BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

niedziela, 30 września 2012

Na liczniku mam 23 km, czuję się bardzo dobrze i mam kilka sekund zapasu w stosunku do wymarzonego 3:30. I w tym momencie czuję, że… próbuje się do mnie dodzwonić Andrzej. W lekkiej panice rozglądam się za budką telefoniczną i w końcu jest – jakieś 200 metrów przede mną. Tracę w niej dobre 2,5-3 minuty i opuszczam z mocnym bólem brzucha, który dokucza mi przez kolejną godzinę. Kalkuluję, że jeśli do mety utrzymam tempo w okolicach 4:46-4:48 to mam jeszcze szansę na 3:30. Pary starcza jednak tylko na nieco ponad tysiąc metrów, potem zaczyna się Park Natoliński, ból nie mija i tam wiem już, że przegrałem. Że postawionego sobie celu nie zrealizuję. Tu zawiodła po prostu głowa.

Ale już początek 34. Maratonu Warszawskiego nie był prosty. Chwilę przed startem poprawiałem sobie buta i zasupełkowało się sznurowadło. Pacemakerzy z balonikami 3:30 oddalili się na jakieś 100 metrów i musiałem nadganiać, udało się po 3 km. Po 7 km poczułem potrzebę podlania drzewka i znów musiałem gonić baloniki. Udało się na 12 km. Oj, nie było lekko;)

Jednym z pace’ów był znany mi z PMNO Paweł Pakuła, ultra maratończyk wymiatacz. Prowadzenie było bardzo dobre, nieporównywalnie lepsze do tego z Łodzi. Z grupką utrzymałem się przez kolejne 11 km, biegło się całkiem dobrze, piłem na każdym punkcie, podgryzałem banany i wydawało się, że mimo początkowych komplikacji będzie sukces. Po drodze zauważyłem Piotrka Kwitowskiego, z którym ścigałem się m.in. na połówce i Izerskiej Wielkiej Wyrypie, taki mój stały rywal;) Uciekł mi na 18 km, ale jak się potem okazało, na mecie byłem jednak pierwszy. Na Wilanowskiej miga mi z kolei Maciek Petza, kolejny znajomy z Izerskiej. Sami swoi!:)

Potworny kryzys, ale na widok znajomych kibiców każdy dostałby powera!

I w tych pięknych okolicznościach przyrody nastąpił żołądkowy atak. Końcówka Przyczółkowskiej i Park Natoliński to mordęga. Na siłach trzymała mnie tylko myśl, że na Natolinie i Ursynowie czekają moi fantastyczni kibice i dostanę żele energetyczne. Postanawiam wmusić je w siebie, mimo że nawet łyk wody potwornie mi się odbijał. Na 29. km pojawia się ból śródstopia, muszę na chwilę zwolnić i w efekcie kilometr wychodzi w 5:44. Przyspieszam, ale nie jest lekko, każde sto metrów jest cholernie trudne, ale udaje mi się w miarę trzymać tempo. Kalkuluję, że jeśli dam radę tak do końca to będzie życiówka. Przy fladze „40 km” jeszcze dorzucam od pieca, bo widzę, że jest spora szansa na złamanie 3:37.

Tuż przed stadionem doganiam Benka. Biegnę szybciej, ale stwierdzam, że fajnie na linię mety wbiec z kumplem i ostatnie 300 metrów pokonujemy razem. Wpadamy na stadion, który z tej perspektywy prezentuje się wprost cudownie. Na ostatnich metrach unoszę ręce w górę, udało się! Czas brutto 03:38:08, netto 3:36:36.

Finisz na Stadionie Narodowym

Na mecie butelka izotonika i wody, folia na plecy i spacer wewnątrz korony. Niestety, ogromna kolejka do masaży skutecznie mnie do nich zniechęciła. Na półmaratonie nie było takiego problemu, tym razem chyba przygotowano za mało stanowisk – za to dla organizatorów mały minus. Drugi za Park Natoliński. Jasne, że to ładna okolica, ale nawierzchnia jest tam fatalna i z tego co czytam na forum, parę osób doznało przez to kontuzji.

Ale te dwa minusy nie zmieniają faktu, że 34. Maraton Warszawski był imprezą kapitalną. Tłumy kibiców na Ursynowie (nie spodziewałem się aż tylu osób!), piękna pogoda, rekordowa liczba uczestników i finisz na Stadionie Narodowym. Zacnie było, takie imprezy wspomina się latami! Wystartowało 6913 osób, na metę wbiegłem jako 1140. Ciekawe, jak wygląda klasyfikacja wg czasów netto, mam nadzieję, że na dniach taką poznamy:)

Za dwa tygodnie Poznań, muszę się zregenerować i przemyśleć, jakie błędy w diecie popełniłem. Tam też szykuje się świetna ekipa kibiców, nie można ich zawieść!:)
Jeden obraz zamiast tysiąca słów.
Patrząc na to naprawdę się wzruszyłem.


Obszerniejsza relacja z 35. 34. Maratonu Warszawskiego dziś wieczorem, nowa życiówka jest (3:36:36), ale czuję niedosyt. Do przeczytania wieczorem:)

piątek, 28 września 2012


Zainspirowany wpisem Leszka także postanowiłem pokazać, w czym pobiegnę niedzielny 34. Maraton Warszawski. Łatwiej będzie się zlokalizować w tłumie (to dla koleżanek/kolegów biegaczy) na starcie, by życzyć sobie powodzenia i rozpoznać na trasie (to dla koleżanek/kolegów kibiców), by krzyczeć „dawaj Krasus, dawaj!”. Zielona koszulka, czarne spodenki i czapeczka oraz czarno-grafitowo-zielone Brooksy na nogach. No i żółty numer 5391 z imieniem!

Adidas + Brooks + 3 x Kalenji (bielizny nie widać;)) + Nike – biegnę multibrandowo!

Ach, dopingujcie też zielony numer 5931 (tak, to nie pomyłka, system przydzielił nam tak podobne numery)! Oluchna debiutuje na królewskim dystansie, jest diablo ambitna i przyda jej się każdy okrzyk, każde klaśnięcie dłoni:) Zresztą, nie wyróżniajcie nikogo, zdzierajcie gardła dopingując każdemu. Rok temu bardzo pomogli mi starsi państwo, którzy w okolicach al. Rzeczpospolitej popędzili mnie do biegu w momencie, gdy wydawało mi się, że świat się już kończy.

W niedzielę zamierzam od początku uchwycić się gościa z balonikiem 3:30 i trzymać tak długo, aż nie padnę na pysk. Zlokalizowanie mnie nie powinno więc być trudne – gdzieś za balonikiem 3:30:) Czas 3:30 to tempo odrobinę poniżej 5 min/km i wyliczenie, o której i gdzie się pojawię nie powinno być trudne (trasa biegu). Swoją drogą, na 3:30 zapowiada się niezwykle ciekawa ekipa. Oprócz mnie na taki czas biegną m.in. blogujący kolega z sąsiedniej wsi w/w Leszek oraz… sam Tomasz Lis! Jeśli wszyscy wytrzymamy tempo do ostatnich kilometrów, to walka na finiszu na Stadionie Narodowym będzie fascynująca.

A teraz weekend i odpoczynek. Trzeba się wyspać i zrelaksować. Zaraz odpalam konsolę, a jutro męskie kino i jakiś spacer. No i ładowanie węglowodanami: od rana gotuję penne pesto, a wieczorem może pizza?

Niedziela będzie dniem walki. Nie ma wątpliwości, że będzie cholernie ciężko. Stawiam wszystko, że na 25. km będę przeklinał siebie, na 30. km cały świat, przy 35. km stwierdzę, że nigdy więcej maratonu (a Poznań już za dwa tygodnie), a 7 195 metrów później przy aplauzie publiczności przekroczę linię mety swojego trzeciego maratonu i zostanę Bohaterem Stadionu Narodowego. I będę okropecznie szczęśliwy:)

Na koniec cytat z ostatniego wpisu red. Lisa, który doskonale oddaje także mój pogląd na temat biegania (zachęcam do lektury całego tekstu).

„Więc po co? Nie wiem. Ja po prostu już nie umiem inaczej.
Ja nie wiem, czy chodzi o jakieś endorfiny, o dobrą formę,
o kryzys wieku średniego, o udowodnienie sobie czegoś, 
czy cholera wie o co.
Może o nic nie chodzi.
Może to jest istota tego biegania, że w bieganiu idzie o bieganie.
Nic mniej, nic więcej. Może.”

czwartek, 27 września 2012

Od jakiegoś czasu nieodłącznym elementem mojego ekwipunku na każdy wyjazd są buty biegowe. Znajduję na nie miejsce w torbie zarówno na wypady weekendowe, jak i wakacyjne. Poranna przebieżka doskonale sprawdza się też jako lek na syndrom dnia poprzedniego po weselnych balach, sprawdzone!:) Rok temu na Teneryfie wstawałem przed świtem, by przed wschodem słońca i upału zrobić trening pod jesiennie dziesiątki, tak samo i w tym roku – w walizce na wyjazd do Toskanii nie mogło zabraknąć miejsca na buty i strój, wszak maraton tuż-tuż!

Toskańska porcja węglowodanów – pizza własnej roboty:)

Odpoczywaliśmy w toskańskim domu położonym na totalnej wsi. Google Street View pokazał, że nie ma tam nawet asfaltowej drogi, a dookoła są tylko pola. Na pierwszy bieg wybrałem się dzień po przyjeździe, ale zdecydowanie za późno jeśli chodzi o porę dnia (ok. 9:30). Mimo kilku chmur, ciepło śródziemnomorskiego słońca dawało się we znaki, ale nie to było najgorsze. Szybko okazało się, że to tereny mocno pagórkowate. Pierwszy trening oznaczał kilometrowy bieg pod górę, potem 3 km w dół, nawrotka, 3 km pod górę i 1 km w dół. W takich warunkach ciężko robić treningi maratońskie, trzeba było więc siąść do mapy i szukać dalej.

Mój łakomy kilometrów wzrok padł na rzekę Arno (główna rzeka Toskanii) w okolicach Empoli, bo ciek wodny zwykle wróży w miarę równy teren. Minusem tego rozwiązania była potrzeba dojechania na trening samochodem, trzeba bowiem pilnować kluczyków i znaleźć miejsce do parkowania co dla sporego kombiaka nie jest we włoskich miasteczkach takie proste;) Mądrzejszy o doświadczenie drugi trening rozpocząłem znacznie wcześniej, wg Endomondo start nastąpił o 7:49. Wzdłuż rzeki udało się zlokalizować 5-km odcinek wału przeciwpowodziowego, po którym prowadziła ścieżka nadająca się do biegania. Udało się przetrwać upał, a przy tym zrobić rozsądne 3x5 km w tempie 4:50 z kilometrowymi odpoczynkami w okolicach 5:20-5:30. Do końca 10-dniowego pobytu pozostałem wierny temu wałowi – wnikliwa analiza map nie pokazała atrakcyjniejszych terenów, a nie chciałem tracić czasu na poszukiwania, których owoce nie były pewne. Łącznie zrobiłem w Toskanii pięć treningów, aczkolwiek jeden z nich zakończył się już po 3 km, bo przemoczone rosą nie_biegowe skarpetki zafundowały mi odcisk.

 A po treningu pora na odnowę biologiczną w basenie

Na wyjazd zabrałem zakupione ostatnio buty Adidas Supernova Sequence 3. Łącznie zrobiłem w nich na razie ok. 150 km i muszę przyznać, że był to udany zakup. Dobrze amortyzują, trzymają stopę i dają mojej pronacji potrzebne wsparcie – na dłuższe biegi jak znalazł.

Druga część wyjazdu obejmowała wizytę w Zurychu i wyjazd w Prealpy Szwajcarskie – coś, co tygryski lubią najbardziej! Nie wyobrażam sobie wakacyjnego wyjazdu bez wycieczki w góry. Tym razem obyło się bez ataku na najwyższy szczyt kraju (w Szwajcarii nie jest to tak łatwe jak w Chorwacji czy na Teneryfie, bo Dufourspitze jest trzecim szczytem Alp i ma ponad 4600 metrów), czteroosobową grupą wybraliśmy się więc z Lauterbrunnen przez Wengen i Kleine Scheidegg na Männlichen (2343 m n.p.m.).

Jest to bardzo łatwy szlak, prowadzi niezbyt nachyloną i szeroką ścieżką (technicznie jest to wejście łatwiejsze niż do z Kuźnic do Murowańca), bez problemu można by wjechać rowerem. A widoki są niesamowite, bo trasa prowadzi pod trzema imponującymi szczytami: Eigerem, Mönchem i Jungfrau. Szczególnie ten pierwszy, prezentujący z tej strony legendarną Północną Ścianę robi piorunujące wrażenie. 1800 metrów skały i lodu (to najwyższa ścianę Alp i Europy) hipnotyzuje, mógłbym pod Eugerem spędzić cały dzień albo więcej. Zainteresowanym historią Eigeru i jego północnej ściany serdecznie polecam film Nordwand, opisujący tragiczną próbę jej zdobycia w latach 30.

Północna ściana Eigeru

Mimo braku trudności technicznych na trasie wycieczka nie była taka prosta ze względu na odległość – od startu do szczytu zrobiliśmy 14 km, co w górach jest dość znacznym dystansem. Niestety, zaplanowana pierwotnie droga zejścia okazała się być kompletnie zasypana śniegiem (który leżał tam od wysokości ok. 1800-1900 m n.p.m.) i musieliśmy wracać raz przebytą już trasą i zrobić kolejne 14 km, tym razem w dół. Ostatnie 2 godz. szliśmy z latarkami, bo było już po zmierzchu. Warto jednak było, bo wracając mogliśmy ponownie przyglądać się trzem wielkim górom, a o zachodzie słońca wyglądały one wyjątkowo pięknie.

Wspomnienia z Alp trzeba jednak odłożyć na bok, bo do Maratonu Warszawskiego pozostały już bardziej godziny niż dni. Startującym życzę powodzenia, a pozostałych zachęcam do wyjścia na trasę i dopingowanie. To naprawdę robi różnicę:) Trasę można obejrzeć na stronie Maratonu Warszawskiego. Meta znajdować się będzie na Stadionie Narodowym, tam też warto się pojawić!

poniedziałek, 27 sierpnia 2012


Też tak macie, że czasami o zakupie decyduje jeden nieistotny szczegół? Potrzebowałem butów do biegania, kolejnych. Odczuwałem bowiem brak obuwia do ugniatania asfaltu na długich wybieganiach. Takich z porządną amortyzacją i stabilizacją dla mojego pronującego stopala. Ostatnio odczuwam ból kolana jak więcej pobiegam w lekkich Brooksach Pure Cadence, więc decyzja zapadła: kupuję.

Zrobiłem rekonesans w ulubionym centrum handlowym i wahałem się w wyborze między Nike Lunarswift +2 i Adidas Supernova Sequence 3. Biegałem od jednego do drugiego sklepu i nie mogłem się zdecydować. W obu parach czułem się bardzo dobrze, obie miały sporo systemów amortyzujących i stabilizujących, spełniały więc moje oczekiwania co do zabezpieczenia nóg. Trzeba przyznać, że oba modele nie są zbyt ładne (Nike w biedronkowe kropy, a Adidas niepowalający kolorystycznie – szaro-biało-zielony), więc nawet wygląd nie mógł pomóc w wyborze.

Ostatecznie o tym, że zwiększyłem swoją kolekcję obuwia z trzema paskami zadecydował fakt, że... w Nike zabezpieczające przed kradzieżą plastikowe czujniki zaczepione były w dziurkę od sznurówki, co uniemożliwiało porządne przymierzenia buty w sklepie. Zapewne gdybym poprosił obsługę umożliwiono by mi to, ale uznałem, że skoro utrudniają mi życie to klienta we mnie mieć nie będą.

Białe elementy szybko stracą kolor i nie będzie to wyglądało dobrze

Adidas Supernova Sequence 3 pierwsze wrażenie robią bardzo dobre. Mają wszelkie systemy stabilizujące stopę, wyglądają na dobrze amortyzowane i zabezpieczające przed wykrzywianiem się kostki. Nie brakuje też odblaskowych elementów, a często biegam wieczorem, idzie jesień, więc na pewno się to przyda. Dziś wieczorem pierwszy przebieg, już się nie mogę doczekać:)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

W nogach ponad 54 km, do mety zostały niecałe 4, zaczynam samotny finisz. Nie wiem skąd po takim dystansie mam siłę do biegu, ale gdy docierając do ostatniej prostej (1,5 km do mety) dostrzegam Irka KociołkaJest lekko z górki, jeszcze przyspieszam i robię swój najszybszy kilometr na zawodach - w 4:43! Ale to na nic, bo Irek też mnie widzi i napiera bez chwili wytchnienia. Na podstawie cieni drzew na szosie liczę w krokach stratę: 64 kroki, za chwilę 60, 55... Do mety jakieś 700 metrów, Irek nawet pod górkę nie zwalnia, nie dam rady go dogonić. Wpadam na metę nie więcej niż 30 sek. po nim. 58 km po Górach Izerskich (suma przewyższeń 1513 m) pokonałem w 8:57, co dało mi 14 miejsce wśród mężczyzn na Mistrzostwach Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km, wyprzedziły mnie jeszcze niesamowite Dagmara i Kasia, w klasyfikacji open byłem więc 16.

Tegoroczna Izerska Wielka Wyrypa zapowiadana była jako trudne zawody – miała być wymagająca nawigacyjnie i ze sporymi przewyższeniami (orgowie zapowiadali 1600 m na trasie 50 km). Stąd decyzja o strategii, by od początku napierać we trójkę razem z Bernardem i Pawłem i ewentualnie ścigać się ze sobą dopiero pod koniec – przecież co trzy głowy do myślenia to nie jedna. Okazało się jednak, że z tymi głowami to bywa różnie. Że mapa ma skalę 1:35000, a nie popularniejsze 1:50000 zauważyliśmy… w połowie trasy. Wstyd. Wcześniej „coś się nie zgadzało” z odległościami, ale że sprawnie znajdowaliśmy punkty to nie zwracaliśmy na to większej uwagi;)

Organizatorzy IWW przygotowali niestandardowy start – półtora kilometra biegu za samochodem i dopiero tam czekały na nas mapy. Zacząć można było na południowy wschód lub na zachód – zdecydowaliśmy się na ten pierwszy wariant i jako pierwsi ruszamy przez pole w kierunku PK3. Jest wcześnie (start o 7:00), na łące rządzi rosa więc już po kilku minutach buty mamy przemoczone, ale kto by zwracał na takie szczegóły uwagę? Jako ścisła czołówka płoszymy dwie sarny, które przebiegają nie więcej niż 5-7 metrów przed nami. Kontakt z naturą zaliczony.

Pierwsze cztery punkty (PK3, PK5, PK6 i PK8) zbieramy w sporym towarzystwie. Chwilami jest nas nawet 8-10 osób. W okolicy PK6, zgodnie z ostrzeżeniem orgów, trafiamy na ujadającego psa, który chwilowo zwiększa tempo przemieszczania się grupy;) Na szczęście głośny krzyk jednego z nas odstrasza go i czworonóg odpuszcza.

Na PK8 tracimy kilka chwil, co kończy się pożegnaniem ze ścisłą czołówką. Między PK8 i PK11 przedzieramy się przez gęsty las i kolejnych parę minut idzie w diabły. Przy okazji przyjmujemy trochę pokrzyw i jeżyn na łydki, nie ma lekko. Na PK13 wodopój, można też przegryźć pysznego wafelka, doskonały pomysł organizatorów. Najciekawiej umiejscowiony punkt na całej trasie to PK21. By się do niego dostać idziemy przez szkielet dawnego mostu. Dla osób z lękiem wysokości musiało to być niezłe przeżycie.

Po PK21 zapada decyzja, która ma ogromne znaczenie dla ostatecznego wyniku. Zamiast pójść kształtem „grzybka” i zebrać punkty ze środka mapy, ulegamy namowom Maćka (poznaniak dołączył do nas kilka km wcześniej i wytrwał do końca) by południem przez PK22 i PK19 pociągnąć do PK20, gdzie jest punkt żywnościowy (wyśmienite drożdżówki!), a dopiero potem załatwić środek z odcinkiem specjalnym. Jak dziś patrzę na mapę to od razu widzę, że był to cholerny błąd, przez który jak nic dołożyliśmy kilka kilometrów – byłaby spora szansa na zmieszczenie się w pierwszej dziesiątce… Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, stało się.

W międzyczasie spotykamy napierającego z drugiej strony Marcina Kargola, kolejnego biegacza, którego najpierw poznałem w sieci, a dopiero potem w realu. Miejsce na spotkanie było jednak dla nas złe, Marcin spokojnie sobie zbiega, a my męczymy się krok po kroku pod górę. A jest ciężko, naprawdę ciężko. Słońce i gorąc coraz bardziej dają się we znaki, a przewyższenia nie pozwalają na trzymanie sensownego tempa. Po równym i z góry staramy się biec, pod górkę maszerujemy. Często tniemy na azymut, przez lasy, łąki czy pola. To też chwila na odpoczynek, bo w trudnym terenie raczej nie da się biec. Przemoczone kilka razy stopy zdają się wołać o litość i zdjęcie butów, ale do mety jeszcze co najmniej 20 km.

Po jednym z takich cięć, przed PK10 puszczamy wodze szaleństwa i przez kilka minut pędzimy po ubitej szerokiej ścieżce w tempie życiówki na 10km! Na szczęście żaden z nas się nie potknął, bo takie coś mogłoby zakończyć się bardzo spektakularnym upadkiem i zapewne końcem zawodów. Czas na zaliczenie odpuszczonego wcześniej środka mapy, robimy to bez większych problemów, choć ja wyraźnie słabnę. Chwilę wcześniej wpadamy na robiącego odwrotny wariant Irka. Mistrzem końcówki maratonu (na liczniku mamy 40 km) jest Benek, który ciągnie nasz czteroosobowy tramwaj nie tylko nawigując, ale i dyktując tempo, szacun! Ja wlokę się na końcu i ledwie dyszę. Bojąc się o skręcenie kostki, zwalniam szczególnie na zbiegach po nierównym terenie, bo z gleby wystają kamulce i korzenie.

Przed PK7 (ostatni punkt żywnościowy) doganiamy Piotra Kwitowskiego i jeszcze jednego zawodnika. Z punktu ruszamy razem z nimi. Z Benkiem zaczynamy dyktować szybsze tempo, a cel jest jeden: zgubić rywali! W końcu to mistrzostwa Polski, więc nie ma miejsca na sentymenty;) Dopełnienie bukłaka, baton białkowo-węglowodanowy i żel energetyczny stawiają mnie na nogi i znów mam siłę szybciej przebierać nogami. Na horyzoncie kolejny zawodnik – doganiamy i wyprzedzamy, choć okazuje się, że to setkowicz, więc nie nasz rywal. Ale już w okolicy przedostatniego punktu (PK1) następny i znów udaje się zostawić go za plecami. Mimo zaaplikowania kilku tabletek, Bernardowi odzywa się kontuzja, więc teraz ja – w rewanżu za wcześniejsze prowadzenie – holuję go do PK2, gdzie ostatecznie się rozdzielamy i każdy napiera we własnym tempie.

W nogach ponad 54 km, do mety zostały niecałe 4, zaczynam samotny finisz. Nie wiem skąd po takim dystansie mam siłę do biegu, ale gdy docierając do ostatniej prostej (1,5 km do mety) dostrzegam Irka Kociołka. Jest lekko z górki, jeszcze przyspieszam i robię swój najszybszy kilometr na zawodach - w 4:43! Ale to na nic, bo Irek też mnie widzi i napiera bez chwili wytchnienia. Na podstawie cieni drzew na szosie liczę w krokach stratę: 64 kroki, za chwilę 60, 55... Do mety jakieś 700 metrów, Irek nawet pod górkę nie zwalnia, nie dam rady go dogonić. Wpadam na metę nie więcej niż 30 sek. po nim. 58 km po Górach Izerskich (suma przewyższeń 1513 m) pokonałem w 8:57, co dało mi 14 miejsce wśród mężczyzn na Mistrzostwach Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km, wyprzedziły mnie jeszcze niesamowite Dagmara i Kasia, w klasyfikacji open byłem więc 16.

Krasus tuż przed metą III Izerskiej Wielkiej Wyrypy
Tuż przed metą III IWW

Na mecie pożywny makaron, dużo picia i… radość, że to już koniec. Niby nie byliśmy wyżej niż 850 m.n.p.m., ale to ciągłe z górki i pod górkę w połączeniu z palącym słońcem mocno mnie zmordowało. Zawody górskie to jednak zupełnie inna para kaloszy, nieporównywalna z bieganiem po równinie. Dziś, po ochłonięciu, radości jakby trochę mniej, bo do głosu dochodzi niedosyt związany z wyborem złego wariantu mapy. Było dobrze, ale mogło być lepiej. Nauka na przyszłość jest jedna: w razie wątpliwości z wyborem przebiegu należy go choćby pobieżnie zmierzyć, w tym przypadku wystarczyło przyłożyć palec:/

Nie zmienia to jednak faktu, że III Izerska Wielka Wyrypa była doskonale zorganizowaną imprezą, godną rangi mistrzostw Polski. Budowniczy trasy stanęli na wysokości zadania, gęsta siatka 27 punktów kontrolnych sprawiła, że wariantów trasy było bardzo dużo, o czym zresztą świadczą pomiary GPS uczestników – niektórzy zrobili ponoć aż 68 km. Nie bez znaczenia jest też wyjątkowej urody okolica – naprawdę szczerze polecam na kilkudniowy wypad. Nie dość, że można połazić po Górach Izerskich (albo pojeździć rowerem – tras nie brakuje) to jeszcze można coś ciekawego zobaczyć. Warto pojechać do Lwówka, Gryfowa i oczywiście monumentalnego zamku Czocha.

Mistrzów Polski jest teraz czterech, pierwsi na metę ex-eaquo wpadli Piotr Banaszkiewicz, Jakub Molski, Mariusz Plesiński i Łukasz Romanowski z czasem 7:34. Wśród kobiet najlepsza była Dagmara Kozioł z czasem 7:54, więcej wyników na stronie organizatora.

Tradycyjnie track z GPS-a dla zainteresowanych. Jeśli czytają to inni uczestnicy III IWW to w komentarzu rzućcie linkiem, albo choćby dystansem, który zrobiliście, ciekaw jestem porównania.



Stats&hints III Izerska Wielka Wyrypa:
Wynik: czas 8:57; 16. miejsce na 139 osób w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: od ok. 8 stopni rano do ok. 25 po południu. Słonecznie.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; czapka z daszkiem; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; koszulka Adidasa z Półmaratonu Warszawskiego; Garmin FR305; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 batony normalne i 2 mini + 3 żele energetyczne + drożdżówka, ciastka i owoce na punktach odżywczych; 2,2 l napoju w bukłaku (dwukrotnie dopełniane na punktach).

wtorek, 7 sierpnia 2012

Kręcą pętle, jest ich kilkadziesiąt (max 50) osobników, a grupa jest niemal idealnie podzielona na trzy części: białe, czarne i brązowo-złote. Raz są niemal niewidzialne, bo układają się płasko, po chwili błyszczą w popołudniowym słońcu pełnią tych trzech barw. Czy ktoś wie, co to mogły być za ptaki? Raczej niewielkie, mniejsze od gołębi. Były zbyt daleko żebym mógł dokładniej je opisać, ale zauroczyły mnie na całego, nie mogłem oderwać od nich wzroku. Pomożecie?

Spotkałem je w ostatniej części VII edycji Nawigatora, mniej-więcej po 40-42 kilometrach. Chwilę wcześniej pożegnałem jednego z tymczasowych współtowarzyszy podróży, z numerem 46. Jeśli czytasz tę relację to się Gościu odezwij, chętnie zobaczyłbym zdjęcia, które robiłeś:) 46-tka (niestety, nie zapytałem o imię) pomógł mi znaleźć jeden z punktów oznaczonych jako szczyt wzniesienia. Pomyliłem górki i dopiero jego podpowiedź rozjaśniła sytuację. A nad tą pomyloną górką krążyło sporo kruków. To bardzo dziwne uczucie. Kręci się człowiek po nieznanym lesie szukając drogi, a nad głową krążą mu kruki... kra! kra! kra!

Potem z 46-tką mijaliśmy się jeszcze kilkakrotnie, by ostatecznie pożegnać się „przy ptakach”. Takich powitań i pożegnań było tego dnia sporo, a wszystko za sprawą pogody, która mocno dała się we znaki i sprawiła, że część uczestników w drugiej połowie zabawy opadła nieco z sił, dzięki czemu mogłem ich dogonić i wyprzedzić.

Pamiątkowy medal z pieszego maratonu na orientację Nawigator VII

Start był bardzo mocny, bo też stawka zawodników niczego sobie, pojawiło się parę osób ze ścisłej czołówki 50-kilometrowców. Zacząłem w towarzystwie Pawła, pierwsze 5 km zrobiliśmy w czasie 27:11, zajmując około 15-20 miejsce (wystartowało ponad 50 uczestników). Po 9 km Paweł spasował i dalej podreptałem sam, powoli doganiając kolejnych zawodników, bo żar zaczął lać się z nieba. PK2 pilnowała dziwnie wychudzona krowa, tam trafiłem na kilka osób i chwilami napieraliśmy we czwórkę, chwilami we trójkę, a raz na przykład biegnąc układem numerów 20-30-40, na co zwrócił uwagę któryś z bardziej spostrzegawczych biegaczy;)

Potem kilka chwil spędziłem z jednym z warszawiaków, akurat wtedy Gremlin poinformował o zrobieniu półmaratonu, okazało się, że dla kolegi było to już najdłuższe wybieganie w życiu, bo więcej niż 21,1 km nigdy nie zrobł. Uznał więc, że nie ma się co forsować i znów potruchtałem sam.

Na 33. Kilometrze największa atrakcja dnia: rzeka Świder. Mogłem nadłożyć kilometr czy półtora i przejść ją mostem, ale… po co?;) Podpytałem wędkarzy o to, gdzie jest najlepsze miejsce do pokonania rzeki w bród, spakowałem mapę do plecaka i krok po kroku zacząłem zagłębiać się w orzeźwiającą toń, trzymając plecak nad głową. Problem pojawił się, gdy wody miałem już do brody, a do drugiego brzegu zostało około 4 metrów. Miałem pomysł, by rzucić plecak na brzeg (dorzuciłbym chyba, nie?;)) i podpłynąć, ale okazało się, że trafiłem na jakieś zagłębienie w dnie i udało się je obejść. Jeszcze przed wyjściem z wody, dla ochłodzenia, zanurzyłem się cały w Świdrze i wygramoliłem się na ląd. Nieco zdziwił się tylko jeden z lokalnych gospodarzy jak zobaczył człowieka wychodzącego z wody w ubraniu i butach, ale zamieniliśmy kilka słów na temat tego jak tu kiedyś pięknie ryby brały i poleciałem dalej.

Kolejnym współpodróżnikiem (spotkaliśmy się jakoś niedługo po przekroczeniu Świdra) był Piotrek Kwitowski, ale nie wytrzymałem jego tempa zbyt długo. Na mecie okazało się jednak, że wybrałem lepszy wariant trasy i udało mi się ukończyć bieg kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt minut wcześniej.

Ostatnie kilometry były heroiczną walką z samym sobą, gorącem i z czasem. Upał cały czas dawał się we znaki, obrałem taktykę biegu w słońcu i ewentualnego odpoczywania w cieniu – chodziło o zminimalizowanie czasu spędzanego w wyższej temperaturze. Chyba był to niezły pomysł, bo udało się uniknąć odwodnienia i w jako-takim stanie dotarłem do mety. 54,9 km pokonałem w 6:57, co jest jednym z najlepszych czasów w moich dotychczasowych startach w PMNO na 50 km. Dało mi to bodaj dziewiąte miejsce na 52 uczestników, do siódmej pozycji straciłem minutę, bywa.

Rozpiska punktów kontrolnych informowała, że trasa ma 52,5 km, ale chyba nikt tyle nie zrobił. Z pierwszych rozmów po zakończeniu wynikało, że średni przebieg wynosił 54-55 km, a bywali i tacy, którzy nabiegali ponad 64 km! Wygrali ex aequo Rafał Klecha i Janek Lenczowski z czasem 5:42. Szczególny respect dla tego drugiego, który zapultał się gdzieś na samym początku i potem musiał wszystkich gonić i wyprzedzać. Ostatnie miejsce na pudle zajął Piotr Chyczewski. Wśród kobiet bezkonkurencyjna była Dagmara Kozioł z czasem 6:56.

Mój wynik cieszy, szczególnie ze względu na warunki pogodowe, bo nie od dziś wiadomo, że nie przepadam za upałami. Na starcie było ok. 20 stopni i pochmurnie, ale potem wszystko poszło w złym kierunku – słońce przegnało chmury i z każdą minutą było coraz cieplej, z 26-28 stopni w apogeum. Trasa była nietrudna, bez punktów mylnych czy stowarzyszonych, nastawiona na biegaczy, a nie nawigatorów – organizatorzy przygotowali tylko 9 punktów kontrolnych. Największa odległość między PK wyniosła 8,5 km – zdecydowanie za dużo. Teren doliny Świdra to ładna okolica, ale trasa Azymut Orient podobała mi się bardziej, szczególnie ze względu na ciekawie umiejscowione punkty. W Nawigatorze były one najczęściej na skrzyżowaniu dróg, drogi z rowem lub na pagórku – nic ciekawego. Dobrze jednak, że spora część trasy prowadziła lasem, było przynajmniej odrobinę chłodniej.

Ale za to na mecie prawdziwe mistrzostwo świata – pamiątkowy medal dla każdego, drożdżówki, pączki, ciepły strogonoff i… zimne piwo. A w planie grill i impreza pożegnalna oraz bilet do aqua parku dla każdego. Wielkie brawa za tak wspaniałą organizację!

Kolejne PMNO już za dwa tygodnie i będą to najważniejsze zawody w tym roku, bo w randze mistrzostw Polski. Izerska Wielka Wyrypa zapowiada się zaprawdę zacnie, trasa ma być wymagająca nawigacyjnie i mieć ok. 2500 m przewyższenia. Oj, będzie się działo…!

UPDATE: Organizatorzy IWW poprawili się w temacie przewyższenia, ma go być 1600, a nie 2500 metrów, phi!

Tradycyjnie track z GPS-a dla zainteresowanych.


Stats&hints Nawigator VII:
Wynik: czas 6:57; 9. miejsce na 52 osób w klasyfikacji open (w tym 8 kobiet).

Warunki pogodowe: od 20-21 stopni rano do ok. 27-28 później. Trochę chmur, ale głównie słonecznie.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; czapka z daszkiem; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; koszulka Adidas z Półmaratonu Warszawskiego; Garmin FR305; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: kanapka; 3 batony + 2 żele energetyczne; 2,2 l napoju w bukłaku + 0,7 l wody w butelce. Wody oczywiście zabrakło, uzupełniałem dwukrotnie po ok. 0,3-0,4 l.

niedziela, 29 lipca 2012





Mawiają, że na Igrzyskach Olimpijskich najgorsze miejsce to czwarte. Jest się tak blisko upragnionego medalu, a jednak poza podium. Dla biegacza-amatora takim czwartym miejscem olimpijskim jest wynik o kilka sekund gorszy od rekordu życiowego. Ustanowiłem swój rekord bliskości życiówki - 1 sekunda.

Założenia były ambitne. Karową zbiegać ile sił, wytrzymać bez zwalniania na Sanguszki, a na płaskich odcinkach biec w tempie 4:20.

Ale już od początku wszystko poszło nie tak. Przede wszystkim było za gorąco! Samochodowy termometr pokazywał przed startem 33, a po zakończeniu 29 stopni Celsjusza. Gorąc dosłownie buchał od nagrzanego asfaltu, a do tego potworna duchota – warunki zdecydowanie nie sprzyjały uprawianiu sportu. Na dodatek koncertowo spieprzyłem początek. Za długo zwlekałem z pójściem na linię startu, nie stanąłem odpowiednio blisko i przez to pierwsze 2 km były męczarnią wyprzedzania wolniejszych zawodników. Trucht w tłumie - sprint jak było miejsce do wyprzedzania - trucht - sprint; i tak cały czas... Próbowałem biec chodnikiem tam gdzie się dało i dzięki temu utrzymałem jako-tako sensowne tempo, acz takie rwanie jest bardzo męczące.

Rozpędziłem się dopiero na Karowej, a luźno zrobiło się na Wisłostradzie. Przed startem miałem nadzieję, będzie tam trochę chłodniej, bo jest przestrzeń i Wisła. Ale było zupełnie inaczej, zamiast ochłody było jeszcze goręcej i wcale nie mniej duszno. W efekcie tempo poniżej 4:30 trzymałem tylko na drugim i trzecim kilometrze, czwarty to już 4:30, a piąty – szkoda gadać – 4:37. Na półmetku miałem ok. 22:30 i jasnym było, że ambitne 44:00 jest nierealne. Kolejne dwa kilometry po 4:31, potem sprint Karową i znów męczarnia na Wisłostradzie, na której jedynym orzeźwieniem były fontanny.

Ostatni kilometr to podbieg legendarną dla warszawskich biegaczy ulicą Romana Sanguszki (swoją drogą, wiecie kim on był? Księciem, hetmanem polnym i jednym z najwybitniejszych dowódców litewskich za czasów Jagiellonów!). Mając mroczki przed oczami ze zmęczenia zrobiłem ostatnie 1000 metrów w tempie 4:17. Niestety, przez to kluczenie między ludźmi na początku biegu, wg Gremlina przebiegłem aż 10,07 km. Jak spojrzałem na zegarek pod koniec podbiegu, myślałem, że mam do mety 200 metrów i byłem przekonany, że będzie nowa życiówka. Niestety, metrów było 270 i stoper pokazał na mecie 44:53. 244. miejsce na 2784 osoby, które ukończyły zawody, oficjalny czas to 44:52, czyli o 1 sek. (jedną sekundę!) gorzej od rekordu życiowego z ubiegłorocznego Biegu Niepodległości… Jestem przekonany, że w normalnych warunkach miałbym czas o 1,5-2 minuty lepszy. Nie mogę się doczekać jesieni i biegania w korzystniejszych okolicznościach przyrody!:)

Leszek nabiegał 46:33, o 2 min, gorzej od swojego rekordu. Pokonanie go ma dla mnie szczególny słodki smak, bo to lokalny rywal z sąsiedniej miejscowości;) Ale w życiówkach na najważniejszych dystansach nadal jest 2:1 dla niego, nie prześcignął mnie jeszcze tylko w maratonie. Mam nadzieję, że jesienią proporcje te się odwrócą!

Na biegu spotkałem też kilku innych znajomych, szczególne gratulacje należą się debiutantom, mieli arcyciężką przeprawę i za ukończenie należą im się ogromne brawa! Był też znany wszystkim Bosy Biegacz ze swoją flagą Polski.

Atmosfera biegu? Kapitalna! Przed startem orgowie zmotywowali nas świetnym utworem zespołu Sabaton „Uprising” opowiadającym właśnie o Powstaniu Warszawskim. Podobnie jak w ubiegłym roku swoistą atrakcją było zaś przebieganie koło Pałacu Prezydenckiego. Tym razem „obrońcy krzyża” uraczyli nas „Zdrowaś Mario”. Ogromny plus za medal – umieszczony w cegłach znak Polski Walczącej się kręci, jest to mój pierwszy ruchomy medal w kolekcji:)



Po stronie minusów trzeba wpisać brak stref startowych. Szkoda, że WOSiR robi je podczas Biegu Niepodległości, a już na Biegu Powstania Warszawskiego – nie. Sprawia to sporo trudności na starcie. Ze względu na potworny upał i duchotę przydałoby się też przygotować w paru miejscach kurtyny wodne – pozwoliłoby to biegaczom się nieco orzeźwić. Na mecie woda i izotonik, dawno nie widziałem, by napoje cieszyły się taką popularnością, warunki zrobiły swoje:)

Ale bieg i tak uznaję za bardzo udany, a najlepsze co w nim jest to oczywiście sami Powstańcy. Wczoraj mieliśmy zaszczyt być oklaskiwani m.in. przez gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego. Szkoda tylko, że każdego roku Powstańców jest coraz mniej. Pamiętajcie, by 1 sierpnia oddać im cześć.

sobota, 7 lipca 2012

Masakryczny upał i lekkie odwodnienie organizmu, potem burza z deszczem padającym poziomo prosto w twarz, a w końcu znów duchota i skwar. Do tego świetnie krajoznawczo rozmieszczone punkty – to najkrótsze podsumowanie Rajdu na Orientację „Azymut Orient” 2012, który odbył się 30 czerwca br. w okolicach Zalewu Koronowskiego.

Są miejsca, które kojarzą się jednoznacznie. Tatry – wolność, Bałtyk – uspokajający szum fal, Zalew Koronowski – ... no właśnie. Kto młodzieńcze lata spędził w okolicy Bydgoszczy nie może Zalewu kojarzyć inaczej niż działkowe imprezy, tanie wina i jeszcze tańsze namiastki piw. Ale od ubiegłej soboty moje skojarzenia będą zupełnie inne.

Start rajdu miał miejsce o 8 rano w Koronowie. Nocowałem u przyjaciół w Bydgoszczy, więc wstać trzeba było o 5:20. W momencie pobudki na zewnątrz było 20 stopni Celsjusza i z każdym kwadransem temperatura rosła. Na starcie parę znajomych twarzy, m.in. Beata i Marcin Brudło, których poznałem na Izerskiej rok temu. Ale ogólnie tłoku nie ma, atmosfera jest bardzo kameralna. Łącznie w dwóch trasach pieszych i dwóch rowerowych wystartowało 50-60 osób. Na 50 km chętnych było mniej niż 20, ale ekipa zebrała się mocna, m.in. Piotr Chyczewski (aktualny lider klasyfikacji pucharowej), Edward Fudro, Stanisław Adam Olbryś czy sam Michał Jędroszkowiak, który jak już gdzieś się pojawi to zwykle wygrywa.

Kilka minut przed startem dostajemy mapy – są nadspodziewanie aktualne, bo mają nie 40-50, a jakieś 10-15 lat. Do zaliczenia 11 punktów kontrolnych (kolejność dowolna), które są rozmieszczone ciekawie, bo nie da się zrobić trasy w kształcie nieskomplikowanego okręgu. Jakiego by wariantu nie wybrać, wracając do mety trzeba będzie kilka kilometrów dodać. Wybrana kolejność: 1-11-5-10-7-3-2-9-8-4-6. Z moich obserwacji wynika, że był to najpopularniejszy wariant tego dnia. Jeśli ktoś z Was wybrał inny wariant, chętnie go poznam, najlepiej razem z trackiem z GPS.

Pierwsze kilometry jak zwykle tłumnie, PK1 znajdujemy bez większych problemów, do PK11 trzeba się przedostać przez Brdę. Znana mi z Bydgoszczy Brda to szeroka rzeka, tu jednak, dzięki kamieniom, można przejść ją suchą stopą. Można, ale nie trzeba. Na jednym z zabłoconych kamieni uślizga mi się lewa noga i cały but ląduje w wodzie, a właściwie jakimś szlamie. Na szczęście punkt lokalizujemy szybko, praktycznie w 6-8 osób jednocześnie. Wracając przez rzekę tracę minutę na przepłukanie buta, co kończy się oderwaniem od czołówki. Na szczęście szybko odzyskuję kontakt wzrokowy z poprzedzającym mnie zawodnikiem. Razem znajdujemy otoczony polem pokrzyw PK5 (przy którym nadziewam sobie udo na krzak jeżyn), ale upał nie pozwala mi dotrzymać mu tempa w drodze na PK10 (genialna lokalizacja! więcej o tym pod koniec relacji) i zwalniam. W międzyczasie skracam sobie drogę wybiegając przez łąkę w sadzie u pracujących tamże ludzi. Mało zresztą towarzyskich, bo na moje staropolskie „Szczęść Boże!” odpowiadają tylko karpiem na twarzy.

Za mną dopiero 14 km, a przez temperaturę jestem okrutnie zmęczony i zaczynam odczuwać pierwsze objawy odwodnienia organizmu. Co jest mocno dziwne, bo cały czas popijam wodę z bukłaka. Do PK7 prowadzi prosta droga przez las, przynajmniej jest cień. Napieram w towarzystwie Mirka Sobczyka. Trochę gadamy i oczywiście tracimy czujność, wylatując za bardzo na wschód. Ratuje nas doskonała mapa – jest na tyle aktualna, że zgadzają się numery kwartałów leśnych i dzięki temu łatwo określić swoją lokalizację. Tuż za nami jest Staszek Olbryś. Mimo cienia zmęczenie daje się we znaki i odłączam się od Mirka. Punkt znajduję ze Staszkiem, ale i on szybko mi ucieka. Dogonienie go było na szczęście łatwe, bo od PK3 dzieliła nas woda, przez którą przedostać można się było jedynie promem. A prom pływał raz na kilkanaście minut i spotkaliśmy się czekając na niego. PK3 wchodzi dość łatwo, tak samo łatwo ucieka mi po paru minutach Staszek. Przebiegamy przez działki w Wielonku, gdzie korzystam z uprzejmości jednego z działkowiczów i moczę czapkę w wodzie do podlewania ogródka. Zawsze trochę ochłody.

Po opuszczeniu Wielonka popełniam drugi tego dnia błąd nawigacyjny. Upał i zmęczenie (29 km w nogach) dają się we znaki. Trafiam w złą ścieżkę i zamiast duktu w stronę wsi Nowy Jasiniec wybieram leśną przecinkę, która jest coraz węższa i w końcu znika w kolejnym polu pokrzyw. Tracę tam z 10 minut i trochę sił.

Niebo zasuwają grube i ciężkie chmury, a w oddali pojawiają się pomruki burzy. Będzie ciekawie. Po 10 minutach jestem już kompletnie przemoczony, bo leje jak z cebra, do tego mocno wieje i trzaska piorunami. Ta zmiana pogody orzeźwia mnie jednak, deszcz chłodzi organizm i zaczynam znów biec, a nie maszerować. Do szybszego przemieszczania motywuje też obawa o pioruny – podstawową zasadą podczas burzy jest nie chować się pod drzewem, ale jak uniknąć tego w lesie?

Docieram do Nowego Jasińca, a tam wybawienie – sklep! Uzupełniam płyny, wrzucam drożdżówkę na ruszt i po krótkiej rozmowie z „lokalnym elementem” spożywającym napoje wyskokowe, napieram dalej. PK2 nazywa się „ruiny”, co zapowiada kolejny ciekawy obiekt. I rzeczywiście. To przepiękne ruiny średniowiecznego zamku, gdybyście byli w okolicy to polecam wizytę w Nowym Jasińcu, warto!

W międzyczasie przestaje padać i znów robi się coraz cieplej. PK9 i PK8 znajduję bez większych problemów i napieram w stronę PK4. Na wejściu na groblę (punkt umieszczono na wyspie) biwakuje kilka osób, siedzą przy grillu i beztrosko spijają piwko. Muszą być mocno zdziwieni faktem, że co jakiś czas przebiega obok nich dziwnie wyglądający człowiek. Znalezienie PK4 nie było takie proste i zajęło mi kilka minut, ale w końcu się udało.

Teraz już tylko powrót do Koronowa i znalezienie PK6 określonego mianem „wodospadu”. Deszcz rozpuścił trochę mapy i miejscami są białe plamy. Tyłek ratuje mi Staszek Olbryś, który wracając z punktu dość precyzyjnie określa mi jego lokalizację. Wodospad okazuje się być malutkim ciekiem spływającym w błotnistym parowie. Znów jest upalnie, ale do mety jeszcze tylko 2 km. W bazie melduję się o 15:56 – czas 7:56 i ósme miejsce. Mirek był tu 6, a Staszek 11 min. przede mną. Na ostatnich 20 km nie straciłem więc dużo, szkoda błędu w lesie między PK3 i PK2.

W osiągnięciu lepszego wyniku zdecydowanie przeszkodził upał. Nienawidzę gorąca, po stokroć bardziej odpowiadało mi kilkanaście stopni mrozu podczas tegorocznego Skorpiona niż ten skwar. Widocznie płynie we mnie krew Eskimosów, bo zimą funkcjonuje mi się dużo sprawniej.

Bazą rajdu był Miejsko-Gminny Ośrodek Sportu i Rekreacji w Koronowie i była to zdecydowanie najlepsza baza w krótkiej historii moich startów w PMNO. Dużo przestrzeni, brak problemów z toaletami, prysznicami, ciepłą wodą, miejscem do parkowania, czy przebrania się. Nie zauważyłem posiłku regeneracyjnego na mecie, ale nie byłem nim zainteresowany, więc nie zwróciłem na to uwagi.

Problemem były za to słabej jakości mapa i karta startowa. Mimo że trzymałem je w mapniku, deszcz dał się im we znaki. Kartę oddałem rozczłonkowaną, a PK6 znalazłem tylko dzięki pomocy jednego z zawodników, bo na podstawie swojej mapy nie miałbym na to szans. Wolałbym dopłacić kilka złotych więcej za start, ale dostać mapę na wodoodpornym papierze, która przetrwałaby całe zawody.

Ale to drobiazgi przy tym, jak świetnie zorganizowany był Azymut Orient. O bazie już pisałem, ale największe pochwały należą się orgom za umiejscowienie punktów. Niby nawigacja była prosta, ale punkty zawsze były schowane z drugiej strony drzewa i znalezienie ich nie było tak oczywiste. W kilku miejscach, by dotrzeć do punktu trzeba było zignorować znak „zakaz wstępu”, a to jeszcze dodawało całej zabawie smaku. Okolice Zalewu Koronowskiego to bardzo ładne krajoznawczo tereny, o urokliwych ruinach w Nowym Jasińcu oraz promie już wspominałem, a jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie wiadukt w Buszkowie. Ma 30 metrów wysokości i przechodzi nad drogą krajową nr 25, widok z góry – powalający! Przejeżdżając dołem warto poświęcić kwadrans i wdrapać się na górę (w krzakach po wschodniej stronie wiaduktu są zarośnięte schody, którymi można dostać się na górę).

Jeszcze tradycyjnie track z GPS-a, który polecam szczególnie osobom z okolic Bydgoszczy, może przebiegałem blisko Waszej działki?:)


Stats&hints:
Wynik: czas 7:56; 8. miejsce na 15 sklasyfikowanych mężczyzn (+ 1 kobieta).

Warunki pogodowe: od 22-23 stopni rano do ok. 32-33 później. W słońcu jak nic ponad 40. W międzyczasie burza i ulewa.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; czapka z daszkiem; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; koszulka Adidas z Półmaratonu Warszawskiego; Garmin FR305. Azymut Orient był debiutem zakupionego kilka dni wcześniej kompasu Silva Ranger – spisał się świetnie, kiedyśtam napiszę o nim więcej. Zrezygnowałem z czołówki i kurtki przeciwdeszczowej – słusznie.

Jedzenie/picie: kanapka; 2 batony + 2 żele energetyczne; 2,2 l napoju w bukłaku + 0,7 l wody w butelce. Dokupiłem 1,5 l wody, napój 0,6 l i drożdżówkę.

piątek, 22 czerwca 2012

Niewiele w mym biegowym życiu się ostatnio dzieje (acz dziać się będzie – w najbliższych tygodniach biegnę nocne 10 km w Gdyni i 50 km na orientację w okolicach Zalewu Koronowskiego), pora nadrobić zaległości i zrecenzować trochę sprzętu. Na pierwszą linię rzucam buty do biegania w terenie – Adidas Kanadia TR4 przeznaczone dla osób z pronującą stopą. TR3 to wersja dla stopy neutralnej.

Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre. Buty są dość lekkie (ok. 350 gramów dla rozmiaru 45 1/3), sprawiają wrażenie dynamicznych, wręcz drapieżnych. Kwestia kolorów to oczywiście sprawa gustu, wersja niebiesko-grafitowa z żółtymi odblaskowymi wstawkami jest dla mnie OK, acz na kolana nie powala. W internecie widziałem też kilka innych wersji kolorystycznych.
Wypustki na podeszwie ułatwiają bieganie w terenie

Podeszwa Adidas Kanadia TR4 jest zbudowana takich jakby wypustek wypustek, które mają umożliwić bieganie w trudnym terenie (łącznie z błotem). I rzeczywiście: buty bardzo dobrze sprawdzają się na piachu, śniegu, czy w lesie. W porównaniu do Asicsów Gel Trabuco IX, które miałem poprzednio, dają dużo lepszą przyczepność i stabilność biegu, największą różnicę odczuwałem biegając po śniegu. Na dodatek Adidasy są sporo od Asicsów lżejsze. In plus zapisuję im także przewiewność, która sprawia, że gdy do butów dostanie się woda, dość szybko się z nich wydostanie, a buty wysychają.

Można też kupić wersję z goreteksem (droższa o kilkadziesiąt złociszy), ale ja nie mam do tego rozwiązania przekonania. Latem noga mocno się nagrzewa, a zimą dłuższy bieg w śniegu i tak doprowadza do przemoczenia stopy, mimo GTX.

Buty mają wbudowany system amortyzacji adiPRENE, w mojej ocenie działa on bardzo dobrze. Nawet po 12h napierania w śniegu na Skorpionie stopy czuły się dobrze, po żadnym z 50-kilometrowych rajdów nie odczuwałem jakichkolwiek niedogodności. Ostatnio buty przetestowałem też biegając po Tatrach i byłem mile zaskoczony. Obawiałem się, że na kamieniach i skałach mogą nie mieć dobrej przyczepności, a było inaczej – nawet gdy padało, Adidasy zachowywały się poprawnie. A różnica w wadze w porównaniu do butów trekkingowych jest kolosalna.

Teren to naturalne okoliczności przyrody dla tych butów

Do czego można się przyczepić to Mud Release Surface, rodzaj podeszwy, do której wg Adidasa nie przylega błoto. Owszem, nie tworzy się jakaś wielka skorupa utrudniająca bieganie, ale nie jest znów tak, że błoto do tej podeszwy nie przylega. Mówiąc krótko, Mud Release Surface to marketingowa ściema.

Ze względu na budowę podeszwy buty te niezbyt nadają się do biegania po asfalcie. Nie chodzi bynajmniej o wygodę, a o to, że na twardej nawierzchni podeszwa może się szybko zetrzeć. W swoich Adidasach zrobiłem na razie ok. 300 km (90 proc. z tego w terenie) i wyglądają dobrze – cholewka wewnątrz nie ma żadnych przetarć, podeszwa też jest w bardzo dobrym stanie.

Podsumowując: trialowe buty Adidas Kanadia TR4 polecam do biegania w każdym terenie innym niż asfalt/beton. Kupiłem je pod kątem 50-kilometrowych pieszych maratonów na orientację, ale świetnie sprawdzają się podczas treningów w lesie, szczególnie zimą, a także w górach tam, gdzie nie jest wymagana sztywna podeszwa. Kupić można je już za 200 zł, co na pewno nie jest zaporową ceną.