BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Jak już zapowiadaliśmy na WielkoWyścigowym FB (jeśli jeszcze Cię tam nie ma to rach-ciach i dołączasz do wydarzenia!), Wielki Wyścig wkroczył w fazę gier, zabaw, kiełbasy wyborczej i konkursów z nagrodami. Początkowo chcieliśmy z Bo zgarniać wszystkie gifty dla siebie, ale sponsorzy mieli pewne obiekcje i zostaliśmy zmuszeni do tego, by co trzecią oddać Wam. Zatem z sześciu książek od Wydawnictwa Galaktyka otrzymacie jedną – tak wskazuje skrócenie ułamka i proszę nie dyskutować.

No to zaczynamy.

Pierwszy konkurs będzie dotyczył mojego triathlonowego debiutu – w najbliższą niedzielę wystartuję w Mrągowie na dystansie ¼ IM (950 m pływania, 45 km roweru i 10,5 km biegu). Nagrodą będzie książka „Dogonić Kenijczyków” pióra Adharananda Finna. Jej recenzję możecie przeczytać u Pawła, a książkę ufundował pierwszy sponsor Wielkiego Wyścigu, czyli [początek fanfarów] Wydawnictwo Galaktyka [koniec fanfarów].


Co trzeba zrobić by dodać „Dogonić Kenijczyków” do swojej biegowej biblioteczki? Oczywiście, że samo wytypowanie mojego wyniku w Mrągowie nie wystarczy! Przecież to Wielki Wyścig;) W Poznaniu będę gonić Bo, więc w Mrągowie też zmierzę się z przedstawicielką płci piękniejszej. A będzie to... najszybsza z kobiet – chodzi o to, by wytypować moją stratę do najszybszej z kobiet, bez względu na to kim ona będzie:) Typujemy w komentarzach pod tym wpisem. Proste, nie?

Podpowiedzi:
- w ostatni weekend przepłynąłem swój najszybszy kilometr w ołpenłoterze – w 22 min;
- moje najszybsze 45 km na rowerze to 1:21;
- życiówka na 10 km to 40:15.
Uczciwie myślę, że na podobne do powyższych czasy w pływaniu i rowerze mam szanse, w biegu będę chciał zmieścić się w 46-47 min. Do tego trzeba doliczyć strefy zmian, które są dla mnie wielką zagadką. W sumie to przede wszystkim chciałbym pobić 2:44:55 trzaśnięte w Malborku przez Bo. Ale miło byłoby też poprawić wynik Pawła (2:44:13), a najlepiej jeszcze i Mista (2:36:45), bo przecież wiecie, że ja lubię rywalizację, nie?:)

Do wygrania jest naturalnie jedna książka,
ale dwie ładniej komponowały się na zdjęciu;)

Ale nawet jeśli co do sekundy wytypujecie mój wynik, to i tak będzie to dopiero połowa sukcesu. Żeby uwolnić się od zarzutów o stronniczość (mógłbym przecież zwolnić przed metą i wpasować się wynik wytypowany przez podstawioną ciotkę wujka ze strony stryja!), w konkurs wpletliśmy element dodatkowy, czyli wynik najlepszej kobiety. Podpowiedź jest taka, że w Malborku, gdzie debiutowała Bo, Małgorzata Szczerbińska miała 2:18:06, w Sierakowie zwyciężyła Agata Pecyna (2:34:36), a w Szczecinku znów Szczerbińska z czasem 2:20:11, która w Mrągowie również wystartuje.

Typujemy więc, jaką stratę zanotuję do najszybszej z kobiet. Możecie typować w sekundach, minutach, godzinach – ważne, by typ był jednoznaczny. Np. 1:12 jednoznaczne nie jest, bo nie wiadomo, czy oznacza godzinę i 12 minut, czy minutę i 12 sekund, więc takich wpisów unikamy.


Jeśli ktoś uważa, że wygram z najlepszą z kobiet (dobre sobie;)), to też jasno to oznacza. Jeśli nikt nie trafi co do sekundy, wygra osoba, która była najbliżej. Jeśli dwie osoby będą równie blisko, wygra ta, która wyżej znajdzie się w jedynej słuszne rywalizacji na Endomondo. Ostatecznie na trzecim miejscu jest zasada „kto pierwszy ten lepszy”. Przypominam, że typy wpisujemy w komentarzach pod tym wpisem. Typować można do najbliższej niedzieli 30.06.2013 r. do godz. 10:45, o której nastąpi start. Potem już tylko trzymamy kciuki. Mocno!

Na koniec jeszcze przypomnienie, że Wielki Wyścig dorobił się swojej podstrony na blogu, gdzie wszystko jest wyjaśnione czarno na białym. Wystarczy zrobić kliku-kliku i można dowiedzieć się wszystkiego.

wtorek, 18 czerwca 2013

- 3 km do mety, biegniemy!
Tup, tup, tup.
- Chłopaki, ja Was przepraszam, ale nie mogę, zaraz zemdleję, biegnijcie sami...
- Bambus, przecież Cię tu nie zostawimy, bo jak padniesz, to nie wiadomo, kiedy Cię tu ktoś znajdzie. Idziemy.
- Jest z górki, spróbuję biec.
Tup, tup, tup.
- Nie mogę, mam mroczki przed oczami, zaraz się przewrócę...
- Ok, to maszerujemy. Do ostatniej prostej dotrzemy razem, a potem ogień do mety, jeśli padniesz to po Ciebie wrócimy po dotarciu do mety.

Nadchodzi ostatnia prosta... POSZLI!

Paweł rusza z kopyta, ale kopyto odmawia mu posłuszeństwa i zawodnik ląduje na glebie! Na prowadzenie wychodzi Krasus, który szybkim manewrem wymija podnoszącego się piorunem z ziemi rywala. 300 metrów do mety, Paweł rozpędza się, osiąga drugą nadświetlną, że też Państwo tego nie widzą, i po kilkunastu sekundach wraca na pozycję lidera! Co za walka, dłuższe nogi dają przewagę aktualnemu liderowi, jednak Krasus trzyma się metr-dwa za nim i nie traci dystansu. Widać już metę, kibice szaleją, konferansjer zagrzewa finiszujących do walki. Krasus dostrzega NKŚ, co zawsze dodaje mu sił. Zastrzyk adrenaliny dociera do krwi w idealnym momencie. Ostatni zryw i wyprzedzenie rywala! Kwito krzyczy do mikrofonu imię aktualnego lidera wyścigu (nie zapomniał też o nazwie bloga, brawo!;), a ten na ostatnich nogach wpada na metę z czasem 9:10:03, o 5 sekund wyprzedzając następnego zawodnika.

Choć mogłoby tak wyglądać, to nie relacja z biegu na 60 lub 100 metrów, a z finiszu maratonu na orientację Mazurskie Tropy na dystansie 50 km, na którym w/w natrzaskali ponad 62km. Przyznaję, nie wiem, skąd miałem siły na ten finisz…;)

Ale po kolei.

W trakcie rozgrzewki odgryzam ustnik od bukłaka. To dobra, czy zła wróżba?;) „Przez końcówkę plastikową da się pić, jakoś to będzie.” – z tą myślą ruszam w trasę. Pierwsze kilometry tradycyjnie w tramwaju. Generalnie napieram z Kubą i Mańkiem, ale jak to zwykle po starcie – jest dość ciasno. Staramy się trzymać tempo biegu ok 5:10-5:30. Od dwusetnego metra czuję kolkę (znów!), na szczęście po pół godzinie ból mija.

Przygotowania do startu, każdy miał ambicje / fot. MO-K

Mniej nas coraz, Polaków
Na dojściu do punktu przy Jeziorze Pisz zaczynają się bagna. Jesteśmy aktualnie w piątkę, oprócz Kuby i Marcina jeszcze Bartek i Paweł, którzy przewijać będą się przez całe zawody. Kuba idzie pierwszy, ma jakiś talent do darcia przez moczary, bo kompletnie za nim nie nadążamy. Tracimy kontakt wzrokowy, utrzymujemy więc się na wołanie. Po chwili tracimy i kontakt dźwiękowy. Reszta grupy zostaje powstrzymana przez buta Mańka, który został w bagnie. Na szczęście właścicielowi udaje się go wydobyć i założyć. Podejmujemy decyzję o wycofaniu i obejściu bagna. Napieramy przez pole pokrzyw, które zamieniają nasze nogi w czerwone poparzone coś. Kuby ani widu ani słychu. Trudno, ciśniemy we czwórkę. Gadka-szmatka i... nie ma Mańka. No jasna cholera, zniknął?! Wracam się do ostatniego zakrętu, wołam – nie ma. Wsiąkł jak kamfora.

Maniek, ale weź, gdzie Ty zniknąłeś i dlaczego? Szczególnie, że patrząc na tracki, to raczej poszedłeś tam gorzej niż lepiej;)

No trudno, zostaję z Bartkiem i Pawłem, w głowie pojawia się tytuł blogonotki „Ten, w którym chłopaki znikają”, bo w ciągu pół godziny zniknęło mi dwóch kolegów, z którymi myślałem, że ukończę ten rajd. Podejrzliwie patrzę na Bartka i Pawła, czy czasem za chwilę i oni nie znikną. Kolejny PK jest na górce, pod którą znajdujemy Kubę. Okazuje się, że zamokła mu mapa i nie wie, jak szukać punktu. Razem włazimy na górę i znajdujemy PK. W oddali chyba miga mi czapeczka Mańka, ale wygląda jakby podążał w kompletnie innym kierunku niż wskazuje mapa i idziemy my.

Zagubiłem się w mieście, po raz kolejny
O, jest droga. Prowadzi w dobrym kierunku (południowy-wschód), napieramy. Mija kilka minut i kompas wskazuje kierunek zachodni, coś jest nie tak. Ale zamiast zawrócić, przemy jak głupki w złą stronę. Potem na chwilę wracamy na dobry tor, a w końcu odpierniczamy taki kosmos, że głowa mała. Motamy się raz w jedną, raz w drugą stronę, brakuje kogoś, kto by to towarzystwo postawił do pionu. Track z GPS pokazuje, że zrobiliśmy zbędnie około pięciu-sześciu kilometrów, pewne miejsca odwiedzając po dwa razy. A kolejne poletka pokrzyw ze trzy razy. Nadal boli.

I fizycznie i psychicznie. Cztery osoby i żadna nie miała na tyle jasnego umysłu, by zorientować się, gdzie jesteśmy. W końcu się ogarniamy. Z zaklętego kręgu wychodzimy po około 1:15, dramat. Mam serdecznie dość. Pierwszy raz w zawodach na orientację mam ochotę rzucić mapę w diabły i wycofać się. Ale by niektórzy mieli używanie. O nie…

Mili Państwo, tak się nie nawiguje;)

Pełna koncentracja i napieramy dalej. W 4-os. grupie pojawia się trochę frustracji związanej z megawtopą i się rozdzielamy. Bartek z Pawłem wybierają opcję dróg leśnych, a Kuba i ja ciśniemy wzdłuż linii energetycznej. Niestety, to oznacza kolejne pokrzywy i chaszcze. Kilka razy, gdy jakaś sucha gałąź przejeżdża mi po poparzonej i zakrwawionej już nodze, mam łzy w oczach i chce mi się wyć.W końcu docieramy do umiejscowionego w Pajtuńskim Młynie punktu żywieniowego (zbawienie, bo bukłak już pusty, a pogoda nie sprzyja bieganiu o suchym pysku).

Łydki i piszczele cholernie bolą, marzę o schłodzeniu ich wodą. Przy młynie jest dostęp do wody, przemywam bolące nogi i... boli jeszcze bardziej. Mam serdecznie dość. Psycha siada, bo przy wodopoju spotykamy piechurów. Osoby, które cały czas idą wyprzedzały dotąd „biegaczy”, którzy nie potrafią ogarnąć się z mapą. Masakra. Gdy ruszamy z Kubą z punktu, dochodzi do niego Maniek, jego nogi też nie wyglądają dobrze.
Posiłek w punkcie żywieniowym:) / fot. Szymon Szkudlarek

A tymczasem Kuba słabnie. Z Młyna ruszamy jeszcze razem, dociągam go do PK9, ale wyraźnie nie ma siły biec i się rozdzielamy, napieram sam. Na 45. kilometrze najładniejsze miejsce na całej trasie: droga na wzgórzu pomiędzy dwoma jeziorami, aż się zatrzymuję na kilka chwil. Przepięknie... Kwito, szacun za tę miejscówkę, zaniemówiłem!

Tu bóbr, tam bóbr...
Wyprzedzam kilka kolejnych osób, w oddali migają mi Bartek i Paweł. Zastanawiam się, czy do ostatniego punktu ciąć przez las (pokrzywy...), czy może obiec dookoła drogami. Widzę, że Bartek i Paweł idą prosto, lecę więc za nimi, szybko ich doganiając. Szukamy sensownego wejścia w las, pokrzywy skutecznie nas wyganiają z kilku miejsc. W końcu się wbijamy i przedzieramy trochę na czuja. Nie wiem, czy „głupim zawsze sprzyja szczęście”, czy może „szczęście sprzyja lepszym”, ale gdzieś między drzewami Bartek zauważa samochód, a skoro jest samochód to musi być droga. Początkowo podejmujemy złą decyzję o kierunku podążenia nią, ale Paweł rozgryza system i lecimy na północ, do ostatniego PK. Ten łapiemy bez problemu i wystarczy dostać się do bazy.

Brzmi łatwo, ale… drogę blokuje nam wielkie rozlewisko, w którym żyją bobry, czego ślady widać na pozwalanych drzewach. Nikomu nie uśmiecha się wchodzić do takiej stojącej wody o niewiadomym dnie i głębokości. Żadne z powalonych drzew nie wygląda, jakby można było po nim przejść. Idziemy kawałek w prawo, rozlewisko zdaje się nie mieć końca, decydujemy więc o obejściu lewą stroną. A wystarczyło podejść jeszcze kilkanaście metrów i było tam drzewo, którym dało się rozlewisko pokonać suchą stopą, ale o tym dowiedzieliśmy się kilka godzin później... Przez to rozlewisko nadkładamy kolejnych kilka kilometrów i dopiero przez Kaplityny, potem wzdłuż głównej drogi DK16, dostajemy się do Barczewa…

A jak wyglądały ostatnie kilometry, już wiecie.

Pełna moc na ostatnich metrach, mając 63,5 km w nogach! / fot. MO-K

Na mecie zimne piwko dla każdego (brawa dla organizatorów), drożdżówki (brawa dla organizatorów), banany (brawa dla organizatorów) i smaczny dwudaniowy obiad (brawa dla organizatorów). Była to pierwsza edycja Mazurskich Tropów, ale w mojej ocenie rajd był zorganizowany lepiej niż nie jeden posiadający swoją tradycję. W otoczkę okołorajdową włożono wiele serca, na dodatek było sporo nagród nie tylko dla najlepszych, ale i dla wszystkich innych uczestników, a atmosfera iście sielankowa. No, może trochę psuły ją kleszcze wyciągane z nóg i pleców uczestników (rekordzista zanotował bodaj 11, ja miałem tylko 5;)), bo to jednak stresująca sprawa.

Sielanka na linii mety:) / fot. Szymon Szkudlarek

Trasę pieszą Mazurskich Tropów ułożono ciekawie, z nieoczywistymi wariantami przebiegów, a jednocześnie z dość jednoznacznie rozmieszczonymi punktami. Jedyny minus trasy był taki, że punkty kontrolne nie były zlokalizowane przy jakichś ciekawych obiektach (pod tym względem niedościgniony wzór to dla mnie nadal ubiegłoroczny Azymut Orient), a  najfajniejsze miejsce, w którym był punkt to stare niemieckie mogiły w środku lasu. Hmmm, o ile mogiły można nazwać fajnym miejscem;)

Ale pod względem przyrodniczym było super. Oprócz standardowych zajęcy, wiewiórek czy saren, spotkaliśmy łanię i jakiegoś samca od sarny, takiego z rogami. Wszystko dzięki temu, że trasa prowadziła z dala od osad ludzkich, prawie cały czas po lasach lub ewentualnie polach. No i to rozlewisko bobrów, rzadko człowiek ma możliwość zobaczenia czegoś takiego.

=== === ===

UWAGA, ogłoszenie.
Bo
lubimy i chcemy, by została trzepakiem lipca.Tymczasem ma dziewczyna na zbyciu pakiet startowy na Maraton Gór Stołowych (6 lipca).
Może ktoś coś? Jakby co to (a niech jej będzie...) kliku-kliku.

=== === ===

Stats&hints Mazurskie Tropy 2013

Wynik: czas 9:10:03; 7/46 (tyle osób jest na liście wyników, aczkolwiek na mecie orgowie mówili o 52, które wystartowały) miejsce w klasyfikacji open;

Warunki pogodowe: rano 14 stopni, za dnia do ok. 23 st., trochę chmur, trochę słońca.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+ stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; leginsy 3/4, koszulka Salomon z Biegu Marduły, czapeczka z daszkiem; Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger
Jedzenie/picie: 2 żele + 2 batony + 2 chałwy; 2 l izo w bukłaku +2 l dolane na punkcie żywieniowym.

Wskazówki na przyszłość: kupić długie spodnie do biegania latem!


wtorek, 11 czerwca 2013

- Co tak szczerzysz zęby kierownicę?
- Aaaa... nic takiego...
- No mów, przecież nie mamy przed sobą tajemnic, nie?
- Ach, bo... bo ja w spa byłam.
- Haha, w spa?! Przecież jesteś rowerem, rowery nie mają spa!
- A ja byłam! W rowerowym spa, takim prawdziwym! W Profesjonalnym Serwisie Rowerowym Bikeservice.com.pl.
- I co, może zaznałaś romantycznych kąpieli przy świecach i masażu pianą?
- ...





- Nie wierzę, nie wierzę…
- To nie koniec. Zostałam potem zabrana do takiego miejsca i... i co ja tam widziałam!
- No co takiego?



- Jakie przerzutki, jakie klamkomanetki, kup mi, kup mi proszę. Linki prowadzone pod owijkami, płynne działanie i...
- Zuzka, nie ma mowy! Wiesz dobrze, że jedziemy już po bandzie jeśli chodzi o wydatki na Ciebie. Fitting i opony to ostatnie moje wydatki na Ciebie.
- Sknera jesteś…
- Sknera? Ja sknera?! Wiedziałem, że nadawanie Ci żeńskiego imienia źle się skończy. Masz nowy mostek?
- Mam.
- I nową wypasioną sztycę?
- Mam…
- I wyregulowane wszystko na tip-top i dopasowane najlepiej jak można?
- No mam.
- I pozbyliśmy się zbędnej zębatki z przodu?
- No tak…
- No to jazda, zakładka sama się nie zrobi, a Wielki Wyścig coraz bliżej!

Tak, ten tekst zawiera lokowanie produktu jak diabli.
Polecam usługi Bikeservice.com.pl. Naprawdę warto,
choć... to trochę na końcu świata;)

niedziela, 9 czerwca 2013

Najważniejsze musi być na początku.

Wiecie zapewne, co to jest Wielki Wyścig. Bo i, ja zupełnym zbiegiem okoliczności, będziemy się ścigać na triathlonie w Poznaniu. Na razie trwa wielka wojna psychologiczna. Aktualnie jesteśmy na etapie negocjowania, kto ma pokazać swoje trzepackie (czyli im głupsze tym lepsze;)) zdjęcie na Fejsie. Rozstrzygniemy to, a jakże!, po sportowemu. Korzystacie z Endomondo? Jeśli nie to zachęcam, jest naprawdę fajnie;) A najważniejsze jest, że jeśli w tej rywalizacji razem zbierzemy więcej kalorii niż Bo w innej (ale po co Wam link, nie?;)), to przez cały lipiec na profilu Boshki na FB będzie piękna trzepacka fota! Bo chwali się tu i ówdzie swoim za małym i przekrzywionym kaskiem rowerowym, zobaczmy go więc!:)

Koniec komunikatu, zapraszam do właściwej części wpisu:)

=== === ===

Przez kilka lat „kariery” biegowej ani razu nie wystartowałem na dystansie 5 km. Nie składało się. Coś wypadało, albo po prostu nie chciało mi się jechać, albo diabli jeszcze wiedzą co. W końcu, bardzo spontanicznie i na ostatnią chwilę, zdecydowałem się na start w jubileuszowej (50!) edycji Parkrun Łódź. Sympatyczna atmosfera przed startem, fantastyczny park im. Józefa Poniatowskiego i 145 osób na starcie.



Uwielbiam biegać po parkach,
łódzki Park Poniatowskiego wskakuje na podium moich ulubionych:)


Poszli! Plan miałem taki, by ruszyć spokojnie. Pierwszy kilometr w 3:58, a drugi w 3:53 – generalnie zgodnie z planem. Plan mówił, że kolejne kilometry będę biegł coraz szybciej i ukończę jakoś poniżej 19 minut. Haha, dobre sobie! Na półmetku już wiedziałem, że plan był o niebo zbyt optymistyczny. Pierwszy raz od dawna miałem myśl, aby się poddać. Zwolnić i dotruchtać do mety bez męczenia się. Ale wtedy przypomniała mi się dyskusja o motywacji na profilu Bormana i pomyślałem: „Człowieku, jak to będzie wyglądało na Endomondo?! Bo Cię wyśmieje!”. Spiąłem poślady i pobiegłem dalej, utrzymując dotychczasową pozycję do mety.

Półmetek. Wyglądam jeszcze nieźle, ale za chwilę skończą mi się siły

Trzeci i czwarty kilometr (4:08 i 4:11) były prawdziwą mordęgą, utrzymanie tempa było ekstremalnie trudne. Czułem, ducha druha Marduły w udach, po prostu brakowało mi siły. Wydolnościowo było OK, ale noga za chiny ludowe nie chciała podawać. Oj, dały mi się te Tatry we znaki!

Tak się biegnie w trupa, ostatnie metry;)

Ostatni kilometr to już klasyczny bieg w trupa. Nie byłem w stanie nawet myśleć o technice biegu. Krok za krokiem, byle do przodu. Na bezdechu, wyzionąwszy ducha nie tylko druha Marduły, ale i swojego, dotarłem do mety na 10. miejscu na 145 zawodników, z czasem 19:34. Miałem nadzieję, że 19 uda się złamać, ale tego dnia nie było mi to pisane, zabrakło sporo. Średnie tętno miałem niższe niż podczas bicia życiówki na dychę podczas Biegu Dookoła Zoo.

Ale na Parkrun zamierzam wrócić (jak nie do Łodzi to do Warszawy), bo to naprawdę fajne i darmowe imprezy, które serdecznie Wam polecam:) No i z tą 19-tką zamierzam się zmierzyć, oby okazja pojawiła się szybko!

wtorek, 4 czerwca 2013

Do mety 1400 metrów w linii prostej i ponad 150 metrów pod górę. Idę. W myślach: „biegnij, biegnij k..wa!”. Plan: 20 kroków truchtem na 20 marszem. Ani się obejrzałem, a maszerując doliczyłem już do 45 i za diabła nie jestem w stanie biec. Zmuszam się gdy licznik dobija do 60. Doganiam jednego z zawodników i wyprzedzam go przy budce TPN. Turyści dopingują, mówią, że już bardzo blisko. Nie mam sił nawet im podziękować, pokazuję tylko uniesiony kciuk. Wg Garmina jeszcze 600 metrów. 500, 400, 300...

Słyszę głos NKŚ (Najlepsza Kibicka Świata) i zastanawiam się, czy to czasem nie halucynacje. Ale nie, ona tam jest, stoi! Próbuję się uśmiechnąć (bez skutku) i zmuszam się do biegu. NKŚ mówi, że jeszcze 100 metrów. Choćbym miał zwymiotować, to te 100 metrów przebiegnę! Widzę dwóch napieraczy przed sobą, są coraz bliżej. A z tyłu słyszę kroki. Jak to?! Przecież dopiero co się oglądałem i nikogo nie było! Obracam głowę i ulga: to NKŚ, chcąc dodać mi otuchy, dzielnie biegnie za mną. Do mety szpaler kibiców, chyba krzyczą, ale nie jestem pewien. Na kilkanaście metrów przed dmuchaną bramą Salomona, machając rękoma na prawo i lewo (dodawałem sobie w ten sposób pędu) i zmuszając się do nadludzkiego wysiłku, wyprzedzam jednego z rywali. Ale kolega ma niezły zapas sił i zrywa się do niewiarygodnego sprintu, wyprzedzając nie tylko mnie, ale i jeszcze poprzednika. VI Wysokogórski Bieg im. dh Franciszka Marduły kończę na 132. miejscu na 321 uczestników, z czasem 3:38:01,3. Do zwycięzcy Marcina Świerca straciłem 1:19:30.

Ja wiem, że jak na debiut to dobry wynik i dałem z siebie wszystko i w ogóle, ale... Wiecie jaki jestem. Niby 130. czy 132. miejsce nie ma znaczenia, ale jednak. Finisz był porażką, bo źle go rozegrałem. Gdybym Zbyszka wyprzedził na 2 metry przed metą, nie zdążyłby zareagować. Przed startem miałem cichą nadzieję na zmieszczenie się w pierwszej setce, dałby mi to czas nieco poniżej 3:30. Znalazł się tam Kwito, z którym znów przegrałem (poprzednio na Skorpionie), oj muszę wziąć się do ciężkiej pracy, bo mi Piotrek ucieka!


Ostatnimi siłami do mety / fot. MO-K

Od początku istnienia tego bloga wiadomo było, że celem są góry. Nie na darmo tytuł „Biec dalej i wyżej”. To „wyżej” było marzeniem, ścieżką, którą chciałem odnaleźć. Tatry to moje miejsce na ziemi, a połączenie ukochanych gór z pasją do biegania wydawało mi się ukoronowaniem wszystkiego. I było. Start w VI Biegu Marduły był tak niesamowitym przeżyciem, że potrzebowałem ładnych paru godzin, by w ogóle zebrać jakiekolwiek myśli i dwóch dni, by przelać je na klawiaturę.

Bo bieganie po górach to coś kompletnie innego, a po wysokich górach to już w ogóle. Nie ma, tak jak na maratonie czy innym biegu ulicznym, zakładanego tempa i trzymania się go od drugiego kilometra do mety. Po prostu napierasz przed siebie jak się da najszybciej i modlisz się o to, by dany odcinek się już skończył... Bo albo jest w górę, albo w dół, nie ma płasko. Przy czym poza kilkoma kilkusetmetrowymi odcinkami na Biegu Marduły nigdy nie było tak, by po prostu można było biec lekko z górki, bez ryzyka. Każdy krok to ryzyko, każde postawienie stopy może skończyć się skręceniem kostki bądź upadkiem. W niedzielę zaliczyłem jedno i drugie. Najpierw, jeszcze przed Murowańcem, niefortunnie stanąłem na jakimś kamieniu i lekko skręciłem prawą kostkę, a potem, zbiegając z Kasprowego na złamanie karku, poślizgnąłem się i kawałek zjechałem po kamulcach. Na szczęście nic się nie stało i popędziłem dalej.

No, owo „popędziłem” to trochę przesada, bo jednak okazało się, że zbiegi to trzeba trenować i „pędziłem” oznaczało tempo w okolicach 4:50-5:10 min/km. Wydawało mi się to szybko, dopóki nie zobaczyłem tracka zwycięzcy Marcina Świerca. On w tych miejscach przemieszczał się z prędkością poniżej 3:30 min/km! Myślę, że kozice były mocno zaskoczone, że ktoś biega po górach szybciej niż one.

Przyznaję, miałem trochę strachu przed startem. Owszem, znam Tatry, wiedziałem gdzie jadę i wiedziałem, czego spodziewać się po trasie. Ale słowo spodziewać się nie jest do końca dobre, bo góry jak to góry – wszystko się może zdarzyć. Co innego chodzenie po górach z plecakiem, nawet samodzielne pobieganie dla treningu, a co innego napieranie przez kilka godzin bez chwili wytchnienia. Na dodatek istniało ryzyko, że tam czy ówdzie będzie leżał śnieg, a to podwaja niebezpieczeństwo.

Zgodnie z oczekiwaniami na zbiegach traciłem, co starałem się odrabiać pod górkę. Podejście pod Karb dało mi porządnie w kość, ale kilka osób udało mi się wyprzedzić, szkoda, że zabrakło czasu na podziwianie widoków, trzeba było lecieć w dół. Potem wspinaczka na Przełęcz Świnicką, która dała mi we wszystkie możliwe kości. Nie było oczywiście mowy o biegu, było mozolne stawianie nogi za nogą, łapanie oddechu gdzieś pomiędzy krokami i rozważanie, kiedy to się skończy.


Podejście na Świnicką Przełęcz solidnie dało w kość!

Niestety, w międzyczasie trafiły się małe problemy żołądkowe. Zaczęło mi chlupotać w brzuchu i musiałem przestać na chwilę pić, jedzenie też nie przyswajało się dobrze. Na szczęście po kwadransie przeszło i cisnąłem dalej.

Schowany w chmurach kibicujący nam pod Przełęczą Świnicką TOPR-owiec jawi mi się dziś jako postać niemal mistyczna. Napieram w chmurze i od kilku minut słyszę jak dopinguje, ale go nie widzę. A on stoi przy łasze śniegu i zagrzewa do boju każdego biegacza, który ją przekracza. Dawka energii jaką daje jego „Hop, hop, bardzo ładnie, już jesteś blisko, hop!” jest wręcz kosmiczna. Zmuszam się do ostatnich kroków pod górę, wychodzę na przełęcz z mroczkami w oczach i... kosmos. Cały czas napieraliśmy w chmurze, a ze Świnickiej Przełęczy rozpościera się fantastyczny widok na słowackie Tatry. Ciężko dysząc zmierzam dalej, ale wzrok cały czas ucieka w lewo...

Za Świnicką Przełęczą esencja sky runningu. Bieg granią od Przełęczy Świnickiej (2051 m n.p.m.) przez Liliowe i Beskid do Kasprowego Wierchu. Chyba z dwa kilometry biegu na wysokości ponad 2000 m n.p.m! Po skałach, pomiędzy przepaściami. Na prawo chmury, na lewo Słowacja z zapierającym dech w piersiach widokiem, a my w takim zawieszeniu gdzieś pomiędzy. Przez te parę minut czułem się jakbym frunął, jakby góry dodały mi skrzydeł. To było niesamowite przeżycie, jedno z najbardziej mistycznych w mojej „karierze” biegacza.


Widoki zwalały z nóg / fot. AS

Na Kasprowym banan, czekolada, następni kibice i niesłabnąca koncentracja. Wiedziałem, że teraz będzie najtrudniejszy odcinek. 1000 metrów w dół na dystansie 6 kilometrów. Na mocno już zmęczonych nogach i z zalewającym oczy potem z czoła. Tu najłatwiej było o błąd i kontuzję.
Ale jakoś poszło, całkiem sprawnie się między kamieniami przemieszczałem i dałem się wyprzedzić na tym odcinku tylko dwójce biegaczy, samemu wyprzedzając troje. A potem końcowy podbieg na Kalatówki, ale to już znacie ze wstępu...

Krótkie podsumowanie? Pogoda dopisała, to ważne. Na początku świeciło słońce, potem biegaliśmy w mgle i chmurach, najważniejsze jest, że nie padał deszcz ani śnieg. Na górze było około zera stopni, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo po tym jak wtarabaniłem się już na Świnicką Przełęcz pot lał się strumieniami. W pakiecie startowym była świetna koszulka techniczna Salomona (zdecydowanie jedna z najlepszych jakie otrzymałem na różnych zawodach), a jedyny minus dla organizatorów to brak możliwości wzięcia prysznica na mecie. Wszak jest to Hotel Górski Kalatówki, więc infrastruktura zapewne jest, zabrakło tylko dobrej woli.

Świetnie spisali się kibice. Dobre słowo dawali zarówno cywilni spacerowicze, których wyprzedzaliśmy, jak i ci, którzy stali na trasie z ramienia organizatora. Najwięcej uznania miałem dla tych, którzy siedzieli gdzieś na samej górze, robili zdjęcia i dopingowali do biegu. Największa niespodzianka spotkała mnie jednak przed Czarnym Stawem Gąsienicowym. Gdy wyprzedzałem jednego z turystów, nagle wypowiedział on moje imię i nazwisko. Byłem w niezłym szoku, bo nie znam człowieka. Okazało się, że jest z mojego rodzinnego miasteczka i mnie kojarzy:)

=== === ===

Stats&hints VI Bieg im. dh Franciszka Marduły (II mistrzostwa Polski w biegach wysokogórskich)

Według organizatorów trasa miała mieć ok. 25,5 km, Garmin naliczył mi 24,6 km, 1791 metrów w górę i 1517 metrów w dół. Z 321 osób, które przekroczyły linię startu, do mety dotarło 301, w tym ja na 132. miejscu.

Warunki pogodowe: od około zera na górze, do kilkunastu stopni w okolicach mety; najpierw słonecznie, potem pochmurnie; bez opadów.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295, plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; 3/4 leginsy, koszulka z krótkim rękawem i koszulka z długim rękawem, polarowe rękawiczki – był to na te okoliczności zestaw idealny.

W plecaku niewykorzystane: kurtka Tschibo + rękawice rowerowe (miały pomóc we wspinaczce), czapka.
Jedzenie/picie: 3 żele + 2 batony; 1 l izotonika w bukłaku. W punktach odżywczych załapane trzy kawałki banana i kilka kostek czekolady. Przydałoby się zamienić jeden żel na batona.

I zapis trasy dla ciekawskich:

środa, 29 maja 2013

Stali czytelnicy blogaska doskonale wiedzą, że w okolicach mojaj szafki z butami dzieją się czasem trochę dziwne rzeczy. Niektórzy twierdzą, że coś biorę i mi się uroiło, ale ja tam wiem swoje...

Przyznaję, że otrzymanie od New Balance dwóch par pachnących i kolorowych butów do biegania wprowadziło mnie w nie lada zakłopotanie: Jak nowi zostaną przyjęci przez resztę mieszkańców półki biegowej? Czy nie dojdzie do ekscesów? Obawy były tym większe, że od New Balance dostałem Minimusy MR10RY2 do biegania naturalnego i M870BB2 do uklepywania asfaltu. A w tych kategoriach mam już odpowiednio Adidasy ClimaCool Ride i Supernova Sequence 3. Z jednej strony ucieszyłem się, bo to okazja do porównania butów o tym samym przeznaczeniu pochodzących od różnych marek i możliwość napisania naprawdę dobrej recenzji, ale z drugiej...

W obawie przed zamieszkami, przez kilka pierwszych dni dwie pary NB musiały poleżeć pod szafą z ubraniami. Zabrałem je na pojedyncze treningi, było całkiem sympatycznie, ale nadal nie wiedziałem, jak przeprowadzić integrację pomiędzy „starymi” i „nowymi”. W końcu mój problem rozwiązał się sam, bo wychodząc na przebieżkę po Lesie Kabackim wlazłem do skrytki obuty w New Balance M870BB2. No i się zaczęło...






Zebraliśmy się przy okrągłym stole i uradziliśmy, że New Balance'y zmieszczą się na półce, ale musiałem obiecać niezaniedbywanie innych butów i rzetelne testy porównawcze, które opublikuję potem na blogu.

Trudno, co zrobić. Liczyłem na to, że NB da mi buty i zapomni o całej sprawie...

Pierwsze wrażenia z używania obu par NB są pozytywne. Minimusy są bardzo lekkie i piekielnie szybkie, ale... lepiej nie biegać w nich w cienkich skarpetkach, na dodatek jeden leży mi na stopie nieco inaczej niż drugi. 870-tki z kolei to buty z amortyzacją i wsparciem dla pronatorów, ale lekkie, i zaskakująco wygodne. Obie pary mają żywe kolory (czerwony i niebieski), co mi się podoba, choć niektórzy wolą bardziej stonowany wygląd. Za minus należy zapewne uznać cenę. 400 zł to dużo jak na buty, konkurencyjne Adidasy kosztowały niewiele ponad połowę tej kwoty każde.


Na pierwszy rzut oka buty New Balance zwracają uwagę designem i kolorami

Czy New Balance są warte takich pieniędzy, czy może ich cena to przesada? Czy Minimusy rzeczywiście są tak szybkie jak wyglądają na pierwszy rzut oka? No i jak będzie układać się w nich lewa stopa po miesiącu biegania? Czy w 870-tkach będę chciał pobiec w triathlonie? Dajcie mi 4-6 tygodni a przeczytacie dwa testy porównawcze: Adidas ClimaCool Ride vs New Balance Minimus MR10RY2 oraz Adidas Supernova Sequence 3 vs New Balance M870BB2.

wtorek, 28 maja 2013

Przy tym pojedynku, triathlonowa rywalizacja Macieja Dowbora z Łukaszem Grassem to zabawa małych chłopców w piaskownicy, a wielka wojna z zakonem krzyżackim jawi się nam jako pogaduszka przy kawie. To pojedynek dwojga herosów polskiej sceny blogowo-biegowej, którzy postanowili wspiąć się na wyższy poziom masochizmu – wystartować w triathlonie. Pech (a może nie pech?) chciał, że zupełnie niezależnie zdecydowali się na te same zawody.

W lewym narożniku Ona. Królowa Podkarpacia, Kleopatra Rzeszowszczyzny i mitologiczne połączenie Afrodyty z Ateną. Gdy płynie, szczupaki grzebią się w mule, a węgorze zamieniają we wróbelki. Bezkresne drogi przemierza pod kryptonimem „Szoson” na grzbiecie nieokiełznanego ogiera imieniem Kuba, który, niepocieszony, że trafiła mu się riderka bojącą się serpentyn i górek, na razie jednak musi poskromić swe szybkościowe zapędy. Gdy Ona biegnie (zwykle w trupa), przeciwnicy sami chowają się do trumien i błagają o łagodny wymiar kary. Ponoć słowo „barbarzyńca” wzięło się od jej imienia, a Stig od trzech lat zbiera odwagę, by poprosić ją o podwózkę Saabinką. To Ona stanowi odpowiedź na odwieczne pytanie: co było pierwsze, jajko czy kura? Amerykańscy naukowcy w końcu znaleźli odpowiedź: pierwsza była Ona.

Po drugiej stronie On. Zabójczo przystojny, bezwzględnie inteligentny i bezgranicznie zakochany w dwukołowej pannie Zuzannie. Człowiek, który regularnie kłóci się ze swoimi butami do biegania, a różowymi skarpetkami wyznacza granice biegowej stylówy. Do pracy ponoć pędzi z mapą zaliczając po drodze kolejne punkty kontrolne, bo tak jest ciekawiej i szybciej. Majowie w swoim kalendarzu zapisali datę jego urodzin pod hasłem „anihilacja”, a gdy w końcu przyszedł na świat, kilka miesięcy później na terenie całej Polski wprowadzono stan wojenny. Pod warunkiem utrzymania tempa postępów w pływaniu trenerzy wróżą mu obecność w kadrze olimpijskiej w Rio de Janeiro, choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że z wód poznańskiej Malty wyjdzie jako jeden z ostatnich. Pomoże jednak narowista Zuzanna wyposażona w awangardowy klakson w kształcie konika w kolorze fioletu. To tajna broń, która straszyć ma rywali i pozwolić Mu zameldować się w T2 tuż za elitą. Późniejszy bieg będzie już zapewne tylko formalnością...

Oto Oni. Bohaterowie Wielkiego Wyścigu (WW). Zmierzą się w najbardziej ekscytującym pojedynku 2013 r., jeśli nie całego XXI wieku. 4 sierpnia br. w wodach poznańskiego jeziora Malta oraz na ulicach wokół niego ścigać się będą w ramach Poznań Triathlon 2013 na dystansie ½ IronMan (1,9 km pływania, 90 km rowerem i 21,1 km biegu).

Przygotowania pod kryptonimem WW rozpoczęły się już na początku roku. Ona wylewała siódme poty na obozie biegowym, a potem triathlonowym, On zaś na sprinterskim biwaku i warsztatach pływania w wodach otwartych udowadniał, że w pewnym (wymarłym już wprawdzie) dialekcie starocerkiewnosłowiańskim jego imię oznacza „szybki”.



Zatem, Ona czy On? On czy Ona? Kto w Poznaniu będzie lepszy, szybszy i sprawniejszy? Co zadecyduje? Urok czy siła? Technika czy prędkość? Szybkość czy wytrzymałość, a może wytrenowanie lub talent?

Szykujcie kalkulatory, piszcie makra w Excelu, zbierajcie fusy do wróżenia i bierzcie numer telefonu od każdej napotkanej cyganki. Koniecznie monitorujcie blogi bohaterów i dołączcie do wydarzenia na Facebooku! Wiedza o ich postępach i wynikach może przynieść Wam wymierne korzyści... :)

Jej Próbny start już za kilka dni w Malborku, On przetestuje się miesiąc później w Mrągowie.To wszystko jednak nic w porównaniu z najważniejszym dniem tego roku. Wielki Wyścig rusza w Poznaniu 4 sierpnia 2013 r. Musicie być tam razem z nimi! Razem z Bo i Krasusem!

Razem z nami:)

niedziela, 26 maja 2013

- Pobudka!
- Nic z tego. Dziś nie wstajesz. Spać!
- Trenerze, ale biegać mam. 20 km po lesie, z podbiegami.
- W maju trenowałeś już ponad 40 godzin, a od piątku wieczorem nie czujesz się najlepiej. W ten weekend radzę odpocząć i się porządnie wyspać. Za tydzień Twój pierwszy bieg górski – musisz do niego podejść na świeżości.
- Ale ja od dwóch miesięcy nie przebiegłem za jednym razem więcej niż 15 km...
- I myślisz, że jeden trening coś zmieni? Poza tym, trochę kręciłeś i byłeś na biwaku biegowym, wydolność raczej Ci nie spadła, a teraz najważniejsza jest regeneracja. Nie chcesz chyba ryzykować jakiegoś idiotycznego przeziębienia, co?
- No nie...
- To wracaj pod kołdrę.

Tak jest, odpuściłem dziś trening. Uznałem, że trzeba posłuchać osobistego trenera, czyli własnego organizmu. Jeśli on domaga się odpoczynku, to w myśl zasady „lepiej być niedotrenowanym niż przetrenowanym” lepiej odpuścić i zebrać siły, howgh.

A tak w ogóle to wreszcie udała mi się hodowla kiełków! Wprawdzie mój guru twierdzi, iż słonecznik udaje się zawsze i każdemu, ale po trzech niepowodzeniach to dla mnie spory sukces:)

sobota, 18 maja 2013

- Trzeba było się na słońce posmarować.
- Ja tam się posmarowałem, zawsze to robię.
- Mówię, że trzeba było się na słońce czymś posmarować!
- A ja mówię, że się posmarowaaaaaaaaaa.... JEBUT!!!

Właśnie dlatego długo wzbraniałem się przed pojeżdżeniem z kimś rowerem. Wiedziałem, że jak się zagadam, to zgubię koncentrację i zaliczę glebę. I tak się stało. Na drugich albo trzecich światłach, zanim w ogóle wyjechaliśmy z Bemowa, nie wypiąłem się z pedałów i zadebiutowałem w leżeniu na asfalcie. Na szczęście ani Zuzce, ani mi nic się nie stało (starte kolano to przecież nic) i pojechaliśmy dalej.

Dużo, dużo dalej, bo w końcu przejechałem swoje pierwsze 100 kilometrów! STO-mili-Państwo-KILOMETRÓW! Łącznie stoper zatrzymał się na dystansie 103,5 km w 3 godz. i 25 min.

I jak było, zapytacie? No jak, zapytacie?! A nieważne, i tak się pochwalę;)

Wiatr to zuo!
Wiatr robi różnicę, a jak się jedzie po drodze między polami to robi cholerną różnicę. Minusem tras na zachód od Warszawy jest to, że zwykle wieje od wschodu, co oznacza, że na początku wiatr jest w plecy, a wraca się z takim wmordęwindem, że głowę urywa. Utrzymanie prędkości 27 km/h było bardzo trudne i ledwie nam się to udawało, a i tak nie zawsze. Piździło (mam nadzieję, że nieletnich tu nie ma...) tak, że nawet jazda na kole niewiele pomagała. No właśnie...

Zasłużona wołowinka na obiad!

Jadę na kole!
Sądziłem, że to będzie łatwiejsze. Ot, łapiesz się za kimś i jedziesz. Tja, przy prędkości 33 km/h albo i więcej jedź 30-40 cm za kimś i zamiast na drogę patrz na jego oponę lub ewentualnie łydki. Proszę się nie śmiać, ale ja się po prostu boję! I jak jechałem z tyłu to raczej metr niż pół metra za prowadzącym. Ale pod koniec trochę już załapałem co i jak i trochę z tego skorzystałem, ale na pewno jest to element, nad którym muszę jeszcze popracować. Choć z drugiej strony na dystansach ajronmeńskich drafting jest zabroniony, więc de facto nie wiele mi to da.

100 km to daleko i z powrotem
Praktycznie każdy mój kolejny trening to wydłużanie dystansu. 30, 35, 51, 64 i w końcu ponad 100 kilometrów! To daleko jak diabli. Z Warszawy pojechaliśmy do Leszna, pod Nowy Dwór Maz. i z powrotem. Się jedzie i jedzie. I potem jeszcze jedzie. Owszem, treningowo to sobie można stówkę łyknąć, ale 90 km na wyścigu to będzie masakra, bo nie ma wtedy odpuszczania czy odpoczywania. A przecież potem trzeba będzie jeszcze przebiec półmaraton, hoho...

Rekord za rekordem
Mimo tego, że był to mój najdłuższy trening, pobiłem wszystkie swoje kolarskie rekordy:) Do wylistowanych przez Endomondo (poniżej) należałoby jeszcze dodać 5 km w 8:16 i 10 km w 17:08. Na pewno sporo pomógł w tym fakt, że parę razy zebrałem się w sobie i odpocząłem chwilę na kole Piotrka, ale ogólnie jak na ledwie 3-4 miesiące treningów to myślę, że jest nieźle:) Ach, no i nowy oficjalny rekord prędkości! Z lekkiej górki wyszło 55,6 km/h, tym razem nie wyłączyłem Garmina i jest dowód dla potomnych.

Się bije rekordy!

Jeżdżenie na rowerze jest fajne
Trenując sobie na kolarzówce można zobaczyć całkiem ładny kawałek Polski. W środę byłem w Chojnowskim Parku Krajobrazowym, dziś przejeżdżaliśmy przez Kampinoski Park Narodowy. W pierwszym żyje 100 gatunków ptaków oraz kilkadziesiąt ryb, gadów, płazów i ssaków, a drugi znajduje się na światowej liście rezerwatów biosfery UNESCO i chwali się m.in. najlepiej zachowanym kompleksem wydm śródlądowych w Europie, a żyją w nim m.in. bobry, łosie i rysie!

Wiosną zieleń jest najbardziej soczysta, w połączeniu z błękitnym niebem i ciszą wynikającą z oddalenia od Warszawy stanowi dla mnie esencję zdrowego spędzania czasu. Pedałując tak sobie odczuwam prawdziwą wolność. Gdyby ktoś miał ochotę wybrać się na fajną weekendową wycieczkę to polecam okolice Prażmowa i Zalesia Górnego, tam jest naprawdę rewelacyjnie i nie wieje tak jak na zachód od stolycy;)

I jeszcze szczegóły trasy dla zainteresowanych.

piątek, 17 maja 2013

3… 2… 1… Poszli! „Pierwsza setka spokojnie, bo spuchniesz i nie będziesz miał siły na przyśpieszenie!” słowa biwakowego Tygrysa pulsują mi w głowie. Pilnuję się, by nie polecieć z tłumem. Po 100 metrach oglądam się i… jestem ostatni. O kurka wodna! Po raz pierwszy w życiu biegnę jako ostatni, dziwne uczucie. Zajmuję 17. miejsce na 17 biegnących. Pojawia się ziarnko paniki. Że co ja tu robię i w ogóle. Ale szybko się ogarniam i wmawiam sobie, że ta taktyka ma sens.

Po 200 metrach lekkie przyśpieszenie, przestaję tracić dystans do grupy. Postanawiam trzymać się w miarę blisko reszty jeszcze ze 100 metrów, a potem zacząć wyprzedzać. Na drugiej prostej mijam jedną osobę, po 400 metrach jestem 16. Na łuku łykam kolejnego zawodnika i na okrążenie do mety zajmuję 15. pozycję. Nadal kiepsko, ale do przebiegnięcia jest jeszcze 400 metrów.

Redukuję bieg i wciskam pedał gazu do samej podłogi. Po zewnętrznej na łuku (błąd, to strata sekundy jak nic!) obiegam dwóch zawodników i jestem 13. Biegnę w minimalistycznych Adidasach Climacool Ride, lekkie buty ledwie dotykają podłoża, staram się wydłużać krok. Przed biegiem powtarzałem sobie wszystkie zasady techniki biegu trenowane na biwaku, teraz wszystko idzie w łeb (no ale przynajmniej mam świadomość, że robię źle;)), bo na takim zmęczeniu nie jestem w stanie pilnować ściągniętych łopatek, ładnej pracy rąk i wszystkiego innego.

Na wyjściu na przedostatnią prostę dopinguje ekipa Obozybiegowe.pl. Gdy ich mijam rozbrzmiewa donośne „Krasus, nakur…aaaaaaj!”:) Nie wiem kto to (potem okazało się, że to Marta – dzięki!), ale działa. Czuję ogień i wstępują we mnie nowe siły! Mięśnie spinają się do jeszcze większego wysiłku, choć wydawało się to niemożliwe. Na przedostatniej prostej wyprzedzam dwóch rywali i ląduję na 11. miejscu.

Przedostatnia prosta

Ostatni łuk, wszyscy pędzą już niczym błyskawice. Nie wyprzedzam, by nie nadkładać dystansu – szykuję się do ataku na finiszu. Na wyjściu z ostatniego wirażu armegeddon. Każdy jednocześnie zaczyna przyśpieszać i jeden z zawodników podcina Staszka Walentę, który przez dobre pięć-siedem kroków rozpaczliwie walczy o utrzymanie równowagi. Zbiegam na zewnętrzną by nie dostać rykoszetem, a jego heroiczny bój obserwuję jak w zwolnionym tempie, krok po kroku. Biegnie zbyt szybko by kontrolowanie upaść, jego tułów jest przechylony do przodu i tylko sadząc wielke susy Staszek ratuje się przed wywinięciem efektownego orła. W końcu udaje mu się odzyskać równowagę. Mijam jego i dwóch innych zawodników, to już końcowy sprint! 60 metrów, jeszcze jeden do wyprzedzenia, szybciej, mocniej, dalej! 40 metrów, wyprzedzam!, 20 metrów, meta…

Kompletny bezdech.
Pali mnie w płucach jak nigdy w życiu.
Nie mogę złapać równowagi.
Nie sądziłęm, że na dystansie 1000 metrów można się tak zmęczyć.
A jednak można...!;)

Okazuje się, że w swojej serii zająłem 7. miejsce na 17 zawodników, łącznie byłem 23. na 96, bo w szóstej serii biegli sami wymiatacze. Wynik 3:05,7 jest dobry, ale marzyłem o 2:59. I jak to ze mną zwykle bywa – już szykuję się na drugą edycję Warszaw Track Cup, która odbędzie się 4 czerwca br. Zrobię te 2:59 i koniec!

Taktyka chyba była w sumie niezła, bo w drugiej połowie biegu cały czas wyprzedzałem, ale wydaje mi się, że mogłem mocniej przyśpieszyć już na przedostatniej prostej. Do szóstego zawodnika straciłem 2,2 sek., to całkiem sporo. Ale za to za mną jaki tłok, opłacił się mocny finisz! Z ósmym wygrałem o 0,3 sek., z dziewiątym o 0,7 sek, a z dziesiątym o 0,9 sekundy! Na 11. miejscu na metę wpadł zły do szpiku kości Staszek, który bez wątpienia mógłby zanotować o kilka sekund lepszy wynik gdyby nie (raczej przypadkowe, ale jednak) zdarzenie z ostatniego wirażu.

Warsaw Track Cup to świetna impreza biegowa. Można się ścigać na 1000, 1500 lub 3000 metrów, jest też sztafeta 4x800m. Najlepszy w niej jest jednak wymiar towarzyski. Spotkałem tam prawie całą ekipę z biwaku (podlinkuję raz jeszcze, bo może przypadkiem ktoś nie przeczytał, a było naprawdę FENOMENALNIE) i parę innych osób znanych z internetu lub różnych zawodów biegowych. Stadionowa forma sprawia, że ten kto akurat nie biegnie dopinguje innych i cały czas się coś dzieje.

Jedynym minusem WTC jest wg mnie cena. 20 zł za bieg na 1000 metrów to górna granica akceptacji, ale za uściśnięcie kilku zaprzyjaźnionych dłoni można tyle zapłacić, do zobaczenia na kolejnej edycji!

A przy okazji istotna informacja, od dziś działam już na www.biecdalej.pl (oraz biecdalej.pl), jeśli ktoś gdzieś ma podlinkowane to uprzejmie proszę o podmiankę. Wprawdzie dotychczasowy adres blogspotowy wciąż jest aktualny, ale przecież tak ładniej wygląda:)