BIEC DALEJ I WYŻEJ, czyli to i tamto o bieganiu, triathlonie, górach i samym sobie

piątek, 17 maja 2013

3… 2… 1… Poszli! „Pierwsza setka spokojnie, bo spuchniesz i nie będziesz miał siły na przyśpieszenie!” słowa biwakowego Tygrysa pulsują mi w głowie. Pilnuję się, by nie polecieć z tłumem. Po 100 metrach oglądam się i… jestem ostatni. O kurka wodna! Po raz pierwszy w życiu biegnę jako ostatni, dziwne uczucie. Zajmuję 17. miejsce na 17 biegnących. Pojawia się ziarnko paniki. Że co ja tu robię i w ogóle. Ale szybko się ogarniam i wmawiam sobie, że ta taktyka ma sens.

Po 200 metrach lekkie przyśpieszenie, przestaję tracić dystans do grupy. Postanawiam trzymać się w miarę blisko reszty jeszcze ze 100 metrów, a potem zacząć wyprzedzać. Na drugiej prostej mijam jedną osobę, po 400 metrach jestem 16. Na łuku łykam kolejnego zawodnika i na okrążenie do mety zajmuję 15. pozycję. Nadal kiepsko, ale do przebiegnięcia jest jeszcze 400 metrów.

Redukuję bieg i wciskam pedał gazu do samej podłogi. Po zewnętrznej na łuku (błąd, to strata sekundy jak nic!) obiegam dwóch zawodników i jestem 13. Biegnę w minimalistycznych Adidasach Climacool Ride, lekkie buty ledwie dotykają podłoża, staram się wydłużać krok. Przed biegiem powtarzałem sobie wszystkie zasady techniki biegu trenowane na biwaku, teraz wszystko idzie w łeb (no ale przynajmniej mam świadomość, że robię źle;)), bo na takim zmęczeniu nie jestem w stanie pilnować ściągniętych łopatek, ładnej pracy rąk i wszystkiego innego.

Na wyjściu na przedostatnią prostę dopinguje ekipa Obozybiegowe.pl. Gdy ich mijam rozbrzmiewa donośne „Krasus, nakur…aaaaaaj!”:) Nie wiem kto to (potem okazało się, że to Marta – dzięki!), ale działa. Czuję ogień i wstępują we mnie nowe siły! Mięśnie spinają się do jeszcze większego wysiłku, choć wydawało się to niemożliwe. Na przedostatniej prostej wyprzedzam dwóch rywali i ląduję na 11. miejscu.

Przedostatnia prosta

Ostatni łuk, wszyscy pędzą już niczym błyskawice. Nie wyprzedzam, by nie nadkładać dystansu – szykuję się do ataku na finiszu. Na wyjściu z ostatniego wirażu armegeddon. Każdy jednocześnie zaczyna przyśpieszać i jeden z zawodników podcina Staszka Walentę, który przez dobre pięć-siedem kroków rozpaczliwie walczy o utrzymanie równowagi. Zbiegam na zewnętrzną by nie dostać rykoszetem, a jego heroiczny bój obserwuję jak w zwolnionym tempie, krok po kroku. Biegnie zbyt szybko by kontrolowanie upaść, jego tułów jest przechylony do przodu i tylko sadząc wielke susy Staszek ratuje się przed wywinięciem efektownego orła. W końcu udaje mu się odzyskać równowagę. Mijam jego i dwóch innych zawodników, to już końcowy sprint! 60 metrów, jeszcze jeden do wyprzedzenia, szybciej, mocniej, dalej! 40 metrów, wyprzedzam!, 20 metrów, meta…

Kompletny bezdech.
Pali mnie w płucach jak nigdy w życiu.
Nie mogę złapać równowagi.
Nie sądziłęm, że na dystansie 1000 metrów można się tak zmęczyć.
A jednak można...!;)

Okazuje się, że w swojej serii zająłem 7. miejsce na 17 zawodników, łącznie byłem 23. na 96, bo w szóstej serii biegli sami wymiatacze. Wynik 3:05,7 jest dobry, ale marzyłem o 2:59. I jak to ze mną zwykle bywa – już szykuję się na drugą edycję Warszaw Track Cup, która odbędzie się 4 czerwca br. Zrobię te 2:59 i koniec!

Taktyka chyba była w sumie niezła, bo w drugiej połowie biegu cały czas wyprzedzałem, ale wydaje mi się, że mogłem mocniej przyśpieszyć już na przedostatniej prostej. Do szóstego zawodnika straciłem 2,2 sek., to całkiem sporo. Ale za to za mną jaki tłok, opłacił się mocny finisz! Z ósmym wygrałem o 0,3 sek., z dziewiątym o 0,7 sek, a z dziesiątym o 0,9 sekundy! Na 11. miejscu na metę wpadł zły do szpiku kości Staszek, który bez wątpienia mógłby zanotować o kilka sekund lepszy wynik gdyby nie (raczej przypadkowe, ale jednak) zdarzenie z ostatniego wirażu.

Warsaw Track Cup to świetna impreza biegowa. Można się ścigać na 1000, 1500 lub 3000 metrów, jest też sztafeta 4x800m. Najlepszy w niej jest jednak wymiar towarzyski. Spotkałem tam prawie całą ekipę z biwaku (podlinkuję raz jeszcze, bo może przypadkiem ktoś nie przeczytał, a było naprawdę FENOMENALNIE) i parę innych osób znanych z internetu lub różnych zawodów biegowych. Stadionowa forma sprawia, że ten kto akurat nie biegnie dopinguje innych i cały czas się coś dzieje.

Jedynym minusem WTC jest wg mnie cena. 20 zł za bieg na 1000 metrów to górna granica akceptacji, ale za uściśnięcie kilku zaprzyjaźnionych dłoni można tyle zapłacić, do zobaczenia na kolejnej edycji!

A przy okazji istotna informacja, od dziś działam już na www.biecdalej.pl (oraz biecdalej.pl), jeśli ktoś gdzieś ma podlinkowane to uprzejmie proszę o podmiankę. Wprawdzie dotychczasowy adres blogspotowy wciąż jest aktualny, ale przecież tak ładniej wygląda:)

środa, 15 maja 2013

Tajna kwatera Lidl Polska. Domaniewska albo inna ul. Postępu w stolicy świata, Warszafką zwanej. Postaci dramatu: D (dyrektor działu jakiegośtam), S1, S2... (stażyści działu jakiegośtam).

D: Chrząk-chrzęk, erghm. Mamy tu takiego prikaza zza Odry: bieganie jest cool, modne i dżezzi, mamy na nim zarobić kapuchę. Na wiosnę wprowadzimy kolekcję dla biegaczy, w końcu sponsorujemy Orlen Marathon itd, no więc… Lidl biega! Przysłali buty i koszulkę, ale... kurde blaszka!, pogranicznicy skonfiskowali spodenki. Musimy sami zaprojektować i zlecić produkcję. NA WCZORAJ! Możecie się więc wykazać. Kto biega?

S1: Biegać...? Nie no, na rowerze kiedyś do marketu to pojechałem, ale żeby biegać to nie...

S2: Raz czy dwa do autobusu się zaspałam jak parowóz, ale to się chyba nie liczy...

D: Chrząk-chrzęk, S3, S4, a Wy?

S3: Kuzyn wujka bratanka kiedyś przebiegł Run Warsaw…

S4: W podstawówce na setkę raz biegłem.

D: O matko i córko, chrząk-chrzęk, z kim ja pracuję?! No dobra, dajcie tu wujka Gugla. Kliku-klik. Czyli albo przylegające, albo luźne. Hmmm, S3, a ten wujek ciotki to w jakich biegł? Aha, przylegających, no to jedziemy z koksem!


=== === ===

Spodenki Crivit z Lidla – czerwona kartka
Biegając w lidlowych spodenkach marki Crivit miałem wrażenie, że właśnie tak je projektowano – ogólny zamysł był bardzo dobry, ale szczegóły zaplanował ktoś, kto o bieganiu może kiedyś słyszał, ale chyba tylko w radiu.

Spodenki Crivit jakie otrzymałem od Lidla są po prostu słabe, trzeba to sobie powiedzieć wprost i od razu. W mojej ocenie odzież biegowa powinna być jak powietrze, jeśli cokolwiek, choćby najmniejsza rzecz, uwiera, odzież dostaje czerwoną kartkę. I taką właśnie dostały spodenki do biegania z Lidla i to aż za trzy przewinienia.

To spodenki z rodzaju przylegających, o długości do połowy uda. Takie rozwiązanie ma sporo zalet – spodenki nie powodują otarć, minimalizują opory powietrza (nie lubię jak coś furkocze przy szybkich interwałach;)) i nie sposób nimi o coś zahaczyć, np dłonią podczas ćwiczenia techniki biegu. Po stronie minusów można zapisać gorszą wentylację i fakt, że nie każdy dobrze się czuje, gdy mu coś opina nogę. Lidlowskie spodenki wyglądają na dobrze wykonane, a zrobiono z dobrej jakości materiału, który jest przyjemny dla skóry i dobrze odprowadza pot. Mają też odblaskowe wstawki, co znacznie podnosi widoczność podczas wieczornych treningów. Jak na razie piszę o Crivitach bardzo pozytywnie, dlaczego więc otrzymały czerwoną kartkę?

1) Ściągacz nogawek – jest zbyt mocny i niezbyt przyjemnie uciska. Miałem na nogach kilka innych spodenek tego rodzaju i takiego odczucia nie spotkałem. Jeśli to irytuje mnie przy 11-km przebieżce to na 33. kilometrze maratonu doprowadziłoby do furii i pobiegłbym dalej w bokserkach. Mam też obawy, czy taki miejscowy ucisk na udo nie jest czasem szkodliwy ze względu na jakieś ograniczenia w krążeniu krwi;

Ściągacz nogawki jest nieprzyjemnie za ciasny

2) Ściągacz w pasie – jest zbyt masywny! Gumka jest ogromna i po jej zawiązaniu trzeba pogodzić się z wielkim supłem, który nosimy pod pępkiem. Przy nieodpowiedniej konfiguracji wygląda jakby człowiek biegał z… erekcją;)

Kolejna przeszkadzajka – masywna gumka w pasie

3) Kieszonka – z tyłu umieszczono zapinaną na zamek kieszonkę. Pomysł zacny, ale wykonanie fatalne. Po pierwsze: zamek od kieszonki chodzi bardzo opornie, otwarcie bądź zamknięcie go w trakcie biegu jest bardzo trudne. Po drugie: kieszonka jest... zbyt mała! Co chowamy w kieszonce w trakcie biegania? Klucze i/lub telefon i/lub batonika. Mam raczej niewielkiego smartfona (11x6 cm), a wciśnięcie go do kieszonki jest arcytrudne.

Swoją drogą, Sony Xperia Go to naprawdę fajny telefon dla aktywnych,
spróbuję znaleźć kiedyś trochę czasu i go opiszę:)

W moich 3/4 legginsach Kalenji żadna z powyższych przywar nie występuje, nie widzę więc powodu, by polecać spodenki z Lidla. Trzy powyższe minusy dyskwalifikują omawiane spodenki i nie rekompensuje ich ani bardzo atrakcyjna cena (35 zł), ani wymienione wcześniej zalety. Wybór na rynku jest na tyle duży, że za 40-50 spokojnie można kupić spodenki pozbawione tych wad. Tak jak wspomniałem na początku, odzież do biegania musi być idealna – nic nie może uwierać ani wkurzać. W przypadku spodenek Crivita tak nie jest i ja ich nie polecam.

Buty Crivit z Lidla – tak, ale…
Dużo lepsze wrażenie niż spodenki zrobiły na mnie buty Crivit z Lidla. W pierwszej chwili pomyślałem (nie tylko ja!), że w Lidlu w zabójczej cenie 69 złociszy pojawiły się Asicsy, potem jednak okazało się, że Asicsy były tylko inspiracją dla designu Crivitów… Mały zgrzyt na początek, ale potem było już lepiej. Buty są nieźle wykonane, mają sensowną amortyzację i odblaskowe elementy, lecz jeśli chodzi o wygląd to niezbyt mi się podobają – choć to kwestia gustu. Na szczęście biegacze to nie kolarze i stylówa nie jest aż tak ważna, więc wyglądając jak klasyczny trzepak poleciałem w nich na przebieżkę.

Ładne? Brzydkie? Mi się nie podobają, ale to kwestia gustu

Pierwsze odczucie: łomatko, jak sztywno! Brooksy Pure Cadence, w których biegam od roku, są elastyczne, lekkie i bardzo przyjemne dla stopy. Lidlowym butom tego brakuje. Niby są nieźle zrobione, ale nie odczuwałem w nich takiego komfortu jak w Brooksach. Z mojego punktu widzenia jest to wada, bo przyzwyczaiłem się do wygody. Ale jeśli ktoś nie wybiegał jeszcze kilku par butów po kilkaset złociszy, to po lidlowskie obuwie spokojnie może sięgnąć. Co więcej, dla tych, co rozważają rozpoczęcie przygody z bieganiem będzie to jedno z najlepszych rozwiązań.

A wszystko ze względu na cenę. Wiadomo jak to jest z tym bieganiem – połowa osób, która zaczyna, kończy na pierwszym tygodniu treningów albo i wcześniej;) Wydawanie 300 zł na firmowe buty mija się w tym wypadku z celem, bo będzie wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Lepiej kupić tanie buty w Lidlu, pobiegać w nich kilka miesięcy i dopiero jeśli złapiemy bakcyla na dobre, zainwestować w lepszy sprzęt.

Albo i nie. Znany jest przypadek Michała Smalca, jednego z czołowych polskich biegaczy, który w butach kupionych w Lidlu osiąga kosmiczne wręcz wyniki. Twierdzi, że te buty mu pasują i nie ma sensu inwestować w droższe, bo przecież nie zawsze droższe znaczy lepsze. Pierwotnie buty Crivita kosztowały bodaj 69 zł, ale wczoraj w jednym ze sklepów widziałem je za 59 zł. To naprawdę rewelacyjna cena jak na buty do biegania i bez dwóch zdań dla początkujących będzie to świetne rozwiązanie, a ci bardziej zaawansowani powinni w sklepie Crivity przymierzyć i ocenić jak się w nich czują.

Fota zrobiona 14 maja 2013 r.
w Lidlu przy Puławskiej w Warszawie

Moja para była dla moich stopali trochę za mała (szkoda, że rozmiarówka w różnych firmach jest tak rozjechana…), powędrowała więc do osoby, która rozważa rozpoczęcie przygody z bieganiem i jak tylko kilka razy w nich pobiega, pojawi się krótka opinia w komentarzu.

Koszulka Crivit z Lidla – złoty medal
Tak jak wspomniałem powyżej, odzież biegowa powinna być jak powietrze. I koszulka oferowana przez sklepy Lidl w cenie 28 zł. właśnie taka jest, nie ma się tu co rozpisywać na pięć akapitów. Zrobiono ją z przyjemnego dla ciała materiału, który dobrze odprowadza pot na zewnątrz, ma ładny żywy kolor i odblaskowe wstawki, a wewnętrzne szwy nie drażnią skóry. W mojej ocenie koszulka nie odstaje jakościowo od kilkakrotnie droższych odpowiedników znanych marek, za co należy jej się złoty medal. W Decathlonie można kupić oddychające koszulki w podobnej cenie, ale wydaje mi się, że zrobione są z gorszego materiału, nie tak przyjemnego dla skóry. Crivit wypada tu o niebo lepiej. Stosunek cena/jakość jest tu najlepszy z możliwych!


Z trzech rzeczy otrzymanych od Lidla najwyżej oceniam koszulkę,
jest po prostu świetna!

Pisałem już kiedyś, że w kwestii odzieży do biegania preferuję tanie lokalizacje, które określiłem jako D-P-T, czyli Decathlon – Promocje (w markowych sklepach) – Tchibo. Po przetestowaniu (za możliwość przeprowadzenia testów bardzo Lidlowi dziękuję:)) trzech rzeczy z Lidla dopisuję do tej listy literkę L jak Lidl.

wtorek, 7 maja 2013

Już w jednej z pierwszych serii Maciek trzasnął wynik 20,21 sek., o prawie pół sekundy lepszy od mojego. Starałem się, ale mniej niż 0,2 sek. nie byłem w stanie się do niego zbliżyć. W przedostatniej kolejce miałem poczucie, że pędzę na rekord, ale... zegar się zaciął:/

Ostatnia seria. Pełna koncentracja, skupienie, zen i w ogóle. Lecę, nie mam już nic do stracenia, za linią mety spoglądam na stoper, jest! 20,20 sekundy!!! Ale to nie koniec rywalizacji, bo swój ostatni raz ma jeszcze też Maciek. Jest już na ostatniej prostej, mija linię mety i... 20,45. Wygrałem biwakowe zawody w zjeździe basenową rurą na czas!:)

Plecy proste! Prawa ręka bliżej ciała!
Roluj miednicę, pracuj pośladkami i ściągnij łopatki!
Marcin, no wydłuż krok do cholery!

Te komunikaty będą mi się chyba śnić z miesiąc. Przez cztery dni troje trenerów wyżywało się na grupie uczestników biwaku biegowego z Mateuszem Jasińskim zorganizowanym przez ekipę Obozybiegowe.pl. Katowali nas ćwiczeniami techniki, szybkości i siły, nie zabrakło zawodów w zdobywającym popularność CrossFit, a dla rozluźnienia wieczorami mieliśmy sesje rozciągania, podczas których grymasy bólu pojawiały się chyba częściej niż podczas zajęć na stadionie.

Nie spodziewałem się. Nie sądziłem, że wyjazd na czterodniowy biwak biegowy może być tak fantastyczny.i wzbudzić we mnie tyle pozytywnych emocji! To były ciężkie dni. Jeśli ktoś jechał, by sobie potruchtać to srogo się rozczarował. W wniebowzięci byli zaś ci (czyli ja), którzy uwielbiają gdy kwas mlekowy wyłazi im spod paznokci, a z uszu kipią endorfiny.

Kosmiczny hang-time Maćka!
Michael Jordan by się nie powstydził;) / fot MO-K

Dwugodzinny przedpołudniowy trening na stadionie siódme poty wyciskał z nas już podczas rozgrzewki, a potem było… tylko trudniej. Niezliczone ćwiczenia szybkościowe i techniczne: skipy, drabinki, płotki, płoteczki, sprinty, przebieżki – wszystko to miało poprawić ekonomikę i szybkość biegu. Kilkanaście razy dziennie słyszałem, że mam trzymać ręce bliżej ciała, ściągnąć łopatki, wydłużyć krok, a przede wszystkim pracować pośladkami i zrolować miednicę. Biegaliśmy w butach minimalistycznych i na bosaka po trawie, robiliśmy wieloskoki, trenowaliśmy bieg przez płotki i bieganie na śródstopiu. Nie oczekiwałem takiej różnorodności ćwiczeń. Przez 16 godzin zajęć (niemal tyle sportu w cztery dni, fantastycznie, co?:)) nie nudziłem się ani sekundy. O znużeniu nie było mowy.

Trener Tygrys i jego grono wyznawców / fot. MO-K

Treningi na stadionie były ciężkie, ale ani jedna 200-metrówka nie została przebiegnięta bez sensu, wszystko miało swój cel i dzięki temu na obiad nie szliśmy na ostatnich nogach. Choć prawdą jest, że pierwszego dnia na stadion truchtaliśmy, potem wygrywała już opcja spaceru;)

A po obiedzie trening siłowy. Obręcz barkowa, mięśnie proste i skośne brzucha, grzbiet i ramiona – tu też można było dostać konkretny wycisk. Dowiedziałem się, jak ważne jest ćwiczenie mięśni pośladkowych i że moje mięśnie skośne brzucha wymagają solidnej pracy (zakwasy w „boczkach” mam do dziś…). W sobotę siłę ubrano w rywalizację w formie CrossFit, a walka to jest to, co tygryski lubią najbardziej:D Był palący ból w mięśniach, hektolitry potu i nowe maksymalne tętno (196 bpm!). Każdy z uczestników dał z siebie wszystko, ale mimo ogromnej motywacji ze strony Ani („Nakur..aj Marciiiiin!!!”), z którą miałem przyjemność być w parze, zajęliśmy zaszczytne czwarte miejsce na cztery pary. Do podium brakowało naprawdę niewiele, a ja przy okazji złapałem crossfitowego bakcyla i jak zakończę sezon triathlonowy to na pewno dołączę do grupy prowadzonej przez Obozybiegowe.pl.

Wiara, siła, męstwo – to nasze zwycięstwo / fot. MO-K


Na ziemię powaleni, wstajemy, nie giniemy - 
ta krew już raz przelana, nie wyschnie wciąż i płynie! / fot. MO-K


... i tańczy dla mnie;) / fot. MO-K

Trening siłowy nie był jednak końcem dnia, bo zaraz po nim ruszaliśmy na rozbieganie. Najpierw bardzo spokojny regeneracyjny bieg, a pod koniec narastające tempo, by nie zamulić mięśni. Ostatniego dnia pobawiliśmy się trochę w orientalistów i po włączeniu zasady „ani kroku w tył” zamiast zakładanych „kilku kilometrów” wokół jeziora wyszło 12... ;) Były bagna, pola, lasy, skok przez rzeczkę, a nawet przechodzenie przez drut kolczasty. Przygodo, hej przygodo!

Kiedyś też będę tak rozciągnięty jak Kaśka! / fot. AM

Wieczory też nie były wolne. Mieliśmy rozciąganie lub zajęcia na basenie. A tak najpierw 20 minut wspólnej gimnastyki w wodzie, a potem...

Już w jednej z pierwszych serii Maciek trzasnął wynik 20,21 sek., o prawie pół sekundy lepszy od mojego! Starałem się, ale mniej niż 0,2 sek. nie byłem w stanie się do niego zbliżyć. W przedostatniej kolejce miałem poczucie, że pędzę na rekord, ale… zegar się zawariował i pomiar nie został dokonany. Ostatnia seria. Pełna koncentracja, skupienie, zen i w ogóle. Lecę, nie mam już nic do stracenia, za linią mety spoglądam na stoper, jest 20,20 sekundy! Ale to nie koniec rywalizacji, bo swój ostatni raz ma przed sobą też Maciek. Jest już na ostatniej prostej, mija linię mety i… 20,45 sekundy. Wygrałem biwakowe zawody w zjeździe basenową rurą na czas!:)

Biwakowy układ choreograficzny do muzyki
nieśmiertelnego Michaela Jacksona / fot. Obozybiegowe.pl

Gdybym liczył, że spotkam tam ludzi, którzy nie potrafią mówić o niczym innym niż bieganie, byłbym srodze rozczarowany. Wieczorne posiedzenia w pokoju nr 35 pełne były opowieści kompletnie oderwanych od sportu, a największy entuzjazm wywołał epicki komplement: „Ładna to Pani nie jest, ale ma dobre serce.”;)

Jedno, małe. Można, nie? / fot. MK

Krótkie podsumowanie? Oprócz tego, że całkiem solidnie się w Kozienicach (świetna miejscówka, polecam na weekendowe wypady!) zmęczyłem, to dużo się dowiedziałem o swoim bieganiu. Z każdym przeprowadzono rozmowę wprowadzającą, były rozpiski tempa wykonywania poszczególnych przebieżek i dokładna analiza tego, jak kto biegnie. Indywidualne podejście do uczestników zrobiło na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak chęć dzielenia się swoją przeogromną wiedzą przez trenerów. Mimo sporego rozstrzału w biegowym zaawansowaniu uczestników, nie było problemu z zajęciami. Większość ćwiczeń kładła nacisk na dokładność wykonania, a nie na tempo. Jak biegaliśmy przebieżki na bieżni, to każdy robił je we własnym tempie, a terenowe rozbieganie odbywało się w grupach.

Troje trenerów na siedmiu uczestników zapewniło nam bardzo dużo uwagi prowadzących. Wiem już co mam robić, wiem już jak mam robić, pozostaje mi tylko… robić. Proste, nie?;)

Jakby ktoś chciał dokładniejszy plan zajęć poznać;)

A tak w ogóle to przypominam, że częściej niż na blogu, nowe treści pojawiają się na Fejsbuku:)

środa, 1 maja 2013

Pamiętacie Igrzyska Olimpijskie w Sygney w 2000 roku? To właśnie wtedy na olimpiadzie zadebiutował triathlon:) Ale ja nie o tym. Jednym z medialnych bohaterów australijskiego turnieju był Éric „Węgorz” Moussambani, czarnoskóry pływak z Gwinei Równikowej.



Z jednej strony było to nieco komiczne, ale z drugiej – bohaterskie. Moussambani trenował na 20-metrowym basenie hotelowym i nigdy wcześniej nie widział pływalni o rozmiarze olimpijskim! Stał się swego rodzaju maskotką Olimpiady 2000 r.

W ostatnią niedzielę wziąłem udział w warsztatach pływania w wodach otwartych organizowanych przez warszawskich Mastersów. To były bardzo pożytecznie spędzone dwie godziny, podczas których ćwiczyliśmy walkę wręcz w trakcie startu wspólnego, walkę wręcz na dystansie, nawracanie na bojkach, pływanie z zamkniętymi oczami, drafting i parę innych przydatnych umiejętności. Pod koniec zorganizowano mały wyścig, w którym trzeba było przepłynąć pięć okrążeń wyznaczonych przez bojki.

Zaczynacie się już domyślać? To, że prawie wszyscy mnie na tych pięciu kółkach zdublowali to nic, ale chyba z pięć osób uczyniło to dwukrotnie!:/ Czułem się jak Moussambani, który na dystansie 100 m zanotował czas gorszy od rekordu świata Iana Thorpe'a na... 200 metrów.

Na początku trochę mnie to przygniotło, bo czego ja chcę szukać na tym triathlonie?! Przecież strefę zmian T1 dawno zamkną zanim ja w ogóle do niej dopłynę! Zuzka się mnie nie doczeka i pojedzie sama. Biegam coraz szybciej i przyzwyczaiłem się do dobrych czasów i miejsc bliżej czołówki niż końca stawki, a wiele wskazuje na to, że na triathlonie z wody wyjdę później niż wcześniej. Po 24h zebrałem się jednak w sobie i uznałem, że wyzwaniom trzeba stawiać czoła.


W kwietniu treningi zajęły mi 31h (19,8 tys kcal), był to drugi najniższy wynik w ostatnim półroczu. Zgodnie z przyjętym miesiąc temu założeniem więcej czasu spędziłem w siodełku rowerowym (prawie 10h), rekordowo długo moczyłem też tyłek w basenie – ponad 12h. Przełożyło się to na 20,5 km w wodzie, czyli 820 długości 25-metrowej pływalni.

Plan na maj to zdecydowanie przekroczyć 1000 długości basenu (pływanie 4-5 razy w tygodniu), a na rowerze spędzić ponad 15h. W efekcie mam być jak „Węgorz” Moussambani, który cztery lata po Sydney notował już czasy niemal dwukrotnie lepsze niż w 2000 roku! To jest droga, którą chcę podążać, to jest moja motywacja i budzik dzwoniący o 5:50, bym zdążył na basen nim pojawią się tam grupy szkolne.

Jak łatwo zgadnąć, wzrost aktywności rowerowej i basenowej przełożył się na mniejszą liczbę wybieganych kilometrów. Łącznie wyszło raptem 70 km, ale w tym były dwa życiówkowe starty na 10 km (XX Biegi Żnińskie oraz 5. Bieg Dookoła Zoo. Taki jednak był plan – odpoczynek po Barcelonie był mi potrzebny. Teraz czuję głód biegania i podczas majówki zamierzam go zaspokoić:) Okropecznie tęsknię też za zmordowaniem się na jakichś 50-kilometrowych zawodach na orientację, mam nadzieję, że wkrótce uda się gdzieś pojechać.

A w domu mam już piankę triathlonową (wczorajsze próbne zakładanie wykazało, że wyglądam w niej jak połączenie delfina z pajacem) i bojkę, jeszcze kilka tygodni i zacznę treningi w wodach otwartych!:)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Lubicie komiksy, c'nie?:)





Zostałem wezwany do rozsądzenia tej sprawy, bo kto to widział, by po sześciu dniach poprawiać życiówkę?! Szybko wyjaśniło się, że Goryl miał rację, a świadkami wydarzenia, podczas którego nabiegałem 40:15, były między innymi antylopy, foki, żubry, zebry i wielbłądy zamieszkujące Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie. Ale właśnie jeden z wielbłądów, którego prapradziadek od strony babki matki żył na Saharze, zwrócił mi uwagę, że to 10 km nie do końca miało 10 tys. metrów, bo wg jego garbu (a nawet dwóch) to wyszło tego nie więcej niż 9900 metrów. Życiówkę uznaję więc za lekko nieoficjalną. Choć nawet gdyby meta była o 100 metrów dalej, to życiówka i tak by była, więc zmiana na wystawce medali nastąpić musi!

Aktualna wystawka, na najwyższym stopniu podium maratońskie 3:19:14 z Barcelony:)

Lekkie zamieszanie z długością trasy nie zmienia faktu, że biegło mi się doskonale. Składająca się z trzech pętli trasa była dość kręta i często trzeba było szarpać tempo, by nadrobić zawrotkę lub ostry zakręt. Zacząłem spokojnie (4:11), by potem powoli przyśpieszać. Kolejne kilometry wskoczyły w 4:08, 4:06 i 4:04. Po 4 km byłem na 54. miejscu. Wiedziałem już, że tego dnia 39:XX nie nabiegam, lecz postanowiłem do upadłego walczyć o jak najlepszy czas. Dalej 4:07 (w tym podbieg, dlatego trochę wolniej), 4:05, 4:01 i 4:06, a tętno na dobre zadomowiło się na poziomach wyższych niż 182 bbm. Po 8 km zajmowałem już 40. pozycję praktycznie co minutę kogoś wyprzedzając. Nie było więc takiej integracji jak w Żninie, bo najdłużej z jedną osobą to biegłem chyba z 3-4 minuty.

Uśmiech to zbędny wydatek energetyczny, skupienie przede wszystkim!

Widzicie spojrzenie zawodnika z nr 733? On już wie...:D
Na mecie byłem pół minuty przed nimi!

Przedostatni kilometr to znów podbieg, ale odbiłem sobie go na długiej prostej i dziewiątka weszła w 4:03. Przy oznaczeniu „9 km” Gremlin pokazał 9,00 km co trochę mnie zdziwiło, bo zwykle zegarek dolicza około 1 proc. dystansu. Ale co robić, ostatni kilometr trzeba lecieć w trupa, docisnąłem więc gazu i poszły konie po betonie. Wyprzedzam tłumy (dublowanych) i jednostki (wyprzedzanych „normalnie”) i niemal frunę, bo wiem, że życiówka jak-ta-lala na pewno będzie. Metę przeskakuję z rękoma w górze i okrzykiem radości, na dużym wyświetlaczu jest mniej niż 40:30, a mój zegarek wskazuje 40:15.


Finisz na ostatniej prostej!

Mimo braku złamania wymarzonego 40:00 jestem po biegu w pełni usatysfakcjonowany:) Taktycznie rozegrałem go doskonale, a na lepszy wynik nie pozwoliły moje obecne możliwości oraz kręta trasa. Mam jednak poczucie, że jeszcze w tym sezonie 39:XX osiągnę i to dopiero będzie wydarzenie!

Miłym zaskoczeniem było miejsce w klasyfikacji generalnej. Na 843 osoby, które ukończyły bieg byłem 28! W swojej kategorii wiekowej (M30) na 249 uczestników zająłem 10. miejsce, tak wysoko nie byłem jeszcze nigdy.

5 Bieg Dookoła Zoo (ocena)

Organizacja 4/6 – ja tego nie potrzebowałem, ale byli tacy, co narzekali na brak wodopoju – w sumie było dość ciepło i jak ktoś biegnie przez godzinę to nic dziwnego, że chciałby się schłodzić. To spore niedociągnięcie. Trasa była za to dobrze oznakowana, z wydawaniem pakietów startowych też problemów nie było. Trzeba jednak zwrócić uwagę na bardzo wysokie wpisowe – 80 zł za bieg na dystansie 10 km to sporo. Za to w pakiecie jest techniczna koszulka, która jest JEDYNĄ w mojej kolekcji koszulką biegową bez logo sponsora. Podoba mi się to i na pewno będę z niej często korzystał!

Klimat 6/6 – świetny jest pomysł na konkurs przebierańców – bieg był dzięki temu bardzo kolorowy, a kibicowanie kolejnym biegaczom na ostatniej prostej było wyjątkowo przyjemne i wesołe. Do tego otoczenie biegu w postaci ogrodu zoologicznego, kapitalne!

Nie sądziłem, że motyle są tak szybkie!;)

Trasa 4/6 – jeszcze tydzień temu napisałem „nie lubię agrafek, nie lubię pętli, nie lubię wielu zakrętów o 90 stopni”. Chyba zmienię jednak zdanie co do pętli, bo w Zoo mi się one bardzo podobały. Miałem dzięki temu kilka szans, by rozejrzeć się wśród zwierzaków, mam też sporo zdjęć, bo kibicujące mi Magdę i Olę widziałem aż sześciokrotnie. Agrafek i ostrych zakrętów jednak nadal nie lubię, a tu było ich wyjątkowo dużo, acz należy to chyba uznać za koszt biegu w tak specyficznym miejscu, jakim jest ogród zoologiczny.

Kibice 4/6 – ładna pogoda przyciągnęła na trasę sporo spacerowiczów, ale za wyjątkiem ostatniej prostej i moich prywatnych kibicek, większość ludzi raczej biernie stała niż dopingowała. Barcelońskie szaleństwa wysoko postawiły mi poprzeczkę jeśli chodzi o ocenę dopingu na trasie. Za wielki plus należy za to uznać obecność zespołu bębniarzy, bo nic tak nie dodaje energii jak bębny. Dzięki temu, że biegliśmy po pętli to mijałem ich trzykrotnie, świetna sprawa!

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Wychodzę z namiotu, jest jeszcze ciemno. Robię kilka kroków i coś jest nie tak – nawierzchnia jest dziwnie sypka i chrzęści. Piasek? Przyglądam się, a to śnieg! O nie, koniec kwietnia, a my mamy biegać w śniegu?! Przecież nie wziąłem terenowych butów! Ale moment, moment, miało być pod 15 stopni, przecież aż tak prognozy się nie mylą. Ha, wiem! To sen, muszę się obudzić.

PSTRYK!

Wychodzę z namiotu, nadal jest ciemno. Sprawdzam nawierzchnię: ufff, normalny beton, po śniegu nie ma śladu. Czyli już się obudziłem. Wracam do namiotu, szykuję sobie strój na bieg. Włączam Gremlinka, by łapał zasięg GPS. Zapala się w nim intensywnie czerwona dioda, wcześniej takowej nigdy nie widziałem, o co chodzi? No ale nic, nie ma czasu, trzeba się szykować dalej. Obok leżą już gotowe ubrania Michała. Ej, stop, coś znowu jest nie tak! Przecież on biegnie Orlen w Warszawie (2:45! Imaginujecie z kim ja na co dzień bytuję w Fabryce?), a ja w XX Biegach Żnińskich. Ha, wiem! To sen, muszę się obudzić…

PSTRYK!

Nareszcie obudziłem się naprawdę i jestem u rodziców w domu. Łyk wody i wracam dalej spać… Pierwszy raz w życiu miałem sen we śnie (jak w filmie „Incepcja”) i w trakcie jego trwania sobie to uświadomiłem;) Rano pomyślałem, że taki sen to na pewno wróży hiperzajefajną życiówkę i uwierzyłem, że te 39:5X nabiegam. Ale w połowie rozgrzewki zaczynam czuć kolkę. Rozmasowuję i stwierdzam, że na pewno zaraz przejdzie, bo przecież nigdy mi się to nie zdarza. Będzie dobrze!

Odliczanie do startu 5… 4… 3… 2… 1… START! O, pistolet startowy nie zadziałał.

No nic, ruszamy bez niego. Ustawiłem się gdzieś w 3-5 rzędzie, bo tak oceniłem swoje szanse po ubiegłorocznych wynikach. Okazuje się, że wiele osób stojących za mną koniecznie chce pobić rekord prędkości na pierwszych 100 metrach i dzieją się dantejskie sceny. Udaje mi się nie upaść i lecimy. Po paruset metrach patrzę na zegarek – no jasny gwint! Dałem się porwać temu szalonemu tłumowi i biegnę w tempie 3:30. Zwalniam i wyrównuję tempo.

Pierwszy kilometr 3:57, za szybko, ale czuję się dobrze i biegnę już w swoim rytmie, w kilkuosobowej grupie, w której jest m.in. jedna z szybszych dziewczyn (potem się okazało, że ukończyła jako trzecia) oraz Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie. Jest dobrze.

Było dobrze. Już nie jest, bo w pewnej chwili kolka wysyła sygnał do mózgu: „MAM CIĘ!”. Okazuje się, że poranny ból nie był taki od czapy. Próbuję rozmasować brzuch, ale biegnąc tempem 4:06 min/km (drugi kilometr) przy tętnie 180 bpm trudno jest się masować… Lekkie skłony też nie pomagają, a wiatr poza miastem dodatkowo utrudnia żywot. Boli. Przypominają mi się słowa Bo, która wzięła się za jazdę na rowerze: „Biegacze, co Wy wiecie o wietrze, który niby przeszkadza w treningach szybkościowych! Nic nie wiecie!”. Nie bacząc na ból i wiatr lecę dalej. Bratowa z Bratem czekają w umówionym miejscu z aparatem, na pierwszym z dwóch kółek nawet prawie udało mi się uśmiechnąć!

Pierwsze kółko i próba uśmiechu mimo bólu.
Obok mnie Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie

Półmetek w 20:42. Szans na złamanie 40 min. nie mam. Boli, ale nie zamierzam się poddawać w walce o jak najlepszy czas. Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie słabnie i zostaje kilka metrów z tyłu, biegnę równo z Szybką_dziewczyną, po raz drugi wylatujemy poza miasto.

Krok w krok obok siebie. Kadencję kroku każde z nas ma inną, ale oboje sapiemy jak lokomotywy, w takim samym rytmie. Dobry kwadrans takiego wspólnego dyszenia bez jednego nawet słowa, bo byłby to zbędny wydatek energetyczny. Na drugim kółku kolka i wiatr zbierają swoje żniwo – siódmy kilometr robimy w 4:16. Ale skoro boli i jest ciężko to na nawrocie (2,5 km do mety) co trzeba zrobić? Tak jest mili Państwo, przyśpieszyć! Ósmy w 4:08, dziewiąty w 4:02. Biegnę już sam, ale słyszę dosłownie pół kroku za mną kilka osób.

Poznajcie Szybką_dziewczynę,
jeszcze nigdy z nikim nie biegłem tak długo;)

Wyłączam myślenie i skupiam się na najbliższych możliwych celach, czemu sprzyja znajomość trasy: do restauracji Czapla, do domu rodziców Tomola, do Czarneckich, do Dużego Kościoła, do lodów, monopolu, Ekonomika i ostatnia prosta! W końcówce dorzucam do pieca, wyprzedzam jeszcze z dwie osoby (mnie też jakiś sprinter łyknął) i metę mijam po 41:23 (wg mojego zegarka). Oficjalny wynik to 41:25 i 48 miejsce na 235 osób, które wystartowały (jedna nie ukończyła). Rekord z ubiegłej jesieni poprawiony o prawie minutę, ale do mańkowego 40:50, które było kluczowym celem na ten dzień, zabrakło w cholerę i jeszcze trochę.

:)

Za metą bardzo ładny medal, który w domu ląduje na wystawkę z tymi najważniejszymi – z aktualnych życiówek. Tak, wiem, półmaratońska ma grubo ponad rok, ale jak tylko nawinie się w okolicy ciekawy bieg na 21,1 km to obiecuję ją poprawić:)

Wystawa z życiówkowych medali:)

Ocena biegu

Organizacja 3/6 – był punkt z wodą w połowie dystansu, widziałem, że niektórzy korzystali, mi szkoda było czasu, a aż tak ciepło nie było. Zorganizowano świetne zaplecze w budynku szkoły, gdzie po biegu można było coś zjeść i się napić, ale bałagan przy wydawaniu numerów startowych był spory.

Ale to i tak nic przy ogromnej wtopie z obsługą trasy – osobie, która biegła jako pierwsza w pewnym momencie źle pokazano trasę (na skrzyżowaniach stali strażacy i harcerze wskazujący kierunek biegu), przez co prowadzący wypadł z rytmu, zgubił kilka sekund i stracił pierwszą pozycję. Straszne niedociągnięcie.

Za minus uznaję też 40-złotowe wpisowe. Niby cena jak na bieg nie jest to wygórowana, ale oczekiwałbym, że organizatorom (nie był to przecież ich debiut, bo to XX edycja!) uda się znaleźć kilku sponsorów i w pakiecie startowym znajdzie się coś więcej niż wydrukowany na zwykłej kartce numer włożony w koszulkę foliową i promocyjny informator o regionie.

Trasa 4/6 – nie lubię agrafek, nie lubię pętli, nie lubię wielu zakrętów o 90 stopni i nie lubię wylatywania poza miasto, a to wszystko było w niedzielę. Ale… obiektywnie patrząc w takim małym Żninie trudno wiele z trasy wyciągnąć, bo jedyne długie proste ulice to przelotówki (droga krajowa/wojewódzka), których raczej zamykać się nie powinno dopóki nie powstanie obwodnica. Ale i tak było nieźle, bo ładny kawałek miasteczka zwiedziliśmy, a przynajmniej było bardzo płasko, co jest dużym plusem. Lepsze to niż wybiegnięcie na całą trasę poza miasto.

Kibice 6/6 – spotkałem tłumy znajomych twarzy, to ogromna zaleta biegania „u siebie”. W pełni rozumiem tych, którzy biegną w rodzinnym mieście maraton mimo tego, że nijak w planie startów i treningów im to nie pasuje. Leszku, biegnij w Lęborku, ja zrobiłbym tak samo!:) W niedzielę na trasie stawiło się więcej członków mojej rodziny niż mogłem się spodziewać, do tego ukochany chrześniak z rodziną, łącznie ponad 20 osób pochodzących z czterech pokoleń! Przekrój wieku moich kibiców to od 10 miesięcy to 88 lat! Się ma najlepszych fanów na świecie, co?:)

Bez dwóch zdań ze względu na ostatni punkt za rok też zamierzam się pojawić na Biegach Żnińskich:)

Ciekawostką jest, że wspomniana powyżej Szybka_dziewczyna to nie byle kto, tylko mistrzyni świata w nordic walking z 2010 roku! Ale w zacnym towarzystwie biegałem, co?:)

Ciekawostką numer dwa jest to, że wracając do Misiowa pisałem sobie w głowie tę relację i tak mnie to zajęło, że... nie zauważyłem postawionego przy drodze białego kółka z czerwoną obwódką i „60” wypisaną w środku;) Negocjacje z miłymi panami siedzącymi w niebiesko-białej Kii zakończyły się dla mnie zwiększeniem kosztu życiówki o 100 złociszy...

niedziela, 14 kwietnia 2013

PIĄTEK
Pobudka o 6:10. „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje” – wolny tor na basenie. Pływam 35 minut i gdy już zaczynam zbierać się do szatni nagle staje się TO. Jak mantra powtarzane przez Karola od kilku miesięcy wskazówki („wyciągaj się do końca”, „ręka aż do uda”, „rotuj, rotuj!”), nagle, zupełnie niespodziewanie, składają się w jedną całość! Razem z tym, że zacząłem oddychać „na trzy” (wcześniej dawałem radę tylko „na dwa”) i okazuje się, że nagle pływam szybciej i płynniej. Czytałem w podręcznikach, że tak się dzieje, ale nie oczekiwałem, że przejście nastąpi tak nagle. Już się nie mogę doczekać poniedziałkowego treningu:)

NIEDZIELNE PRZEDPOŁUDNIE
Kupiłem piankę! To były moje drugie testy. Po 2XU i Sailfishu przyszła pora na BlueSeventy. Już pierwsze kilka basenów w piance pokazało, że będzie to słuszna inwestycja. Ze względu na słabość mojego pływania pianka ma spore znaczenie – podnosi mi nieco nogi i zadek, dzięki czemu osiągam lepszą pozycję w wodzie. Najtańszy model B70 Sprint nie za bardzo mi leżał, ale wyższy Fusion (o taki: http://www.endushop.pl/blue-seventy-fusion.html) przypasował idealnie. A że cena była korzystniejsza niż 2XU i Sailfisha, decyzja sama się podjęła, mam piankę:) Niech tylko zrobi się naprawdę ciepło, by można było zacząć pływać w jeziorach:)

NIEDZIELNE POPOŁUDNIE
Na tę chwilę czekałem dwa miesiące. Mimo namów Arka nie zdecydowałem się na wspólne pedałowanie. Ten pierwszy raz był dokładnie zaplanowany. Usadziłem Zuzkę w samochodzie (love kombi – nie muszę nawet przedniego koła wyciągać!) i pojechaliśmy na budowaną niedaleko ekspresówkę S2. W znanym mi miejscu zaparkowałem auto, przeniosłem Ją przez błoto (przecież nie mogła się ubrudzić, nie?!) i… stało się.

Kilka wniosków z pierwszej jazdy:
1) Zimno i wieje! Ubrałem się jak na bieganie w -2 stopniach i szczękałem zębami. Rękawiczki rowerowe też nie wystarczały!
2) Nie spodziewałem się, że tak łatwo jest szybko jeździć. Zacząłem pedałować, przycisnąłem trochę i na liczniku pokazało się 40 km/h, a nie jechałem bynajmniej z górki! Aż się wystraszyłem i musiałem zwolnić;) Potem z wiatrem bez większego problemu osiągnąłem 48 km/h!
3) Przenoszenie mocy z nóg na korbę za pomocą systemu SPD-SL jest niesamowite. Na trenażerze zdecydowanie tego tak nie czuć.
4) Utrzymanie równowagi nie jest takie proste, ster jest dużo bardziej czuły niż w normalnym rowerze.
5) Chcę więcej, jak najszybciej!

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nie bójcie się, mimo podobieństwa tytułów („Ten, w którym…”), tym razem komiksu nie będzie;)

Do rzeczy: z rozporządzenia Ministra Obrony Narodowej w sprawie przeprowadzania sprawdzianu sprawności fizycznej żołnierzy zawodowych z dnia 12 liutego 2010 r. (dzięki Czysty za cynk!) wynika, że „żołnierze zawodowi zajmujący stanowiska służbowe w pododdziałach destantowo-szturmowych, destantowych, rozpoznania, w JW: 2305, 4101, 4026 i w Oddziale Specjalnym ŻW w Warszawie oraz wszyscy żołnierze wykonujący skoki ze spadochronem” w moim wieku powinni na ocenę bardzo dobrą („5” – najwyższa ocena) przebiec 3000 metrów w czasie poniżej 12:30.

Jak się to ma do mojej osoby?

Otóż w ostatnią sobotę wziąłem udział w zorganizowanym przez Fundację Maratonu Warszawskiego na Teście Coopera. Test polega na biegu ciągłym przez 12 minut. Przebiegnięta odległość wyznacza kondycję danej osoby w zależności od płci i wieku. W 12 minut pokonałem 3095 metrów, co oznacza, że 3 km zrobiłbym sporo poniżej 12:00 – komandos byłby ze mnie piątkowy! No, przynajmniej jeśli chodzi o bieganie, bo w pozostałych próbach sportowych ciężko byłoby o tróję…;)

Screen z rozporządzenia MON - byłaby mocna piona!

Była to bardzo kameralna impreza (limit miejsc wynosił 270 osób), zorganizowana w sposób niemal perfekcyjny. Biegaliśmy w grupach po 30 osób dookoła... murawy Stadionu Narodowego. Każdy dostał napój i pamiątkowy certyfikat, a wydawanie i odbieranie depozytu przebiegało bardzo sprawnie. Wszystko działo się bardzo bezproblemowo aż do momentu ogłaszania wyników, których… nie było, bo padł system komputerowy;)

Sam bieg odbył się (przy zamkniętym dachu stadionu, umiejętności pływackie nie były więc niezbędne;)) na sztucznej trawie wyłożonej dookoła boiska. Mimo obaw o przyczepność, nie było z nią żadnego problemu. No, może za wyjątkiem zakrętów, które były zaokrąglonymi kątami prostymi i zmuszały do lekkiego zwolnienia tempa. Na niektórych łukach nawierzchnia się podwijała i widziałem nawet, że ktoś się na niej potknął.

Na Stadion dotarłem dzięki uprzejmości Leszka, który zaoferował sąsiedzką podwózkę. Pogadaliśmy (oczywiście o bieganiu!) i podróż zleciała raz-dwa. Udało nam się dostać do pierwszej grupy, nie mieliśmy więc problemu z oczekiwaniem na start. Na stadionie nie było wiele cieplej niż poza nim i błędem było, że nie wziąłem rękawiczek, palce zmarzły mi na kość!

Sam bieg potraktowałem bardzo na luzie. Raz, że w piątek po południu zaliczyłem dość mocny trening rowerowy, a dwa, że Gremlin wylądował w serwisie i wziąłem zwykły zegarek ze stoperem. Okazało się jednak, że przy szybkim biegu nie jestem w stanie odczytywać z niego międzyczasów (zbyt małe cyferki) i pobiegłem „na oko”.

Rozeznanie „toru” pokazało, że na łukach nie da się wyprzedzać, uznałem więc, że najlepiej będzie zacząć mocno i dać się gonić innym. Ruszyłem w pierwszej trójce i po 200 metrach (43 sek. – tu dałem radę spojrzeć na stoper po raz pierwszy i ostatni) byłem trzeci w stawce. Biegło się całkiem szybko i równo, nie zwracałem uwagi na czas tylko po prostu biegłem, w głowie kalkulując tylko pokonany dystans. Na trasie wyprzedziło mnie kilka osób, ale niektórym odgryzłem się na ostatnim kółku, które poleciałem jeszcze szybciej.


Screeny ze strony tvnwarszawa.tvn24.pl

1-2 sekund zabrakło, bym zrobił równe 3100 metrów, ostatecznie policzono mi 3095 m, co daje średnie tempo 3:53 min/km. Moje 3095 było ósmym wynikiem ze 177 jakie znalazły się w tabeli wyników opublikowanej przez Fundację (choć nie wiem, na ile lista ta jest pełna i poprawna).

Wg tabelek Testo Coopera jest to wynik „bardzo dobry”, ale on zaczyna się dla mojej kategorii wiekowej od 2700. Pewnie gdybym w piątek odpoczął i miał ze sobą Garmina (GPS nic by nie dał, ale jest tam duży stoper i to przydałoby mi się bardzo) wynik byłby lepszy i udałoby się z 3150-3200 nabiegać, ale nie ma to tak naprawdę większego znaczenia. Było fajnie, a o to przecież chodziło. No i wiem, że gdybym chciał być wojskowym to mógłbym być w drużynie biegowej;)

Dodatkową atrakcją była wizyta ekip telewizyjnych, materiał z TVN24 można zobaczyć tutaj. Mnie widać od 0:50 do 1:10 i potem od 2:15:) Ubrany w czarne spodenki ¾ i czarną koszulkę z długim rękawem. Biegnę z przekrzywioną w lewo głową – zauważyłem, że przy dużym wysiłku tak mi się robi. To końcowa część biegu, więc właściwie wszyscy wyglądają już nieciekawie, nie jestem wyjątkiem;)

Pewnie niedługo będą też jakieś fotki z imprezy, jeśli się gdzieś znajdę, na pewno pochwalę się na Fejsbógu, na którego niezmiennie i serdecznie zapraszam.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Afera, skandal i szok! Amber Gold, rozporek Clintona i dziadek Tuska to przy tym pikuś, jeden wielki pikuś. Ale po kolei, bo pewnie zaczęliście się już martwić (i słusznie!).

Wracam ja w poświąteczny wtorek z fabryki. Wchodzę do domu, a tam rozpierducha jakiej świat nie widział! Słychać krzyki, szlochanie i wołanie o pomoc, a ze skrytki, gdzie trzymamy m.in. obuwie i sprzęt sportowy wydobywa się kurz.

Przeprowadziłem małe śledztwo (nie na darmo w tajemnicy przed rodzicami oglądało się seriale kryminalne w czwartkowe wieczory, ha!) i oto jakie zeznania udało mi się zebrać (ze względu na ochronę danych osobowych imiona oskarżonych zostały zastąpione inicjałami):

Brooks (1 rok): Spokojnie rozgrzewaliśmy się przed dzisiejszym bieganiem, gdy znienacka nas zaatakowano! Były ich tłumy, bili, kopali i jeździli po nas!

Adidas (2 lata): Rzucili się na nas jak zwierzęta, to było bezduszne… W oczach mieli mord, jedynym celem było unicestwienie nas.

Adidas (1,5 roku): To się nie godzi. My tu we wspólnocie żyjemy i nagle taki atak? Żeby sznurówki wciągnąć między zębatki a łańcuch?!

Inov-8 (1 miesiąc): Toturowanie niebieską oponą to jawne łamanie Konwencji Genewskich, żądamy eksmisji tych bandytów!

Niczym Kojak rozpakowałem lizaka, jak Columbo wyciągnąłem z kieszeni jajka na twardo i cygaro, popatrzyłem w lustro na swoją koszulkę Pumy a'la Borewicz i postanowiłem przesłuchać kogoś bardziej bezstronnego. Na podłodze leżała nieco zmaltretowana Podrabiana Kubota z Tesco.

Podrabiana Kubota z Tesco (8 lat): Wszystko widziałam. Ale zacznijmy od tego, że nie jestem podrabianą Kubotą, a oryginalnym Hero by Wrangler! Owszem, może inspiracją dizajnera były Kuboty, ale inspirowanie się to nie podrabianie!

Krasus: Kubota, do rzeczy, nie zajmuj mi tu czasu antenowego na blogu!

Podrabiana Kubota z Tesco (czyli Hero by Wrangler): No więc było tak. Dzisiaj rano po śniadaniu, a zjadłam dwie białe skarpety…

Krasus: Kubota, nie zalewaj, mów co widziałaś!

Podrabiana Kubota z Tesco (czyli Hero by Wrangler): Już, już, bez nerwów! Wypoczywałam po śniadaniu gdy usłyszałam jakiś rumot i zobaczyłam, że Z. (2 mies.) zrzuciła kask z szafki i jedzie w kierunku półki z butami. Jednocześnie jeden z S. (6 mies.) rzucił się na wypoczywające po weekendzie Inov-8, a drugi skoczył na szykujące się na wieczorny trening Brooksy. Z. złapała sznurówki trialowych Adiasów i wkręciła je między przednią zębatkę a łańcuch. Musiałam się schować, bo nie mogłam więcej patrzeć.

Krasus: I to wszystko?

Podrabiana Kubota z Tesco (czyli Hero by Wrangler): Nie, nie, wychynęłam zza węgła i zobaczyłam, że S. trzymał jednego z Inov-8, a Z. zaczęła po nim jeździć tą potworną niebieską oponą. Ten próbował się wyrywać, ale był bez szans. Potem straciłam przytomność, bo atakująca Brooksy Z. przejechała mi po rzepie.

Zacząłem analizować fakty. Wszystko wskazuje na to, że wyglądało to mniej-więcej tak:









Postanowiłem stawić czoła faktom i porozmawiać z oskarżonymi.

Krasus: Z., S., czy to co mówi Podrabiana Kubota i reszta to prawda?

Z.: Jasne że prawda! Jak mogłeś, jak mogłeś…? Calutki długi marzec, a Ty co…?

Krasus: No jak co? Super-hiper życiówka w maratonie, pierwsza ever wygrana w biegu na orientację i całkiem udany debiut w roli zająca na Półmaratonie Warszawskim – to był świetny miesiąc!

Z.: Owszem, świetny miesiąc... BIEGOWO! A przypomnij mój drogi, co jest największym wyzwaniem tego roku?

Krasus: Półajronmen…

S. lewy: Na który składa się…?

Krasus: … 1,9 km pływania, 90 km na rowerze i 21,1 biegu.

S. prawy: No właśnie, bieganie to tylko jedna z trzech części! A spójrz na dane z Endomondo. Co widzisz?


Krasus: 205 przebiegniętych kilometrów, 508 długości 25-metrowego basenu i 3h20min. spinningu…

Z.: Czy po to kupiłeś trenażer żeby używać go cztery razy w miesiącu po niecałej godzinie? Po to sprowadzałeś mnie z drugiego końca Polski żebym tu stała i patrzyła się na siebie? Czy naprawdę sądzisz, że trenując tyle ukończysz ½ IM w sensownym czasie?

Krasus: Bo ja się…

S. prawy: Nie mówi się „boja się” tylko „boję się”! Ale to dobrze, że się boisz, bo 90 km się samo nie przejedzie! Do startu w Poznaniu zostały cztery miesiące, a w Borównie/Bydgoszczy pięć miesięcy. To czas, w którym musisz przygotować się na przejechanie tego dystansu w co najwyżej 2h50min. Zrozumiano?!

Krasus.: Tak, ale…

Z.: Żadnych „ale”! Od teraz tygodniowo spędzasz na siodełku co najmniej tyle, co przez cały marzec, kręcisz w tlenie i modlisz się, żeby jak najszybciej przyszła wiosna. Czy wyrażam się jasno?!

Krasus: Tak jest!

W końcu udało mi się ogarnąć sytuację.
Biegowe buty wróciły na swoją półkę
i w spokoju oczekują na kolejne treningi.

Niestety, obrażenia jakich w trakcie walk doznały
Adidasy Kanadia są zbyt poważne i przyjdzie mi się z nimi pożegnać...

środa, 3 kwietnia 2013

Pierwsza część poradnika dla maratońskich debiutantów znajduje się TUTAJ.

Najtrudniejszym zadaniem przed jakim stoi maratoński debiutant (no, może poza samymi ciężkimi treningami;)) jest odpowiednie zaplanowanie strategii biegu oraz wybór czasu, jaki chce osiągnąć. Maraton to nie bieg na 5 km, nie można tydzień później pobiec kolejnego, korygując błędy z debiutu.

Większość osób celuje w „okrągłe” wyniki. Złamać 4:30, 4:00, 3:30 – to kolejne cele. Potem pojawiają się schody, bo poprawianie wyniku o kwadrans co roku staje się niemożliwe i zaczyna się walka o każdą minutę. W internecie znajdziesz sporo kalkulatorów pozwalających na podstawie biegu na 10 km lub półmaratonu oszacować czas na królewskim dystansie. Mi najbardziej podoba się przygotowany przez Kancelarię Sportową. W moim przypadku działa. Pamiętajmy jednak, by wynik do szacowania był w miarę aktualny, tylko wtedy takie liczenie ma sens. Na nic nam życiówka z 10 km zrobiona rok temu, skoro ostatnie miesiące zostały mocno przepracowane i aktualnie dychę możesz przebiec o kilka minut szybciej. Wtedy dużo lepiej wpisać do kalkulatora szacowaną życiówkę.

W dużo trudniejszej sytuacji są osoby, dla których maraton będzie biegowym debiutem. Takie harpagany muszę sobie niestety poradzić same. Pamiętaj jednak, by kalkulatora nie traktować jako wyroczni. Testuj swoje tempo maratońskie, sprawdzaj jak Ci się w nim biegnie dystans 10, 15 i 20 km.

Negative splits to bzdura (?)
Wyznaczony ostatecznie czas pomniejsz o dwie minuty i spróbuj pobiec w takim tempie. Przed startem załóż, że zamiast 4:00 ukończysz maraton w 3:58, zamiast 4:15 – 4:13 itd. Po co? Jeśli nie starczy Ci sił i zwolnisz na 25 czy 30 km, nadal zachowasz szansę na ukończenie biegu w planowanym czasie. Jak sił wystarczy to... chyba nie będziesz narzekać na wynik o 2 min. lepszy, co?;)

Powyższy akapit może zostać uznany za zaprzeczenie wielu poradników, które mówią, by oszczędzać siły i przyśpieszyć w drugiej połowie dystansu. Owszem, siły oszczędzaj, ale przyśpieszenie na drugiej połówce maratonu udaje się niewielu osobom! To jedna z największych i najczęściej powtarzanych bzdur w poradnikach dla maratończyków. O ile nie jesteś cyborgiem lub genetycznym fenomenem, w drugiej połowie maratonu będziesz walczyć o przetrwanie, a nie przyśpieszać. Jeśli będziesz mieć problemy żołądkowe to nie na początku, a na końcu. Podobnie rzecz ma się ze skurczami, bólami kolana, czy innymi kłopotami, przez które zwolnisz. Biegnąc o kilka sekund na kilometr szybciej niż plan, dajesz sobie zapas na takie właśnie wydarzenia. To pozwoli Ci tez na parę chwil przejść do marszu, by spokojnie się napić czy wciągnąć żel. Bo wypicie izotonika z kubeczka na 40. kilometrze jest naprawdę cholernie trudne, a oblanie się słodkim napojem do przyjemności nie należy.



Sprawdziłem statystyki 34. Maratonu Warszawskiego (czyli edycji z 2012 r.). Okazuje się, że prawie 90 proc. biegaczy pobiegło drugą połówkę wolniej niż pierwszą. To znaczy, że przyśpieszył tylko jeden na dziesięciu biegaczy. W książkach przyśpieszanie wraz z upływającym dystansem nazywane jest „negative splits”. W życiu sprawdza się to jednak rzadko. Niewiele znam osób, które pobiegłyby maraton na miarę swoich możliwości i przyśpieszyły w drugiej części dystansu (ale rzeczywiście tacy są). Zaznaczam, że chodzi o pobiegnięcie na miarę swoich możliwości. Druga połówka szybsza o kilkanaście minut to nie negative splits, tylko źle dobrana strategia i za wolno pobiegnięta pierwsza część dystansu.

Owszem, nie należy wchodzić w tempo maratońskie już na pierwszym kilometrze. Rozpędzaj się przez 3-4 km, ale gdy już wejdziesz w rytm, biegnij odrobinę szybciej niż na swój docelowy czas. Odrobinę, ale nie za dużo. Wypracowanie 1-1,5 minuty zapasu na połówce będzie rozwiązaniem idealnym. Biegnij więc o 3-4 sek./km szybciej niż wskazywałby cel.

Pobiec maraton z przyśpieszeniem w drugiej części jest niezwykle trudno. Jeśli Ci się to uda i jednocześnie osiągniesz wynik na miarę swoich możliwości (wyznaczony na przykład przez kalkulatory lub trenera) to chylę czoła i szczerze zazdroszczę, bo udaje się to nielicznym.

Uwaga: nie zachęcam do zwalniania w drugiej połowie maratonu. Ja zachęcam do pobiegnięcia całości o 2 minuty szybciej. Nastaw się na 3:58 lub 4:13, a nie na 4:00 czy 4:15. Zrób wszystko, by takie tempo utrzymać do końca. Ten zapas z pierwszej połówki ma być Twoim buforem bezpieczeństwa. Jeśli na liczniku masz 21 km i czujesz, że bezproblemowo możesz drugą połówkę pobiec dużo szybciej to znaczy, że albo za nisko postawiłeś (-aś) sobie cel, albo nie czujesz respektu przed dystansem maratońskim, bo ten zaczyna się dopiero po 30 km. Mimo tego uczucia na 21 km, najprawdopodobniej i tak na 33-35 km zwolnisz i może nawet przejdziesz do marszu, bo wtedy właśnie jest najtrudniej. Zbudowany na pierwszej części zapas ma umożliwić Ci ukończenie maratonu w zakładanym czasie, mimo takich przeszkód.

Maraton to święto nie tylko biegaczy, ale całego miasta.
Zaproś na bieg przyjaciół, rodzinę i kogo tylko się da, porozstawiaj ich na trasie,
niech kibicują nie tylko Tobie, ale wszystkim!

Trzymaj głowę na uwięzi
„Na 30km czułem się jak pantera, ruszyłem do ataku... efekt był taki że kończyłem wolno jak keczup... i na ostatnich 5-7km straciłem blisko 2 min:/ Tyle mi dało chwilowe poczucie mocy. Głowa jest najważniejsza:)” – to nie słowa byle amatora, ale Mateusza, który w swoim maratońskim debiucie próbował wykręcić kosmiczny czas 2:45. To że czujesz się dobrze po 20 czy 25 km, a nawet po 30 km, nie znaczy, że kryzys nie przyjdzie. On atakuje z zaskoczenia, wtedy gdy najmniej się tego spodziewasz.

Z drugiej strony, znam ludzi, którzy przyśpieszyli w połowie biegu i drugą część pobiegli nawet o kilkanaście minut szybciej. Co to znaczy? Ano to, że zdecydowanie za wolno pobiegli pierwszą część i nie docenili swoich możliwości. Bo wyczucie tego, na ile mnie stać jest niezwykle ważne. Maratonu nie biega się co tydzień i nie można spróbować innej taktyki. 

Godzina W

W okolicy startu warto pojawić się nawet godzinę przed. Na spokojnie złóż depozyt, odwiedź toaletę i chłoń niepowtarzalną atmosferę biegowego święta. To także Twoje święto:) Na 30-40 min. przed startem zjedz banana albo żel/mus owocowy i przestań pić. W kwestii nawodnienia i tak już nic nie zrobisz, a zmusisz się tylko do pit-stopu już na pierwszych kilometrach. Nie ma nic głupszego niż stracić pół minuty już na początku dystansu, a uwierz, ze takich ludzi nie brakuje. Na 10 min. przed startem po raz ostatni odwiedź toaletę - w połączeniu z niepiciem od pół godziny i umiejętnym nawadnianiem podczas biegu, pozwoli Ci to ukończyć maraton bez zbędnych przerw. W każdej strefie startowej są toalety oblegane przez tłum, ale sto metrów dalej dostaniesz się już bez kolejki. Sprawdź sobie to przed biegiem, a chwilę przed startem skorzystaj z nich.

Większość maratonów odbywa się wiosną lub jesienią i startuje rano. Najczęściej jest wtedy chłodniej. Chwilę przed startem wiele osób odrzuca na bok bluzy i kurtki, a ich kibice próbują je złapać. Ale jest i tańszy patent – wystarczy przygotować sobie worek na śmieci, w którym robimy otwory na głowę i ręce. Folia nie oddycha, więc ciepło Twojego ciała będzie się gromadzić w worku. Potem worek rozrywasz, odrzucasz i biegniesz.

Na pierwszych kilkuset metrach łatwo jest dać się ponieść emocjom i tłumowi. Staraj się tego przypilnować i rozpocząć rozsądnie, by pozwolić mięśniom się rozgrzać. Dopiero po kilku kilometrach wejdź w rytm i biegnij docelowym tempem.

Jeśli biegniesz z GPS to pamiętaj, że każdy z nich przekłamuje i najczęściej dodaje odległości. Im gorsza pogoda i ciaśniejsze miasto (budynki, wąskie uliczki) tym przekłamanie będzie większe. Standardowo jest to ok 1 proc., czyli 300-500 metrów na dystansie maratonu (w przełożeniu na tempo oznacza to kilka sek./km różnicy. Monitoruj więc oznaczenia kilometrów i koryguj swoje tempo.

Jedzenie i picie
Nawadnianie podczas biegu jest niezwykle ważne. Korzystaj z punktów odżywczych jak najczęściej. Nawet jeśli nie czujesz pragnienia, wypij kilka łyków wody. Punkty odżywcze są zwykle dość długie i przy pierwszych stołach jest tłok. Obiegnij ten tłum i skorzystaj z następnych stołów. Jeśli organizatorzy zapewnili na punktach owoce, korzystaj z nich. Orzeźwiają i dodają energii. Jeśli pijesz izotonik, pamiętaj popić go wodą, by usunąć słodki posmak z ust. Staraj się pić na każdym punkcie, ale nigdy nie za dużo, bo może to się dla Ciebie źle skończyć. Jeśli na punktach rozdają napoje z butelek, odlej trochę i dopiero pij – to zmniejsza ryzyko oblania się. Jeśli napoje są w kubkach, ściśnij kubek, by zrobił się dziubek – łatwiej będzie się napić.

Sprawdź przed biegiem, w których miejscach będą rozmieszczone punkty. Jeśli chcesz zjeść baton lub żel energetyczny, zacznij szykować go sobie na 100-200 m przed punktem, by na punkcie wziąć wodę i popić. Jedzenie „na sucho” to zły pomysł. Uprzedzaj problemy. Jeśli czujesz pragnienie to znaczy, że powinieneś (powinnaś) napić się wcześniej. Jeśli czujesz głód, to na jedzenie też jest późno. Batonik nie zadziała od razu, nie czekaj więc aż skończy Ci się zasilanie tylko zapobiegaj temu. Miej ze sobą baton lub żel energetyczny (a najlepiej kilka), ale korzystaj i z owoców lub bakalii, którymi częstują na punktach odżywczych.

Swoje maratony przebiegałem zwykle na 4-5 żelach oraz owocach. Wszystko zależy od indywidualnych potrzeb i predyspozycji, na pewno warto przetestować swój organizm np. na długim wybieganiu. Czasami na punktach są też żele, nie jestem jednak zwolennikiem jedzenia ich. Istnieje bowiem ryzyko, że Twój organizm nie zaakceptuje nowości i pojawią się problemy. Owoce czy bakalie, które (mam nadzieję) jadasz na co dzień są dużo bezpieczniejsze. Nie zjadaj od razu całego banana, lepiej mniej a częściej. Łatwo dostępnych węglowodanów nigdy za wiele.

Z zającem czy bez?
Na wielu maratonach biegną tzw. pacemakerzy, czyli zające. To wyznaczone przez organizatorów osoby z dużym doświadczeniem biegowym, których zadaniem jest pobiec na wyznaczony czas, np. 4:30, 4:15, 4:00. Zając jest zwykle oznaczony ubiorem i balonikami przytroczonymi do koszulki, na pierwszych kilometrach może też mieć tabliczkę na kiju. Na nich zapisany jest czas, na który biegnie. Bieg z zającem to szczególnie dobre rozwiązanie dla osób nie posiadających doświadczenia ani zegarka z GPS – dzięki zającowi łatwiej będzie im utrzymać w miarę równe tempo biegu. Pamiętaj jednak, że zając to też człowiek i czasem jego pomysł na bieg może Ci nie odpowiadać.

Zrób wszystko, by linię mety przebiec z dumą i rękoma w górze!

Są zające lepsi i gorsi. Niektórzy nie zwalniają na podbiegach gubiąc tam połowę grupy, inni szarpią tempo biegu, ale są i tacy co biegną jakby mieli tempomat w nogach. Jeśli biegniesz na czas, na który jest też wyznaczony pacemaker, zacznij z nim. Jeśli po jakimś czasie okaże się, że zając się do tego nie nadaje, odczep się od grupy. Ale jeśli będzie dobry, to na pewno dołoży swoją cegiełkę do osiągnięcia przez Ciebie celu. Przed biegiem nie krępuj się podejść i porozmawiać z pacemakerem. On ma zęby, ale nie gryzie. Zapytaj jaką ma strategię na bieg, powiedz, że to Twój debiut, nawiąż kontakt. Bardzo często są to osoby komunikatywne, które chętnie dzielą się z innymi swoją wiedzą i doświadczeniem. Sam miałem przyjemność zającować podczas 8. Półmaratonu Warszawskiego i było to dla mnie bardzo fajne przeżycie.

W górę i w dół
Wiele osób zastanawia się, jak rozegrać kwestię zbiegów i podbiegów w trakcie maratonu. Występują one w prawie każdym biegu i kilka razy spotkałem się z opinią, że należy utrzymać równe tempo pod górkę, z górki i na płaskim. Uważam jednak, że to nieprawda. Nie ma sensu tracić energii na walkę z grawitacją. Jeśli jest podbieg – zwolnij, a jeśli jest zbieg – przyśpiesz. Sztuką jest, by bardziej na zbiegu przyśpieszyć, niż na podbiegu zwolnić. W efekcie zyskasz kilka cennych sekund.

Ale uwaga, bo ze zbiegami trzeba uważać. Przy bardziej stromych górkach (choć takie na maratonach zdarzają się rzadko) łatwo o przeciążenie nóg i kontuzję. Optymalnie byłoby sprawdzić sobie przed biegiem daną górkę i przetestować najbardziej komfortowe dla niej tempo.

Zbieg jest okazją do przyśpieszenia, ale jednocześnie i do odpoczynku. Biegnie się wtedy bardzo łatwo, rozluźnij więc ramiona, strzepnij ręce i poddaj się grawitacji. O rozluźnianiu ramion pamiętaj przez cały bieg (dobrze robić to co 5-10 km). Jeśli o tym zapomnisz możesz w pomaratoński poniedziałek obudzić się z zakwasami w bicepsach;)

Ostatnie kilometry
Absolutna większość maratończyków zwalnia na ostatnich kilometrach. W okolicy tablicy „39 km” wiele osób maszeruje, bo chce zachować siły na finisz. Spróbuj tego nie robić. Biegnij wolniej, ale biegnij. Na tej końcówce jesteś w stanie wyprzedzić nawet kilkaset (!) osób. W Barcelonie na ostatnich 7,2 km wyprzedziłem 413 osób, właśnie dlatego, że w miarę udało mi się utrzymać tempo. Owszem, na amatorskim poziomie to, czy zajmiesz 3543 czy 2856 miejsce nie ma większego znaczenia, ale satysfakcja i duma z siebie jest przeogromna, warto!

Bo tak naprawdę to właśnie zadowolenie i duma z siebie są najważniejsze. Pobiegnij ten maraton tak, by na mecie móc szczerze powiedzieć: „Dałem (-am) z siebie absolutnie wszystko!”. Mijając metę unieś ręce w geście triumfu, bo ukończenie każdego maratonu to triumf, bez względu na ostateczny czas. A jak uniesiesz ręce i będziesz się cieszyć (choć na mecie to naprawdę trudne) to i pamiątkowe zdjęcia będą fajniejsze:)

Powodzenia!