BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

piątek, 30 listopada 2012

Ani się obejrzałem, a od ostatniego wpisu na blogu minęły dwa tygodnie! Dużo teraz mam zajęć (nauka pływania nie jest taka prosta…), a krótkie komunikaty o tym co się dzieje wrzucam na Fejsbuka, tymczasem lista tematów do opisania zbierana w kajeciku rośnie… Czas zabrać się do roboty! Na pierwszy ogień zapowiadana od dawna recenzja decathlonowego plecaka do biegania Quechua Trail 10 Team, do której napisania zmobilizował mnie komentarzami pod marcowym wpisem Maciek Zięba. Marcowym? OMG, osiem miesięcy zbierałem się do napisania tego tekstu… No ale przynajmniej plecak jest porządnie przetestowany!

Po kolei. Plecaka szukałem wiosną 2012 r. Praktycznie byłem zdecydowany na decathlonowy Quechua Diosaz 10 Raid, ale okazało się, że pojawił się nowy model: Quechua Trail 10 Team. Wygrała druga opcja, a zdecydowały mniejsza waga (pecak netto bez bukłaka waży tylko 320 gramów, o 230 mniej od Diosaza!), większa odblaskowość, poręczniejsze kieszenie na pasie biodrowym oraz dodatkowe uchwyty na bidony na zewnątrz plecaka.

Cóż ów plecak ma?
Komorę główną o pojemności 10l (wg deklaracji producenta), w której spokojnie mieści się kurtka deszczowo-wiatrowa, czołówka, jedzonko, komórka, dokumenty i inne niezbędne drobiazgi na trasie biegów ultra.


Komorę frontową, mniejszą, z pionowym zamkiem błyskawicznym. Tam również można schować kilka rzeczy. Zwykle na rajdach wkładam tam przedmioty, których prawdopodobnie będę potrzebował – ze względu na łatwość dostępu.


Po dwie zewnętrzne kieszenie na bokach zrobione z rozciągliwego materiału. Mniejsze z nich mają troki (prawdopodobnie do umocowania kijków), które świetnie trzymają dodatkową butelkę z piciem. Latem 2l w bukłaku mi nie wystarcza na 50 km napierania, a tam idealnie pasuje butelka o pojemności 0,75l. Można nawet włożyć butelkę i puszkę po każdej stronie, ale zmniejsza to nieco pojemność wnętrza plecaka.


Pas biodrowy (mój kolega imiennik słusznie określił go per „pępkowy”), który mimo zdawałoby się lichej konstrukcji doskonale trzyma całość przy ciele biegacza. Co jednak ważne, ów pasek ma wbudowane dwie kieszonki na tyle duże, że wejdzie tam nawet dowód rejestracyjny od samochodu (tak dla zobrazowania pojemności;)). Ja zwykle pakuję tam kilka batonów i żeli energetycznych, dzięki czemu nie muszę się zatrzymywać by coś przekąsić. Do kieszonek bez problemu wejdzie też telefon komórkowy czy kompaktowy aparat fotograficzny – wedle woli.


Człowiek to musi się napić
Najważniejszym elementem plecaka do biegów ultra jest bukłak. Tutaj mamy dwulitrowy pojemnik, dla którego miejsce wygospodarowano w części głównej komory. Bukłak ma niby 2 litry, ale ja zmieściłem do niego kiedyś nieco ponad 2,1l – przynajmniej tak wynikało z sumowania opróżnionych butelek;) Bukłak stabilnie trzyma się na dwóch klamrach zawieszonych w górnej części plecaka, aczkolwiek zaczepienie go tam jest dość niewygodne. Niedawno uchwyt w samym bukłaku nie wytrzymał i się zerwał, na szczęście drugi utrzymuje całość w szyku.


W trakcie biegu bukłak jest stabilny i w żadnym wypadku nie odczuwamy tego, że niesiemy na plecach dwa litry napoju. Należy jednak uważać z dopełnianiem go, łatwo wtedy bowiem doprowadzić do sytuacji, gdy oprócz płynu będzie tam sporo powietrza, co prowadzi do chlupotania w czasie biegu, a to bywa irytujące.

Wygodnym rozwiązaniem są dwa otwory wyprowadzające wężyk od bukłaka na zewnątrz. Jeden umieszczono na samej górze, a drugi u dołu bocznej części plecaka. Dzięki temu każdy może dopasować umieszczenie rurki do siebie. Przyznam, że opcji bocznej jeszcze nigdy nie próbowałem. Jakoś za pierwszym razem wyprowadziłem go górą i tak już mi zostało. Po wyprowadzeniu rurki na zewnątrz możemy poprowadzić ją lewym lub prawym ramiączkiem, na obu są rozciągliwe uchwyty. Wężyk zakończony jest ustnikiem z podwójnym zabezpieczeniem przed wylewaniem się napoju. Aby się napić należy najpierw wyciągnąć jedną część ustnika z drugiej, a potem go ścisnąć. Choć brzmi to skomplikowanie to naprawdę łatwo się przyzwyczaić, a dzięki takiemu systemowi płyn z bukłaka się nie wylewa.

Jeśli dodać gwizdek w zapince paska piersiowego i odblaskowe elementy to będzie koniec kwestii funkcjonalności. Jednak ważnym aspektem dla niektórych użytkowników może być wodoodporność. Mimo braku informacji o tym na stronie Decathlona, czy na samym plecaku, jest z nią nieźle. Przed zwykłym deszczem na pewno ochroni, ale zalecałbym jednak chowanie cennych przedmiotów w woreczki strunowe. Na Azymucie trafiłem na konkretną burzę, ale zawartość plecaka pozostała w miarę sucha, trochę wody dostaje się jedynie przez otwór wyprowadzający wężyk od bukłaka. Myślę jednak, że przy dłuższych opadach (np 3-4 godziny) do środka dostałoby się więcej wilgoci. Acz tak naprawdę to... uwierzcie, że nie ma to większego znaczenia. Batony czy żele i tak są zawsze fabrycznie zapakowane, a dokumenty czy telefon należy bezwarunkowo schować do worka strunowego.

Większe znaczenie od wodoodporności ma dla mnie oddychalność części stykającej się z plecami. Tu mamy ciekawą konstrukcję z otworami (zapewne dla lepszej oddychalności) pokrytą siatką. Rozwiązanie to sprawdza się bardzo dobrze. Mój organizm tak ma, że generuje sporo potu, tu jednak jest dużo lepiej niż w przypadku wszystkich innych plecaków z jakimi miałem do czynienia.


Muszę przyznać, że pierwszy rzut oka na ramiączka wzbudził we mnie duże obawy co do wygody plecaka. Nie sprawiają wrażenia takich, które dobrze leżą na ramionach, wydawało mi się, że mogą się wrzynać. Ale to tylko pozory. Nawet po 10 czy 12 godzinach napierania z plecakiem ani razu nie pojawiły mi się żadne odparzenia czy otarcia, ani przez chwilę nie odczuwałem też dyskomfortu. Licho wyglądające ramiączka oraz „pasek pępkowy” sprawdzają się bardzo dobrze.

Sprawdzony w boju
Póki co z plecakiem zrobiłem sześć rajdów na orientację na dystansie 50 km, co oznacza, że używałem go przez nieco ponad 50 godzin. W tym czasie jedyną awarią było wspomniane oderwanie się uchwytu bukłaka, które jednak nie sprawia problemów w normalnym użytkowaniu. Dwa lub trzy razy plecak prałem i tu widać minus – żywy zielony kolor na frontowej kieszeni trochę już wyblakł (nie bez znaczenia pozostają też zapewne godziny spędzone na słońcu). Szkoda, bo plecak wygląda przez to trochę gorzej.


Istotnym aspektem utrzymywania plecaka w porządku jest czyszczenie bukłaka. Robię to po każdym rajdzie, stosując środek do czyszczenia... protez zębowych. Gdzieś ktoś kiedyś polecił takie rozwiązanie i działa. Dzięki temu, mimo wlewania tam słodkich napojów izotonicznych, bukłak od środka zachowuje świeżość. Do czyszczenia warto od bukłaka odłączyć rurkę i ustnik po czym dokładnie je umyć. Ja wkładam oba te elementy do środka bukłaka i zostawiam na noc, by porozmawiały sobie o życiu z Corega Tabs. Potem należy jednak pamiętać o dokładnym wypłukaniu i wysuszeniu wszystkiego.

Pora na krótkie podsumowanie. Powinienem w tym miejscu wymienić wady i zalety plecaka, ale tych pierwszych zbyt wiele nie ma. To że licho wyglądają wszystkie paski sprawia zapewne, że jest lżejszy, a skoro są wygodne to nie ma co marudzić. Oderwanie się uchwytu od bukłaka uznaję za wypadek przy pracy, bo kilku znajomych ma podobne bukłaki i nikomu nic takiego się nie wydarzyło. Z czystym sercem mogę plecak Quechua Trail 10 Team polecić do biegania po górach, czy na rajdach na orientację. W upalne dni, gdy potrzeba mieć ze sobą więcej napoju, może sprawdzić się przy weekendowych długich wybieganiach. Plecak kosztuje 130 zł, w mojej ocenie jest świetnym kompromisem niezłej jakości z rozsądną ceną.

Za kilka dni relacja z Funex Orient 2012 (oj, działo się, działo!), a tymczasem przypominam, że najświeższe wieści z mojego świata biegowo-triathlonowego publikuję na blogowym Fejsie. Zapraszam!

Update:
Jak donosi jeden z czytelników, Arek R., nie gorzej niż Corega Tabs sprawdza się środek do protez dostępny w sklepach Rossmann, który kosztuje zaledwie 6 zł za 30 tabletek, czyli co najmniej dwa razy mniej niż CT.


niedziela, 11 listopada 2012

Jakoś nie idzie. 100 czy 200 metrów za nawrotką wyprzedza mnie niepozornie wyglądająca dziewczyna. „O nie, nie dam się!”. Ruszam za nią. Zrównujemy się i od okolic Biblioteki Narodowej biegniemy razem. Mam okrutny kryzys i gdyby nie ona, na pewno nie dałbym rady utrzymać tempa. Jeśli jakimś cudem dziewczyno przeczytasz ten wpis to dziękuję przeserdecznie!:) Przebiegliśmy razem ok. półtora kilometra, do Dworca Centralnego. Tam poleciałem szybciej, potem było już coraz bliżej końca i na mecie wyszło 42:18 – nowa życiówka na 10 km!

To był doskonały dzień do pobijania życiowych rekordów. Słońce, optymalna temperatura, szybka trasa bez zakrętów czy podbiegów i sporo kibiców na trasie (Chór Uniwersytetu Warszawskiego rulez!).

Na linii startu ustawiam się kawałek za pacemakerem z balonikiem „40 min.”, co okazuje się być bardzo dobrą decyzją, bo praktycznie od startu mogę biec swoim tempem, nie blokując jednocześnie tych, którzy są szybsi. Problemem jest jedynie wyprzedzenie strefy PKO Banku Polskiego – jako główny sponsor imprezy mógł on wystawić swoich ludzi zaraz za strefą VIP/elita, a wiele z tych osób nie biega najszybciej. 100 metrów pokonałem po trawie, w tym czasie udaje mi się wyprzedzić kilkadziesiąt osób z tej strefy. Niestety, po powrocie na drogę dostaję „kosę” od tyłu i jakimś cudem tylko udaje mi się nie upaść. To kompletnie wytrąca mnie z rytmu. Za diabła nie mogę do niego wrócić. Szarpię tempo, a wmordęwind nie pomaga w dobrym biegu. W efekcie trzeci kilometr wychodzi wg Garmina w 4:21 – najwolniej ze wszystkich. Do swojego biegu wracam dopiero za wiaduktem nad Al. Jerozolimskimi i kolejne 4 km wychodzą niemal idealnie równo po 4:15 (przynajmniej wg Garmina).

Ale nie było łatwo...

W połowie dystansu mam do planowanego czasu 15 sek. straty. Zwykle dyszki biegam przyspieszając w drugiej połowie, ale tym razem wygląda na to, że będę miał z tym problem. Jakoś nie idzie. Kilkaset metrów za nawrotką wyprzedza mnie niepozornie wyglądająca dziewczyna. „O nie, nie dam się!”. Ruszam za nią. Zrównuję się z nią od okolic Biblioteki Narodowej biegniemy razem w odpowiadającym mi tempie 4:15. Trzyma mnie wtedy okrutny kryzys i gdyby nie ona na pewno nie dałbym rady utrzymać tempa. Jeśli jakimś cudem dziewczyno przeczytasz ten wpis, wiedz, że Ci bardzo dziękuję! Przebiegliśmy razem ok. półtora kilometra, do Dworca Centralnego. Tam na podbiegu ja zwalniam mniej niż ona, a na zbiegu lecę już jak szalony i tak kończy się wspólne bieganie. Dopiero na mecie zaczekałem, by jej podziękować za niezamierzoną pomoc:)

Z rozpędu i dzięki wiatrowi w plecy ósmy i dziewiąty kilometr robięw okolicach 4:10, a dziesiąty poniżej 4:00 – straty z pierwszej połowy dystansu zostały więc nadrobione z nawiązką i finalny czas to 42:18, o 36 sek. lepiej niż podczas październikowego Biegnij Warszawo. W głębi ducha liczyłem na złamanie 42 min., ale na dzień dzisiejszy była to poprzeczka za wysoko powieszona.

XXIV Bieg Niepodległości był bardzo dobrze zorganizowaną imprezą, ale jednego nie sposób nie zauważyć: część kilometrów była oznaczona fatalnie i nie jest to tylko moje wrażenie. 1, 2, 8 i 9 znaczek na pewno były w złym miejscu i mogły mocno zmylić kogoś, kto biegł bez GPS-a a tylko z zegarkiem.

Wymyślonego wiosną 40 min. jesienią nie udało się złamać. Cóż, uda się w przyszłym roku:) Na razie koniec biegania po szosie na ten sezon, najprawdopodobniej na twardym ścigał się będę teraz dopiero w połowie marca – na maratonie w Barcelonie. Ale koniec biegania po szosie to nie koniec w ogóle! Widzimy się za dwa tygodnie w Kielcach na Funex Orient, gdzie polecimy 50 km na orientację:)





sobota, 3 listopada 2012

Czasem chciałbym Wam coś napisać, ale to tylko kilka zdań i wydaje mi się za krótkie na blogonotkę. Uznałem, że warto do takich celów stworzyć kanał mikroblogowy, a Facebook nadaje się do tego idealnie. Niniejszym zapraszam na fanpage blogu
Biec dalej i wyżej :)

Oprócz krótkich wpisów w tematyce biegowo-treningowej będę tam zamieszczał linki do nowych blogonotek, zatem jeśli chcecie być na bieżąco – lajkujcie. Dodatkowo, posiadanie takiej strony pozwoli mi uchronić fejsowych znajomych przed nadmierną liczbą wpisów w tematach sportowych, bo niektórzy mogą mieć ich dość.

Na dobry początek wrzuciłem tam hit: info o ambitnym planie na 2013 r. Po szczegóły zapraszam na FB!


poniedziałek, 15 października 2012

Prawie 17 (siedemnastu!!!) kibiców miałem na trasie 13. Poznań Maratonu. Niektórzy pojawili się nawet dwukrotnie:) Krzyczeli, przybijali piątki, w umówionych miejscach przekazywali żele energetyczne oraz setki kalorii poprzez uśmiech i doping. To było zdecydowanie najbardziej niesamowite co spotkało mnie podczas tego maratonu. DZIĘKUJĘ!

Nie udało się w Łodzi na Atlas Arenie, nie udało się w Warszawie na Narodowym, udało się za to na Targach Poznańskich! Za trzecim razem, w swoim czwartym starcie maratońskim, złamałem 3:30!:)

Ale po kolei.

W sobotę wybrałem się na Targi odebrać pakiet startowy. Okazało się, że... ktoś chyba omyłkowo wydał innemu maratończykowi mój pakiet z nr 662, po prostu go nie było. Musiano mi więc przygotować nowy. W ramach rekompensaty mogłem sobie sam wybrać nowy numer – padło na 6666:) Potem na szczęście było już lepiej. Poranna pobudka, 10-minutowy prysznic by się obudzić, śniadanie, szykowanie, smarowanie i o 7:40 start w kierunku Targów. Na miejscu super: ciepłe miejsce do przebrania się, rozgrzewka, sporo toalet – nie sposób się do czegokolwiek przyczepić:) Przed startem spotykam poznanego na PMnO Marcina, życzymy sobie powodzenia i ustawiamy się w swoich strefach. Pogoda dopisuje, jest chłodno, ale bez deszczu i bez słońca – idealnie do biegania. Atrakcyjności startowi dodaje fakt, że strzał startera okraszono małym fajerwerkiem, a przez pierwsze metry towarzyszy nam muzyka Vangelis. Normalnie się wzruszyłem!

 W Poznaniu nie zabrakło Spartan. Oni też korzystają z toalet!;) / fot. MO

Udany początek
Taktykę wymyśliłem sobie następującą: ustawić się trochę za zającem na 3:30, dogonić go w połowie dystansu i utrzymać się z nim do mety. Zaczynam więc spokojnie, by się porządnie rozgrzać. Pierwszy kilometr (wg Garmina) w 5:10, drugi w 5:04. Potem wchodzę w swoje tempo i biegnie się świetnie. Po kilku kilometrach po lewej stronie stoi grupa muzyczna w strojach... mnichów! Grają, śpiewają, coś niesamowitego! Na 9-10 km Ynka i Dawid w umówionym miejscu robią zdjęcia i przekazują pierwszy żel. Wchodzi łatwiutko, przepijam wodą wodą i powolutku zbliżam się do pacemakera. Pierwszego z nich (drugi trochę wyrwał do przodu) doganiam planowo, gdzieś przed 20 km. Podczepiam się i biegnę dalej już z grupą. Parę kilometrów wcześniej zupełnie nieoczekiwanie słyszę swoje imię – to Asia z bratem kolegą brata. Co za niespodzianka, tacy kibice dodają dużo energii! Na połówce mam ponad minutę zapasu do 3:30, zaczynam wierzyć, że się uda! Na 24,5 km czeka kolejny żel. Tym razem JJ'e z Nikol i Ziomale ze Swaja. Krzyczą, biją brawo, przybijam piątkę, jest moc!

9,5 km za mną, uśmiech od ucha do ucha! / fot. JW

W nogach też, biegnie się kapitalnie. Wszystkie kilometry wpadają poniżej 4:58, cały czas biegnę szybciej niż na 3:30. Ale popełniał błąd wciągając żel bez popitki i łapie mnie kolka. Nie zwalniam, walczę z nią przez kolejnych parędziesiąt minut, od tej walki dostałem aż zakwasów na brzuchu;) W głowie kalkuluję czas, zapas do 3:30 z rozpiski wzrasta do 1:30, potem do niemal dwóch minut, a ja cały czas trzymam tempo. Ulica Warszawska to długa prosta prawie bez kibiców, ciężko jest, ale bieg w grupie pomaga. Między 31 i 32 km kolejny zastrzyk energii: Magdula z moją kuzynką Asią przekazują nie tylko żel, ale i co najmniej dwieście kalorii w uśmiechach, krzyku i brawach:) Zając krzyczy do grupy, że jeszcze tylko 50 min. i będziemy na mecie, instruuje, by przy zbiegach rozluźniać ręce i żeby pod żadnym pozorem jeszcze nie przyspieszać. Kalkulacja mówi, że mógłbym zwolnić nawet o kilkanaście sekund na kilometr, a 3:30 i tak będzie. Ale nie zamierzam zwalniać, o nie!

Przybij piątkę! 31,5 km i wciąż jest dobrze / fot. MO

Serbska...
Na skręcie z Lechickiej w Serbską (o ile dobrze zapamiętałem) kolejna niespodzianka, słyszę wołanie Klapiszonka i Paliczka, ich też nie oczekiwałem! Inkasuję kolejne gratisowe kalorie, jest bombowo. I kalkuluję dalej. Gdyby udało się utrzymać tempo, zejdę poniżej 3:28! Ale rzeczywistość to wredna sucz i po chwili mi to udowadnia. Za zakrętem, oczom ich ukazał się las... krzyży mym ukazuje się długi i łagodny podbieg (ulica Serbska). Zając nie zwalnia, hyc-hyc-hyc wyprzedza innych zawodników (na mecie wylądował z 1,5-minutowym zapasem), a ja nie daję rady, odpadam. Zmuszam się do biegu, jednak tempo spada o kilkanaście sekund, każdy krok staje się walką z wyczerpaniem, prawdziwą mordęgą. Głowa pcha nogi do przebierania, nie zatrzymuję się, nie przechodzę do marszu. 35. i 36. km robię po 5:05. Dramatu nie ma, ale w ostatecznym rozrachunku oznacza to prawie pół minuty w plecy. Na punkcie żywieniowym na 35 km wyprzedzam Adama, któremu przeziębienie nie pozwoliło niestety zaatakować wymarzonego 3:15.

I napieram dalej. Staram się nie szarpać i trzymać w miarę równe tempo poniżej 5 min/km. Myśli o bliskich pozwalają przetrwać te najtrudniejsze kilometry. 41. km to dla mnie najwolniejsze tysiąc metrów (5:25) tego maratonu. Jestem potwornie zmęczony i ledwie człapię. Na szczęście między budynkami prześwitują już Targi, tam jest meta! Potem jeszcze jeden trudny kawałek po kostce brukowej. Masakra. Ból ścięgien i stawów od razu się zwielokrotnia. Ale wiem, ze zejdę poniżej 3:29, nie ukrywam radości, koniec już na wyciągnięcie ręki, nogi same niosą.

A przed metą odlot!
Na przedprzedostatniej prostej niespodzianka – znów Aśka z bratem kolegą brata! Na przedostatniej prostej, po zewnętrznej, największa grupa moich kibiców. Żonka strzela foty, Ziomale i JJ'kowie krzyczą, a Asia aż podskakuje. Widzę rodziców, którzy specjalnie przyjechali 100 km i głośno dopingują. Ależ fantastycznie! Przybijam piątkę z prawie każdym z nich. Dwie-trzy sekundy straty nie zrobią przecież różnicy;)

Do mety nie dalej niż 150 metrów / fot. MO 

Na ostatniej prostej kibicują Martyna z Pawłem, z uniesionymi rękoma mijam linię mety, ależ radość!!! 10 metrów za metą podchodzę do M&P. Dobrze, że stoją za barierką, mam się przynajmniej o co oprzeć. Medal i kilka kubeczków napoju, a w tym czasie dociera za metę reszta kiboli. Uściski, gratulacje, radości i fotka. Ależ jestem im wdzięczny za doping, bez niego nie dałbym rady!

To nie jest korzystne zdjęcie, ale tak wyglądałem po przebiegnięciu maratonu w 3:28:43 / fot. PCh

Mój prywatny tłum kibiców:) / fot. anonim z tłumu

Wbijam się do budynku Targów mając nadzieję na masaż, ale kolejka mnie odstrasza. Odbieram więc rzeczy z depozytu, rozciągam się i czytam sms-owe gratulacje od tych, którzy śledzili wyniki na żywo, dzięki! Organizatorzy zapewnili po piwku dla uczestników, mała rzecz, a cieszy:) Wszyscy razem idziemy na pobiegową kawę/herbatę, mi dostaje się jeszcze czekoladowy medal od taty, jest przepyszny!

Krótko na koniec
Jak dla mnie to poznański maraton był zorganizowany bardzo dobrze, ale dwie rzeczy zaliczam jako duże wtopy:
- oznaczenie kilometrów było fatalne – flagi były wysokie na max 1,5 metra i często nie było ich widać;
- na pierwszych kilometrach powinno być znacznie więcej toalet! Dużo osób ma wtedy potrzebę i zanieczyszcza krzaczki. Niby to już 13. Maraton Poznański, a orgowie jeszcze się tego nie nauczyli? Wstyd.

Ale wszystko poza tym było super, szczególnie baza, start i meta – pierwsza klasa. Imponowało mi też bogactwo punktów żywieniowych. Były nie tylko izo i woda, ale i banany, czekolada i kostki cukru – brawo!

Ale absolutnie naj-naj-najlepsiejsi to byli kibice. Ogromnie wielkie dzięki dla wszystkich wymienionych powyżej, naprawdę dodaliście mi okropecznie dużo energii, nie tylko w pełni profesjonalnie przekazując żele:) Ale i ci zupełnie obcy byli świetni. Miejscami były prawdziwe tłumy, kilka kapel muzycznych zagrzewało nas do biegu, zorganizowane grupy uczniowskie zdecydowanie dały radę, a zespół mnichów to w ogóle mnie rozwalił na łopatki:) Kilka razy zainteresowanie wzbudził też mój niestandardowy numer 6666:)

A ja? Grzechem byłoby narzekać. Wynik dał mi 909. miejsce na 5420 osób, które ukończyły zawody, wśród mężczyzn byłem 881 na 4847. W dwa tygodnie zrobiłem dwie życiówki w maratonie, a między nimi nieoczekiwanie kapitalny wynik na dychę. Wynik z Warszawy poprawiłem o prawie 8 minut, acz trzeba mieć na uwadze fakt, że tam miałem problemy żołądkowe, które uniemożliwiły mi trzymanie tempa już od 24 km, był to więc wynik nie oddający w pełni aktualnej dyspozycji. Teraz zamierzam się relaksować i regenerować, a potem wracam na siłownię i wdrażam treningi szybkościowe do Biegu Niepodległości (11.11.). Do zobaczenia na trasie!

piątek, 12 października 2012

Żeby nie było na blogasku zbyt nudno, czasem będę na niego wrzucał rzeczy tylko pośrednio związane ze sportem. Zaczniemy od czegoś smacznego i zdrowego: przepisu na ciastka owsiane z bakaliami. Nie napiszę Wam, ile zawierają węglowodanów, białek i tłuszczy, ile jedno ma kalorii i jaki ma indeks glikemiczny (ale gdyby ktoś z Was takie rzeczy wiedział to chętnie się dowiem!), bo takiej wiedzy nie posiadam. Wiem za to, z czego są zrobione i że są smaczne:)

Przepis otrzymałem swego czasu od szanownego kolegi Mateusza (fanfary!), lekko go dostosowałem do własnych potrzeb i oto jest.

Składniki:
  • 500 g płatków owsianych (stosuję błyskawiczne i są OK)
  • 3 jajka
  • 2 łyżeczki proszu do pieczenia
  • 1 kostka masła (zdrowiej) lub margaryny (taniej) – lepiej wystawić z lodówki wcześniej, by nie było zbyt twarde
  • ½  szklanki cukru
  • 2-3 łyżeczki miodu
  • 1 i ½ szklanki mąki orkiszowej
  • 1 i ½ szklanki mieszanki bakaliowej (migdały, orzechy włoskie, żurawina, figi, śliwki suszone, rodzynki itd.)
  • Łyżeczka cynamonu lub cukru cynamonowego
  • ½ gorzkiej czekolady (im wyższy proc. tym lepsza)
Tak wygląda ciasto gotowe do lepienia kulek
Za pierwszym razem ciastka wyszły mi za duże i trudno było je jeść;)
Im mniejsze tym tak naprawdę lepiej!

No to do dzieła:
  1. Wyjmij masło/margarynę z lodówki, by nie było zbyt twarde
  2. Bakalie oraz czekoladę posiekaj (zwykle robię to blenderem – sprawdza się) i wymieszaj
  3. Mikserem lub robotem kuchennym wymieszaj masło/margarynę z jajkami, cukrem, miodem i proszkiem do pieszenia na gładką masę
  4. Dosypuj mąkę, cały czas mieszając
  5. Wsyp płatki owsiane, bakalie oraz cynamon – wymieszaj wstępnie łyżką
  6. Wymieszaj wszystko dokładnie robotem kuchennym
  7. Rozgrzej piekarnik do 180-200 stopni Celsjusza
  8. Z ciasta formuj małe kulki, w których środku dodatkowo umieszczaj małe kawałki czekolady
  9. Kulki rozkładaj na blasze i rozpłaszczaj, blachę wcześniej wyłóż papierem do pieczenia (warto posmarować go margaryną)
  10. Piecz przez około 10-12 minut
  11. Voilà!
Polecam dostosowanie przepisu do własnych potrzeb i gustów. Można na przykład zrezygnować z miodu i cynamonu, eksperymentować z różnymi bakaliami czy dodawać więcej/mniej czekolady słodkiej lub gorzkiej.

Razu pewnego zrezygnowałem z cukru i dałem trzy łychy miodu zamiast tego. W smaku super, ale warto odczekać aż ciasto obeschnie zanim zaczniecie lepić kulki, bo są bardzo miodowe i potwornie się klei. Jak przeschnie jest łatwiej.

PeeS A już za 1,5 dnia Maraton Poznański. Kochanych kibiców informuję, że tym razem wypatrujcie mnie w niebieskiej koszulce (a pod nią będzie biała z długim rękawem), niebieskiej czapce i obcisłych czarnych spodenkach sięgających poniżej kolana. Do trzech razy sztuka, mam nadzieję, że tym razem 3:30 pęknie!

niedziela, 7 października 2012


Ależ mi brakowało endorfin! Tydzień biegania to jak dla mnie zdecydowanie za długo. Po Maratonie Warszawskim złapało mnie solidne przeziębienie, więc do piątku z założenia nawet nie dotknąłem butów biegowych. W sobotę chciałem iść na jakieś rozbiegano, ale skończyło się na… oglądaniu Nietykalnych (jak ktoś nie widział to polecam – kapitalny kawałek kina!), planie „pobiegam jutro” i... wieczornej imprezie:) Na tejże imprezie okazało się, że kogoś po maratonie cały czas boli łydka i nie chce ryzykować startu w Biegnij Warszawo, dostałem więc w prezencie numer startowy z czipem i stwierdziłem, że się przebiegnę.

Rano całkiem solidnie czułem jeszcze wieczorne spotkanie towarzyskie (nie, nie procenty a kalorie, które pochłonąłem) i za nic w świecie nie chciało mi się biegać. Nauczony doświadczeniem na linii startowej pojawiłem się 40 min. przed biegiem, dzięki czemu nie musiałem aż tak dużo przepychać się na pierwszym kilometrze i powoli nabierałem ochotę na zmęczenie się na warszawskich ulicach.

W kolejce do tojka spotykam sąsiada Leszka, dyskutujemy o planach na bieg. Nie mam pojęcia jak mi się będzie biegło, chcę atakować 44 min. – wszak poprawienie życiówki o minutę będzie świetnym wynikiem, dopuszczam jednak do siebie myśl, że po kilku kilometrach skończy mi się paliwo na szybkie bieganie i dotruchtam do mety w 46 albo 47 minut. Leszek chce uderzyć w okolice 43 minut, dla mnie wynik nieosiągalny. Zdejmuję z siebie worek na śmieci (nie lubię marznąć na starcie, a folia świetnie trzyma ciepło) i ruszamy razem. Leszek zaczyna mocniej i po paru metrach jest już z przodu. Mimo stanięcia blisko linii startu, jest ciasno, sporo osób biegnie dużo wolniej, jest nawet pani z kijami do nordic walking. Szybko umykam więc na chodnik wzdłuż Czerniakowskiej i biegnę nim kilkaset metrów, wyprzedzając w tym czasie sporo osób. Pod koniec pierwszego kilometra jest już luz i można normalnie biec.

Czarny tłum Biegnij Warszawo 2012

Założenie miałem takie, by biec ok 4:25 min/km. Pierwsza piątka wychodzi nieco szybciej: 4:20, 4:23, 4:24, 4:22 i 4:22. Pod koniec tej piątki jest podbieg Belwederską. Praktycznie nie zwalniam, czuję się świetnie, jestem tym aż lekko zaskoczony:) Kolejne dwa kilometry w 4:24 i 4:22 i wciąż mam siły! Na 3 km przed metą przyspieszam. Widzę przed sobą Leszka i przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Al. Jerozolimskimi go wyprzedzam. Ósmy kilometr wychodzi w 4:00, ale skoro mam siły to lecę dalej. Niestety, Garmin nie radzi sobie tego dnia najlepiej i przy fladze „8 km” mam już 8,16 km na liczniku.

Patrzę więc na stoper: 35:11. Szybka kalkulacja odległości i czasu: żeby złamać 43 min. muszę ostatnie 2 km przebiec w tempie 3:54 min/km. Mając w perspektywie zbieg Książęcą, wydaje mi się to realne, więc znów przyspieszam. W duchu uśmiecham się do siebie, bo biegnie mi się doskonale i już wiem, że będzie świetna życiówka. Książęcą pruję jak strzała, cały czas wyprzedzam innych biegaczy, dziewiąty kilometr robiąc w 3:39. Jeszcze nigdy tak szybko nie przebiegłem tysiąca metrów*!

Do mety jest już po równym, ale staram się trzymać tempo. Na ul. Rozbrat kibice krzyczą „Agnieszka! Agnieszka!” – to Aga, trenerka z Obozów Biegowych. Dogonienie tak mocnej zawodniczki dodaje mi jeszcze sił, wyprzedzam ją i na ostatnią prostą wpadam na czele kilkunastoosobowej grupy, przed nami kilka metrów wolnej przestrzeni. Uśmiecham się już nie tylko w duchu, bo wiem, że życiówkę pobiję o prawie dwie minuty, a przecież zupełnie się tego nie spodziewałem. Ręce w górze, jest radość, za to właśnie kocham bieganie! Tuż przed metą wyprzedza mnie jeszcze jakiś szalony sprinter, ale nie ma to zupełnie znaczenia, cieszę się jak diabli, dawno mnie tak radość z biegania nie rozpierała. Największą mam z tego, że mimo pobicia życiówki o prawie 2 minuty, czułem jeszcze zapas. Na Biegu Niepodległości atakuję 42:00. Spacerując za metą czekam na Leszka, był na mecie jakieś 50 sek. po mnie, też poprawił życiówkę. Szukając swoich kibiców chyba widziałem też finiszującą Avę, wygląda na to, że miała całkiem niezły wynik, też gratuluję!:)

* EDIT: jako że maty pomiarowe były co kilometr, to z wyników mogę sprawdzić tempo poszczególnych kilometrów i wychodzi na to, że dziewiąty zrobiłem jeszcze szybciej niż mówi Garmin, w 3:34! Oto zapis wg pomiarów organizatora: 00:04:28, 00:04:24, 00:04:31, 00:04:26, 00:04:25, 00:04:24, 00:04:18, 00:04:15, 00:03:34, 00:04:09.


Grupa finiszująca

Jest power, jest radość!

I jest też oczywiście medal

Pomimo krytyki imprezy Biegnij Warszawo ze strony kierowców (zablokowany spory kawałek miasta) i części biegaczy (impreza jest bardzo masowa i wielu maruderów blokuje trasę szybszym biegaczom), ja BW bardzo lubię. Morze ludzi w jednolitych strojach sprawia niesamowite wrażenie, a trasa jest naprawdę przyjemna i szybka. Podoba mi się atmosfera całkowicie amatorskiego biegania. Zbieg pod koniec i meta przy radiowej Trójce – fantastyczna sprawa! Biegnij Warszawo od lat jest przepięknym świętem amatorskiego biegania w stolicy, jego popularność cały czas rośnie i trzymam kciuki za organizatorów w kolejnych latach, brawo! Wiele osób swoją biegową przygodę zaczynało właśnie od BW (ja też) i chyba stąd wielu biegaczy ma do tej imprezy sentyment.

Mój czas z BW to 42:54, zająłem 390/9784 miejsce w ogóle, a w swojej kategorii wiekowej byłem... czwarty! Nie ma jak pobiec zamiast kontuzjowanej koleżanki, prawie zmieściłAm się na pudle;)

A tak naprawdę to szczerze przepraszam wszystkie biegaczki, że im obniżyłem wynik o jedną pozycję, wybaczcie!

niedziela, 30 września 2012

Na liczniku mam 23 km, czuję się bardzo dobrze i mam kilka sekund zapasu w stosunku do wymarzonego 3:30. I w tym momencie czuję, że… próbuje się do mnie dodzwonić Andrzej. W lekkiej panice rozglądam się za budką telefoniczną i w końcu jest – jakieś 200 metrów przede mną. Tracę w niej dobre 2,5-3 minuty i opuszczam z mocnym bólem brzucha, który dokucza mi przez kolejną godzinę. Kalkuluję, że jeśli do mety utrzymam tempo w okolicach 4:46-4:48 to mam jeszcze szansę na 3:30. Pary starcza jednak tylko na nieco ponad tysiąc metrów, potem zaczyna się Park Natoliński, ból nie mija i tam wiem już, że przegrałem. Że postawionego sobie celu nie zrealizuję. Tu zawiodła po prostu głowa.

Ale już początek 34. Maratonu Warszawskiego nie był prosty. Chwilę przed startem poprawiałem sobie buta i zasupełkowało się sznurowadło. Pacemakerzy z balonikami 3:30 oddalili się na jakieś 100 metrów i musiałem nadganiać, udało się po 3 km. Po 7 km poczułem potrzebę podlania drzewka i znów musiałem gonić baloniki. Udało się na 12 km. Oj, nie było lekko;)

Jednym z pace’ów był znany mi z PMNO Paweł Pakuła, ultra maratończyk wymiatacz. Prowadzenie było bardzo dobre, nieporównywalnie lepsze do tego z Łodzi. Z grupką utrzymałem się przez kolejne 11 km, biegło się całkiem dobrze, piłem na każdym punkcie, podgryzałem banany i wydawało się, że mimo początkowych komplikacji będzie sukces. Po drodze zauważyłem Piotrka Kwitowskiego, z którym ścigałem się m.in. na połówce i Izerskiej Wielkiej Wyrypie, taki mój stały rywal;) Uciekł mi na 18 km, ale jak się potem okazało, na mecie byłem jednak pierwszy. Na Wilanowskiej miga mi z kolei Maciek Petza, kolejny znajomy z Izerskiej. Sami swoi!:)

Potworny kryzys, ale na widok znajomych kibiców każdy dostałby powera!

I w tych pięknych okolicznościach przyrody nastąpił żołądkowy atak. Końcówka Przyczółkowskiej i Park Natoliński to mordęga. Na siłach trzymała mnie tylko myśl, że na Natolinie i Ursynowie czekają moi fantastyczni kibice i dostanę żele energetyczne. Postanawiam wmusić je w siebie, mimo że nawet łyk wody potwornie mi się odbijał. Na 29. km pojawia się ból śródstopia, muszę na chwilę zwolnić i w efekcie kilometr wychodzi w 5:44. Przyspieszam, ale nie jest lekko, każde sto metrów jest cholernie trudne, ale udaje mi się w miarę trzymać tempo. Kalkuluję, że jeśli dam radę tak do końca to będzie życiówka. Przy fladze „40 km” jeszcze dorzucam od pieca, bo widzę, że jest spora szansa na złamanie 3:37.

Tuż przed stadionem doganiam Benka. Biegnę szybciej, ale stwierdzam, że fajnie na linię mety wbiec z kumplem i ostatnie 300 metrów pokonujemy razem. Wpadamy na stadion, który z tej perspektywy prezentuje się wprost cudownie. Na ostatnich metrach unoszę ręce w górę, udało się! Czas brutto 03:38:08, netto 3:36:36.

Finisz na Stadionie Narodowym

Na mecie butelka izotonika i wody, folia na plecy i spacer wewnątrz korony. Niestety, ogromna kolejka do masaży skutecznie mnie do nich zniechęciła. Na półmaratonie nie było takiego problemu, tym razem chyba przygotowano za mało stanowisk – za to dla organizatorów mały minus. Drugi za Park Natoliński. Jasne, że to ładna okolica, ale nawierzchnia jest tam fatalna i z tego co czytam na forum, parę osób doznało przez to kontuzji.

Ale te dwa minusy nie zmieniają faktu, że 34. Maraton Warszawski był imprezą kapitalną. Tłumy kibiców na Ursynowie (nie spodziewałem się aż tylu osób!), piękna pogoda, rekordowa liczba uczestników i finisz na Stadionie Narodowym. Zacnie było, takie imprezy wspomina się latami! Wystartowało 6913 osób, na metę wbiegłem jako 1140. Ciekawe, jak wygląda klasyfikacja wg czasów netto, mam nadzieję, że na dniach taką poznamy:)

Za dwa tygodnie Poznań, muszę się zregenerować i przemyśleć, jakie błędy w diecie popełniłem. Tam też szykuje się świetna ekipa kibiców, nie można ich zawieść!:)
Jeden obraz zamiast tysiąca słów.
Patrząc na to naprawdę się wzruszyłem.


Obszerniejsza relacja z 35. 34. Maratonu Warszawskiego dziś wieczorem, nowa życiówka jest (3:36:36), ale czuję niedosyt. Do przeczytania wieczorem:)

piątek, 28 września 2012


Zainspirowany wpisem Leszka także postanowiłem pokazać, w czym pobiegnę niedzielny 34. Maraton Warszawski. Łatwiej będzie się zlokalizować w tłumie (to dla koleżanek/kolegów biegaczy) na starcie, by życzyć sobie powodzenia i rozpoznać na trasie (to dla koleżanek/kolegów kibiców), by krzyczeć „dawaj Krasus, dawaj!”. Zielona koszulka, czarne spodenki i czapeczka oraz czarno-grafitowo-zielone Brooksy na nogach. No i żółty numer 5391 z imieniem!

Adidas + Brooks + 3 x Kalenji (bielizny nie widać;)) + Nike – biegnę multibrandowo!

Ach, dopingujcie też zielony numer 5931 (tak, to nie pomyłka, system przydzielił nam tak podobne numery)! Oluchna debiutuje na królewskim dystansie, jest diablo ambitna i przyda jej się każdy okrzyk, każde klaśnięcie dłoni:) Zresztą, nie wyróżniajcie nikogo, zdzierajcie gardła dopingując każdemu. Rok temu bardzo pomogli mi starsi państwo, którzy w okolicach al. Rzeczpospolitej popędzili mnie do biegu w momencie, gdy wydawało mi się, że świat się już kończy.

W niedzielę zamierzam od początku uchwycić się gościa z balonikiem 3:30 i trzymać tak długo, aż nie padnę na pysk. Zlokalizowanie mnie nie powinno więc być trudne – gdzieś za balonikiem 3:30:) Czas 3:30 to tempo odrobinę poniżej 5 min/km i wyliczenie, o której i gdzie się pojawię nie powinno być trudne (trasa biegu). Swoją drogą, na 3:30 zapowiada się niezwykle ciekawa ekipa. Oprócz mnie na taki czas biegną m.in. blogujący kolega z sąsiedniej wsi w/w Leszek oraz… sam Tomasz Lis! Jeśli wszyscy wytrzymamy tempo do ostatnich kilometrów, to walka na finiszu na Stadionie Narodowym będzie fascynująca.

A teraz weekend i odpoczynek. Trzeba się wyspać i zrelaksować. Zaraz odpalam konsolę, a jutro męskie kino i jakiś spacer. No i ładowanie węglowodanami: od rana gotuję penne pesto, a wieczorem może pizza?

Niedziela będzie dniem walki. Nie ma wątpliwości, że będzie cholernie ciężko. Stawiam wszystko, że na 25. km będę przeklinał siebie, na 30. km cały świat, przy 35. km stwierdzę, że nigdy więcej maratonu (a Poznań już za dwa tygodnie), a 7 195 metrów później przy aplauzie publiczności przekroczę linię mety swojego trzeciego maratonu i zostanę Bohaterem Stadionu Narodowego. I będę okropecznie szczęśliwy:)

Na koniec cytat z ostatniego wpisu red. Lisa, który doskonale oddaje także mój pogląd na temat biegania (zachęcam do lektury całego tekstu).

„Więc po co? Nie wiem. Ja po prostu już nie umiem inaczej.
Ja nie wiem, czy chodzi o jakieś endorfiny, o dobrą formę,
o kryzys wieku średniego, o udowodnienie sobie czegoś, 
czy cholera wie o co.
Może o nic nie chodzi.
Może to jest istota tego biegania, że w bieganiu idzie o bieganie.
Nic mniej, nic więcej. Może.”

czwartek, 27 września 2012

Od jakiegoś czasu nieodłącznym elementem mojego ekwipunku na każdy wyjazd są buty biegowe. Znajduję na nie miejsce w torbie zarówno na wypady weekendowe, jak i wakacyjne. Poranna przebieżka doskonale sprawdza się też jako lek na syndrom dnia poprzedniego po weselnych balach, sprawdzone!:) Rok temu na Teneryfie wstawałem przed świtem, by przed wschodem słońca i upału zrobić trening pod jesiennie dziesiątki, tak samo i w tym roku – w walizce na wyjazd do Toskanii nie mogło zabraknąć miejsca na buty i strój, wszak maraton tuż-tuż!

Toskańska porcja węglowodanów – pizza własnej roboty:)

Odpoczywaliśmy w toskańskim domu położonym na totalnej wsi. Google Street View pokazał, że nie ma tam nawet asfaltowej drogi, a dookoła są tylko pola. Na pierwszy bieg wybrałem się dzień po przyjeździe, ale zdecydowanie za późno jeśli chodzi o porę dnia (ok. 9:30). Mimo kilku chmur, ciepło śródziemnomorskiego słońca dawało się we znaki, ale nie to było najgorsze. Szybko okazało się, że to tereny mocno pagórkowate. Pierwszy trening oznaczał kilometrowy bieg pod górę, potem 3 km w dół, nawrotka, 3 km pod górę i 1 km w dół. W takich warunkach ciężko robić treningi maratońskie, trzeba było więc siąść do mapy i szukać dalej.

Mój łakomy kilometrów wzrok padł na rzekę Arno (główna rzeka Toskanii) w okolicach Empoli, bo ciek wodny zwykle wróży w miarę równy teren. Minusem tego rozwiązania była potrzeba dojechania na trening samochodem, trzeba bowiem pilnować kluczyków i znaleźć miejsce do parkowania co dla sporego kombiaka nie jest we włoskich miasteczkach takie proste;) Mądrzejszy o doświadczenie drugi trening rozpocząłem znacznie wcześniej, wg Endomondo start nastąpił o 7:49. Wzdłuż rzeki udało się zlokalizować 5-km odcinek wału przeciwpowodziowego, po którym prowadziła ścieżka nadająca się do biegania. Udało się przetrwać upał, a przy tym zrobić rozsądne 3x5 km w tempie 4:50 z kilometrowymi odpoczynkami w okolicach 5:20-5:30. Do końca 10-dniowego pobytu pozostałem wierny temu wałowi – wnikliwa analiza map nie pokazała atrakcyjniejszych terenów, a nie chciałem tracić czasu na poszukiwania, których owoce nie były pewne. Łącznie zrobiłem w Toskanii pięć treningów, aczkolwiek jeden z nich zakończył się już po 3 km, bo przemoczone rosą nie_biegowe skarpetki zafundowały mi odcisk.

 A po treningu pora na odnowę biologiczną w basenie

Na wyjazd zabrałem zakupione ostatnio buty Adidas Supernova Sequence 3. Łącznie zrobiłem w nich na razie ok. 150 km i muszę przyznać, że był to udany zakup. Dobrze amortyzują, trzymają stopę i dają mojej pronacji potrzebne wsparcie – na dłuższe biegi jak znalazł.

Druga część wyjazdu obejmowała wizytę w Zurychu i wyjazd w Prealpy Szwajcarskie – coś, co tygryski lubią najbardziej! Nie wyobrażam sobie wakacyjnego wyjazdu bez wycieczki w góry. Tym razem obyło się bez ataku na najwyższy szczyt kraju (w Szwajcarii nie jest to tak łatwe jak w Chorwacji czy na Teneryfie, bo Dufourspitze jest trzecim szczytem Alp i ma ponad 4600 metrów), czteroosobową grupą wybraliśmy się więc z Lauterbrunnen przez Wengen i Kleine Scheidegg na Männlichen (2343 m n.p.m.).

Jest to bardzo łatwy szlak, prowadzi niezbyt nachyloną i szeroką ścieżką (technicznie jest to wejście łatwiejsze niż do z Kuźnic do Murowańca), bez problemu można by wjechać rowerem. A widoki są niesamowite, bo trasa prowadzi pod trzema imponującymi szczytami: Eigerem, Mönchem i Jungfrau. Szczególnie ten pierwszy, prezentujący z tej strony legendarną Północną Ścianę robi piorunujące wrażenie. 1800 metrów skały i lodu (to najwyższa ścianę Alp i Europy) hipnotyzuje, mógłbym pod Eugerem spędzić cały dzień albo więcej. Zainteresowanym historią Eigeru i jego północnej ściany serdecznie polecam film Nordwand, opisujący tragiczną próbę jej zdobycia w latach 30.

Północna ściana Eigeru

Mimo braku trudności technicznych na trasie wycieczka nie była taka prosta ze względu na odległość – od startu do szczytu zrobiliśmy 14 km, co w górach jest dość znacznym dystansem. Niestety, zaplanowana pierwotnie droga zejścia okazała się być kompletnie zasypana śniegiem (który leżał tam od wysokości ok. 1800-1900 m n.p.m.) i musieliśmy wracać raz przebytą już trasą i zrobić kolejne 14 km, tym razem w dół. Ostatnie 2 godz. szliśmy z latarkami, bo było już po zmierzchu. Warto jednak było, bo wracając mogliśmy ponownie przyglądać się trzem wielkim górom, a o zachodzie słońca wyglądały one wyjątkowo pięknie.

Wspomnienia z Alp trzeba jednak odłożyć na bok, bo do Maratonu Warszawskiego pozostały już bardziej godziny niż dni. Startującym życzę powodzenia, a pozostałych zachęcam do wyjścia na trasę i dopingowanie. To naprawdę robi różnicę:) Trasę można obejrzeć na stronie Maratonu Warszawskiego. Meta znajdować się będzie na Stadionie Narodowym, tam też warto się pojawić!