Nie da się ukryć, że pływanie jest moim najmniej ulubionym elementem triathlonowego treningu. Z jednej strony dlatego, że jestem w tym najsłabszy i sam trening sprawia mi mniej przyjemności niż biegowy i rowerowy, a z drugiej... no nie oszukujmy się: pływanie wymaga głowy ze stali i ostro ryje beret!
Trzeba mieć niewiarygodnie silną psychikę, by zawzięcie trenować pływanie. Nie ma tu obserwacji budzącego się do życia wiosną lasu jak podczas treningu biegowego. Nie pozdrowisz się jak kolarze na trasie gdzieś pod Grójcem. Nie odwiedzisz kilkunastu miejscowości podczas jednego treningu. Odpada też pogaducha podczas biegu spokojnego z kumplem, odpada zmiana pogody, zmiana trasy, właściwie to... wszystko odpada.
Nie ma nic poza płytkami na dnie basenu. Jedyna zmiana to płytki na Inflanckiej lub płytki w Delfinku (aktualnie trenuję na tych dwóch basenach). Przeciętny triathlonista przepływa kilkaset długości basenu tygodniowo, ci mocniejsi idą w tysiące. Tysiąc razy ta sama linia na dnie basenu, wyobrażacie to sobie?! Każdy poważnie trenujący pływanie powinien za znoszenie tego dostawać złoty medal. I stwierdzając, że pływanie ryje beret nie chcę nikogo urazić, wręcz przeciwnie. Wyrażam szczery podziw dla wszystkich spędzających długie godziny na basenie, bo dla mnie jest to sport ekstremalny.
Pięknie opisała to na swoim blogu ioannahh: „Samotność długodystansowca to nic w porównaniu z wieczną samotnością, z jaką musi żyć pływak.” Pod całym jej wywodem podpisuję się ręcyma i nogyma, moim zdaniem już trenażer jest łatwiejszy i ciekawszy niż wieczne liczenie długości, oddechów i klapnięć rękoma. Przynajmniej zaległości filmowe i serialowe można nadrobić. A w basenie nawet słuchanie muzyki jest trudne, bo większość wodoodpornych odtwarzaczy mp3 jest niewygodna. Pozostaje bulgotanie i woda zalegająca w uszach. Do tego dochodzi nieprzyjemny zapach skóry po basenowej wodzie, zatkane zatoki u niektórych, woda permanentnie wylewająca się z uszu i odciśnięte oksy wokół oczu, z którymi wygląda się jak trzepak nad trzepakami.
A pocieszenie w postaci basenowych turystek (tak je nazywam) w skąpym bikini pojawia się z częstotliwością błędu statystycznego:(
Ale to wszystko da się znieść w imię tego, by zostać ajronmenem (choćby w połowie). By poczuć radość i satysfakcję z ukończenia triathlonu, zebrać sławę na dzielni i do końca życia budzić podziw wśród współpracowników i znajomych. Trzeba też przyznać pływaniu, że dużo lepiej niż bieganie czy kolarstwo wpływa na to, jak się wygląda;) Ale to tylko kropla plusów w morzu minusów.
Z nudą i psycho-trudnościami pływania mierzy się każdy pływający w miarę regularnie. Ot, tak po prostu jest i nic nie da się z tym zrobić. No chyba, że by ktoś na dnie basenu zaczął drukować książki lub montować ekrany z filmami;) Są za to aspekty, z którymi trzeba się pogodzić i nie ma co dyskutować.
Są za to na basenie rzeczy, z którymi pogodzić się nie umiem.
1. Brak kultury basenowej
W Polsce obowiązuje ruch prawostronny. Trzymają się tego nie tylko kierowcy, motocykliści i rowerzyści, ale i w zdecydowanej większości biegacze czy nawet piesi na chodnikach. Zresztą, jak ktoś biegnie/idzie środkiem ścieżki, to na upartego można go ominąć trawnikiem czy innym poboczem.
A na basenie? Kicha! Płynie sobie swoim pieskowo-żabkowym stylem taki Zią lub (częściej) Ziąka, zajmuje połowę toru i to dokładnie środkową połowę toru! Po jego (jej) lewej i prawej stronie jest wolne po ćwiartce. OK, utyty nie jestem, babcia NKŚ twierdzi nawet, że źle wyglądam (że niby za chudo, z moją warstwą tłuszczyku na brzuchu!), ale w takiej ćwiartce to nawet ja się nie zmieszczę, szczególnie, że żabkarz zajmuje dość dużo miejsca. No czy to jasnej-ciasnej nie możesz płynąć prawą stroną?
Na niektórych basenach tory są oznakowane: „pływanie szybkie”, „pływanie rekreacyjne” i „pływanie rodzinne”. Czy stosowanie się do tych oznaczeń naprawdę jest takie trudne?
Nie mniej irytujący są plotkarze. Przysiupnie sobie kilka osób na końcu toru, przepłyną dwie długości, a potem gadają i sobie pluskają łapkami. A człowiek nawet nawrócić nie ma gdzie. A idźcie w diabły! Albo co najmniej do małej niecki lub jacuzzi.
A gorszą odmianą plotkarzy są miziu-miziu-miziacze. Poszliby sobie gdzieś do parku, to nie. Przychodzą na basen się pomiziać i robią to na końcu toru nie bacząc na to, że ludzie tu trzeci zakres robią.
2. Nadmierna dbałość o higienę
Siódma rano na mało popularnym basenie. W wodzie cztery albo pięć osób, wszyscy tłuką kolejne długości. Dołącza do grupy pani (wiek dowolny) i... w ciągu kilku minut basenowa woda zamienia się w... roztwór wody i super-hiper-ultra mleczka na cellulit lub innego balsamu na porost biustu. Mleczko/maseczka/balsam wdziera się w usta oraz nos i sprawia, że treningu masz serdecznie dość.
3. Czary-mary
Odkąd ścigam się z Bo (przypominam jak się wszystko rozpoczęło: kliku-kliku) dzieją mi się różne przypadki. Pamiętacie pewnie, że zaczęło się od tajemniczego zepsucia serka wiejskiego, którego termin przydatności jeszcze nie minął. Potem zaczęły mi znikać z plecaka basenowe rzeczy. Zdarzyło mi się zrobić trening bez czepka, zdarzyło i bez ręcznika (ot, wystarczy poczekać aż woda sama wyschnie po umyciu;)).
Ale nic, absolutnie nic z powyżej opisanych rzeczy nie pobije wkurwu, który dotyka człowieka gdy stojąc w szatni już w samych bokserkach uświadomi sobie, że nie wziął kąpielówek, a basenowy sklepik jest akurat nieczynny lub w ogóle nie istnieje...
Trzeba mieć niewiarygodnie silną psychikę, by zawzięcie trenować pływanie. Nie ma tu obserwacji budzącego się do życia wiosną lasu jak podczas treningu biegowego. Nie pozdrowisz się jak kolarze na trasie gdzieś pod Grójcem. Nie odwiedzisz kilkunastu miejscowości podczas jednego treningu. Odpada też pogaducha podczas biegu spokojnego z kumplem, odpada zmiana pogody, zmiana trasy, właściwie to... wszystko odpada.
Nie ma nic poza płytkami na dnie basenu. Jedyna zmiana to płytki na Inflanckiej lub płytki w Delfinku (aktualnie trenuję na tych dwóch basenach). Przeciętny triathlonista przepływa kilkaset długości basenu tygodniowo, ci mocniejsi idą w tysiące. Tysiąc razy ta sama linia na dnie basenu, wyobrażacie to sobie?! Każdy poważnie trenujący pływanie powinien za znoszenie tego dostawać złoty medal. I stwierdzając, że pływanie ryje beret nie chcę nikogo urazić, wręcz przeciwnie. Wyrażam szczery podziw dla wszystkich spędzających długie godziny na basenie, bo dla mnie jest to sport ekstremalny.
Pięknie opisała to na swoim blogu ioannahh: „Samotność długodystansowca to nic w porównaniu z wieczną samotnością, z jaką musi żyć pływak.” Pod całym jej wywodem podpisuję się ręcyma i nogyma, moim zdaniem już trenażer jest łatwiejszy i ciekawszy niż wieczne liczenie długości, oddechów i klapnięć rękoma. Przynajmniej zaległości filmowe i serialowe można nadrobić. A w basenie nawet słuchanie muzyki jest trudne, bo większość wodoodpornych odtwarzaczy mp3 jest niewygodna. Pozostaje bulgotanie i woda zalegająca w uszach. Do tego dochodzi nieprzyjemny zapach skóry po basenowej wodzie, zatkane zatoki u niektórych, woda permanentnie wylewająca się z uszu i odciśnięte oksy wokół oczu, z którymi wygląda się jak trzepak nad trzepakami.
A pocieszenie w postaci basenowych turystek (tak je nazywam) w skąpym bikini pojawia się z częstotliwością błędu statystycznego:(
=== === ===
OGŁOSZENIE DUSZPASTERSKIE
Czy wiesz, że już od przyszłego tygodnia cały internet zabiera się za wielkie pompowanie? Będziemy regularnie robić pompki, a nawet PĄPKI! Jak pojawia się taka pisownia, to wiadomo, że będzie śmiesznie jak przy okazji Wielkiego Wyścigu. Otóż rzuciliśmy hasło na Fejsbuku, a Wy daliście odzew. No to jedziemy z koksem. W ciągu kilku dni na czterech fantastycznych blogach biegowych (czterech, powiadasz?!) opublikujemy krótkie instrukcje jak ćwiczyć oraz cel. No właśnie, nie chodzi przecież o zrobienie stu czy miliona pompek, ale o to, kto pierwszy.... No właśnie, to będzie niespodzianka, bo będziemy się z kimś ścigać:) I co ciekawe, tym razem Bo i ja staniemy ramię w ramię w jednej drużynie!
Na dobry początek zróbcie sobie test: po rozgrzewce zróbcie tyle pompek ile tylko dacie radę (kobiety mogą damskie jeśli wolą), do wyrzygu. Zapamiętajcie ten wynik, możecie go wpisać w komciu na dole, przyda się najpierw za kilka dni, a potem na końcu:) Szczegóły już wkrótce!
KONIEC OGŁOSZENIA DUSZPASTERSKIEGO
=== === ===
Ale to wszystko da się znieść w imię tego, by zostać ajronmenem (choćby w połowie). By poczuć radość i satysfakcję z ukończenia triathlonu, zebrać sławę na dzielni i do końca życia budzić podziw wśród współpracowników i znajomych. Trzeba też przyznać pływaniu, że dużo lepiej niż bieganie czy kolarstwo wpływa na to, jak się wygląda;) Ale to tylko kropla plusów w morzu minusów.
Z nudą i psycho-trudnościami pływania mierzy się każdy pływający w miarę regularnie. Ot, tak po prostu jest i nic nie da się z tym zrobić. No chyba, że by ktoś na dnie basenu zaczął drukować książki lub montować ekrany z filmami;) Są za to aspekty, z którymi trzeba się pogodzić i nie ma co dyskutować.
Są za to na basenie rzeczy, z którymi pogodzić się nie umiem.
1. Brak kultury basenowej
W Polsce obowiązuje ruch prawostronny. Trzymają się tego nie tylko kierowcy, motocykliści i rowerzyści, ale i w zdecydowanej większości biegacze czy nawet piesi na chodnikach. Zresztą, jak ktoś biegnie/idzie środkiem ścieżki, to na upartego można go ominąć trawnikiem czy innym poboczem.
A na basenie? Kicha! Płynie sobie swoim pieskowo-żabkowym stylem taki Zią lub (częściej) Ziąka, zajmuje połowę toru i to dokładnie środkową połowę toru! Po jego (jej) lewej i prawej stronie jest wolne po ćwiartce. OK, utyty nie jestem, babcia NKŚ twierdzi nawet, że źle wyglądam (że niby za chudo, z moją warstwą tłuszczyku na brzuchu!), ale w takiej ćwiartce to nawet ja się nie zmieszczę, szczególnie, że żabkarz zajmuje dość dużo miejsca. No czy to jasnej-ciasnej nie możesz płynąć prawą stroną?
Na niektórych basenach tory są oznakowane: „pływanie szybkie”, „pływanie rekreacyjne” i „pływanie rodzinne”. Czy stosowanie się do tych oznaczeń naprawdę jest takie trudne?
Nie mniej irytujący są plotkarze. Przysiupnie sobie kilka osób na końcu toru, przepłyną dwie długości, a potem gadają i sobie pluskają łapkami. A człowiek nawet nawrócić nie ma gdzie. A idźcie w diabły! Albo co najmniej do małej niecki lub jacuzzi.
A gorszą odmianą plotkarzy są miziu-miziu-miziacze. Poszliby sobie gdzieś do parku, to nie. Przychodzą na basen się pomiziać i robią to na końcu toru nie bacząc na to, że ludzie tu trzeci zakres robią.
2. Nadmierna dbałość o higienę
Siódma rano na mało popularnym basenie. W wodzie cztery albo pięć osób, wszyscy tłuką kolejne długości. Dołącza do grupy pani (wiek dowolny) i... w ciągu kilku minut basenowa woda zamienia się w... roztwór wody i super-hiper-ultra mleczka na cellulit lub innego balsamu na porost biustu. Mleczko/maseczka/balsam wdziera się w usta oraz nos i sprawia, że treningu masz serdecznie dość.
3. Czary-mary
Odkąd ścigam się z Bo (przypominam jak się wszystko rozpoczęło: kliku-kliku) dzieją mi się różne przypadki. Pamiętacie pewnie, że zaczęło się od tajemniczego zepsucia serka wiejskiego, którego termin przydatności jeszcze nie minął. Potem zaczęły mi znikać z plecaka basenowe rzeczy. Zdarzyło mi się zrobić trening bez czepka, zdarzyło i bez ręcznika (ot, wystarczy poczekać aż woda sama wyschnie po umyciu;)).
Ale nic, absolutnie nic z powyżej opisanych rzeczy nie pobije wkurwu, który dotyka człowieka gdy stojąc w szatni już w samych bokserkach uświadomi sobie, że nie wziął kąpielówek, a basenowy sklepik jest akurat nieczynny lub w ogóle nie istnieje...




























