcie logistyczne i fantastyczna atmosfera. Niestety, nie do końca ogarnąłem się od momentu otrzymania mapy do startu i układanie mapy w mapniku oraz ostateczne zapinanie plecaka przeprowadzałem w biegu. Już pierwsze kilometry dały wyraźnie odczuć, że uczestnictwo w PMNO w zaledwie sześć dni po drugim w życiu maratonie nie było najlepszym pomysłem. Dość mocno czułem ścięgna i mięśnie, życie utrudniało jeszcze bolące gardło. Do 1 PK udało się jednak utrzymać kontakt wzrokowy z czołówką. Tak się to poukładało, że od początku napierałem w towarzystwie Jędrka Giełdy z drużyny PTSD. Pomiędzy PK1 i PK2 zaliczyliśmy nawigacyjną wtopę i nadłożyliśmy 20 minut i z 17/18 pozycji na PK1 spadliśmy na 28/29 na PK2. Na dodatek strata do liderów wzrosła z 3 do 20 minut.

Kolejny błąd to zbyt pochopne ubranie przeciwdeszczówki. Bardziej zmoczył mnie pot niż zmókłbym od tego deszczu. Po kilkunastu minutach męczenia się, kurtka wylądowała w plecaku. Z Jędrkiem napieraliśmy przez 21,1 km. Po symbolicznym półmaratonie (kilka km przed PK4) rozdzieliliśmy się, bo bolące kolano nie pozwoliło mu dalej biec i musiał przejść do marszu.

Z kolei moim największym rywalem był ból z boku lewego kolana, który storpedowałem paracetamolem – pomogło i dalej cisnąłem już sam, powoli nadrabiając stratę z PK2. Na PK 3-6 melduję się na 26/27 miejscu. Przygodą było dotarcie do PK6 umiejscowionego w okolicy Kręgów Kamiennych (może się słabo rozglądałem, ale kręgów ani wyróżniających się kamieni to ja nie zauważyłem). Wybrałem tam wariant długą prostą przez las, która po przekroczeniu Kanału Wdy miała mnie wyprowadzić do wsi Miedzno. Po dobiegnięciu do kanału niespodzianka – mostu brak! Biegnę 100 metrów w prawo i w lewo, ale nie widać innej przeprawy. Dno wygląda na muliste i wydaje się być około metra pod powierzchnią wody. Docierają trzy kolejne osoby, chwilę wahamy się co robić, wreszcie najodważniejszy (na zdj. poniżej) wchodzi do wody i przy akompaniamencie okrzyków wyrażających negatywne nastawienie do jej temperatury, przechodzi na drugą stronę. Ja w obawie przed odciskami i oparzeniami (do mety jeszcze 15-17 km) zdejmuję buty i skarpety i z nimi oraz plecakiem nad głową pokonuję kanał. Rozbieranie i ubieranie się jest okazją do chwili wytchnienia dla nóg.



Po PK6 łączę siły z Robertem Janusem, we dwójkę łatwiej utrzymać tempo. Ale też trudniej o koncentrację przy pracy mapą. W efekcie popełniamy błąd przed PK7 i tylko pomarańczowemu kolorowi namiotu zawdzięczamy znalezienie punktu – nawet w lesie było go widać z daleka. A błąd doskonale widać na tracku z GPS-a – zrobiliśmy pętelkę jak się patrzy. Na ostatnim punkcie kontrolnym jestem na 22. pozycji. Nie mam siły, by utrzymać tempo Roberta, więc zostaję z tyłu, znów sam. Parę km dalej dobija do mnie trójka młodych chłopaków (przedstawiają się jako Artur, Piotrek i Sebek) biegnących setkę: „Rzygamy mapą, możemy się podpiąć?”. Wychodzi z tego ciekawy układ win-win: ja nawiguję, a oni nadają tempo. Sprawdza się to doskonale, ostatnich 7 km pokonujemy w 46 min., czego sam na pewno bym nie dokonał. Szczególnie, że końcowe 2 km biegliśmy w tempie szybszym niż 5:30/min. Łącznie od PK6 do mety miałem szósty czas ze wszystkich uczestników 50-tki!

Meta o godzinie 14:19. Czas 6:49 daje mi 20 miejsce na 213 startujących. Szkoda tych wtop nawigacyjnych (porównanie tracków z GPS wykazało, że 2-3 km spokojnie mogłem zaoszczędzić), bo do 15 miejsca zabrakło tylko 7 minut. Następnym razem będzie jeszcze lepiej! 43 Harpagan był bardzo udany i posiłek na mecie też mi smakował – to odnosząc się do dyskusji na forum. Było pokonywanie rzek, wielkie lasy (wszak były to Bory Tucholskie - zajmujący 3 tys. kilometrów kwadratowych jeden z największych kompleksów leśnych w Polsce!), zabrakło jedynie gór do pokonania, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Jedyne na co warto zwrócić orgom uwagę to jakość mapy. I nie mam tu na myśli aktualności czy dokładności (bo przecież cała w tym zabawa, że były mosty-widma, a sama mapa była wyraźnie sklejona z dwóch różnych), ale po prostu jej wykonanie. Każda kropla wody powodowała znaczne obniżenie jej czytelności, przy odwracaniu w mapniku łatwo też było o rozdarcie. Nie narzekałbym też na trudniejszą nawigację. Wolontariuszy pilnujących sprzętu na punktach kontrolnych i ich namioty było widać z daleka i o szukaniu punktów nie było mowy. Ale mimo to wiele osób porobiło błędy, więc nie było tak źle.

W dużej mierze Harpagana-43 zapamiętam pozytywnie dzięki ludziom. Oprócz wymienionych w relacji, z którymi miałem przyjemność przemierzać trasę, szczególne podziękowania należą się Andrzejowi Skupieniowi z ekipy Znajomi i Przyjaciele Królika, który kabanosem urozmaicił mi śniadanie (ser i wędlina zostały w korpo-lodówce:/) i Klaymanowi za bezinteresowne użyczenie buffa, którego ochrona złagodziła uprzykrzający mi życie ból gardła. Dzięki i do zobaczenia na kolejnych rajdach!

Jeszcze tradycyjnie przebieg z GPS-a:


Stats&hints:
Warunki pogodowe: od 5 stopni rano do ok. 13-15 w południe, rano lekki i umiarkowany deszcz.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32 + skarpety Innov-8 (tak dotąd chwalone przedziurawiły się i lądują w koszu, po zaledwie kilkunastu przebiegach!); legginsy; cienka koszulka techniczna z długim rękawem + koszulka z krótkim rękawem + przez kilka km kurtka do biegania Tchibo; czapka z daszkiem; plecak Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; Garmin FR305. W plecaku nieużyta czołówka Petzl Tikka Plus. Do rozważenia jest rezygnacja z mapnika, a przede wszystkim zakup lżejszego i wygodniejszego kompasu.

Jedzenie/picie: bułka + banan; 2 batony + 2 żele energetyczne + chałwa; 2,2 l napoju w bukłaku + 0,7 l wody w butelce. Na mecie miałem jeszcze ok. 0,5 l wody.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Jeszcze w czwartek i piątek byłem przekonany, że ten wpis będzie miał tytuł „Mądry Polak po szkodzie”. Jak ostatni głupek, na 5 dni przed drugim maratonem w życiu, wybrałem się pograć w piłkę. I świetnie się grało! Gole, asysty i zwycięstwo:) Szkoda tylko, że wieczorem wyszedł klops: okazało się, że lekko naciągnąłem mięsień lewego uda! Na szczęście trzy dni oszczędnego chodzenia i okładania lodem przyniosły efekt i w sobotę wieczorem na przedmaratońskiej rozgrzewce praktycznie nie czułem bólu. Same 42195 m też przebiegłem bez żadnych urazów, ani nawet odcisków czy otarć:) Trzymany w kieszeni na czarną godzinę przeciwból wrócił do domu.



Ach, co ze mnie za blogista (bo mianem blogera nie śmiem się określać;)), piszę pierdu-pierdu, a Wy pewnie czekacie na konkrety! Dbam o Zdrowie Łódź Maraton ukończyłem z czasem 3:38:13, na prawie 1200 startujących (ukończyło 1011 osób) plasując się na 320 miejscu!:)

Skąd zatem tytuł wpisu? Po sukcesie na Półmaratonie Warszawskim trochę za bardzo uwierzyłem w siebie i porwałem się na wynik 3:30. Do 32 km szło dobrze, ale potem odcięło mi zasilanie (co wyraźnie widać na poniższym wykresie tempa poszczególnych kilometrów) i końcówkę biegłem już dużo wolniej, wykorzystując punkty żywieniowe na chwilowe odpoczynki w marszu. Na półmetku miałem 1:44:15, co wróżyło ogromny sukces. Ale się nie udało. Na końcowych kilometrach każdy metr biegu był drogą przez mękę, próbowałem się podczepiać pod innych ludzi, ale wytrzymywałem ledwie kilkaset metrów. Przyczyną porażki jest mała liczba długich (25 i więcej km) treningów, co zamierzam w najbliższych miesiącach zmienić i w Poznaniu lub Warszawie postawiony cel już zrealizować:) Chyba sobie na lodówce zawieszę karteczkę z napisem „DŁUGIE WYBIEGANIA, GŁUPCZE!”;)



Sam maraton był dobrze zorganizowany, kibiców na trasie nie brakowało (także w zorganizowanych grupach, robiły one dużo hałasu:)), a strefa mety w Atlas Arenie zorganizowana wręcz wzorcowo – ostatnie 100 m biegliśmy po czerwonym dywanie, niesamowite wrażenie! Zarzuty można mieć jedynie do fatalnego przyjmowania depozytów, które szło tak wolno, że musiano przesunąć start o 10 minut. Szkoda też, że nikt nie poinstruował dzieciaków (skądinąd bardzo miłych), że podawanie biegnącej osobie pełnego kubka izotonika jest bardzo złym pomysłem. Trasa była OK, choć kostka na jednej z ulic bardzo nierówna i wystające fragmenty sprawiały stopom ból, współczuję osobom biegnącym w lekkich butach na cienkiej podeszwie.

Gorzkie słowa należą się też za wybór pacemakera* na 3:30. Mimo uwag grupy, biegł on dużo za szybko (połówka w ok. 1:43:30, a na mecie miał 03:26:06!). Zupełnie nie wywiązał się ze swojego zadania. I nie jest to odosobniona opinia. Kuluarowe rozmowy w kolejce do masażu (warto było czekać pół godziny – jakość masażu to kolejny plus łódzkiego maratonu) pokazały, że to samo zastrzeżenie mieli inni biegnący.

Jeszcze raz dziękuję kibicom, szczególnie tym, których znam, Wasza obecność i zagrzewanie do walki znaczą naprawdę wiele:)

Na końcowych kilometrach powtarzałem jedno: „Nigdy więcej maratonu, nigdy więcej maratonu”. No to do treningów i widzimy się w Poznaniu i Warszawie jesienią, howgh! A za tydzień 50 km na orientację - Harpagan, zgłoszonych jest we wszystkich kategoriach łącznie ponad 1000 osób, będzie się działo:D

* - pacemaker to osoba wybrana przez organizatorów biegu, której zadaniem jest ukończenie biegu w określonym czasie i poprowadzenie grupy uczestników, która chce ten czas uzyskać. Pacemaker ubiera specjalną koszulkę (z czasem na który biegnie) i ma widoczny z większej odległości balonik z napisanym na nim czasem.

I jeszcze tradycyjnie mapka:

poniedziałek, 26 marca 2012

Około 3 km przed metą łapie mnie kryzys. Wiejący na Wisłostradzie wiatr mocno utrudnia bieg, sił coraz mniej, mięśnie i ścięgna działające na najwyższych obrotach zaczynają już wyć o linię mety. Tu nie ma już miejsca na równy oddech czy ładny techniczny bieg. Sapię jak parowóz, pluję i smarkam na lewo i prawo, pot zalewa mi twarz. Na szczęście szybka kalkulacja dodaje mi sił: wygląda na to, że dam radę zejść poniżej 1:40! Robię wszystko żeby plecy pacemakera nie oddalały się, a przybliżały. I udaje się! Nie wiem skąd mam siły żeby na ślimaku na most biec szybciej niż inni, ale tak było, wyprzedzam kolejnych kilka osób. Na samym moście doganiam pacemakera, który głośnym krzykiem zagrzewa biegaczy do finiszowania. Z mostu zakręt o 180 stopni w kierunku Stadionu Narodowego - nie był to najlepszy pomysł, bo wielu biegaczy wytraciło tam rytm. Do mety zostało 300 metrów, ale mam do pokonania jeszcze trzy łagodne zakręty, dopiero po ostatnim moim oczom ukazują się zegar i meta. Te ostatnie zakręty to już prawdziwy sprint wśród tłumu kibiców. A każdy z nich wiwatuje nie tylko swoim zawodnikom, ale wszystkim biegaczom, bo każdy z biegnących jest przecież bohaterem tego dnia. Na końcowych metrach wyprzedzam kilkanaście osób, na metę wpadam z rękoma w górze: wygrałem!

Myśląc miesiąc czy dwa miesiące temu o starcie w 7. Półmaratonie Warszawskim celowałem w spokojne złamanie 1:45 i ukończenie go w czasie ok. 1:43. Wprawdzie kalkulator biegowy na Bieganie.pl wskazywał (na podstawie jesiennej życiówki na 10 km 44:51), że mój czas w półmaratonie to 1:39:16, ale kto by tam wierzył kalkulatorom?;) Dobry wynik na Rajdzie Dolnego Sanu tydzień temu i brak jakichkolwiek dolegliwości po nim zmotywowały mnie do zaatakowania czasu 1:40. Uznałem, że jeśli skończą mi się siły pod koniec to najwyżej wyjdzie 1:41-1:42, co i tak będzie sukcesem. Ostatecznie okazało się, że kalkulator wcale taki zły nie jest, bo od wczoraj mój rekord w półmaratonie to 1:39:19! Kto wie, może gdybym nie wypadł z rytmu na zawrotce z mostu w stronę mety, wyszłoby dokładnie co do sekundy?:)

Trasa była fajna i zróżnicowana, a narzekanie na podbieg na Agrykoli uważam za śmieszne. Niektórzy chyba chcieliby biec całe 21 km z górki. Dopisała pogoda i dopisali Warszawiacy, którzy tłumnie wyszli na ulice. Najwięcej energii dodawali nie tylko zauważeni na trasie znajomi kibice (Strzelba, za to kuszenie browarem na Agrykoli to wiesz...!), ale i obcy ludzie bijący brawo biegaczom. No i te fantastyczne zespoły bębniarzy porozstawiane na trasie, orkiestra policyjna na Krakowskim Przedmieściu i rockmani grający pod Mostem Łazienkowskim. Wszystkim Wam i każdemu z osobna należą się ogromne pokłony i podziękowania, jesteście świetni.

Cóż za nagromadzenie pozytywnych emocji, właśnie za to kocham bieganie:)

Dla zainteresowanych track z GPSa: 7. Półmaraton Warszawski, a na wykresie tempo kilometr po kilometrze.


Wrażenia dot. organizacji
Na dzień dobry miłe zaskoczenie. Mimo rekordowej liczby uczestników (7,2 tys.), w strefie startu panował porządek. Nie miałem żadnego problemu z dostaniem się do depozytu, skorzystaniem z toalety, czy trafieniem do swojej strefy startowej i spokojnym ustawieniem się w niej. Miejsce parkingowe na Saskiej Kępie też udało się bez problemu znaleźć. Na starcie stanąłem niedaleko za pacemakerem na 1:40 i spędziłem za nim następne ponad 1,5 godziny. Nie spojrzałem niestety na nr startowy z imieniem, nie jestem więc dziś w stanie napisać nic więcej jak bezimienne „dziękuję Ci, było naprawdę świetnie!”.

Dzięki podziałowi na strefy startowe nawet na wąskim Nowym Świecie nie było tłoku. Także organizacja za linią mety była kapitalna. Zero kolejek do depozytu, masażu czy po jedzenie/picie/medal. Niewpuszczenie do strefy mety kibiców ma oczywiście taki minus, że nie można się z nimi wyściskać zaraz po biegu, ale z drugiej strony dzięki temu był większy porządek. Gratulacje od kibicujących mi po raz pierwszy rodziców zebrałem pół godziny po biegu, po spotkaniu na trybunach stadionu. Co zresztą też było świetnym rozwiązaniem, bo dla wielu była to jedyna okazja by zobaczyć największy obiekt sportowy w naszym kraju od wewnątrz. Mam nadzieję, że korzystanie ze Stadionu Narodowego stanie się w Warszawie biegową tradycją.

Już za 4 tygodnie Łódź Marato Dbam o Zdrowie. Początkowo celowałem w 3:45, ale... przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, prawda?:)

poniedziałek, 19 marca 2012

17. miejsce z czasem 7:59 w Rajdzie Dolnego Sanu to na razie najlepszy dla mnie wynik w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km. Mam nadzieję, że to dobry prognostyk na przyszłość i takie (lepsze!) czasy będę już osiągał regularnie. Przywitanie wiosny uważam za bardzo udane!

Już na początku roku uznałem, że ze względów logistycznych będę brał udział głównie w tych PMNO, które mieszczą się w promieniu 250 km od Warszawy. Rajd Dolnego Sanu się tu kwalifikował, a ciekawe relacje z poprzednich edycji zachęcały do odwiedzenia okolicy Sandomierza. Z Bernardem i Pawłem Choińskim z drużyny PTSD przenocowaliśmy w Sandomierzu (kwatery „Zielone Wzgórze”), gdzie próbowaliśmy skosztować nieco wieczorno-nocnego życia, ale okazało się, że przepiękny rynek nie przyciąga Sandomierzan. Z kilku knajp do których zajrzeliśmy, zapełnienie gośćmi większe niż 20% było tylko w jednej. Jako sportowcy ograniczyliśmy się dwóch Pereł Chmielowych i strzałka do łóżek. Rano pobudka i śmigamy do oddalonych o ok. 10 km Gorzyc. Odprawa przebiega bardzo sprawnie, o 8:30 dostajemy mapy i mamy czas na wybór wariantu pokonywania trasy. Decydujemy się na wariant odwrotny, czyli od PK9 do PK1. Punkty o wyższych numerach wyglądają na łatwiejsze i decyduje argument o potrzebie wejścia w rytm biegu i nawigacji.



O 9:00 start, z bram szkoły nasza trójka wybiega w ścisłej czołówce, ale szybko nadkładamy kilkaset metrów w drodze do PK9 i wyprzedza nas grupka około siedmiu osób. Do PK8 kawałek uderzamy przełajem po jakichś pościnanych krzaczorach. Trudno jest tam biec, średnio się nawet idzie. Ale dostajemy się do drogi i biegniemy prosto na punkt, gdzie hasa niewielka sarna. Spotykanie przyrody to jedna z najfajniejszych rzeczy w PMNO. Potem wpadamy na wał i nim biegniemy kolejnych kilka kilometrów wzdłuż malowniczego San. Bernard jest coraz dalej z przodu, my z Pawłem po raz pierwszy tego dnia wyprzedzamy Pawła Szarlipa, organizatora EInO Skorpion. Mostem przedostajemy się na drugą stronę Sanu i niestety przy punkcie tracimy z Pawłem kilka minut. Na wejściu przeoczyłem dobrze widoczny lampion, Paweł pobiegł za mną i zupełnie bez sensu kręciliśmy się parę minut po krzakach. Na szczęście PK6 i PK5 znajdujemy bez problemu, po drodze, w Zbydniowie, po raz pierwszy tego dnia zatrzymując się na zakup wody (słońce bardzo mocno daje się we znaki). Wg Garmina lokalny sklepik jest metą półmaratonu, robimy go w 2:26:17.

W drodze do PK4 (parę chwil wcześniej rozłączyłem się z Pawłem, który chciał oszczędzać siły na później) spotykam w lesie Irka Kociołka, który robi trasę od drugiej strony. Szybkie pozdrowienie i napieram dalej. Wychodzę z lasu i popełniam kolejny błąd. Zamiast rozejrzeć się dokładnie w terenie, pędzę dookoła pola po drodze nadkładając grubo ponad kilometr. A wystarczyło zlustrować teren – była tam droga prowadząca niemal prosto w stronę punktu. Do czwórki docieram obserwując (po raz kolejny tego dnia) plecy Pawła Szarlipa.

Przy PK4 zatrzymuję się na posiłek i dogania mnie Paweł Choiński. To co nastąpiło potem stanowi esencję mojej miłości do PMNO. Nie bacząc na mapę zapowiadającą bagna oraz ostrzeżenie jednego ze współuczestników, który postanowił zawrócić i ostrzegł nas, że „tam jest za mokro”, idziemy, w kierunku zupełnie innym niż większość uczestników, która wraca do drogi. Same bagna nie były wielkim problemem, bo rosły na nich kępki czegoś i stąpając po nich można było przejść duchą stopą. Gorzej, że co kawałek trafialiśmy na różne cieki wodne. Mniejsze dało się przeskoczyć, większe musieliśmy pokonywać korzystając z prowizorycznych mostków w postaci jednego lub dwóch drzew.



Dwumetrowej szerokości (i ponad metrowej głębokości) rzeczkę przeszliśmy po chybocącej się brzózce, podpierając się wbitym w dno kijem (potem okaże się, że dokładnie tym samym kijem – jakiś taki czerwony był – podpierał się jeszcze inny uczestnik). Emocji było sporo, zabieraliśmy się do tego przejścia jak „pies do jeża”, ale udało się nie wpaść do wody i popędzić dalej, a zmoczone lekko buty szybko wyschły od biegu. Kolejne dwa kilometry nadłożyliśmy odwiedzając Grębów, gdzie po raz kolejny uzupełniliśmy zapas wody w spożywczaku. Następnym razem skorzystam chyba z patentu Irka Kociołka i Pawła Pakuły, którzy zawinęli po prostu do mijanego gospodarstwa i tam poprosili o wodę – wychodzi dużo szybciej niż szukanie we wsi sklepu:)

Zamieszczony na słupie energetycznym PK3 znaleźliśmy bez problemu i wtedy nastąpiło kolejne tego dnia (ostatnie już) rozdzielenie z reprezentantem PTSD. Licząc na zmieszczenie się w 8 godzinach postanowiłem pobiec do mety, na co Paweł nie miał sił. Betonowa droga prowadzi mnie do wału, po nim docieram do PK2 i pędzę dalej, w kierunku PK1. Po drodze po raz kolejny wyprzedzam Pawła Szarlipa (on mnie nie wyprzedzał ani razu, co znaczy, że dużo lepiej nawigował, szacuneczek!), bez problemu wpadam na punkt i... popełniam kolejny błąd. Zamiast przyciąć wzdłuż lasku, postanawiam obiec dookoła duktami i niepotrzebnie nadkładam pół kilometra. Irytuje mnie to i postanawiam bardziej skupić się na mapie. Już bez przygód biegnę do Orlisk i wałem do Gorzyc w kierunku bazy. Emocji co nie miara, bo chcąc zmieścić się w 8h muszę cały czas co najmniej truchtać. Do Gorzyc wpadam sprintem, na zegarku organizatorów godzina 16:59 – udało się! Czas 7:59 (17. miejsce w klasyfikacji mężczyzn na 67, którzy wystartowali i 64, którzy ukończyli) to nowa życiówka w PMNO na 50 km. Garmin pokazuje, że zrobiłem 58,6 km. Część to na pewno błąd pomiaru, ale sporo nadłożyłem, czego dowodem choćby kilkakrotne wyprzedzanie Pawła Szarlipa.



Ogromna radość, satysfakcja i wreszcie chwila odpoczynku. Na mecie spotykam Benka (kapitalny czas 7:28 i 12. pozycja, a byłoby dużo lepiej gdyby nie ból kolana w końcowej części) i Irka, który z wrodzoną skromnością stwierdza, że jest w szoku, że zajął drugie miejsce;) W bazie jest cała czołówka Pucharu Polski, m.in. najwięksi wymiatacze PMNO: Michał Jędroszkowiak (wygrał setkę z czasem 11:50), Maciej Więcek (drugie miejsce w setce z czasem 12:31) i trzeci dziś, a drugi na Skorpionie miesiąc temu Paweł Pakuła. Szkoda tylko, że nie udało się osobiście poznać „sąsiadki” ze wsi obok, czyli Tofalarii, która ukończyła rajd kilka minut po tym jak wyjechaliśmy z bazy. Następnym razem! Nie zdołaliśmy też odnaleźć głównego organizatora, czyli Huberta i podziękować mu za świetną imprezę. Hubercie, dziękujemy!

Pięćdziesiątkę wygrał Rafał Klecha z czasem 5:42. 40 min. po mnie do mety dociera Paweł Choiński, który również robi życiówkę (8:39). Szybki (i tradycyjnie zimny) prysznic, wzmacniający posiłek (strogonof był pyszny!) i zbieramy się do domu. Na sofie z piwem zdążyłem zasiąść akurat na końcówkę meczu Sevilla-Barcelona:)

RDS zapisuję jako bardzo udaną imprezę. Najważniejsze, że (mimo słońca) udało się biec przez większość czasu. Najszybsze 10 km to 1:00:31, a mając już w nogach maraton, końcowe 16,6 km, od PK3 do mety (włączając w to zaliczenie dwóch punktów karnych i odwiedzenie leśnej toalety;)) zrobiłem w 1:54 – tempo 6:52/km. Z tego jestem zadowolony najbardziej, bo daje szansę, że wkrótce będę w stanie utrzymać średnie tempo około 7 min/km przez cały rajd, co pozwoliłoby mi osiągnąć wynik w okolicach 6h 30min. Nawigacja nie była trudna, a brak punktów stowarzyszonych i łatwe umiejscowienie lampionów (poza głupią wpadką na PK7 nie miałem z nimi żadnego problemu) sprawiły, że można było skupić się na bieganiu. Życie utrudniały jedynie wszędobylskie cieki, kilka bagienek i mapa sprzed prawie 40 lat. W wielu miejscach w tym czasie pojawił się lasek lub droga i dzięki temu było ciekawiej. RDS był imprezą całkowicie inną od ekstremalnego Skorpiona, ale równie fajną (w Gorzycach zabrakło jedynie kompotu na mecie, którego w Batorzu było pod dostatkiem).

Opisywany jakiś czas temu nowy plecak z bukłakiem do biegania spisał się świetnie, większy tekst o jego wadach i zaletach napiszę za parę (może nawet -naście...) dni.

Pozostałe (niepodlinkowane w tekście) relacje z rajdu:
Sabina Giełzak;
Krzysztof Drożdżyński;
Tomek Koguciuk;
- Wojtek Wanat.

Stats&hints:
Warunki pogodowe: od 5 stopni rano do 15 w południe, słonecznie, śniegu praktycznie brak, poza bagnami dość sucho.

Sprzęt i ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32 + skarpety Innov-8 (niedawny zakup – świetne są!); legginsy; dwie koszulki techniczne z długim rękawem (grubsza powędrowała do plecaka po 2 godz.); czapka z daszkiem; plecak Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; Garmin FR305. W plecaku nieużyta czołówka Petzl Tikka Plus.

Jedzenie: 2 kanapki + 3 kabanosy; 3 batony + dwa żele energetyczne + cukierki energetyczne + Kopiko; 2 l napoju w bukłaku + 0,7 l izotonika w bidonie. Ostały się kabanosy, zabrakło wody (1-1,5 litra).

Link to tracka w Endomondo: Rajd Dolnego Sanu 2012
(niestety, od kilku dni E. działa raz lepiej raz gorzej i czasami pokazuje mało dokładne mapy, mam nadzieję, że szybko usuną te problemy)

wtorek, 13 marca 2012

Dziś będzie krótko, ale konkretnie.

Jako że moje stare Asicsy dopełniają już żywota, zostałem zmuszony do szybkiego zakupu nowych butów do biegania. Był pośpiech, bo za tydzień 7. Półmaraton Warszawski (numer startowy 2209 – dopingujcie!), stare buty sprawiają moim stopom coraz większy dyskomfort, a nowe trzeba trochę rozbiegać. Wstępny research i kilka prób biegu po sklepie pozostawił na placu boju dwa modele: Brooks Pure Cadence i Nike Zoom Structure+ 15. To buty bardzo różne, jedyną łączącą je cechą jest przeznaczenie: dla pronatorów. Brooksy są bardziej miękkie, klasyfikowane wręcz jako buty do biegania naturalnego. Nike zaś są sztywniejsze, mają większą amortyzację i są cięższe. Ostatecznie zdecydowałem się na Brooksy, przeważyła waga (70 g mniej na sztuce), wygoda oraz chęć skierowania się trochę ku naturalnemu bieganiu. Buty całkowicie naturalne już mam (Adidas ClimaCool Ride), Brooksy mają amortyzację i podparcie dla pronatorów, spośród innych butów, które miałem na nogach wyróżnia je ciekawa podeszwa, która jest tak jakby... mięsista. Pierwsza próba butów jutro rano, większy test napiszę w kwietniu, jak już trochę w nich pobiegam, czekajcie cierpliwie.



Drugi zakup to plecak do biegania w PMNO i po górach. Praktycznie byłem zdecydowany na decathlonowy QuechuaDiosaz 10 Raid, ale na miejscu okazało się, że pojawił się nowy model. Quechua Trail 10 Team. Nieskończone przymiarki zajęły mi grubo ponad pół godziny, wygrała ta druga opcja. Zdecydowały mniejsza waga (pecak netto bez bukłaka waży tylko 320 gramów, o 230 mniej od Diosaza), większa odblaskowość, poręczniejsze kieszenie na pasie biodrowym oraz dodatkowe uchwyty na bidony na zewnątrz plecaka. Wielu uczestników PMNO twierdzi, że 2-litrowy bukłak wystarcza na 50-tkę w zupełności, ale mi nie. I nic na to nie poradzę, więc ta ostatnia cecha była bardzo ważna. Plecak przetestuję już w najbliższą sobotę na Rajdzie Dolnego Sanu i mam zamiar za kilkanaście dni zamieścić tu dłuższy opis jego funkcjonalności i komfortu biegania w nim.



A tymczasem zapraszam na trasę Półmaratonu Warszawskiego, to już za niecałe dwa tygodnie. Kto biegnie temu życzę życiówki, a kto nie – niech dopinguje innych, to naprawdę ważne! Z orienteeringowcami czytającym blogaska widzimy się w weekend na trasie RDS-u, do zo!:)

PS Sto lat Michasiu! Wymieć tam w Suszu, niech im kopary poopadają z wrażenia;)

środa, 29 lutego 2012

Jak się ma niewielu czytelników, to trzeba o nich dbać. Pod jednym z poprzednich wpisów Ynka zapytała o strój biegowy dla początkujących oraz o słuchawki. Odpowiedzi na te pytania nie są proste, bo ilu biegaczy tyle poglądów i nawyków, podzielę się tutaj swoimi w nadziei, że pozostali czytelnicy dołożą w komciach kilka cegiełek, który pozwoli Ci znaleźć optymalne rozwiązanie.

Strój do biegania
Absolutną podstawą są wg mnie buty, tu nie warto skąpić grosza. Źle dobrane obuwie może prowadzić do problemów nie tylko ze stopami, ale i kolanami, a nawet kręgosłupem. Jeśli ktoś zamierza biegać więcej niż 20 minut raz w tygodniu to powinien zaopatrzyć się w dobre buty dopasowane do stopy. Ich kupowanie porównałbym do kupowania telewizora. Można iść do elektromarketu i kupić TV, ale prawdopodobieństwo fachowej obsługi jest niewielkie i jeśli nie posiadamy wiedzy, nie przeprowadzimy we własnym zakresie odpowiedniego researchu, istnieje ryzyko zakupu, który nie spełni naszych oczekiwań. Podobnie z butami do biegania – w mojej ocenie warto zapłacić za nie więcej, ale uzyskać za to fachową pomoc w wyborze. W kilku punktach w Warszawie mają sprzęt do przeprowadzenia analizy video sposobu biegu. Dzięki niej sprzedawcy są w stanie podpowiedzieć odpowiednie buty. Jeśli cena będzie zbyt kosmiczna to można zapłacić za analizę (np. 30 zł), a buty kupić we własnym zakresie w innym miejscu.

A wszystko poza butami kupuję w D-P-T, czyli Decathlon – promocje w markowych sklepach – Tchibo. Koszulka techniczna (warto kilka takich mieć, sprawdzają się o niebo lepiej od bawełnianych, nie tylko do biegania, ale i na rower czy w góry) za 40 zł naprawdę nie będzie wiele gorsza od tej za 100 zł. Dobrym sposobem na nabycie markowych koszulek jest zapisywanie się na Biegnij Warszawo. To chyba największa impreza biegowa w kraju, wpisowe wynosiło w 2011 r. 60 zł, a w pakiecie startowym dostajemy bardzo dobrej jakości koszulkę Nike. Jak ktoś nie chce to biec nie musi, ale koszulka jest;)

Podobnie jak z koszulką jest ze spodniami do biegania, skarpetkami, czy kurtką przeciwwiatrową (oj przydaje się!). Standardowa cena markowych kilkakrotnie przewyższa te w Decathlonie (sprawdzałem marki Kalenji i Quechua i są OK) czy w Tchibo, gdzie co jakiś czas na półki trafia sprzęt do biegania (ostatni bardzo udany zakup to wiatroszczelna kurtka do biegania za 129 zł).

Oczywiście nie strój czyni biegacza i biegać można we wszystkim. To co napisałem powyżej to po prostu moje własne doświadczenia (podobne mają moi dwaj biegający koledzy z pracy). Jeśli zaś chodzi o to, jak ciepło się ubierać to trzeba po prostu wyczuć swój organizm, bo każdy ma inaczej. Ogólna zasada jest taka: przy wyjściu z domu powinno nam być chłodno, bo biegnąc się rozgrzewamy, więc po kilku minutach osiągniemy temperaturę komfortową, a po kilkunastu zapewne się spocimy. No i im ubranie lżejsze tym lepiej, przydaje się też oddychalność, która znacznie podnosi komfort użytkowania. Druga zasada mówi o ubieraniu się „na cebulę”, czyli lepiej więcej cieńszych warstw niż mniej grubszych. W zimniejsze dni przydają się czapka i rękawiczki, ale to też zależy od własnych preferencji.

Bieganie i muzyka
Muzyka odgrywa w moim życiu ogromną rolę, nie rozstaję się z nią także biegając. Biegam ze starym iPodem Shuffle, którego zaletami są klips do przyczepienia do czegokolwiek, mały rozmiar i wygodne sterowanie (klawisze na „klik”, a nie dotykowe). Biegam z oryginalnymi słuchawkami od niego (zwykłe douszne), które jednak „stuningowałem” o gąbkowe nakładki, dzięki którym lepiej leżą w uchu. Zawiodły mnie tylko jeden raz, na maratonie, po ponad 3 godz. biegu jedna padła (chyba została zalana potem, bo po wyschnięciu działa dobrze). Jeden z moich w/w kolegów używa słuchawek dokanałowych (dobrze mu leżą w uchu), a drugi… „Nie używam. Wsłuchuję się w swoją własną, wewnętrzną muzykę –szum krwi w uszach, rytm bicia serca i oddech;)”. Masz więc trzech biegaczy i trzy rozwiązania;) Najlepiej po prostu sprawdzić kilka opcji. Czasami decyduje o tym np. kształt małżowiny usznej, który uniemożliwia wykorzystywanie niektórych rodzajów dousznych słuchawek. Z dyskusji na forach wynika, że ludzie biegają nawet w większych słuchawkach z pałąkiem (np. moich ukochanych Koss Porta Pro), mi takie rozwiązanie nie odpowiada.

Wiele aspektów biegania trzeba wypracować we własnym zakresie, poeksperymentować i znaleźć swoje rozwiązanie. Doświadczenia innych mogą być tylko wskazówką. Tak samo jest np. z zabieraniem na trening picia czy jedzenia. Nie wyobrażam sobie biegania „na sucho” dłużej niż 1,5 godz., tymczasem kilka dni temu kolega MS zrobił na luzaku ponad 33 km bez łyka wody czy kęsa batona. Na dodatek zrobił to w tempie, w którym ja marzę przebiec półmaraton;)

A inni czytający blogaska biegacze, jakie mają doświadczenia i poglądy?

sobota, 25 lutego 2012

Osiem miejscowości i cztery gminy - mieszkanie poza miastem ma taką zaletę, że niewielkim nakładem sił można sporo świata odwiedzić, a dziś pobiłem pod tym względem swój rekord!:) Mysiadło, Warszawa, Kierszek, Konstancin-Jeziorna, Józefosław, Julianów, Piaseczno i Nowa Iwiczna. To prawie jak życie w Bazylei, gdzie jedna niezbyt długa wyprawa rowerowa pozwala odwiedzić trzy kraje, to dopiero byłoby coś! Acz wierzę, że rekord wkrótce pobiję, bo w niewielkiej odległości do zaliczenia są jeszcze m.in. Chyliczki, Stara Iwiczna, Lesznowola, Nowa Wola, Zgorzała i inne.

Nie wiem jak Was koleżanki i kolegi biegacze, ale mnie w bieganiu cieszą małe rzeczy towarzyszące mu. Jak np. właśnie to, że przez ponad 2 godz. dzisiejszego treningu odwiedziłem tyle miejscowości i gmin, czy że udało mi się przesłuchać prawie pół książki i nawet słuchałem ze zrozumieniem.



Małe radości i małe cele - to czyni bieganie ciekawym. Nawet biegnąc maraton cały czas myślałem - byle do tego zakrętu, byle dogonić jeszcze tę osobę, byle jeszcze ten kilometr utrzymać tempo. I tak do samej mety. Da się. Realizując małe cele cegiełka po cegiełce budujemy realizację tego wielkiego. Bo przecież trudno po 10 km myśleć „ufff, jeszcze tylko 32 km”. To na pewno nie motywowałoby do dalszego przebierania nogami.

Ach, i jeszcze jedno, satysfakcja! Robienie dłuższego treningu (prawie 22 km to dla mnie sporo) w pogodę, w którą normalnemu człowiekowi nie chce się wyściubić nosa z domu (co za wiatr!), daje naprawdę sporo radości:)

PS, Wybaczcie mi tę nadtwórczość blogową, na razie (zapał początkującego;)) chce mi się pisać o wszystkim, z czasem pewnie się ogarnę i będą tu już tylko najciekawsze rzeczy.

czwartek, 23 lutego 2012

W weekend dwa tygodnie temu zaprzyjaźniłem się z jeziorami w zimowym wydaniu. W piątek zrobiłem sobie na nim trening biegowy, w sobotę biegałem wokół kilku innych 15 km, a w niedzielę wykąpałem się w przeręblu.

Kilkudziesięciocentymetrowa warstwa lodu na jeziorze kusiła mnie od kilku dni - bieganie po lodzie, to by było coś! Możliwość zrobienia treningu biegowego na takiej nawierzchni wygrała z obawami o bezpieczeństwo (wszak widoczne ślady ludzi, rowerów, a nawet samochodów dawały jako-taką gwarancję bezpieczeństwa przemieszczania się po lodzie). Na początku biegłem z pewną dozą nieśmiałości, cały czas planując kierunek poruszania się i pilnując tego, by raczej biec tam, gdzie są już jakieś ślady wydeptane w śniegu. Przy każdym kroku czułem dreszczyk emocji i nasłuchiwałem, czy jezioro nie wydaje czasem jakichś odgłosów pękania. Cóż, no risk no fun!

Kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu pozwalała na utrzymanie przyczepności (po raz kolejny okazało się, że zakup trialowych Adidasów był doskonałym pomysłem!), ale w miejscach mocniej wydeptanych trafiałem na lód i bieg był wtedy niezwykle trudny.

W sumie zrobiłem 5 kilometrów (track z Garmina wygląda imponująco, bieganie po jeziorze nie zdarza się często:)), ale przez dodatkowe skupienie związane z myśleniem o tym, że pode mną jest kilka metrów lodowatej wody oraz wysiłek związany z utrzymywaniem równowagi na lodzie, zdążyłem się trochę zmęczyć. A że dzień później był X Zimowy Bieg Trzech Jezior w Trzemesznie (15 km po lasach wokół jezior), nie chciałem się katować i na tym zakończyłem trening.



Sobotnie zawody uważam za bardzo udane, celem był czas poniżej 1:15, a udało się zrobić 1:14:08 netto. Warunki świetne, kapitalna pogoda (choć siarczysty mróz życia oczywiście nie ułatwiał) i chleb ze smalcem i ogórkiem oraz grochówka na mecie sprawiły, że Trzemeszno (a właściwie Gołąbki, bo tam były start i meta) na stałe dopisuję do swojego biegowego kalendarza.

Zimowe oswajanie się z jeziorem kontynuowałem w niedzielę gdy dołączyłem do Żnińskiego Klubu Morsa. Po pół godzinie rąbania siekierą udało nam się zrobić 5-osobowy przerębel i stało się: wykąpałem się w temperaturze -10 °C! Ciekawostką jest, że mimo 15 lat zamieszkiwania w Żninie, a potem częstych odwiedzin u rodziców, w tamtejszym jeziorze pierwszy raz wykąpałem się... zimą. W wodzie byłem minutę, potem chwila na mrozie. Daje to niesamowite uczucie - woda zamarza na skórze i ma się wrażenie jakby w skórę wbijało się tysiące malutkich szpilek, kapitalna sprawa! Na końcu sprint do szatni by się wytrzeć, ubrać i ogrzać.

Wbrew obawom: w weekend, w którym najpierw trenowałem na jeziorze, potem na zawodach pobiegłem 15 km w konkretnym mrozie (-15 na starcie), a w końcu wykąpałem się w przeręblu, nie zakończył się dla mnie jakimkolwiek przeziębieniem, czy choćby chrypką. Każdą z tych aktywności serdecznie polecam:)

środa, 22 lutego 2012

Ponad 12 godz. przedzierania się przez zaśnieżone pola, lasy i wąwozy na własne życzenie. Udziału w XI Ekstremalnej Imprezie na Orientację Skorpion 2012 nie sposób określić inaczej niż masochizm. Ale gdybym miał jeszcze raz podejmować decyzję o starcie to byłaby ona taka sama: warto było! I za rok też będę chciał się pojawić:)

Akapit dla niezorientowanych: bieg na orientację polega na tym, że dostaje się mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi, które trzeba znaleźć w terenie i je zaliczyć. Robi się to wpisując kod zapisany na punkcie lub też dziurkując kartę startową przyczepionym do PK perforatorem. Czasami są tzw. punkty stowarzyszone (czyli fałszywe, mające na celu zmylenie uczestników), które są umieszczone w podobnych miejscach co normalne i tylko dokładnie studiując mapę można to dostrzec. Za zaliczenie punktu stowarzyszonego są kary czasowe. Nie ma określonej trasy takiego biegu, na podstawie mapy każdy sam wybiera drogę. PMNO to Piesze Maratony na Orientację (50 i 100 km) i aktualnie właśnie to najbardziej mnie w bieganiu kręci:)

Na Roztocze pojechaliśmy w piątek, nocleg w Bychawie był dobrym pomysłem, próby snu na sali gimnastycznej, gdzie śpi kilkadziesiąt innych osób, kompletnie się w moim przypadku nie sprawdzają. Wolę zainwestować kilkadziesiąt złotych i wygodnie się kimnąć. Do batorskiej bazy imprezy dotarliśmy w sobotę przed siódmą rano. Jest parę znajomych twarzy, m.in. Piotr Kwitowski, który na Funex Orient wyprzedził nas o długość stopy albo dwóch. Sprawne załatwienie formalności i słyszymy od organizatorów, że z setkowiczów (wystartowali o 20:00 w piątek) po 12 godz. walki nikt nie dotarł jeszcze do półmetka. Już wiemy, że będzie ciężko, bardzo ciężko.

Dostajemy mapy, jeszcze kilka zdań od wójta gminy Batorz i odliczanie: trzy... dwa... jeden... start! Początek szosą. Złożona z ponad 100 osób stawka szybko dzieli się na biegnących i maszerujących. Biegniemy dość blisko czołówki, potem peleton powoli się rozpierzcha, opuszczamy szosę i przez pola w kierunku PK1, który znajduje się na szczycie Góry Sowiej, najwyższego punktu w okolicy. Mapa z lat 70-tych i kompletnie zasypane śniegiem lasy i pola nie ułatwiają życia, trudno jest chyba wszystkim, bo ślady w śniegu prowadzą w każdym możliwym kierunku. Długo kluczymy nim w końcu trafiamy na pierwszy punkt. Na dwójkę (na górze wąwozu - wąwozy będą stałym elementem całej trasy) wpadamy bez kłopotu, ale potem okazuje się, że daliśmy się nabrać na punkt stowarzyszony i w ostatecznym rozrachunku doliczono nam za to 25 min. kary.

Od razu popełniamy kolejny błąd. Zamiast, jak większość, obejść wąwóz górą, wraz z inną dwójką schodzimy na dół i torujemy nową ścieżkę przez wąwóz. Mamy siły, więc biegnie się dość sprawnie. Niestety, po opuszczeniu wąwozu niezbyt dokładnie pilnujemy kierunków świata i robimy wielkie koło na południe. Gdybyśmy poruszali się z resztą towarzystwa to nie dość, że łatwiej byłoby dostać się do PK3, to jeszcze trafilibyśmy na poprawną dwójkę (była na górze kolejnego wąwozu). A tak znalezienie PK3 zajmuje nam masę czasu. Staramy się jak najwięcej biec, a cały czas doganiamy maszerujących - znak, że schrzaniliśmy nawigację i mamy dużą stratę. To mocno frustrujące.

Przemieszczanie się w terenie jest trudne, kopny śnieg po łydki znacznie utrudnia bieg, po 2 godz. czuję, że stopy mam już mokre. Kilka godzin później przestaje to przeszkadzać, ale dzięki zastosowaniu cudownego Sudokremu stopom nic złego się nie stało. Jedyne dobre odcinki są wtedy gdy biegniemy „torem bobslejowym”, czyli ścieżką wydeptaną przez kilkadziesiąt osób przed nami. Ale nie zawsze jest to możliwe, już po 10 km jesteśmy zmęczeni, półmaraton osiągamy w 5 godzin. Dodatkowo wychodzi brak plecaka z bukłakiem - każdy łyk wody wymaga zdjęcia plecaka i pochłania mi cenne sekundy.

Kolejne dwa PK pokonujemy w miarę sprawnie, sukcesywnie doganiając kolejnych maszerujących. W trakcie jednej z prób zorientowania się gdzie jesteśmy krzywo staję prawą nogą i skręcam kostkę. Na szczęście w miarę lekko i po kilku minutach napieram dalej. Przy PK6, po 21 km wg mapy, a 26,5 km wg Garmina (błędy w nawigacji...) jest ognisko. Można się napić ciepłej herbaty (wypijam bodaj siedem kubków!), chwilę przerwy wykorzystuję na posilenie się kanapką i kabanosem (sprawdza się kapitalnie). W międzyczasie przy ognisku pojawia się Paweł Pakuła, ścisła czołówka setki. Potem okazuje się, że kolejne punkty ma takie same jak my i przez kilka kilometrów napieramy razem. Pod górkę marsz, z górki i po równym bieg. Taktyka się sprawdza. Szybko i sprawnie docieramy do PK7, ale tam znów dajemy się nabrać na punkt stowarzyszony i dostaniemy za to 10 min. kary. Prawdziwy punkt zauważyliśmy tuż po odejściu od fałszywego. Parę minut później zostajemy z tyłu za Pawłem, nogi po prostu nie dają rady. Ja mam w nogach 30 km, a Paweł z 80 (jest w trasie od 20 godzin!) i wygląda dużo lepiej, prawdziwy twardziel. Robi się ciemno, czas zamontować czołówkę. Zaliczamy kolejne PK, zapada zmrok.

Dopiero między PK10 a PK11 dostaję dodatkowego zastrzyku energii i zostawiam Benka kilkaset metrów z tyłu. Doganiam jednego z setkowiczów, próbuję go zagadywać, wygląda jak zombie i po kilkudziesięciu sekundach udaje mu się wydukać: „Masz może coś do jedzenia, czego nie planujesz zjeść?”. Mam jeszcze dwa batony, do mety kilkanaście kilometrów, oddaję mu jeden i życzę powodzenia. Potem okazuje się, że był to Taras Koniukhov z Ukrainy, późniejszy zwycięzca setki - znak, że baton Isostara się sprawdził;) Cisnę dalej chcąc wykorzystać zapas energii. W tym czasie kryzys łapie Benek, ale dość szybko wraca do sił. Jednak częściej to ja jestem w naszym dwuosobowym zespole spowalniaczem. Pod koniec praktycznie nie mam już sił nawet by patrzeć w mapę i zdaję się całkowicie na niego oraz ślady poprzedników na śniegu.

Na pewnym etapie zmęczenia człowiek działa… hmmm, dziwnie. Mózg pracuje jakby nieco z boku, w oderwaniu od reszty. Nogi idą raz-dwa-raz-dwa, a głowa… Mi do głowy wpadł (skąd?!) rytm „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin” i krok po kroku w głowie mi to wybijało rytm. Śnieg po łydki lub po kolana, noga za nogą „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin...”. Pola uprawne na Roztoczu są na różnych poziomach, takich jakby tarasach. Jak się pokonuje je w poprzek to co rusz masz półmetrowy schodek w górę lub w dół. Czasem więcej niż półmetrowy, raz wpadłem po pas. Po 45 km napierania w takich warunkach skok z pół metra jest ekstremalnym wyczynem, mięśnie nóg trzymają na granicy wytrzymałości. Pod górę często korzystam z kolan. Dwa kroki na czworaka, wstaję, otrzepuję kolana ze śniegu i znów krok za krokiem. „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin...”.

Ciśniemy dalej, doganiamy kolejnych kilka osób, w tym spotkanego wcześniej już kilka razy Pawła Pakułę. Zatrzymujemy się przy prostopadłym skrzyżowaniu śladów, po raz drugi skręcam tę samą kostkę. Dumamy nad kierunkiem dalszego marszobiegu. Ślady na wprost są mniej wydeptane, ale wydaje się, że prowadzą prosto na PK12 (ostatni!). Wybieramy jednak tor bobslejowy w lewo. Po paru minutach Paweł zauważa, że te ślady prowadzą w drugą stronę - ktoś stamtąd przyszedł, a nie tam poszedł! Zawrotka. Znów to samo skrzyżowanie. Paweł idzie dalej torem, reszta pociska wprost na PK.

To była dobra decyzja. Biec jest trudno, ale tempo marszu w miarę trzymamy. W międzyczasie po raz trzeci skręcam prawą kostkę. Boli, ale przecież nie mam wyjścia, napieram dalej. Przy ostatnim PK sporo ludzi, ruszamy spod niego dość szybko, z nami jeszcze dwójka osób, nie tracimy czasu na zbędne dyskusje czy rozważanie wariantów. Szybko zostaję z tyłu, kostka nie pozwala na utrzymanie tempa. Benek na czele, kawałek za nim dwóch innych skorpionowiczów, w odległości 100 m ja. Po raz kolejny trafiamy na Pawła (podąża dopiero w stronę PK12, więc nasz wariant drogi był lepszy, co zresztą widać na tracku z Garmina - rzeczywiście prowadził prosto na PK), nieznajomi zaczynają z nim rozmawiać, ja tylko rzucam pozdrowienie i ich wyprzedzam, do mety zostało ok 5 km, teraz liczy się każda minuta! Mimo ekstremalnego zmęczenia zaczynam biec, cel mam tylko jeden - uciec dwójce z tyłu. W oddali przede mną widzę czołówkę Benka, pewnie zaczeka na mnie po dotarciu do szosy. Spotykamy kolejne osoby podążające do ostatniego PK, po paru minutach gubię „ogon” i dochodzę swojego towarzysza. Ruszamy na ostatni odcinek - 4km szosą do Batorza. Po tych godzinach przedzierania się przez śnieg, asfalt wydaje się najlepszą możliwą nawierzchnią. Postanawiamy biec. Mineralka z butelki ma chyba z 1 stopień Celsjusza, ogrzanie jej w ustach zajmuje sporo czasu, a i tak połykam zimną wodę. Pastylki na gardło w kieszeni się przydają i sprawiają, że wracam do domu tylko z lekką chrypką. Nie mamy już szans na zmieszczenie się w 12 godz., ale przez te ostatnie 4 km wyprzedzamy jeszcze kilkanaście osób. Czas mety 12 godz. 07 minut. W połączeniu z karami daje nam to 12:42 i 23. miejsce w klasyfikacji Open oraz sporo punktów do Pucharu Polski, jupi! W głowie pulsuje: udało się, udało się!

A na mecie wyśmienity obiad! Jest rozgrzewająca zupa, kartofelki, mięso i surówka. Do tego wypijam osiem szklanek kompotu. Jeśli chodzi o gastronomię to Skorpion zdecydowanie zostawił w tyle Izerską Wielką Wyrypę i Funex Orient, w których brałem udział w 2011 r. Zresztą, był też najtrudniejszy nawigacyjnie i pod względem warunków na trasie. Z prawie 56 km, jakie zliczył Garmin, szosami zrobiliśmy nie więcej niż 6-8 km. Leśne lub polne drogi, jeśli w ogóle były, niczym nie różniły się od lasu i pola - śniegu było co najmniej po łydki. Najszybsze 10 km wg Garmina zrobiliśmy w 1:49. Na IWW gdzie praktycznie nie biegałem było to 1:34, a na Funex 1:09. To najlepiej pokazuje ekstremalną trudność tych zawodów. Wszystkie punkty zaliczyła nieco ponad połowa uczestników, w tym tylko jedna kobieta.

Na wygrywanie przyjdzie jeszcze czas, muszę trochę podszkolić nawigację i pamiętać o długich wybieganiach, by nie siadać kondycyjnie po 30 czy 40 km. Ireneuszowi Kociołkowi wygrać udało się za około 30 startem, mam czas!;)

Stats&hints:
Warunki pogodowe: -2 stopnie, dużo leżącego śniegu, brak opadów, pochmurno - pogoda idealna.

Sprzęt i ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; skarpety trekkingowe Fjord Nansen; dwie pary legginsów + krótkie spodenki; dwie koszulki techniczne z długim rękawem; rękawiczki polarowe; czapka; softshell Quechua (do rozważenia zamiana na lżejszą kurtkę biegową, po tylu godzinach softshell ważył chyba kilka kg!); czołówka Petzl Tikka Plus; mapnik Tatonka; Garmin FR305 (bateria padła po 14 godzinach).

Jedzenie: 2 kanapki + bułka + 2 kabanosy; 3 batony + żel energetyczny + cukierki energetyczne + Kopiko; 1,5 l wody + Powerade (za mało napojów!).