BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

piątek, 22 lutego 2013

Dobsom R-90 Winter to idealne spodnie do biegania zimą dla osób, które lubią ciepło. Do -10 nie trzeba pod nie zakładać legginsów, przy temperaturach rzędu -15 stopni świetnie sprawdzają się jaka druga warstwa. Przy bardzo długich zajęciach może to skończyć się otarciami, ale to zdarza się praktycznie w każdych spodniach.

Wiadomość, że zakwalifikowałem się do grupy testerów sklepu Natural Born Runners przyjąłem z niekłamaną radością. Pod kątem startów w zimowych PMNO wymarzyłem sobie spodnie do biegania szwedzkiej firmy Dobsom – R-90 Winter i udało mi się je dostać. Po jakimś czasie kurier przytargał paczkę (trzeba sobie jasno powiedzieć, mamy tu do czynienia z lokowaniem produktu – portki otrzymałem i oczywiście nie muszę ich zwracać po przepoceniu!), a w niej spodnie.

O tym, że Natural Born Runners nie jest zwykłym sklepem dla biegaczy świadczy zawartość paczki – były tam nie tylko spodnie, ale i… kilka cukierków!:) To naprawdę niewielki gest, ale dostarcza niesamowicie dużo radości. Sklep założył i prowadzi Grzesiek Łuczko, osoba znana, lubiana i rozpoznawana w światku biegaczy, szczególnie wśród tych, którzy ponad szosę i stałą trasę przekładają góry, las i pola, najlepiej z mapą w ręku.

Wiatr, śnieg, deszcz
Do rzeczy: spodnie robią dobre pierwsze wrażenie. Materiał, z którego są wykonane od środka jest miły w dotyku, to dobrze wróży przyjemności z biegu w nich:) Z zewnątrz składają się z dwóch części – na przedzie jest tkanina pokryta teflonem (zaczyna się na górze i kończy pod kolanami), co ma dodatkowo zabezpieczać przed zimnem, wiatrem i innymi nieprzyjemnościami, resztę zaś zrobiono z lekko elastycznej oddychającej tkaniny. Doskonały pomysł! Po co robić całe spodnie z windstoppera, jeśli tak naprawdę chodzi o przód ud, okolice krocza i kolana – bo te właśnie części najbardziej marzną podczas biegania. Wiatroodporny materiał jest naszyty na warstwę spodnią, ale pomiędzy jest przestrzeń, co ma ulepszyć wentylację.

Wierzchnia warstwa z teflonu jest naszyta tak, że spodnie
są jednocześnie wiatroodporne i dobrze oddychające

Spodniom zrobiłem też test wody i muszę przyznać, że wodoodpornością jestem mile zaskoczony – nie przemakają w głębokim śniegu, nawet gdy przyklęknąłem na kilkadziesiąt sekund, kolano pozostało suche. Warstwa teflonowa jest odporna nawet na polanie prysznicem, co sugeruje, że i w deszczu nogi pozostaną suche. Odradzam natomiast siadanie w nich w śniegu – jest zimno i szybko robi się mokro, widać więc różnicę materiałów z jakich wykonano przód i tył.

Spodnie są lekko zwężane ku dołowi dzięki czemu w trakcie biegania nie mamy irytującego szurania nogawek. Dodatkowo u dołu umieszczono zamek błyskawiczny, który umożliwia lekkie rozszerzenie nogawek. Dobsom R-90 Winter wyposażono w dwie kieszenie zamykane na zamek. Są one po bokach, w tradycyjnym miejscu, gdzie umieszcza się kieszenie. Jak dla mnie brakuje trzeciej niewielkiej kieszonki, w której można by zmieścić klucze, czy inny drobiazg. Nie lubię jak mi coś lata w trakcie treningu, a w dużej kieszeni klucze skaczą sobie jak chcą.

Spodnie Dobsom R-90 Winter mają po bokach dwie zamykane na zamek kieszenie

W tych spodniach nie zmarzniesz!
Jeśli chodzi o ciepłotę (bo przecież jest to istotne w spodniach na zimę) to Dobsomy po prostu wymiatają. W temperaturach powyżej zera jest mi już za ciepło w nich biegać. Do -10 nie potrzeba dodatkowej warstwy. Poniżej zaś warto założyć legginsy pod spód, ja potrzebowałem tego raptem jeden raz. Spodnie są zrobione z materiału ciepłego, ale jednocześnie oddychającego – szczególnie widać to po zakończeniu treningu, gdy parując spodnie oddają pot z nóg.

W zimowych Dobsomach pobiegałem sobie w styczniu i lutym i za każdym razem było super, ale prawdziwym testem dla nich miał być udział w Skorpionie 2013, czyli zawodach na orientację na dystansie 50 km. Jako że był mały mrozek, dodatkowych legginsów nie zakładałem i było to dobre posunięcie. Jeśli chodzi o temperaturę – było idealnie. Ani przez chwilę (a przebycie trasy zajęło mi ponad 10 godzin!) nie mogłem narzekać, że jest mi za ciepło lub za zimno. Teflon na przedzie świetnie sprawdzał się w sytuacjach bardziej ekstremalnych – gdy trzeba było wspiąć się po zboczu wąwozu kilka metrów i pomóc sobie kolanami, zachowałem suche nogi. Ściągacz na dole z kolei przydał się, bo zabezpieczał przed dostawaniem się pod nogawkę śniegu, którego w okolicy Skierbieszowa nie brakowało.

Nawet po rozpięciu nogawka chroni przed dostawaniem się śniegu do środka

Ale po 7 czy 8 godzinach nadszedł krytyczny moment – pojawiło się otarcie na udzie, poniżej linii bokserek. Wprawdzie przed zawodami posmarowałem nogi Sudocremem (swoją drogą, jego genialność to temat na oddzielny wpis!), ale przez tyle godzin krem zdążył się wchłonąć i spodnie otarły mi lewe udo. Podejrzewam, że gdyby nie Sudocrem, otarcie pojawiłoby się szybciej – np. po 4h. Zabezpieczeniem przed tym urazem byłyby legginsy lub obcisłe spodenki. Trzeba jednak zaznaczyć, że otarcia pojawiają się praktycznie przy każdych spodniach mających trochę luzu w kroczu, nie jest to więc wada Dobsomów, tylko cecha charakterystyczna spodni, odróżniająca je od legginsów.

Wniosek z powyższego jest taki, że Dobsom R-90 Winter to spodnie doskonałe do biegania zimą, ale przy bardzo długich biegach mogą przyczynić się do powstania otarć na udach (nawet jeśli ma się biegowe gatki), więc jeśli nie mamy pod nimi warstwy dłuższej niż bokserki, lepiej nie ryzykować.

Dobsom R-90 Winter w całej okazałości! / fot. ze strony Natural Born Runners

W kilku krótkich słowach moja opinia o Dobsomach R-90 Winter wygląda tak:

ZALETY:
- bardzo ciepłe
- chronią przed wiatrem, śniegiem i deszczem
- oddychające
- wygodne

WADY:
- brak małej kieszonki np. na klucze
- mogą spowodować otarcia ud jeśli nie ma pod nimi dodatkowej warstwy

Ogólnie zalety są dużo mocniejsze od wad – zimą i tak biega się w wielu warstwach, więc odpowiednia kieszonka gdzieś się znajdzie, a 6 godzin lub więcej biega raczej mniejszość niż większość czytelników;) Spodnie Dobsom R-90 Winter serdecznie polecam i to wcale nie dlatego, że dostałem je od Natural Born Runners, a dlatego, że są po prostu dobrze zaprojektowanym i wykonanym kawałkiem odzieży do biegania.


! ! ! UWAGA, ZNIŻKA NA ZAKUPY W NBR ! ! !


Spodnie kosztują w NBR 149 zł, co jest normalną ceną jak na markową odzież do biegania. Ale do 22 marca można je kupić taniej o 10%! A właściwie to do 22 marca br. w NBR wszystko możecie kupić o 10% taniej! Wystarczy przy zakupie podać kod rabatowy: www.biecdalej.blogspot.com. Kod ważny jest do 22 marca br. i dotyczy całego asortymentu sklepu Natural Born Runners!

wtorek, 19 lutego 2013

PK13 to jedyny na trasie punkt kontrolny, którego nie umieszczono w okolicy wąwozu – czeka na nas na słupie przy moście. Zlokalizowanie go nie sprawia mi najmniejszego problemu, jednak na chwilę tracę koncentrację i po podbiciu robię parędziesiąt metrów na południe, zamiast skierować się na północny wschód. Na szczęście w okolicy jest inny napieracz i jego kierunek biegu daje mi coś do myślenia – szybko orientuję się w terenie i zmierzam w dobrym kierunku. Między budynkami wpadam do wsi Sulmice, przebieżność drogi jest bardzo dobra, więc i tempo udaje się trzymać solidne – staram się biec poniżej 6 min/km. W nogach 20 km, jest mi cudownie. Kocham ten stan, gdy nie czuję jeszcze zmęczenia, wszystko idzie zgodnie z planem i czuję czystą radość z biegania z mapą.

Zaczyna się miejscowość Zawoda, ale jakoś nie zwraca mojej uwagi fakt, że nie ma jej na mapie w okolicy w której (myślę, że) jestem. Parę minut później zauważam „Zawoda” na mapie – kilka kilometrów dalej! Mając jeszcze nadzieję, że to niezgodność rzeczywistości z mapą (wszak ta pochodzi sprzed kilkudziesięciu lat) wchodzę w pierwszy napotkany wąwóz (mimo że zaczyna się on z 400 m od drogi, a nie przy drodze jak wskazuje mapa) i czeszę go w poszukiwaniu punktu kontrolnego. Po paru minutach orientuję się, że niezgodność mapy z otoczeniem jest zbyt duża bym mógł być tu, gdzie sądzę, że jestem, a lokalizacja zabudowań Skierbieszowa dobitnie mówi mi, że dałem ciała i zbędnie naddałem prawie 5 km. Pędzę z powrotem i bez większego problemu znajduję pożądany wąwóz, obok którego raz już dziś przebiegałem.

[KURTYNA]

Na PK9 jest ciepła herbata. Żeby było szybciej, odlewam kilka łyków i kubek uzupełniam zimną wodę – nie chcę się poparzyć. W międzyczasie do ogniska dobiega czwórka zawodników, którzy jak się potem okaże zajęli miejsca 6, 7, 8 i 9. Z PK9 wylatuję pierwszy, do końca zostały tylko dwa punkty, picie w bukłaku mam – nie ma co tracić czasu. Kawałek lecę swoim śladem, za plecami coraz bliżej jest jeden z rywali. Zrównujemy się i... rozdzielamy. Piotrek leci w prawo, a ja w lewo. To dziwne, bo przecież obaj chcemy wpaść na PK10. Uznaję jednak, że się pomylił. Wbiegam w las, znajduję wąwóz i trafiam na punkt – podbijam. Zadowolony z siebie ustawiam azymut na kompasie tak, by wyjść z lasu w pożądanym kierunku i napieram. Las nie jest bardzo gęsty, ale ze względu na śnieg przebieżność jest marna, ciężko szybko maszerować, o biegu nie wspominając.

Las się kończy i… coś się nie zgadza. Powinienem wyjść z niego tak, by skręcić w prawo i wzdłuż skraju lasu polecieć na północ. Tymczasem w prawo jest… południe! Chwila konsternacji. Mapa-kompas, kompas-mapa. Źle ustawiłem azymut i zamiast wyjść z wąwozu na zachód, poszedłem na wschód i wyleciałem po drugiej stronie lasu. Pomyliłem wschód z zachodem! Wkurzony znajduję polną drogę i nią obiegam pechowy las dookoła. Potem okazuje się, że pechowy podwójnie, bo to Piotrek miał rację – trzeba było pójść na prawo, tam też był wąwóz, a ja zebrałem punkt stowarzyszony* i 25 minut kary.

Błąd popełniłem przy wsi Wysokie II, gdzie zamiast drogą na południowy zachód pobiegłem na południowy wschód. Do dziś nie rozumiem, jak mogłem tego nie zauważyć. Dodatkowo „moja” droga prowadziła wąwozem, a na mapie go nie było – to też powinno dać mi do myślenia.

(* - kilka słów wyjaśnienia dla osób mniej zainteresowanych bieganiem na orientację. Taki bieg polega na zaliczeniu punktów kontrolnych naniesionych na mapę przez organizatora. Czasem przygotowywane są jednak „psikusy” w postaci tzw. punktów stowarzyszonych – oddalonych od poprawnych o kilkaset metrów lub więcej i umiejscowionych w podobnym miejscu (np. skrzyżowanie dróg, koniec wąwozu itp.))

[KURTYNA]



W Lubelszczyźnie zakochałem się podczas swojej pierwsze wizyty tam, niemal 10 lat temu. Miłość trwa do dziś, a ubiegłoroczny i tegoroczny Skorpion tylko ją umocniły:)

Powyższe wtopy kosztowały mnie łącznie półtorej godziny lub więcej, przez to w sumie na Skorpionie 2013 naklepałem 64,5 km. A mój wariant trasy powinien spokojnie zmieścić się w 57-58 km. Do tego kilka razy w innych miejscach dałem ciała, ale straty były mniejsze, więc te małe błędy w ogóle pomijam – bo one występują praktycznie zawsze. Wystarczyłoby uniknąć ostatniej wtopy po PK9 i zająłbym nie 10, a 5-6 miejsce. Zdarzały mi się już błędy na imprezach na orientację, mniejsze i większe wtopy i porażki, ale jeszcze nigdy nie czułem takiego wkurzenia na siebie.

Ale nie ma co gdybać – tegoroczny Skorpion, podczas którego rozegrano mistrzostwa Polski w pieszych maratonach na orientację na dystansie 50 km, był imprezą bardzo trudną nawigacyjnie i terenowo i mało kto całkowicie ustrzegł się błędów. Inni też mogliby uniknąć wtop i mnie wyprzedzić przecież;) Bezbłędnie trasę pokonało 17 uczestniczek i uczestników zawodów na 85, którzy dotarli na metę.

W tym świetle ukończenie tych zawodów z kompletem punktów, tylko jednym stowarzyszem i na 10. miejscu wśród mężczyzn jest wynikiem niezłym, by nie powiedzieć, że jednym z najlepszych w mojej „karierze”, choć poczucia niedosytu pozbyć się nie umiem.

Ale są i duże plusy wszystkiego. Na przykład to, że ponad 80 proc. trasy zrobiłem w samotności. Czasem w zawodach PMNO biegnę z kimś (tym razem pierwszych kilkanaście km zrobiłem z Bernardem, ale potem mieliśmy inne warianty w planach i się rozdzieliliśmy), kilka razy biegałem też samemu i to daje znacznie większą satysfakcję. Udało mi się motywować do biegu na każdym etapie zawodów i kondycyjnie w miarę wytrzymałem do samego końca. Nie zawiodła mnie też psychika, choć w momencie uświadomienia sobie wtop miałem napad frustracji. Ale zmotywowała mnie ona do dalszej walki, a nie do rezygnacji.

Warunki do biegania były trudne. Pola i lasy pokrywało wprawdzie nie więcej niż kilkanaście centymetrów śniegu, ale był on od góry zmrożony i zapadał się nie w momencie stawiania na nim stopy, a dopiero przy pełnym obciążeniu, zasysając przy tym buta niczym bagno. Warto było więc wybierać drogi z jak najlepszą przebieżnością, bo tam utrzymanie sensownego tempa było znacznie łatwiejsze. Takie warunki oraz trudna nawigacja zrównywały szanse, piąte miejsce na mistrzostwach Polski naprawdę było w zasięgu, bo do czwartego Pawła Pakuły brakuje mi kosmosu i jeszcze trochę;)

Przed zawodami na forach można było przeczytać głosy sceptyków, że w związku ze śniegiem wszyscy będą biec po śladach liderów i będzie nuda. Tymczasem organizatorzy wprowadzili tzw. scorelauf czyli dowolną kolejność zaliczania punktów. Dzięki temu każdy wybrał swoje rozwiązanie i już na starcie uczestnicy rozbiegli się w najróżniejszych kierunkach. A na mecie – cóż za emocje!

Wyobraźcie sobie: na metę wpada pierwszy Janek Lenczowski, ale dostaje 10 min. kary za zmianę jednego z punktów. Po ośmiu minutach na mecie jest Sebastian Reczek – gdyby był bezbłędny, miałby mistrzostwo Polski w kieszeni! Ale dostaje 35 min. kary i musi czekać na następnych zawodników. Chwilę po nim pojawia się Paweł Pakuła – jest trzeci na mecie, ale ma aż 50 min. kar, więc siedzi i czeka. Po kwadransie w bazie pojawia się Marcin Krasuski. Jest bezbłędny i zajmuje drugie miejsce, choć na metę dotarł czwarty! Czy naprawdę ktoś jeszcze będzie mówił, że XII Skorpion nie zasłużył na rangę mistrzostw Polski?:)

Jedyna wtopa orgów to „regulamin jedenastej” imprezy, podczas gdy był to XII Skorpion, co widać w logo. Nagrodę za spostrzegawczość dostaje Radek :)

Ubiegłoroczny Skorpion ze względu na poziom trudności oraz doskonałość organizacyjną wygrał w moim prywatnym mini rankingu na „Imprezę roku 2012”. W tym roku nie było nic a nic gorzej, więc już teraz mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że Skorpion był jedną z najlepszych imprez 2013 (jeśli nie najlepszą). Dwa ogniska na trasie, gdzie można się było napić ciepłej herbaty oraz ciepły dwudaniowy posiłek na mecie to wisienki na torcie. Przede wszystkim liczy się to, że trasa była świetnie zaplanowana, a jej wielowariantowość sprawiła, że każdy wybrał swoje rozwiązanie i były to prawdziwe zawody na orientację, a nie gonienie jeden za drugim. Część osób wybierała krótsze warianty przez pola i lasy, inni lecieli drogami, gdzie było dalej, ale szybciej. Aż chciałoby się zacytować jedną z reklam telewizyjnych „Tak powinno być w każdym banku!”.

Aj, zapomniałbym o jednym! Kolejnym plusem tegorocznego Skorpiona była obecność systemu Orientrack stworzonego przez Janka Lenczowskiego. 17 najmocniejszych osób (tak, tak, znalazłem się wśród nich!!) dostało do plecaka nadajnik GPS, dzięki któremu zapisy naszych tras można sobie teraz obejrzeć w internecie i można je było śledzić na żywo przez całą sobotę (a przynajmniej teoretycznie, bo ponoć przez większość dnia strona leżała). Niestety, baterie w nadajnikach padły po 8-8,5h, nim większość dotarła do mety. Póki co system wymaga więc dopracowania (podobnie jak usability strony), ale zdecydowanie jest to rozwiązanie, które dodaje zawodom na orientację dużo smaczku i mam nadzieję, że będzie pojawiać się jak najczęściej.

Skorpion był też ostatecznym testem zimowych spodni do biegania firmy Dobsom, które dostałem od sklepu Natural Born Runners. Szczegółowa recenzja już za kilka dni na blogu, stay tuned!

=== === ===

Wyniki (nieoficjalne) mistrzostw Polski w PMNO na 50 km:

Mężczyźni:
1. Jan Lenczowski
2. Marcin Krasuski
3. Sebastian Reczek

4. Paweł Pakuła
5. Wojciech Wanat

Kobiety:
1. Katarzyna Panejko
2. Urszula Trykozko
3. Anna Hołdakowska

4. Agnieszka Niewczas
5. Anna Skompska

=== === ===

Stats&hints XII Ekstremalna Impreza na Orientację Skorpion 2013

Wynik: czas 10:14 (+0:25 kary za punkt stowarzyszony); 10/75 miejsce w mistrzostwach Polski w PMNO na 50 km w klasyfikacji mężczyzn; 11/85 w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: -3 stopnie, pochmurnie, chwilami delikatne opady śniegu, w terenie kilkanaście cm zmrożonego śniegu

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom

koszulka termo z długim rękawem + techniczna z krótkim + kurtka Tschibo;; Garmin FR305 (po 8h bateria padła:/); kompas Silva Ranger; czołówka Petzl Tikka Plus 2

Jedzenie/picie: 2 żele (1 został) + 3 batony + bułka z kiełbasą i serem; 2 l napoju w bukłaku + 2 herbaty na punktach z ogniskami.

sobota, 9 lutego 2013

Prędzej czy później każdy uprawiający sport wytrzymałościowy (bieganie, kolarstwo, triathlon) spotka się z zachętą do zrobienia badań wydolnościowych. Ile razy zastanawialiście się, czy się na to nie skusić? Jeśli brakuje Wam pewności, zapraszam do lektury tego wpisu. Trochę przydługi wyszedł, ale mam nadzieję, że odpowie na pytanie: po co mi badanie wydolnościowe? By zwiększyć wartość merytoryczną wpisu zwróciłem się o pomoc do dwóch ekspertów.

Najpierw oddajmy głos tym, którzy mają doświadczenie i profesjonalnie zajmują się sportem, a potem po ludzku powiem Wam, co sam o tym sądzę.

=== === ===

Michał Garnys, 4 Sport LAB – przeprowadza badania wydolnościowe zarówno amatorom, jak i zawodowcom.


Po co robić badania wydolnościowe?
Kluczowe jest oczywiście wyznaczenie parametrów treningowych – ustalamy strefy tętna, w których praca przynosi oczekiwane efekty. Badanie niesie zatem ze sobą informację, co do zastosowania obciążeń treningowych, jakie powinny być zastosowane u konkretnego zawodnika. Wiąże się to z odpowiedzią układu krążeniowo-oddechowego na zadane obciążenie. Ktoś może osiągać wysokie parametry (moc, prędkość), ale koszt uzyskania takich rezultatów jak i całego wysiłku jest bardzo wysoki. Duży koszt wysiłku to np. wczesne uruchomienie przemian mieszanych w organizmie, niskie parametry pochłaniania tlenu i mówiąc wprost: szybko następujące duże zmęczenie.

Jakie inne wnioski można wyciągnąć z raportu po badaniu?
Istotne znaczenie ma również monitorowanie postępów zawodnika, co pozwala na ocenę efektywności treningu. Obserwujemy więc zmiany w pochłaniania tlenu (ekonomia wysiłku), przesunięcia progów metabolicznych, zmiany stężenia kwasu mlekowego na poszczególnych etapach wysiłku oraz zmiany w osiągnięciu mocy/prędkości maksymalnych.

Jednym z parametrów wyznaczonych przez badanie jest VO2max. Co daje nam poznanie go?
VO2 max (czyli maksymalny pułap tlenowy) można ująć w kilku aspektach. Podstawowy to zdolność do pochłaniania tlenu jako miara potencjału i stanu wytrenowania zawodnika. Zagłębiając się bardziej np. od strony treningowej, VO2max należy traktować jako jeden z markerów mówiących o możliwych do zastosowania obciążeniach treningowych. Na przykład zawodnika z niskimi wartościami pochłaniania tlenu należy wprowadzać w niskie intensywności treningowe z ewentualnymi akcentami w średnich, ponieważ jego zdolności adaptacyjne i regeneracyjne są niskie i wprowadzenie treningu o wysokich parametrach mogłoby się skończyć stanem przemęczenia i zniechęcenia treningowego.

W koncepcji monitoringu sportowego natomiast, VO2max trzeba obserwować w poszczególnych strefach intensywności oraz w wartościach progowych – zmiany w ilości pochłaniania tlenu na poszczególnych progach metabolicznych (z podłożonymi pod nie wartościami stężenia kwasu mlekowego w krwi) będą mówiły nam o zmianach w ekonomii realizowanego wysiłku. Chodzi o to, czy np. wzrost pochłaniania tlenu na progu AT przy tej samej wartości mocy (w stosunku do poprzedniego badania) jest objawem wzrostu czy spadku ekonomii realizowanego wysiłku? Pozostawiam to pytanie do własnych przemyśleń:)

=== === ===

Mateusz Jasiński, redaktor naczelny portalu TreningBiegacza.pl – instruktor lekkoatletyki.
Po co robić badania wydolnościowe?
Na wstępie zaznaczę, że nie polecam badań wydolnościowych osobom, którym nie zależy na poprawianiu rekordów życiowych bądź takim, którzy nie znają podstaw teorii treningu wytrzymałościowego. Szkoda czasu i pieniędzy. Owszem, po badaniu wydolnościowym, powinniśmy otrzymać od fizjologa obszerną analizę wyników wraz z zaleceniami, ale to do niczego się nie przyda, jeśli nie będziemy wiedzieli, jak wykorzystać tę wiedzę w praktyce.

Jednym z najważniejszych zastosowań badań jest możliwość oceny swojej aktualnej wydolności. Testy wydolnościowe bardzo pomogą biegaczom, którzy celują w konkretny wynik, są świadomi swojego treningu i trenują w sposób uporządkowany. Dzięki interpretacji otrzymanych wyników, sportowiec amator dowie się, gdzie leżą jego rezerwy i co jest jego mocną stroną. Fizjolog doradzi, na jakim elemencie treningowym skupić się najmocniej, by trening w odniesieniu do naszej celu przyniósł nam jak najwięcej korzyści. Często biegacze mają świetnie rozwiniętą bazę tlenową, ale przez niedostatecznie rozwiniętą siłę mięśniową nie poprawiają swoich wyników.

Które parametry z wyników badania wydolnościowego mają dla biegacza amatora największą wartość?
Bez wątpienia jest to dokładne wyznaczenie zakresów treningowych. Daje nam to komfort, że dokładnie wiemy jak biegać, by osiągać jak najlepsze efekty, unikając przy tym przetrenowania. Biegacz powinien również zwrócić szczególną uwagę na VO2max. Parametr ten daje informacje o ekonomiczności biegacza i jego maksymalnej wydolności tlenowej.

Istotne jest też wyznaczenie tętna maksymalnego. Większość osób trenujących z pulsometrem, odczytuje swoje tętno maksymalne na podstawie wzoru, bądź z zawodów na dystansie od 5 do 10 km. O ile wyznaczenie swojego tętna maksymalnego z zawodów np. na 5km może pokrywać się ze stanem faktycznym, to odczytywanie tego parametru z powszechnie znanych wzorów zawiera spory błąd i zazwyczaj znacznie odbiega od stanu faktycznego. Decydując się na badania wydolnościowe, otrzymujemy wynik, którego błąd nie przekracza 2-3 uderzeń serca.

Kiedy i jak często robić badania wydolnościowe?
Sensownie jest wykonać badania na początku okresu przygotowań i powtarzać je cyklicznie. Zebrane wyniki pokazują, czy od ostatniego badania nasz organizm zdążył zaadaptować się do większych obciążeń treningowych. To również doskonały punkt odniesienia, który pokazuje, czy trenowaliśmy w odpowiedni sposób. Ewentualne pogorszenie wyników i spadek wydolności jest wyraźnym sygnałem, że w naszej układance treningowej coś jest nie tak.

=== === ===

Tyle od ekspertów. A co ja o tym sądzę? Postaram się nie pisać tego, o czym wspominali już Mateusz i Michał, by Was nie zanudzić;)

Wg mnie badania wydolnościowe mają dla amatora duże znaczenie jeszcze z jednego powodu: trenuje on stosunkowo niewiele godzin w tygodniu, warto więc, by czas ten był wykorzystany jak najbardziej efektywnie. To swego rodzaju inwestycja w siebie. Kiedyś w internecie (niestety, nie pamiętam gdzie) przeczytałem bardzo fajne stwierdzenie, że badanie wydolnościowe pomaga przygotować trening uszyty na miarę, tak jak dobrze skrojony garnitur. Pomaga też efektywnie wykorzystać urządzenia treningowe takie jak pulsometry, trenażery czy bieżnie. Rękami i nogami się pod tym podpisuję:)

Jestem doskonałym przykładem tego, że uszycie garnituru własnym sumptem może być dalekie od tego, co uczyni wprawny krawiec. Okazało się bowiem, że w moim przypadku rzeczywisty pierwszy zakres tętna zaczyna się tam, gdzie wg obliczeń teoretycznych się kończył. Czyli tak naprawdę często biegałem za wolno, a efektywność treningu była niska.

Sama wartość VO2max to tak naprawdę ciekawostka, której amator nie ma za bardzo jak wykorzystać w treningu. Ot, fajnie mieć wyższe niż koledzy, bo to znaczy, że jestem lepiej wytrenowany i mam większy potencjał:)

Badanie wydolnościowe – człek wygląda trochę jak kosmita;)

Dużo większe znaczenie ma kilka innych wartości – przede wszystkim progi LT i AT. Poznanie ich pozwala na wyznaczenie takiej intensywności treningu, w której serce zapewniać będzie mięśniom optymalną ilość tlenu (próg LT – powyżej niego wykonujemy trening areobowy, czyli „w tlenie”) oraz wyznaczenie punktu (próg AT), poza którym wysiłek (anareobowy) jest tak intensywny, że układ krwionośny nie nadąża z dostarczaniem tlenu do mięśni i pozbywaniem się kwasu mlekowego. Wysiłek w najwyższych intensywnościach (beztlenowy) prowadzi do szybkiego zmęczenia i nadmiernego zakwaszenia mięśni, co określa się mianem zakwasów.

Korzystając z tabelki tzw. stref tętna (gdzie mamy wyznaczone przedziały tętna, w których zachodzą poszczególne procesy) można trenować pod określony cel. Np. trening poniżej progu AT powoduje rozszerzanie strefy tlenowej, co pozwala na zawodach dłużej biec z większą prędkością bez zbyt szybkiego zakwaszenia mięśni – jest to najważniejsza jednostka treningowa dla osób biegających długie dystanse.
Swoje badanie przeprowadziłem w 4 Sport LAB, poniżej prezentuję przygotowaną przez nich tabelkę, w której rozpisano poszczególne strefy tętna i efekt, jaki przynosi praca w nich.

=== === ===
AR (active recovery) – strefa aktywnego wypoczynku – wykonywana w niej praca ma za zadanie przyśpieszyć procesy wypoczynku po intensywnych wysiłkach.
PRÓG LT
LI (low intensity) – strefa niskiej intensywności, w której wykonywana praca ma za zadanie zwiększać zdolność do wykonywania długotrwałych wysiłków w warunkach umiarkowanego zmęczenia.
MI (middle intensity) – strefa średniej intensywności, w której wykonywana praca ma za zadanie zwiększać zdolność do wykonywania wysiłków o charakterze tlenowym (aerobowym).
PRÓG AT
HI (high intensity) – strefa wysokiej intensywności, w której wykonywana praca ma za zadanie sprzyjać adaptacji do wysiłków o znaczącym udziale metabolizmu beztlenowego.
VHI (very high intensity) –- strefa bardzo wysokiej intensywności,  w której wykonywana praca ma za zadanie sprzyjać adaptacji do wysiłków krótkotrwałych o maksymalnej intensywności wykonywanych w czasie do 60 s.
=== === ===

Najważniejsze z punktu widzenia amatora jest, by mieć poprawnie wyznaczone progi LT i AT i jak najwięcej trenować w przedziale pomiędzy nimi. Wówczas trening przyniesie najlepszy efekt. Dlatego badania wydolnościowe należy potraktować jak najbardziej poważnie i nie przychodzić niewyspanym, po zakrapianej imprezie, czy dzień po ciężkim treningu lub zawodach – wtedy będzie to wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Teoretycznie badania powinno się przeprowadzać cyklicznie, np. co 6 lub 8 tygodni, ale... Zapomnijcie o tym. Ze względu na koszty (średnio ok. 300 zł) dla większości amatorów będzie to po prostu nierealne. Dlatego moment zrobienia badań warto przemyśleć. Ja popełniłem błąd z badaniami na rowerze (rozpoczynając przygotowania do triathlonu zrobiłem badanie biegowe i rowerowe) – poszedłem na nie nim w ogóle rozpocząłem treningi. W efekcie już po kilku tygodniach treningu wyznaczone mi strefy intensywności stały się nieaktualne i tak naprawdę powinienem wykonać ponowne badanie. Dlatego osobom, które w ogóle zaczynają biegać lub jeździć na rowerze badania nie polecam. Lepiej potrenować miesiąc-dwa i dopiero wtedy je zrobić – wynik będzie bardziej miarodajny i dłużej utrzyma aktualność.

Podsumowując: badanie wydolnościowe ułatwi dostosowanie treningu do naszych możliwości i daje sporą szansę na lepsze wyniki. Na pewno warto zrobić, ale nie za wszelką cenę. Nie jest bowiem tak, że bez nich nie da się być świetnym biegaczem. Jasne, że się da! Znamy takiego, co w życiu na oczy nie widział trenera, nie robił badań, a dychę biega w 35 min.:)

Informacje praktyczne o badaniu wydolnościowym:
- w internecie z łatwością znajdziecie firmy zajmujące się przeprowadzeniem badań. Nim podejmiecie decyzję sprawdźcie doświadczenie badających;
- koszt: kilkaset złotych – warto polować na promocje;
- badania są przeprowadzane w fitness klubach – ubierzcie się tak jak na trening na bieżni lub na trenażerze i nie zapomnijcie o wodzie do picia;
- przed badaniem warto być wypoczętym i zrelaksowanym, jego wynik będzie wówczas najbliższy prawdzie;
- przed badaniem warto choć kilka razy pobiegać na bieżni, by przyzwyczaić się do tego rodzaju biegu. W przypadku badań kolarskich polecam pojeździć na trenażerze.
- pamiętajcie, że aby badanie było jak najdokładniejsze, musicie zmusić się do maksymalnego wysiłku. Przygotujcie się więc na hektolitry potu, a nawet możliwość upadku na bieżni.

niedziela, 3 lutego 2013

Rok 2013 zacząłem z przytupem. Ponad 39 gorączki i ostra infekcja górnych dróg oddechowych zafundowały mi tygodniową przerwę we wszelkich treningach i „Sylwester z Polsatem”. Przez tydzień siedziałem w domu, by potem powoli wrócić do ruchu. Starałem się zajęcia wprowadzać spokojnie, by choroba nie wróciła. Pierwszy raz biegać na zewnątrz wyszedłem tydzień po powrocie do świata żywych.

Jak już wróciłem do treningów to po tygodniu… znów mnie pierdyknęło, tym razem zainfekowały mi się dolne drogi (bynajmniej nie oddechowe!), a gorączka dochodziła do 40 st. Celsjusza. Znów prawie tydzień w plecy. Ogólnie w styczniu trenowałem tylko w 18/31 dni, czyli o 9 mniej od zakładanego (przyjąłem sobie jeden dzień tygodniowo na regenerację, całkowicie bez sportu).


Łącznie w styczniu sportowałem się (oprócz biegania, basenu i spinningu jeszcze dwa razy doszła ścianka wspinaczkowa i po razie siłownia i ping pong) przez 25,5h w porównaniu do 38h w grudniu. Słabo, słabo... Ale jest mocne postanowienie poprawy! Żadnych infekcji ani innych syfiksów i ostro ciśniemy! Najważniejsze w lutym jest bieganie. Raz, że Barcelona coraz bliżej, a dwa – punkt kulminacyjny miesiąca to mistrzostwa Polski w pieszych maratonach na orientację na dystansie 50 km, czyli Skorpion. Ale tak naprawdę to cały ten styczeń i luty to tylko pretekst do tego, by się czymś pochwalić...:) Kto nie zagląda na blogowego Fejsa ten dowie się właśnie z tego wpisu.

Bo od paru dni serducho bije mocniej, z linii produkcyjnej zeszła bowiem już Ona (no wiem, że rower to rodzaj męski, ale co, że niby się Nim tak jaram?! Ta, Ona, brzmi zdecydowanie lepiej!). Zobaczcie jaka smukła, zgrabna i powabna...:)

 Póki co nie mam pomysłu na imię (rower musi mieć imię, nie?!),
wszelkie sugestie mile widziane w komciach:)

Tak, tam na kierownicy jest kucyk. Fioletowy kucyk. To jest megaopływowy kuc wyścigowy spełniający przy okazji funkcję dzwonka (wszak to obowiązkowy element wyposażenia każdego roweru!). Proszę więc nie drwić, nie nabijać się, tylko brać ze mnie przykład i montować na rowerach dzwonki.

Najprawdopodobniej za tydzień będę już mógł pojeździć, na razie oczywiście tylko w domu, ale jednak, to zupełnie inna sprawa niż kręcenie na spinningu na siłowni. A potem oczekiwanie na wiosnę. Na pierwszy słoneczny, suchy i ciepły dzień, w który z duszą na ramieniu po raz pierwszy wybierzemy się na wspólną wycieczkę…:)

I wiecie co? Ja naprawdę nie mogę się tego dnia doczekać!

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Ostatnio coraz częściej myślę o tym, że w swoim amatorskim uprawianiu sportu dochodzę powoli do pewnej ściany. Leszek pisał kiedyś o tym, że wielu biegaczy po pewnym czasie szuka urozmaicenia, dalszych wyzwań i coraz trudniejszych celów. W moim przypadku nie chodzi bynajmniej o to, że nie wiem, co dalej chciałbym robić, a o to, że… chciałbym zbyt wiele.

Biegać zacząłem w 2010 r., kiedy to jesienią zrobiłem kilka dyszek i zacząłem myśleć o maratonie. Wiosną 2011 r. wyszła połówka, a jesienią debiut na dystansie 42 195 m. W międzyczasie zacząłem bawić się w piesze maratony na orientację na dystansie 50 km i szybko okazało się, że kręci mnie to bardziej niż zwykłe udeptywanie asfaltu. Ale chęć walki z życiówkami własnymi i kolegów nie pozwalała i nadal nie pozwala mi na rezygnację z biegów ulicznych. Potrzebuję wyzwań, dążenia do coraz trudniejszych celów. Złamanie 3h w maratonie to przecież kwestia treningów i wierzę, że prędzej czy później mi się to uda.

Naturalnym dla mnie wyzwaniem są góry, po których chodzić kocham od zawsze. Stąd chęć startu w jakimś biegu górskim i pewnie będę chciał bawić się w to częściej. Wciąż nie porzuciłem też marzenia o wchodzeniu na góry co najmniej dwa razy wyższe niż nasze Rysy. A do tego doszedł triathlon, bo któż nie chciałby zostać człowiekiem z żelaza?:)

I jak się to wszystko złoży razem to w 2013 roku chciałbym zaliczyć:
- Skorpion – Mistrzostwa Polski w PMNO na dystansie 50 km (16 lutego – zapłacone);
- maraton w Barcelonie (17 marca – zapłacone);
- Półmaraton Warszawski (24 marca – zając na czas 2:00);
- maraton sztafet Accreao Ekiden (21 kwietnia – zapłacone);
- Bieg Ultra Granią Tatr (22 czerwca – jeśli uda się zapisać;));
- inny górski ultra (jeśli na powyższy nie uda się zapisać);
- ¼ Iron Man Triathlon, by zobaczyć jak to jest przed Poznaniem (lokalizacja i czas do zdecydowania);
- ½ Iron Man Triathlon w Poznaniu (4 sierpnia - zapłacone);
- jakiś maraton jesienią (do zdecydowania);
- Biegnij Warszawo, Praska Dycha, Bieg Niepodległości lub inne 10 km jesienią (zależnie od terminów);
- 8-9 PMNO na dystansie 50 km przez cały rok (lokalizacje do zdecydowania).

I może jakiś półmaraton jesienią, bo 2-letnia życiówka to przesada;)

Patrzę na to i… mam wrażenie, że robi mi się trochę za gęsto. Że za dużo chcę. Że wśród tych rzeczy, które chciałbym robić (postanowiłem też regularniej chodzić na ściankę wspinaczkową), zrobiło się trochę za ciasno. Z jednej strony robi się problem z wolnymi weekendami i czasem dla rodziny i przyjaciół, a z drugiej pojawia się rozstrzał w kwestii przygotowań.

Bo niby wszystko to wytrzymałościówka, ale przecież 80 km po tatrzańskich szlakach to coś kompletnie innego niż maraton w Barcelonie, o triathlonie nie wspominając. Przy powyższej rozpisce nie mogę sobie założyć jakiegoś długofalowego planu treningowego i spokojnie go realizować. Choć tak naprawdę to jeszcze nigdy w życiu żadnego nie miałem i jakoś biegam, acz trochę zazdroszczę Marcinowi współpracy z Kancelarią Kingi i Wojtka, bo to niemal pewna gwarancja tego, że mój imiennik zrobi postęp jak stąd do Paryża.

A ja się w przygotowaniach trochę szamoczę. Od dwóch miesięcy trenuję pływanie, bo to moja najsłabsza strona, więc dałem sobie dużo czasu na przygotowania. Staram się, by 2-3 wizyty tygodniowo na basenie były normą. Kręcę też na rowerze, żeby powoli zbudować formę i w tej dziedzinie. Ale aktualnie najważniejsza jest Barcelona (choć za niespełna trzy tygodnie Skorpion, więc parę dni przed i po nim będę odpoczywał i przygotowania do BCN trochę na tym ucierpią), więc na razie zamierzam skupić się na bieganiu, ograniczając trochę basen i rower… Potem mój „plan” dostosuję pod start górski, wplatając w to jakieś PMNO, a po górach skupię się na końcówce przygotowań do triathlonu.

I jak znam siebie to wszystko się uda. Pewnie wszystko się zmieści, upakuje, zrealizuje i pęknę z dumy po ukończeniu Poznań Trathlonu, a jesienią w rozpisce pojawi się kilka nowych życiówek. Ale czasem przychodzi mi do głowy jednak ta myśl, że próbuję złapać za dużo srok za ogon i nie umiem z nią nic zrobić poza podzieleniem się nią z Wami;)

czwartek, 24 stycznia 2013

Co oznacza „azymut odbierania” punktu X z punktu Y. Czy to po prostu azymut z punkty Y do X? A może azymut „odwrotny”, czyli odwrócony o 180 stopni od niego, z X do Y? Właśnie tak nam wychodziło na początku, gdy odnaleźliśmy pierwszy z sześciu małych beretów i wpasowaliśmy go w beret główny.

Oprócz meczącego napierania 50 km z mapą po lasach lubię czasem pobawić się w prawdziwy orienteering – z wielokroć trudniejszą mapą, gdzie można wygrać nie robiąc ani kroku biegiem, bo liczy się wyobraźnia przestrzenna i umiejętność pracy z mapą. Zwykle mapa ma dodatkowe utrudnienie. Na ostatniej (11.) rundzie OrtIno, która odbyła się 23.01.2013 r. na warszawskiej Ochocie rzecz była w… beretach. Zobaczcie sami, już lektura samej instrukcji może być trudna;)

 
Mapa z 11. rundy OrtIno, trasa zaawansowana

Na starcie zapomnieliśmy… zorientować mapy. Bezmyślnie uznaliśmy, że góra głównego beretu to północ i wg tego próbowaliśmy zlokalizować małe berety. Zamiast beretu z azymutem 295 znaleźliśmy 99 i stąd wniosek, że „azymut odbierania” to niejako azymut odwrotny. Jak dziś czytam instrukcję to pomysł ów wydaje mi się absurdalny, ale skoro mniej-więcej wszystko pasowało, uznaliśmy, że tak musi być. Do prawdy doszliśmy dopiero parę PK później, gdy zweryfikowaliśmy orientację głównej mapy. Dobrze, że przynajmniej wyskalowaliśmy ją na samym początku;)

Najtrudniejszym elementem okazało się być wyznaczenie dwóch azymutów pomiędzy punktami, czyli zadanie dodatkowe. Trudno to zrobić nie mając dokładnie połączonych elementów mapy. Potem okazało się, że nikt nie zrobił tego bezbłędnie. Wyznaczenie tych azymutów zajęło nam dobre 10 min., a w tym czasie kilka osób z zacięciem krążyło wokół podwójnego punktu G i R, który został bardzo sprytnie ukryty w kanale.

W między czasie końca dobiegł limit czasu (100 minut). Na metę wpadliśmy 7 min. po limicie i od razu było wiadomo, że z czystym kontem tych zawodów nie ukończymy. Dla urozmaicenia Lisiccy (ojciec i syn), z którymi robiłem tę trasę wpisali inne wartości azymutów niż ja i okazało się, że mieli więcej szczęścia, bo w jednym z nich spudłowali tylko o 7 stopni i zaliczyli 3 pkt. karne mniej. Bo musicie wiedzieć, że w zawodach na orientację chodzi o to, by zgromadzić jak najmniej punktów karnych.

Teoretycznie nie ma się z czego cieszyć: 8. miejsce na 13 drużyn to pozycja stosunkowo gorsza od 10/20, jakie zająłem w towarzystwie Bernarda podczas 7. rundy zrealizowanej w parku Morskie Oko na Mokotowie. Ale tutaj udało się zaliczyć niewielką liczbę punktów karnych. Na 6. OrtIno na Kępie Potockiej mieliśmy ich 477, w 7. rundzie w Morskim Oku 285, a tym razem tylko 27. Postęp jest wyraźny!

Oczywiście nie da się ukryć, że tym razem trasę przebyłem w towarzystwie dwóch bardzo doświadczonych zawodników, jednak zdecydowanie nie było tak, że się na nich wiozłem. Był to fajny przykład współpracy, w której każdy z nas dodał swoje kilka groszy to wspólnego koszyka. Następne OrtIno 27 lutego br. na Stokłosach, już wpisałem sobie do kalendarza, a i Was serdecznie zapraszam. To świetny trening nawigacyjny przed PMNO. W Warszawie takich imprez jest dużo, OrtIno wyróżnia się spośród nich mapami, które są zdjęciami lotniczymi, co czasem ułatwia sprawę, a czasem… utrudnia;)

środa, 23 stycznia 2013

„Nie wiem, czy miałem już kogoś, kto tak szybko robiłby postępy.” – jedno proste zdanie wypowiedziane przez instruktora pływania i triathlonu sprawiło kilka dni temu, że kolejne pięćdziesiątki na Inflanckiej machałem ze spięciokrotnioną motywacją. Hop-wyciągamy rękę jak najdalej-łokieć-do końca-hop-oddech-rotacja biodrami i tak w koło. Nie wiem, na ile słowa te miały na celu właśnie zmotywowanie mnie do lepszej pracy, a na ile mam talent Michaela Phelpsa (albo chociaż Artura Wojdata), ale podziałało, a to jest najważniejsze.

Ten motywacyjny kop sprawił, że zacząłem zastanawiać się nad tym, co napędza mnie do treningów. Dlaczego w najgorszej nawet pogodzie, w mrozie, śniegu, upale czy deszczu, wychodzę pobiegać? Wracając w poniedziałek z basenu byłem tak zmęczony, że prawie zasnąłem na stojąco w autobusie. I było mi z tym dobrze:)

Wyniki
Pisałem już kiedyś, że lubię się ścigać. Lubię wygrywać z kolegami, lubię pobijać ich rekordy, sprawia mi to przeogromną satysfakcję. A porażki? Doskonale motywują do pracy! Mając znajomych na podobnym poziomie można się naprawdę fajnie bawić.

Do tego dochodzi pobijanie własnych rekordów. Pamiętam latem 2011 r. w ramach przygotowań do debiutu na Maratonie Warszawskim zapisałem się na Bieg Powstania Warszawskiego. Ówczesna życiówka na 10 km (50:09) pochodziła z jesieni 2010 r., gdy w ogóle zacząłem biegać. Klepałem kilometry do maratonu i pewnego wieczoru, jakiś tydzień przez Biegiem Powstania, postanowiłem pobiec szybszą dychę, by sprawdzić jak to wygląda. Wyszło 48:37, czyli o półtorej minuty lepiej niż ówczesna życiówka! Dodało mi to sporo wiary w siebie i siły do dalszej pracy.

Kibice
Pamiętacie, że na Poznań Maratonie kibicowało mi „prawie 17 osób” – Ninka była wtedy jeszcze w brzuchu u mamy:) Dzięki tym, którym chciało się przyjechać kilkaset kilometrów, którym chciało się wstać o rzeźnickiej jak dla nich porze w niedzielę rano, którym chciało się wyczekiwać kilkadziesiąt minut w jednym miejscu tylko po to, by zobaczyć mnie w tłumie biegaczy przez kilkanaście sekund oraz tym, którzy na mecie gratulowali mi udanego biegu, w najtrudniejszym momencie miałem siłę, by się nie zatrzymać. By biec dalej, aż do samej mety i nie tylko ukończyć maraton, ale i całego go przebiec.

Przełamywanie własnych granic
Pierwsza dyszka, pierwsze ukończone zawody na orientację na 50 km, pierwszy maraton, a w przyszłości pierwszy triathlon, bieg górski... Każdy kolejny krok dodaje sił do tego, by pracować dalej. I wiecie co? Nie mam obaw o to, że skończy mi się przestrzeń do tego, by pójść dalej, by robić kolejne kroki. Bo zawsze jest do poprawienia kolejny wynik, kolejna bariera do przeskoczenia... W 2013 r. szykuje mi się sporo takich barier;) Pierwszy triathlon na rozgrzewkę, potem Half Ironman w Poznaniu jako docelowy start, do tego marzenia o górskim ultra, kolejne maratony, a jesienią mam nadzieję wreszcie zejść poniżej 40 min. na dystansie 10 km. Jest nad czym pracować! Bo w bieganiu, czy w ogóle sportach wytrzymałościowych genialne jest to, że wszystko osiąga się własną ciężką pracą i poświęceniami.

Uzależnienie
Nie da się ukryć, że bieganie uzależnia. Już kilkudniowa przerwa od udeptywania świata sprawia, że człowiek jest jakiś nieswój, że czegoś mu brakuje. To kwestia endorfin, nazywanych hormonem szczęścia, które powodują stany euforyczne u osób biegających na dłuższe dystanse. To sprawia, że po mocnym treningu już nie mogę doczekać się kolejnego. Już planuję, kiedy znów założę buty i na godzinę czy dwie zapomnę o otaczającym świecie. Bo, jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało, uprawiając sport odnajduję harmonię z samym sobą. Jest mi z tym po prostu dobrze:)

Do tego dochodzi coś, czego nie za bardzo potrafię nazwać. Chodzi mi o swego rodzaju pokazanie samemu sobie, że mogę. Nie wiem, do której kategorii czynników motywacyjnych do przykleić, więc hasłowo rzucam na koniec.

Wyspowiadałem się, pora na Was. Co motywuje Cię do treningów?

piątek, 4 stycznia 2013

46 sekund dzieliło najszybszy i najwolniejszy kilometr przebiegnięty przeze mnie podczas 13. Poznań Maratonu. Tak moi mili, 14.10.2012 r. za czwartym razem udało mi się przebiec maraton. Przebiec, a nie ukończyć. Bez jednego nawet zatrzymania, bez przejścia do marszu i bez wizyty w toalecie. To bezapelacyjnie mój największy sukces i duma minionego roku.

W ramach blogowego podsumowania ostatnich 12 mies. spróbuję spojrzeć na nie właśnie pod kątem największych sukcesów. A gdzie sukcesy, tam i porażki i to od nich zacznijmy:

Porażka 3. Brak jakiegokolwiek sukcesu w PMNO. Ani razu nie zmieściłem się w pierwszej piątce zawodów, a na dodatek udało mi się wystartować tylko siedem razy (nie zawsze w dobrej formie), co nie pozwoliło na zajęcie miejsca wyższego niż 20. w Pucharze Polski na dystansie 50 km. 20. pozycja na 900 sklasyfikowanych to nieźle, ale pamiętajmy, że tak naprawdę ściga się nie więcej niż 70-80 osób, a przed sezonem i po jego rozpoczęciu liczyłem na więcej. 20 pkt, a byłbym 14. i nie byłoby narzekania. Do tego zabrakło dwóch dobrych startów z wynikiem na poziomie 43 pkt. Nie udało się.

Porażka 2. Kłopoty z pasmem biodrowo-piszczelowym. Bujałem się z tym problemem przez kilka miesięcy i dopiero jesienią udało się go całkowicie wyeliminować. Opuściłem przez to kilka startów w PMNO i odpuszczałem treningi, bo po kilku km biegu pojawiał się ból.

Porażka 1. Brak systematyczności w treningach przez większość roku. Przez cały rok przebiegłem (treningi + starty) ledwie 1331 km (plus 420 km na orientację). No koleżanki i koledzy maratończycy, kto da mniej?;)

W całym roku zaliczyłem tylko dwa miesiące z przebiegami ponad 200 km – sierpień i wrzesień. I wtedy rzeczywiście była dobra forma przedmaratońska, a i w PMNO zainkasowałem dwa najlepsze swoje wyniki (Nawigator oraz Izerska Wielka Wyrypa). Aż w siedmiu miesiącach biegałem mniej niż 10 razy, wstyd.
Pod koniec roku podjąłem mocne postanowienie poprawy i chyba wyszło nieźle, bo w grudniu zaliczyłem 11 treningów biegowych, 7 na basenie i 7 na rowerze spinningowym – to w ramach rozpoczęcia przygotowań do triathlonu. Mam nadzieję, że (jak tylko wrócę do zdrowia;)) uda mi się utrzymać ten trend.

Niech to będzie jedyna ilustracja tego postu, ku przestrodze.
Na zielono bieganie, na fioletowo bieganie na orientację.

Pora i na pochwalenie się tym, co najbardziej mnie cieszy:

Sukces 3. Ten blog wciąż istnieje:) 10 miesięcy temu uruchomiłem bloga chcąc podzielić się ze światem tym, jak niezwykłym przeżyciem było dla mnie ukończenie XI Ekstremalnej Imprezy na Orientację Skorpion 2012. Blog się przyjął, czytają go nie tylko moi dotychczasowi znajomi, ale i ludzie zupełnie nowi, którzy pojawili się bądź tu, bądź na Facebooku. Komentujemy, dyskutujemy, każdego miesiąca zaglądacie tu prawie 2 tys. razy. Lubię to!

Sukces 2. (Do)gonienie króliczka. Mógłbym tu napisać, że najważniejsza jest sama idea biegania, że biegam dla siebie, zdrowia itd. Ale to guzik prawda. Ściganie się i pobijanie rekordów kolegów to jest coś, co tygryski lubią najbardziej!:)

Gonić miałem Benka na 10 km i w końcu udało się jesienią jego życiówkę pobić (acz miał jeszcze więcej problemów zdrowotnych niż ja, więc na pewno ma coś w zanadrzu i liczę na dalszą rywalizację w 2013). Ale już w podsumowaniu roku PMNO przegrałem o nieco ponad 6 pkt i jest co gonić.

A w między czasie fantastycznych rumieńców nabrała sąsiedzka rywalizacja z Leszkiem, który najpierw mi uciekł na 10 km, ale potem dał się złapać na Biegnij Warszawo i Biegu Niepodległości. Wiosną czeka nas korespondencyjny pojedynek na maratony. Leszek wybiera się do Wiednia, a ja do Barcelony. Aktualnie mam od Leszka lepszy wynik w maratonie i na 10 km, ale na dystansie półmaratonu przegrywam o ponad 3 min. Jest co gonić!:)

Sukces 1. Przebiegłem maraton. Mój pierwszy maraton (jesień 2011 r.) był niezapomnianym przeżyciem. Ubiegłoroczny MW z finiszem na Stadionie Narodowym to również chwila, której nie zapomnę, podobnie jak czerwony dywan w Atlas Arenie w Łodzi. Ale moim pierwszym trzem maratonom brakowało jednego: dzikiej satysfakcji z tego, że cały dystans przebiegłem. W debiucie byłem na to za słaby i musiałem się zatrzymać, w Łodzi podobnie, choć czas był o ponad 25 minut lepszy. W Warszawie nie pozwoliły na to problemy żołądkowe, ale dwa tygodnie później w Poznaniu w asyście 16,5 osobistych kibiców się udało! Przez cały czas biegłem, a amplituda czasu najszyszego i najwolniejszego kilometra wyniosła tylko 46 sekund.

Tak moi mili, 14.10.2012 r. za czwartym razem udało mi się przebiec maraton. Przebiec, a nie ukończyć. Bez jednego nawet zatrzymania, bez przejścia do marszu i bez wizyty w toalecie. To bezapelacyjnie mój największy sukces i duma minionego roku.

Życzę Wam i sobie, by w 2013 r. zdecydowanie więcej było sukcesów niż porażek. Acz tak naprawdę to te drugie też nadają trochę smaku naszej zabawie w biegaczy. Bo jakby wszystko się każdemu udawało to byłoby nudno.

wtorek, 1 stycznia 2013

Pamiętacie jak kilkanaście lat temu hitem podwórek były plastry na nos, które unosząc nieco nozdrza ułatwiały oddychanie? Oczywiście, że ja też taki miałem! Furory one nie zrobiły, ale przez pewien czas używało ich sporo sportowców, większość pewnie ze względu na modę;)

W okolicy Mikołajek 2012 r., podobnie jak paru innych piszących biegaczy, dostałem od firmy Medica 91 nową odmianę tego gadżetu – BestBreathe. Tym razem ma to formę nie plastra, a dwóch zrobionych z elastycznego materiału i połączonych ze sobą tulejek, które umieszczone w otworach nosowych mają zwiększać przepływ powietrza w trakcie oddychania. Urządzenie (o ile użycie tego określenia jest tu poprawne) ma dwa zadania:
  • zmniejszać lub nawet likwidować chrapanie
  • pomagać w oddychaniu przez nos w trakcie uprawiania sportu.
obrazkowe wyjaśnienie tego, jak działa BestBreathe; źródło: oddychanie.medica91.com

Pierwsze wrażenia
BestBreathe dostarczany jest w tak na oko sześciokrotnie za dużym pudełku. Podejrzewam, że chodzi o marketingową rolę opakowania, które ma zwrócić uwagę klientów w sklepie. W pudełku (na nim ani słowa w języku polskim – tak można?) znajdziemy instrukcję obsługi (znów nic po polsku) oraz sam BestBreathe dostarczany z bardzo praktycznym zgrabnym plastikowym futerałem. Wykonanie BB jest nienaganne. Widać, że to nie żadna podróba, a „Made in EU” nadrukowano tu nie od parady.

Pora zmierzyć się z wyzwaniem i umieścić to-to w odpowiednim miejscu. Cóż, początki bywają trudne i to jest najlepszy tego przykład. BestBreathe jest cholernie niewygodny i uwiera w nos. Tak jak dystrybutor pisze na swej stronie należy najpierw zakładać go w domu na kilka minut, by przyzwyczaić nos do obecności ciała obcego, w żadnym wypadku na dzień dobry nie zakładajcie go na bieganie! To, jak szybko BB przestanie uwierać, jest kwestią indywidualną. Moja lewa dziurka oswoiła się z nim bardzo szybko, a prawej nie udało się to do dziś. Niby z przegrodą nigdy problemów nie miałem, ale coś tam jest nie tak jak powinno i uwiera. Nie sprawia bólu, ale irytuje, wkurza, a ja czegoś takiego nienawidzę. Faktem jest jednak, że po paru sesjach w domu BB uwiera mniej i można zabrać go na testy w terenie.
BestBreathe na głębokiej wodzie

BestBreathe dostarczany jest w zestawie z praktycznym futerałem

Aby sprawdzić, czy BB rzeczywiście wpływa na wyniki sportowe trzeba by przeprowadzić w laboratoryjnych warunkach badania wydolnościowe i porównać ich wyniki. Moja opinia będzie czysto subiektywna i wynikająca z odczuć biegacza amatora, który BB wypróbował podczas swobodnych treningów w okresie zimowym.

I jak było? Cóż, jedno muszę Wam szczerze powiedzieć: różnicy in plus w oddychaniu nie poczułem. I bez BB biegając oddycham przez nos bez żadnych problemów (treningi zimą wymuszają nauczenie się tego), a jego obecność wręcz mi przeszkadzała. I nie chodzi o samo ciało obce w nosie, ale i o problem z opróżnianiem nosa z wydzielin różnych i różniastych. Szczególnie zimą ma to znaczenie, bo średnio co 5-10 minut muszę nos wydmuchać. I nie wyobrażam sobie wyciągania i wkładania BB za każdym razem.

Mi się to nie zdarzyło, ale możliwa jest sytuacja, w której osoba wydychająca powietrze przez nos przy intensywniejszym wysiłku wraz z powietrzem wydmuchnie samego BB. I tu kolejny problem: im wysiłek intensywniejszy, tym BB bardziej przeszkadza. O ile biegnąc swobodnie jestem w stanie go w nosie tolerować, to już przy większej prędkości – nie. Tak było przy pierwszym treningu i przy kolejnych. A skoro i tak bezproblemowo oddycham przez nos, a przy szybszych biegach nie odczuwam poprawy wydolności to... po co właściwie mi BestBreathe?

Podsumowując: BestBreathe to gadżet, który MOŻE (ale nie musi) pomóc osobom mającym problemy z oddychaniem przez nos. Jedno trzeba powiedzieć: BestBreath nie jest cudem, który pozwoli Wam złamać 3h w maratonie (swoją drogą, ciekawe, czy poza Michałem S. i Piotrkiem C. czytują mnie jakieś inne tak szybkie przecinaki?;)). W moim przypadku różnicy nie było, więc BB powędruje na półkę opisaną jako „ciekawostki”. Drugiego z zastosowań (pomoc w walce chrapaniem) nie przetestowałem, bo nie mam z tym kłopotu. Ciekaw jestem testów pozostałych Blogaczy, być może znajdą się tacy, dla których będzie to rzeczywiście przydatne rozwiązanie.

niedziela, 9 grudnia 2012

Jest towarzysko. I jak zawsze w takich sytuacjach rozluźnienie sprawia, że nie zauważamy ścieżki prowadzącej do jaskini i wylatujemy w miejscowości Zalejowa. Szczyt głupoty, bo wystarczyło śledzić kompas, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Zamiast na północ z odchyleniem zachodnim poszliśmy na północ z odchyleniem wschodnim. Na dodatek, nie ogarniamy się po dotarciu do Zalejowej tylko robimy jeszcze kilkaset metrów na wschód, co jest kompletnie bez sensu. Nadkładamy 1,5 km, tracimy kwadrans i wkurzeni na siebie napieramy dalej w tej potwornej mgle, w której chwilami nie widać drzew po bokach leśnego duktu.

Dwa tygodnie – takiego opóźnienia w relacji z PMNO to jeszcze nie miałem:/ Niestety, z czasem kiepawo, mam nadzieję, że wybaczycie. Nie to bym się obijał, ale mocno trenuję, kto śledzi bloga na FB albo obserwuje moje aktywności na Endomondo, wie jak jest. Ale w końcu udało się wygospodarować trochę czasu i spisać, co działo się na Kielecczyźnie 24 listopada 2012 r. A działo się sporo.

Organizatorzy Funex Orient (podobnie jak rok temu) zaplanowali niestandardowy start. Tym razem na szczęście obyło się bez walki na łokcie, dla urozmaicenia przygotowano za to start interwałowy. Pomysł świetny, ale chyba nie do stosowania podczas zawodów odbywających się późną jesienią. Ruszaliśmy od 9:00 do 10:30 co minutę. To oznacza, że ci ruszający na końcu mieli o półtorej godziny mniej światła dziennego. A na tej trasie to naprawdę robiło dużą różnicę, bo było górzyście, leśnie i mgliście. Nam (przyjechaliśmy z Wawy we trójkę) udało się trafić nieźle. Benek Waszczyk ruszał w ogóle jako pierwszy, Paweł Choiński (może w końcu zaczniesz coś na stronę wrzucać, co?;)) bodaj 2 min. po nim, a ja o 9:26.

Zawody podzielono na dwie części. Pierwsza, znacznie krótsza (teoretycznie ok. 8 km), odbyła się na Słowiku, czyli całkiem sporej górce na granicy Kielc. Miała ona mieć 500 m podejścia na odcinku ok. 8 km. Umieszczono tam 9 punktów kontrolnych (kolejność zaliczania obowiązkowa), które oznaczono na mapie w skali 1:10 000. Część druga to 700 m podejścia na 42 km dystansu i 11 punktów rozrysowanych na standardowej mapie 1:50 000. Po zakończeniu pierwszego odcinka należało pojawić się w bazie, by dostać mapę na drugi odcinek.

Pierwszy punkt na Słowiku wchodzi mi dość łatwo, ale drugi to mordęga. Kręcę się po krzakach kilka minut, aż trafiam na... Pawła, któremu „udało się” konkretnie zgubić w okolicy PK1, gdzie stracił 20 minut. Zespołowe czesanie lasu (w między czasie w okolicy PK2 pojawia się już z osiem osób) przynosi w końcu efekt, udało się. Ruszamy dalej, PK3 umiejscowiony jest między przeokrutnie gęstymi zagajnikami, przedzieranie się przez nie to niezłe wyzwanie, a utrzymanie kierunku marszu jest bardzo trudne. Teren Słowika jest oczywiście mocno pagórkowaty, nie sposób więc cały czas biec. Już między PK2 i PK3 formuje się 4-os. grupka, w skład której wszedł oprócz mnie Paweł oraz poznani przy PK2 Kuba Runowski i jego kolega Jarek. Kolejne punkty wchodzą całkiem sprawnie, choć jak spojrzeć na tracka z GPS to okazuje się, że wędrówka aż tak prosta jak strzała to nie była;) Przy PK8 nieomal zaliczamy sporą wtopę. Punkt zlokalizowano bardzo blisko PK3 i początkowo wpadamy właśnie na PK3, na szczęście udaje się w porę dojść do tego, że jesteśmy w złym miejscu. Wszystko przez niestandardową mapę 1:10 000, na której 1 cm to zaledwie 100 metrów. Schodząc ze Słowika już do bazy wybieramy najkrótszy wariant – prosto w dół. Niektórzy zaliczają więc zjazd na tyłku i w końcu wypadamy z lasu na szosę prowadzącą do ośrodka Stella, w którym zlokalizowano bazę.

Na Kielecczyźnie potrafi być pod górę;) / fot. Kuba R.

Tam wymiana mapy i 5 min. odpoczynku. Zabieram przygotowany wcześniej plecak (pierwszy etap zdecydowałem się zrobić „na lekko”), wciągam banana i ruszamy. Najpierw 3,5-km przelot wzdłuż drogi numer 762 do szpitala w Czerwonej Górze, gdzie przy wieży ciśnień umieszczono PK1. Jarek już na początku drugiej części zostaje z tyłu i kilometry połykam w towarzystwie Kuby i Pawła. Przy nieskomplikowanych przelotach gadamy o pierdołach i czas jakoś leci. PK2 i PK3 znajdujemy w miarę sprawnie, choć jak patrzę na mapę to w okolicy PK3 chyba niepotrzebnie zrobiliśmy pętelkę.Do PK4 czeka nas kawał drogi, prawie cała szerokość mapy. Rozpoczynamy odważnie, najkrótszą drogą, która wiedzie najpierw torami, a potem szlakiem przekraczającym rzekę Bobrzę. Dopadamy do rzeczki i...

Przejść, czy nie przejść...? / fot. Kuba R.

Minuta konsternacji, nie za bardzo wiemy co zrobić. Trochę strach na to wchodzić (jak się potem okazało niektórzy to zrobili i nic im się nie stało). Decyzję podejmuje Kuba, który szuka płytszego miejsca i przechodzi przez rzekę. Nie mamy z Pawłem wyjścia i też idziemy. Teraz najważniejsze to biec i to nie tylko po to, by rozgrzać zmarznięte stopy (w najgłębszym miejscu woda sięgnęła mi za kostki), ale i by uciec grupie pościgowej, bo w za sobą widzimy kilku innych napieraczy. Tniemy przez pole, przez las i do drogi w kierunku Starochęcin.

W wodzie czułem się bezpieczniej niż na mostku / fot. Kuba R.

Gdy zbliżamy się do drogi krajowej nr 7 dogania nas trójka uczestników biegu na 100 km. Niestety, połykają kilometry szybciej niż my, bo to ścisła czołówka (przyszła pierwsza trójka zawodów) i raz-dwa nas wyprzedzają. Kuba biegnie kawałek z nimi, ma zaczekać przy PK4, ja drepczę z Pawłem. Po chwili dogania nas Piotr Kwitowski, który jak się potem okazało, rzeczkę pokonał tym niby-mostkiem – szacun! Przy PK4 chwilę odpoczywamy i czas lecieć dalej. Przedzieramy się trochę przez las, udaje się sensownie trzymać kierunek i bez większych problemów łapiemy PK5 umiejscowiony niedaleko 700-letniego Zamku Królewskiego w Chęcinach. Trochę szkoda, że organizatorzy nie pokusili się o umieszczenie PK bliżej zamku albo (jeśli to możliwe) nawet na nim, byłaby fajna atrakcja. Powoli robi się ciemno i czas wyciągnąć czołówki. Przy PK5 tłum zawodników, było nas tam chyba z ośmiu, albo i więcej.

Trochę zastanawiamy się nad dalszym przebiegiem, bo nie jest on taki oczywisty, ostatecznie, po szybkim pomiarze dokonanym linijką, wybieramy kolejność PK8-PK9-PK7-PK6-PK10-PK11. W piątkę ruszamy do Chęcin z zamiarem zawinięcia do sklepu spożywczego, bo większości zaczyna brakować jedzenia i picia. Problem polega bowiem na tym, że na liczniku mam już 40 km, a najbardziej wstępny szacunek dystansu do mety wskazuje, że przed nami jeszcze co najmniej 25 km. W kierunku PK8 robimy kolejny prawie 3-km przelot asfaltem, starając się cały czas biec i zwalniać jedynie na podbiegach.

I tu następuje dupa. Jedna wielka dupa. Raz, że kończą mi się baterie w czołówce (niesprawdzenie ich poziomu przed wyjazdem uznaję za szczyt swojej nieodpowiedzialności), a dwa... popatrzcie sami. Tak wyglądało nasze półgodzinne poszukiwanie PK8 nazywającego się „otwór jaskini”.

No comments...

W międzyczasie zagęszcza się mgła (chwilami widoczność nie przekracza kilkudziesięciu metrów), a moja latarka już zupełnie przestaje świecić. Podejmuję decyzję o końcu zabawy. Przed nami jeszcze kilka godzin napierania, a bez własnej czołówki nie ma to kompletnie sensu. Decyzją dzielę się z Pawłem, który stwierdza, że... jego tak noga boli, że nie jest w stanie kontynuować zawodów i może dać mi swoją latarkę, bo z PK8 ma tylko kilkaset metrów przez las do oświetlonej drogi prowadzącej prosto do bazy. No i Pawłowi wiszę dobre duże piwo!W okrojonym składzie ruszamy dalej, ku PK9 umieszczonemu w kapitalnie się prezentującym w nocnej mgle Kamieniołomie Szewce. Skład naszego „tramwaju” co chwilę się zmienia, jego stałymi gośćmi są oprócz Kuby i mnie Andrzej Urbański i Maciek Sąsiadek, co jakiś czas przewija się też Stanisław-Adam Olbryś. PK9 i PK7 łapiemy bez większego problemu nawigacyjnego, ale mgła jest powalająca. PK7 został umieszczony również w kamieniołomie, do którego szliśmy swego rodzaju granią. Wyglądało trochę jak byśmy przemieszczali się Orlą Percią, bo po prawej i po lewej stronie było mgliste mleko. PK7 był jednocześnie miejscem, gdzie uczestnicy rajdu przygodowego mieli etap wspinaczkowy i był jednym z najfajniejszych PK jakie miałem okazję oglądać w historii swojej zabawy w PMNO.

Wyobraźcie sobie, że jesteście w kamieniołomie. Mgła jakiej w życiu nie widzieliście sprawia, że słyszycie nad sobą wspinających się ludzi, ale nie potraficie ich dojrzeć. Nagle kilka metrów nad głową przejeżdża Wam na tyrolce ktoś z czołówką na głowie. Ciekawe, co czuł ów ktoś, bo jechał nie widząc drugiego końca liny! GENIALNE! Za to miejsce organizatorom należy się ogromny plus.

;)

Dość sprawnie czerwonym szlakiem wydostajemy się z PK7 i wpadamy na leśną drogę, która wg znaków ma nas w 45 min. doprowadzić do Jaskini Piekło, gdzie zlokalizowany jest PK6. Rozluźnieni rozmawiamy o tym, jakie to zawody na orientację są fajne, że ludzie z tak różnych światów (w grupie był akurat oprócz mnie audytor, ratownik medyczny i student) zjeżdżają się z różnych krańców Polski i z dziką satysfakcją uganiają się we mgle po lesie.

Jest towarzysko. I jak zawsze w takich sytuacjach rozluźnienie sprawia, że nie zauważamy ścieżki prowadzącej do jaskini i wylatujemy w miejscowości Zalejowa. Szczyt głupoty, bo wystarczyło śledzić kompas, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Zamiast na północ z odchyleniem zachodnim poszliśmy na północ z odchyleniem wschodnim. Na dodatek, nie ogarniamy się po dotarciu do Zalejowej tylko robimy jeszcze kilkaset metrów na wschód, co jest kompletnie bez sensu. Nadkładamy 1,5 km, tracimy prawie kwadrans i wkurzeni na siebie napieramy dalej w tej potwornej mgle.

No comments nr 2...

W końcu dopadamy do Jaskini Piekło, a o tym, że jesteśmy na miejscu informują nas rzeźbione diabły porozstawiane w lesie. Wchodzimy do jaskini, PK6 nazywa się „ciasny koniec”. Jest naprawdę ciasno, ledwie można do punktu dosięgnąć. W jaskini znów tłum, o ile dobrze pamiętam było tam z sześć osób. Jedna jednak obrała inną kolejność, nie ma zaliczonego PK7 i musi się tam wrócić, druga obiera własną ścieżkę w lesie, a my we czwórkę napieramy dalej. Przy jaskini żywota dopełnia bateria Garmina i mój przebieg zakończył się po 56 km.

Ciasny koniec był naprawdę ciasny, a niedaleko spały nietoperze

Postanawiamy cisnąć na północny wschód by dotrzeć do miejscowości Zawada. Jest dramatycznie. Nie możemy znaleźć żadnej przecinki prowadzącej w pożądanym kierunku, miotamy się po gęstym lesie jak chomik w klatce. Jest tak gęsto, że trudno utrzymać sensowny kierunek marszu (o biegu nie ma co marzyć), a mgła nie ułatwia sprawy. Schodzimy za bardzo na wschód, bo słyszymy samochody jadące DK7, skręcamy więc w kierunku północnym i w końcu docieramy do Zawady. Tam rozstaje się z nami Andrzej, który uznaje, że nie ma już za bardzo sił na ostatnie dwa punkty i zostajemy we trójkę. Dobijamy do PK10, który jest największą wtopą organizatorów Funex Orient 2012. Punkt przyczepiono z tyłu drzewa, bez lampionu, a jedynym oznaczeniem była niewielka biała kartka... Gdyby nie przypadek, moglibyśmy szukać go choćby i pół godziny. Dzikim fuksem się udało i napieramy dalej. PK11 podbijamy bez problemu i lecimy prosto do mety. Docieramy tam we czwórkę, mój finalny czas to 12:34:18, co daje mi 11. miejsce na 58 startujących osób. Zwycięzca, Władek Sielicki, wykręcił 8:36:38. Nieźle, bo przed startem myślałem sobie, że powinno udać się zejść poniżej 9 godzin;)

Ze względu na padnięcie baterii w Gremlinie nie mam całego tracka z tych zawodów, a jedynie 56 km. Nie wiem też, ile finalnie ich nakręciłem. Z szacunków wynika, że ok. 71-72. Na trasie, która powinna mieć 50 km. Wiadomo, że nie nawigowaliśmy idealnie, zdarzyło się kilka mniejszych i większych wtop, niechby więc było, że nadłożyłem aż 5 km. Kilka km można zrzucić na karb niedokładności systemu GPS, którego działanie w trudnych warunkach (lasy, mgła) dalekie jest od ideału. Ale to i tak by oznaczało, że trasa miała ponad 60 km (ponoć tyle natłukli zwycięzcy). Ciekawi mnie więc, w jaki sposób organizatorzy naliczyli tam 50 km, bo różnica jest pokaźna. Moim zdaniem trasa była bardzo fajnie zrobiona pod względem atrakcyjności turystycznej, do tego doszły trudności terenowe i pogodowe, co w efekcie dało nam dużo radości. Ale konkretnie przesadzono z dystansem. Jeśli robimy zawody na 50 km to nie na 60, prawda?
Jak dodać do tego wspomniany wcześniej fakt braku lampionów na niektórych punktach kontrolnych oraz to, że na mecie dla uczestników nie było wody (można było sobie jedynie kupić herbatę lub kawę), to ja w przyszłym roku za udział w Funex Orient po prostu podziękuję.


Stats&hints Funex Orient 2012
Wynik: czas 12:34; 11. miejsce na 58 osób w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: od kilka stopni, mgliście

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty; opaska na uszy; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; długie legginsy; 2 koszulki z długim rękawem + 1 z krótkim; w plecaku kurtka (nie używana); Garmin FR305 (nie wytrzymał do końca); kompas Silva Ranger; czołówka Petzl Tikka Plus 2 (zabrakło baterii).

Jedzenie/picie: 3 żele + 3 batony + banan; 2 l napoju w bukłaku + dokupiony 1 l po drodze.